Feeds:
Posts
Comments

Harimau Bella

Pamiętacie Bellę? Sumatrzańską księżniczkę z zaparciem?

IMG_6706Bella

Bella została, być może pierwszą w historii medycyny weterynaryjnej zwierząt egzotycznych, tygrysicą z ropomaciczem, zdiagnozowanym jako koci katar. To nie żart, to jest dramat.
Historia Belli rozpoczęła się, gdy wylecieliśmy w obce kraje, wyrobić nową wizę i pozachwycać się singapurskim ZOO. Wróciliśmy skrajnie zażenowani poziomem, działalnością i strategią rozwoju naszego ogrodu, jednak pełni zapału, by dalej nieść przez ten ocean kretynizmu, lenistwa i beznadziei kaganek oświaty i ratować zwierzątka.
Wróciliśmy po północy. Następnego dnia o 9 rano byliśmy w pracy.
- Co się działo, jak nas nie było?
- Nic się nie działo. Spokój. Nie ma pracy.
- Aha.- w tym ZOO jest masa roboty… ale trzeba czasami przejść się po ścieżkach i zobaczyć, że np. wszystkie kuce mają przerośnięte kopyta, żeby wiedzieć, że wypadłoby je skorygować. Wypadałoby również wiedzieć jak się korekcję kopyt przeprowadza. I wiedzieć jak wygląda norma. Ponieważ tutejsi lekarze nie mają pojęcia o zdrowiu zwierząt, nigdy nie dostrzegają chorób. Mają dobrą pracę. Spokojną.

IMG_7313Gin- longhorn

Chwile później okazało się, że krowa z mastitis ostatecznie się wycieliła, a jej dzieciaczek pierwsze 18 godzin swojego życia przeleżał głodując na zasranym betonie. Ma hipotermię i zapalenie pępka, nie ma za to odruchu ssania ani sił żeby wstać. Nilgai którego zszywałam przed wyjazdem do Singapuru umarł w niedokońca poznanych okolicznościach, a struś, którego zwichnięty staw skokowy składałam i zszywałam ponad tydzień temu ma się świetnie, ale kość goleniowa po raz kolejny przebiła skórę a cały staw to jedna wielka otwarta rana wypchana trocinami.
(Strusia uśpiłam. Cielak pierwsze dwa dni przeżył podłączony do kroplówki, karmiony sondą… a po kolejnych 5 dniach intensywnej opieki zaczął rokować nadzieje. Teraz ma ponad trzy tygodnie, kilkanaście kilo więcej i jest pierwszym dzieckiem Marchewki).
- Dr Susan. Czy na pewno nic więcej się nie dzieje? Bo widzę, że jednak trochę się przez te trzy dni wydarzyło- zapytałam po raz kolejny.
- Nie no, tak naprawdę prawie nic się nie dzieje…
- Prawie?- podchwyciłam.
- Może mogłabyś sprawdzić Bellą?
- A co się dzieje z Bellą?- bardzo lubię Bellę. Sprawa zaczęła mieć charakter osobisty.
- Ma koci katar- oświadczyła Susan.
- Jak to? Przecież dziś rano mówiła mi doktor, że wszystkie nasze wielkie koty są szczepione.
- Bo są szczepione.
- To jak Bella może mieć koci katar.
- Ma- dr Susan=siła argumentu.
- Aha… a jakie ma objawy?
- Nie je.
- Coś jeszcze?
- Nie.
(Choasie…)
- Mhmmmm a czym ją dr leczy? (terapie dr Susan bywają śmiertelnie niebezpieczne i nie ma w nich nic zabawnego)
- Na razie- witaminy…. ale nie działają.
- Aha, a od kiedy ona nie je?
- Od 5 dni.
- Wcześniej jakieś wymioty/biegunka?
- Nie.
- Osowiałość/apatia?
- Nie.
- A kiedy miała ostatnią ruję?
- Nie wiem… może dać jej antyiotyk, co?
Stanęło na tym, że Bellę zbadamy :P

IMG_6694
Badanie tygrysa w klatce ściskowej jest nieco głupawe i niekomfortowe, ale że usypialiśmy Bellę niecały miesiąc temu do lewatywy i pobrania krwi- nie chciałam znów faszerować jej anestetykami.
Przy śmiechach dr Susan, że Bella znienawidzi mnie do końca życia, i obawach, czy wkładając do klatki tygrysa rękę z termometrem wyciągnę ją w stanie nadal użytkowym- przeprowadziłyśmy toporne badanie ogólne. Osłuchiwanie ryczącego, syczącego, wściekłego tygrysa pozostawia wiele do życzenia, ale temperaturę miała w normie.
Dostała lek analogiczny do ranigastu, który w naszym ZOO czyni cuda, i następnego dnia cudownie zjadała 3 kg mięcha. Przez kolejne kilka dni apetyt tygrysicy dopisywał, dr Susan była szczęśliwa, opiekun nie miał żadnych zastrzeżeń i sprawa została uznana za zamkniętą.

IMG_7382
Po tygodniu wróciła. Dr Prista zapytała nieśmiało, czy mogłabym jeszcze raz zbadać Bellę, bo znów nie je… i krwawi z pochwy.
- Od kiedy?
- Od dzisiaj.
(pół godziny później okazało się, że od trzech dni, ale opiekunowie ilczeli, czekali i liczyli, że samo przejdzie).
Obejrzeliśmy tygrysicę, ewidentnie obolałą i zmęczoną życiem. Robimy USG.
Dzień wcześniej, w zwiazku z niemal śmiertelnym zaniedbaniem longhornowego cielaka, przeprowadziliśmy dla opiekunów zwierząt kurs, jak wyglada opieka okołoporodowa nad końmi i przeżuwaczami. Bez większych nadziei, że coś zapamiętają. Raczej po to, żeby następnym razem móc się na nich drzeć z czystym sumieniem. Ku mojemu zdziwieniu graniczącemu ze wzruszeniem- opiekunowie tygrysów potraktowali badanie USG jak egzamin praktyczny z przygotowania do odebrania porodu :D Przygotowali wszystko- ciepłą wodę, wiadra, ręczniki, rękawice rektalne ( :D)… pominęli tylko podścielenie Belli siana :D

IMG_6699Sugang sprawdza, co za atrakcja go omija i co robią z siostrą

Bella usnęła. Przystąpiliśmy do badania. Pobraliśmy krew. W tle nieustannie drążyłam temat rui, leczenia i życia seksualnego Belli. “Nie, nic nie dostawała… ostatnim lekiem jaki dostała była lewatywa którą TY robiłaś. Myślisz, że to przez to???” “Nie, nie wiem kiedy miała ostatnią ruję, opiekunowie nigdy tego nie wiedzą”.
- Nie, nie może być w ciąży.
- A dlaczego?
- Bo ostatnio miesiąc temu jej brat ją… no wiesz… i dałam jej wtedy zastrzyk antykoncepcyjny.
Tratatatam. I wszystko jasne. Wszystko, poza zrozumieniem jak tygrysicy można podawać lek niemal gwarantujący wystąpienie ropomacicza.
Badanie USG zobrazowało dramatyczną sytuację w macicy Belli.
Po kilusekundowej radości z postawienia pewnej diagnozy… myślałam, że się popłaczę. Bo co ja teraz zrobię? Przecież nie zoperuje tygrysa?! Nigdy nie operowałam tygrysa i nie…. “to tak samo jak zwykły kot, tylko większy” wcale mnie nie przekonywało. Poza tym- czym? Nawet nie mamy tu odpowiednich narzędzi!
Nie zoperujemy- Bella najprawdopodobniej umrze. Zoperuję- ryzyko, że mi się nie uda jest… wysokie.
Przedyskutowaliśmy to najpoważniej w świecie, pomijając chwilowo kwestię mojej palącej rządzy mordu dr Susan, za to tłumacząc im, że własnoręczne operowanie Belli wydaje mi się ostatecznością. Stanęło na tym, że szefowa spróbuje ściągnąć do nas “bardzo znanego chirurga”, a ja w tym czasie spróbuję tygrysicę leczyć farmakologicznie…. a przy okazji mam przestać im powtarzać, że specjalista ma przyjechać jak najszybciej i sprawa jest na cito, bo już to do nich dotarło.

IMG_7403batuańskie atrakcje

Los i system indonezyjskich świąt świeckich i religijnych niezawodnie mi sprzyja, następnego dnia znów było wolne, dlatego ani Susan, ani żaden “bardzo znany chirurg” nie chciał nawet słyszeć o pracy. Może to i lepiej, bo gdyby dr Susan pojawiła się na dyżurze ostatecznie mogłoby dojść do jakiś rękoczynów. Dr Susan nie wysłała do analizy biochemicznej krwi Belli, uznała bowiem, że skoro sprawdzaliśmy ją miesiąc temu i było dobrze, to nie ma sensu badać jej teraz. Ostatecznie, co może zmienić w kocie kilka litrów ropy?
W tym czasie my skompletowaliśmy kryzysowy, lecz wystarczający zestaw narzędzi chirurgicznych, a śmiertelnie obrażona i bezsilnie wściekła Bella znosiła wyniośle zastrzyki i kroplówki.
Po kilkugodzinnym uprzykrzaniu Susan życia wybitnie upierdliwymi SMSami, czy już dodzwoniła się do “bardzo znanego chirurga” dostałam odpowiedź, że tak. Przyjedzie. Już jutro. O 15.
Ekstra!
Chwilę później Dorty opowiedziała mi uprzejmie, o wcześniejszej operacji przeprowadzanej przez “bardzo znanego chirurga”, zakończonej sukcesem, zepsutym przez tygrysa, który zdechł mimo profesjonalnej osteosyntezy wykonanej przy użyciu zardzewiałych gwoździ i młotka z warsztatu inżynierów.

IMG_6836Shilla (mamy tu dużo tygrysów)

To koniec. Nie zoperujemy Belli- umrze. Oni zoperują- też umrze. Ja zoperuję- pewnie też umrze. A może właśnie nie? Ostatecznie- ja nie używam narzędzi wytartych o koszulę, i nie wkładam w koci brzuch rękawiczek, którymi przed chwilą szukałam czegoś w kieszeni spodni. Choasie! Może zabiłam ją tym, że uparłam się na sprowadzenie do niej jakiegoś indonezyjskiego konowała!!!!
Już miałam zacząć siwieć, świrować albo odreagowywać na ludziach… gdy dr Prista wyćwierkała łagodnie, że ona “bardzo znanego chirurga” nie zna, bo studiowała gdzie indziej, ale jest szefem katedry chirurgii na uniwersytecie w Surabaya (stolica wyspy Jawa, drugie co do wielkości miasto w Indonezji), ma duże doświadczenie i jest bardzo stary. I może skoro jest profesorem na uniwersytecie, to umie operować?
Mieliśmy dużo pracy, więc pracowaliśmy. Dużo pracy działa terapeutycznie.
Gdzieś w tle Dorty oprowadzała po sekretach Batu przedstawicieli Cikananga Breeding and Rescue Centre, którzy nosili się z zamiarem włączenia naszego ZOO do programu rozmnażania zagrożonych wyginięciem szpaków czarnoskrzydłych. Urodziła się sitatunga. Okulał osioł. Longhorn znów nie chciał jeść.
Wybiła 15- profesora nie było.
16.
17.
17.30.
18.
Od ponad tygodnia, dzięki uroczemu longhornowi-niejadkowi pracowaliśmy z Marchewką w trybie: pierwsze karmienie 6 rano, ostatnie karmienie północ (co zwykle oznaczało sondowanie) z 2 kolejnymi karmieniami i masą innych pacjentów w tzw. międzyczasie. Zaczynałam wpadać w “tryb zombi”.
Czekaliśmy. Razem z nami czekał Stephan i Thorsten z Cikanangi. Thorsten- przyszły studentmedycyny weterynaryjnej, podekscytowany, Stephan- cyniczny i złośliwy, szczerze przekonując mnie, że może się założyć o duże pieniądze, że nie zrobiłabym tygrysicy większej krzywdy moim brakiem doświadczenia niż tutejsi fachowcy wyrzadzą ich indonezyjskością.

IMG_7408Sugang

O 18.30 przyjechali. Było ich trzech+dziewczynka do noszenia walizek. Asystentka, doktorantka, może studentka. Kto wie.Nikt jej nie przedstawili. Przyjechali, przywitali i pojechali się pomodlić i zjeść. Ramadan- po zachodzie słońca wszyscy rzucają się na żarcie. A modlitwa w tym wypadku może naprawdę się przyda.
Zapytaliśmy grzecznie, czy chcą coś wysterylizować. Oświadczyli, że nie.
Jedli długo. Na tyle długo, że w marnej swej kobiecej ciekawości sprawdziłam zawartość ich walizek, by odkryć, że- nie mają rękawic chirurgicznych, mają za to narzędzia, czyste i lśniące, zawinięte w szmateczkę.
Przez kolejną godzinę krążyłam po sali operacyjnej starając się nie dostać żadnego napadziku.
Poza tym snuliśmy plan. Plan zakładał, że jeśli będą chcieli zoperować ją tymi narzędziami, to wywalimy ich z sali. Tomek i Thorsten to wysokie, silne chłopaki- plan był więc dobry.
Stephan dodał, być może pocieszająco, że Bella jako tygrys sumatrzańsko-bengalski, dodatkowo krzywy, niski i garbaty, z punktu widzenia ochrony gatunku nie przedstawia sobą żadnej wartości, więc nie muszę aż tak się martwić. Jakoś mi to nie pomogło. Bella, moja księżniczka!

IMG_6705
Doktory wróciły. Być może dostali w czasie modlitwy objawienia, gdyż postanowili wysterylizować narzędzia…. z innej, nowej walizki.
Dr Susan, Thorsten i stado opiekunów pomaszerowali po pacjentkę.
Doktory ubrały się w zielone operacyjne wdzianka. Założyli czepeczki. Założyli nasze rękawice chirurgiczne. A potem zaczęli zwiedzać salę, oglądać wziewkę, poprawiać włosy, stawiać pasjanse, poprawiać playlistę na kompie i dłubać w zębach. Sterylnymi rękawiczkami.
Gdzieś między rozpaczą, a obłędem usiłowałam zebrać się w sobie i postanowić, że zoperuję kota i zrobię to dobrze.
Tymczasem do akcji wkroczył Marchewka. Mój bohater. Zapytać, jak to możliwe, że profesor z uniwersytetu w Surabaya nie wie, co to aseptyka. Dyskusja była długa. I odkrywcza. Profesorowie popisali się m.in. oryginalnymi spostrzeżeniami, zakładającymi, że skoro podłoga w sali chirurgicznej nie jest jałowa, to ręce chirurga również być nie muszą, ponieważ bakterie i tak są wszędzie. Na szczęście dużo się z Tomaszem kłócimy, co jest swoistą lekcją “retoryki” a przynajmniej odwracania kota ogonem, Marchewka zmienił więc strategię.
- To w takim razie na indonezyjskim uniwersytecie nie uczy się studentów jak zakładać i jak posługiwać się sterylnymi rękawiczkami?- zapytał Tomek- Bo w Europie, to absolutna podstawa.
- Oczywiście, że się uczy- obruszył się profesor.
- To dlaczego profesor tego nie stosuje w swojej praktyce.
- Oczywiście, że stosuję.
- To dlaczego nie stosuje pan tego u nas? Co to, nasz tygrys gorszy?!
Profesory pogaworzyły, pomruczały i skapitulowały. Zdjęły rękawiczki i chciały już marnować następne, ale kazaliśmy im czekać, aż pacjent będzie gotowy do operacji. Obrazili się.

DSC09824
Pobiegliśmy poinformować dr Pristę i dr Susan o naszym sukcesie towarzyskim i ogólnej sytuacji, oraz planie wyrzucenia ich za drzwi jeśli spróbują zabić naszego kota. Trzeba przyznać, że przyjęły to nad wyraz spokojnie.
Chwilę później na salę wniesiono Bellę. Półśpiącą. W półotwartej klatce. Chłopcy uznali, że wygodniej będzie im nieść mniejszą klatkę transportową. Umknęło im jednak, że w małej klatce nie zmieści się wielki, dorosły tygrys. Na dodatek nie spała, ale opiekunowie popisali się znajomością zasad BHP, zarzucili Belli jakaś szmatka nagłowę i uznali, że już teraz jest dobrze.
Kiedyś ktoś w tym ZOO zginie.
Założyliśmy venflon, podłączyliśmy Bellę pod wziewkę, wygololiśmy… w tym czasie Tomek grzmiał pokazując profesorom, jak się zakłada jałowo rękawiczki. Przeklinałby… ale Tomek nie przeklina.

DSC09827
Zaczęło się. Ja z bijącym sercem i alkoholem w ręku, żeby dezynfekować łapy, którymi profesorowie niewątpliwie podłubią zaraz w nosie.
Profesory zestresowały się. I dobrze.
Macica była gigantyczna.

DSC09830
Chirurdzy podwiązali tętnice jajnikowe, podebatowali, pomyśleli i zapytali, czy zgadzamy się na ewakuowanie zawartości macicy, bo inaczej nie dadzą rady jej w żaden bezpieczny sposób zszyć i usunąć.
Oczami wyobraźni widziałam już całą ropę, krew i syf wlewający się do jamy otrzewnej.
Obłożyliśmy całą okolicę chłonnyi polami operacyjnymi. Profesory obiecały otworzyć róg macicy… po czym przecięły w trzonie.

DSC09840

Na stół wylała się gęsta sinobrązwa maź, a w niej… dwa na wpół zgniłe kocięta. Tygrysiątka ograniczone do strzępów skóry i czaszki. Pojedyncze kości pływały luzem. Widok był upiorny.

DSC09850
Zmieniliśmy pola operacyjne, profesory zmieniły rękawiczki niespecjalnie rozumiejąc dlaczego tym razem i zaczęli szyć.

Jeżdżąc nićmi po rozprutej, zionącej resztkami ropy macicy. Załatwili w ten sposób trzy świeżo otworzone nici. Przy czwartej stało się jasne, że jeśli każę im wyrzucić jeszcze kilka- nie będzie czym Belli pozszywać do kupy. Zanim zabrali się do zszywania powłok brzusznych wypłukali nieco jamę otrzewnej.
Układałam w myślach wszystkie moje informacje na temat leczenia zapalenia otrzewnej i patrzyłam, załamana i coraz bardziej zmęczona. Profesory szyły. Pomijając fakt, że szyły paskudnie brudno- szyły ładnie.
Skończyli.
Operacja trwała 2,5 godziny

DSC09862
Odwiązaliśmy tygrysicę od stołu. W całej beznadziej tej operacji trzeba było przyznać, że spała bardzo ładnie. Teraz jednak miałam problem. Rurkę intubacyjną trzeba wyjąć w momencie, gdy pacjent jest na tyle przytomny, by kasłać i przełykać. To znaczy, że nie jest co prawda całkowicie przytomny i sprawny, ale… znacznie. “Znacznie przytomny” obolały tygrys poza klatką…. Stałam przy Belli, głaskałam jej wielki, piękny łeb i usiłowałam wycyrklować, kiedy tą cholerną rurkę wyciągnąć…

DSC09834
Ostatecznie obyło się bez ofiar. Zapakowaliśmy Bellę do za małej klatki, odnieśliśmy do jej sypialni, dwóch opiekunów zostało na warcie. Profesory pojechały. Doktory uciekły do domu. Tomek zbierał listę zamówień na drinki. Ja sprzątałam cuchnącą ropą salę operacyjną i rozmawiałam ze Stephanem o indonezyjskości i Cikanandze, szczęśliwa z propozycji, że jeśli już Batu Secret ZOO doprowadzi mnie na skraj szaleństwa lub depresji- tam przyjmą mnie z otwartymi ramionami, a nawet pokojem, wyżywieniem i kieszonkowym.
- Naprawdę Ania, potrzebujemy tam weterynarzy, zwłaszcza doświadczonych- możesz do nas przyjeżdżać w każdej chwili.
- Wiesz, akurat doświadczonym weterynarzem to ja nie jestem.
- Oj tam, przecież widzę, że pracowałaś wcześniej w zawodzie w Polsce. Nawet powiem Ci, że sporo z małymi kotami!
- A skąd wiesz, że dużo z kotami?
- Bo jak długo pracuję z dużymi kotami, nigdy, NIGDY, nie widziałem, żeby ktoś wpadł na pomysł wywiązywania tygrysa do operacji gazowymi bandażami :DDDD

DSC09818-001

mrożące krew w żyłach połączenie blondynizmu i jawajskości

Chwilę później Stephan pojechał do domu, a my odreagowywaliśmy w naszym pokoju. System of a Down ryczał i grzmiał. Tomek pił. Thorsten i ja piliśmy i paliliśmy. Rozmawialiśmy. Dorty nie piła, nie paliła i milczała. Było cudownie. Nikt, kto nie przebywał w dzikiej Azji Południowo-Wschodniej, samotnie wśród tubylców, dłużej niż 1,5 miesiąca, nie może docenić, jak wielką przyjemność może sprawić rozmowa z Europejczykiem (zakładając, że to Europejczyk na poziomie). Dlatego Dorty siedziała cicho. Nie rozumiała, z czego się śmiejemy. I o czym w zasadzie mówimy. Jawa to intelektualno-towarzyska pustynia.

DSC09823
O pierwszej w nocy poszliśmy obejrzeć pacjentkę i zwolnić opiekunów do domu. Bella półleżała, wodząc po klatce szeroko otwartymi oczami naćpanej koteczki.
O 8 rano leżała grzejąc się w plamie słońca wpadającego przez wąskie zakratowane wyjście. Obserwowała wybieg.
Przywitałam się z nią grzecznie i usiadłam przy ścianie klatki; z jakiś powodów do niej zawsze mówię po angielsku, mając irrancjonalną nadzieję, że wtedy więcej rozumie.

IMG_7376

Bella odwróciła się i długo wpatrywała się we mnie swoimi przepięknymi oczami. Po czym dźwignęła się ostrożnie i powoli podeszła w moją stronę. Usiadła tuż obok. Obwąchała moją rękę. Dała się pogłaskać po nosie. Przez jakiś czas siedziałyśmy tak, wąchając się, głaszcząc i obserwując, aż Bella uznała, że dosyć tych bzdur. Wstała. Przez ostatni dni chodziła jak babuleńka, drobnymi kroczkami, tylne łapki tuż obok siebie. Cierpiąca i obolała (tak, dostawała leki przeciwbólowe). Tym razem po kilku kroczkach kociej gejszy uznała, że jest lepiej. Przyspieszyła. Wydłużyła krok. Przespacerowała się tam i z powrotem. Nocna klatka nie jest duża, ewidentnie jednak było widać, że Bella czuje różnicę i jest jej lepiej. Po kilku rundach zatrzymała się pod swoją “półką sypialną” i przymierzyła do skoku…. po czym pokręciła zdegustowana głową i uznała, że jeszcze nie tym razem. Oparła za to przednie łapy o wysokie, betonowe poidło i wyginając grzbiet zaczęła rozciągać sobie mięśnie łap i brzucha. Po kilku powtórzeniach oparła o poidło tylne łapy i zrobiła kilka skłonów. Moja kochana!

IMG_73801

Miałam postanowienie, że nie będę już myśleć o żadnym zapaleniu otrzewnej. Stało się. Zoperowali. Podaję jej płyny, antybiotyki i leki przeciwbólowe. Obserwuję. Koniec. Nic więcej nie zmienię. Nie ma co świrować. Trzy dni. Odczekać trzy dni i jeśli dalej będzie dobrze- zacząć świętować.
Wieczorem przyszłam ją nakarmić. Niech dziewczyna wie, że potrafię coś więcej niż dźgać ją igłami. Karmiłam ją z ręki. Żeby nie zeżarła za szybko zbyt dużo. Różnie to z kotami bywa, zwłaszcza jeśli mają prawo być bardzo głodne. Bella delikatnie i kulturalnie pożarła 1,5 kg kangurzyny. Kolejne pół kilo pochłonęła nocą.
Kolejnego dnia czuła się dobrze. Zjadła 3 kilo jedzenia. Kroplówki znosiła z zaskakującym spokojem.
Trzeciego dnia czuła się dobrze. Dr Prista kicała po korytarzu piszcząc radośnie, że Bella przeżyje. Dr Susan też się cieszyła. Ja czekałam. Do późnego wieczora czekałam na jakiś “nagły obrót sytuacji” i gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia. A nóż o 23, równo 3 doby po zakończeniu operacji Bella nagle wypije 10 litrów wody, dostanie wysokiej gorączki i umrze? Nie jest dobrze zbyt mocno kochać swoich pacjentów.
Bella nie umarła.
Piątego dnia wypuściliśmy ją pierwszy raz na wybieg. Po czym zagonienie jej na noc do klatki zajęło opiekunom niemal godzinę.
Dziś, 15 dni po operacji jej stan ogólny nie budzi żadnych zastrzeżeń. Spaceruje po wybiegu, wygrzewa się w słońcu, okazjonalnie kłóci się z braćmi.
Wyzdrowiała.

IMG_6702

* zdjęcia z operacji dzięki uprzejmości Thorstena

** Informacyjnie dla wszystkich nie związanych z weterynarią czytelniczek i czytelników koty posiadających: WSZYSTKIE tabletki, zastrzyki, pastylki i “szczepionki” antykoncepcyjne dla kotów prędzej czy później prowadzą do tego samego, co spotkało Bellę- czyli ROPOMACICZA (ewentualnie, do nowotworów gruczołu mlekowego, które u kotów w 80-90% są złośliwe). Jeśli nie macie macie hodowli rasowych/wystawowych kotów i nie myślicie o rozmnażaniu swojej kotki. WYSTERYLIZUJCIE JĄ. Dla jej zdrowia, dobra i komfortu.

Dialog polityczno-filozoficzny, czyli z dziedzin, w których jak wszyscy Polacy, jesteśmy ekspertami.

Dzień wolny. Marchewka nadrabia tygodniowe zaległości konsumpcyjne i je monstrualne śniadanie, ja nadrabiam zaległości i czytam wiadomości ze świata.

- Ja nie wiem, co ty się tak przejmujesz tą Palestyną, Rosją i Ukrainą- stwierdził Marchewka- przecież i tak wiadomo, że Ziemia jest przeludniona i w końcu musi wybuchnąć III wojna światowa, bo nie da się tych tłumów wyżywić.

- Ty chyba zwariowałeś????!!!- (nie żebym uważała ten scenariusz za nierealny, ale stoicki spokój Tomasza był szokujący.)

- Nie, a co, Ty masz lepszy pomysł?

- Wystarczyłoby, gdyby wszyscy ludzie przeszli na wegetarianizm. I to już by na dłuższy czas rozwiązało problem wyżywienia.

- No co ty?

(tu wymieniliśmy kilka kontr- i argumentów w frustrującej, bezsensownej dyskusji, której przebieg zna każdy wegetarianin, o ile kiedyś, naiwnie, starał się wytłumaczyć swoje racje mięsożernemu dewocie. Co innego twierdzić, że człowiek musi jeść mięso bo inaczej jego życie nie będzie miało sensu ani smaku, co innego zaprzeczać, że krowy wcale nie zżerają ton siana, kukurydzy czy buraków z pól, które można by obsiać soją, żytem czy marchewką).

- Mówię Ci Anka, tylko kolejna wojna może rozwiązać przeludnienie. Ludzie powybijają się na froncie i potem przez kilkadziesiąt lat znów będzie spokój- zawyrokował Marchewka, który wcale nie jest neonazistą… jest raczej przerośniętym, anachronicznym dzieckiem kwiatem.

- …. ale serio można by było ten tłum wyżywić gdyby…- uparłam się na wątek wegetariański.

- No to co? Chcesz z dnia na dzień zmienić mentalność kilku miliardów ludzi, żeby nagle zaczęli żreć tylko marchewki?

- A co? Chcesz nagle zmienić mentalność wszystkich ludzi żeby rzucili się sobie do gardeł?

- Noooo… tutaj to nie ma co zmieniać.

W09_MT_poster_endwargz

 

Pigmejek Burak był jednym z pierwszych bohaterów małpiatkowej “niekończacej się historii” z pogryzieniami kończyn i ogonów, oraz, z przyczyn towarzysko-socjalnych, jednym z naszych najdłużej doglądanych pacjentów. Prawdopodobnie cała przyjemność była po naszej stronie. IMG_6559-001 Burak, prawem serii i parzystości nieszczęść, trafił do nas późnym niedzielnym wieczorem, tego samego weekendu, gdy przywieziono nam Topika. Miał pogryziony ogon, oraz zwichnięty kręgosłup, również w odcinku ogonowym.  “Pogryziony” nie do końca oddawało stan rzeczy, ogon był “ugryziony”. Raz i porządnie. Buraczkowi brakowało fragmentu ciała, idealnie oddającego linię łuków zębowych jego oprawcy. Ranka była nieduża, ale z perspektywy 85-gramowej pigmejki- ogromna.

IMG_7334opiekunowie łapią pigmejki w rękawicach murarskich, Tomek odkrył, że jest na tyle gruboskórny, że pigmejkowe ząbki są zbyt krótkie, żeby go ugryźć

Zdecydowanie, co z delikwentem zrobić zajęło nam trochę czasu. Rana była duża i głęboka. Ubytek tkanek znaczny. Staw międzykręgowy zwichnięty. Dobre kilkanaście centymetrów ogonka wisiało na fragmencie mięśni i skóry. Zagoi się to, czy nie?  Unerwienie zostało zachowane- pigmejkowi zdecydowanie nie spodobały się testy, czy czuje swój ogonek. Ukrwienie? Czy ocalałe naczynia wystarczą, bu odżywić cały ogon ?

Poparzyliśmy na mikro-buraczka trzymanego w absurdalnie wielkiej rękawicy ochronnej. Pigmejki tak naprawdę składają się z okrągłego łebka, łapek i ogona. I jak tu okaleczać takiego dzieciaka?

IMG_6560-001

Uznaliśmy, że oczyścimy, opatrzymy ranę i zobaczymy, jak będzie się goić. Amputować jeszcze zdążymy. Spróbowałam również zbliżyć do siebie brzegi rany… i uczciwie trzeba przyznać, że to były 2 najbardziej żenujące szwy w moim życiu.

Na szczęście moje poczucie estetyki nie cierpiało długo, bo następnego dnia Burak rozprawił się z węzełkami i postanowił, że ogon będzie leczony jako rana otwarta.

Zamieszkał w labolatorium. I dopiero wtedy stał się Burakiem, a może raczej- odkryto jego buraczaną naturę i ochrzczono adekwatnie.

P1140215-001

Burak, w przeciwieństwie do reszty pogryzionych marmozet i tamaryn, był nieufnym, lekko autystycznym socjopatą. Nie dało się go przekupić żadnym syropkiem antybiotykowo-owocowym, witaminkami w cukrach prostych, czy innymi cudami dla dzieci.

Burak miał własny, pełen wiecznego zdziwienia i niezdecydowanego lęku świat, w którym wielcy człowiekowaci nie byli mu potrzebni. Biegał po klatce jak wielki włochaty pająk. Spał uparcie na dachu swojego domku. Ćwierkał w nocy. I obserwował nas swoimi wielkimi ślepiami, skoncentrowany i zamyślony do granic możliwości swoich buraczanych możliwości. Zawsze z otwartym pyszczkiem. Przez jakiś czas podejrzewałam nawet, że może ma jakąś wadę zgryzu, albo zwichniętą rzuchwę… ale nie. Burak był naszą fotograficzną muzą… być może uwierzył więc, że jest top modelką i musi kusząco wietrzyć paszczę.

IMG_6564-001

Poza tym jednak był bardzo samotnym stworzeniem. Próbowaliśmy z nim rozmawiać i do niego ćwierkać, nawet w desperacji usiłował nam odpowiadać, pewnie przekonany, że z Marchewki totalny burak. Tęsknił jednak za rodziną. Pigmejki żyją w parach lub grupach rodzinnych. Buraczek był małpim nastolatkiem, dotychczas szczęśliwie mieszkającym z rodzicami (hmmmm :P) i dwójką rodzeństwa- wyglądającym jak kołtuny na grzbiecie matki.

IMG_6769zamknięty pyszczek=to inna pigmejka

Mieliśmy nadzieję, że będzie mu raźniej, jeśli obok jego klatki dostawimy parkę nowonabytych pigmejek z kwarantanny. Pomijając jednak nasze ohy i ahy i kolejne wieczory spędzone na podłodze laboratorium z aparatem w klatce- nowi koledzy nie zmienili nic. Patrzyli sobie w oczka, albo mój obiektyw, spali razem, bawili się razem, ćwierkali razem… i gdzieś mieli buraczkową niedolę.

IMG_6783

IMG_6792

IMG_6791

Tymczasem rana powoli, lecz sukcesywnie, goiła się. Co prawda skacząc po klatce Burak wyginał swój zwichnięty ogon na wszystkie, najbardziej nieprawdopodobne sposoby, ale rana się zamykała. I wtedy też Burak zaczął gryźć swój ogonek.

- Traci czucie, czy odzyskuje czucie?

- Nie wiem, ale na pewno swędzi go strasznie.

Mieliśmy z tego powodu przez moment trochę nieprofesjonalnego i okrutnego śmiechu. Burak przeżuwał namiętnie koniuszek swojego ogona, po czym z zapałem zaczynał nadgryzać dalsze (dogłowowe) odcinki, aż trafiał na unerwione miejsce, by z piskiem, wciąż z ogonem w zębach, rzucać się do ucieczki. To było podłe. Ale zabawne.

P1140130

Po dwóch dniach wyraźnie było widać, że końcówka ogona obumiera i obsycha.

Jednak trzeba amputować.

Uciąć cienki, zwichnięty szczurzy ogonek trudno nie jest. W takim buraczanym przypadku najtrudniejszą częścią jest anestezjologia, bo jak znieczulić bezpiecznie pchłę, która waży niecałe 90 gram. Rozkminiałyśmy to z moją przyjaciółką Zosią, anestezjolog, bite 2 godziny. Zabieg trwał 5 minut. Buraczek przeżył.

P1140198

Pierwszym pomysłem na burakowe nowe życie bez ogona było wyjęcie szwów i zgryzienie kikuta- zapakowaliśmy go więc w karny kołnierzyk.

P1140204

Tydzień później wrócił do domu. Wbrew obawom, rodzice o nim nie zapomnieli i nie próbowali zamordować. Tak naprawdę mieliby do tego pełne prawo. Burak szalał. Ganiał po całej klatce jak szalony, tarmosił ojca, przeszkadzał matce, bujał się na gałęziach, wspinał po ścianach, skakał, biegał, broił i wszystkim dokuczał. Był taki szczęśliwy! Brak ogona nie był najmniejszym problemem.

IMG_7331

* Krótka notka edukacyjna- pigmejki to najmniejsze małpki świata i lasach deszczowych Ameryki Południowej (zachodnia Brazylia, wschodnia część Peru i Ekwadoru, Kolumbia). Mają ok 15 cm długości+ogon (kolejne 15-20 cm). Są wszystkożerne. I są urocze :) Nie wiedzieliśmy o tym, gdy poznawaliśmy się z Burakiem, ale po łacinie pigmejka to Cebuella pygmaea

IMG_6771

Mieszkając na Jawie

- Ania, Ania! Przywiozłam Ci prezent z mojej wyspy!

(wzruszenie)…- Oh jej, dziękuję, nie musiałaś!

- To tylko drobiazg.

-… yyyyy… a co to jest????

- Tradycyjne jedzenie!

- Aha. Czyli o to jest?

- Suszone strzykwy! :D

P1140611

Strzykwy- te glutowate, paskudne morskie stworzenia plujące cuchnącą wodą.

Suszone.

Smaży się to na głębokim oleju, co już samo w sobie czyni je jeszcze mniej jadalnymi.

Nie śmierdzą tak bardzo, jak po zdechłych, zmumifikowanych owocach morza można by się spodziewać… i smakują trochę jak popcorn. Słono-gorzki popcorn. Jednak mimo wszystko… nie wchodzą tak jak popcorn. Strzykwowatości nie da się wysmażyć.

P1140608

 

Historia kangurzątka zaczęła się prawdopodobnie w pewien słoneczny poranek, łomotem do drzwi. Ósma rano, promienie słońca ślizgają się po ścianie łazienki, którą Tomek w przypływie McGuyverowskiego artyzmu zamienił w zegar słoneczny. Ktoś wali w drzwi.

Śpimy dalej. Różne dźwięki dział żywienia wydaje poranku. Po kilku tygodniach budzenia się o 5 człowiek jest w stanie ignorować wszystkie. Poza tym, oprócz licznych wad, spanie w kwarantannie, czyli mieszkanie w pracy, ma jedną zaletę- 15 minut spokojnie wystarczy, żeby wyszykować się na dyżur.

- Miss Ana, Misterrr Tomek!- wrzasnął ktoś za drzwiami, nie pozostawiając złudzeń, że to do nas. Jednocześnie zadzwonił telefon. Dorty. Jej kangur połamał nogę, nie chodzi i chyba umiera, a ona jest 50 km (czyli 1,5 godz. jazdy) od Batu, w pidżamie, w łóżku. Czy możemy go zobaczyć?

P1130988

Pojechaliśmy. Jeden z dusky wallaby (małych, kangurowatych stworzeń żyjących w indonezyjskich lasach) siedział skulony pomiędzy korzeniami potężnego drzewa. Oddychał ciężko i szybko. Ślinił się oficie. Miał wysoką gorączkę.
Akurat łapy były w porządku. Obślinione, ale całe.
Kazaliśmy natychmiast przywieźć go do szpitala.
“Natychmiast” trawało 15 minut, w czasie których kangur dostał drgawek, a pienisty wypływ z nosa nie pozostawiał złudzeń, że obrzęk płuc rozwija się w najlepsze. Wycieczka na skuterze i łapanie w siatkę również nie miały działania terapeutycznego.
Stworzenie miało szczęście, że akurat dzień wcześniej, ostatecznie dotarła do nas nowa partia leków.

P1130983

Tlen, leki przeciwdrgawkowe, uspokajające i moczopędne. Kangur odpłynęła w świat narkotykowej nirvany. Leżał na chłodnych kafelkach sali chirurgicznej, wdychał tlen i z absolutną obojętnością znosił wszystkie nasze zabiegi. Wielkie, niewidzące, urocze oczęta i króciutkie łapki.

Miał poparzony pyszczek. Całą błonę śluzową warg i dziąseł pokrywały pęcherze i nadżerki. Wirus czy zatrucie? Może jakiś osioł postanowił zdezynfekować miski, i nie wypłukał chloropochodnego płynu?

W międzyczasie dotarła Dorty. Głównie po to, by zabrać i zgubić próbki pobranej krwi. Zwierzak prawie się przekręcił, nikt nie ma pojęcia dlaczego… Po co sprawdzać krew, jeszcze by wyszło, że ma uszkodzone nerki czy wątrobę i trzebaby myśleć o długoterminowym leczeniu. Nie ma diagnozy- nie ma problemu.

P1130986

Kungur zamieszkał w izolatce. Gorączkował przez kolejne dwa dni. Pyszczek zagoił się szybko. Apetyt nie wracał. Nie pomagały żadne ziółka, smaczne liście, ranigasty, wody z aloesem. Nic. Kangurzyna grzecznie łykała nutrigel, a potem uciekała w kąt klatki głodować. Tylko relanium było w stanie przekonać go do jedzenia. Z czasem zaczęliśmy podejrzewać, że głównym powodem anoreksji zwierzaka nie jest fizyczny ból, czy jakaś tocząca go choroba, a samotność i stres z nią związany.
Z pewnymi obawami postanowiliśmy wypuścić go z powrotem na wybieg… i od tego czasu widywaliśmy naszego “dusky wallaby” non stop przy korycie, albo z jakimś warzywem w łapce. Jadł i jadł i jadł… a jego upiornie sterczące żebra z każdym dniem wyglądały mniej przerażająco.

Zanim jednak nasz pacjent wrócił do swojej rodziny, otrzymaliśmy kolejne zgłoszenie ratunkowe. Kangur z tego samego wybiegu, ma drgawki, trudności w oddychaniu i ślinotok. Niestety tym razem zwierze nie zdarzyło dojechać do szpitala. Umarło w czasie transportu. Sekcja zwłok wykazała obrzęk płuc i przekrwioną błonę śluzowa dna żołądka. Nie mogliśmy ocenić stanu jamy ustnej, bo standardowo taksydermiści dorwali się do zwłok pierwsi i nam zostawili tylko oskórowany, zdekapitowany korpus.

IMG_6887wystrój wybiegu kangurów to odrębna historia

Kolejnego dnia w czasie obchodu ZOO, co jak się okazuje jest zamorskim, niepraktykowanym i nierozumianym tu zwyczajem, nazywanym “szukaniem kłopotów”, szczególnie czepliwie i krytycznie lustrowaliśmy wybieg walabii. Co się dzieje? Co one jedzą? Co one piją? Czemu tak zdychają? Czym i kiedy czyszczą im wybieg? Kto, co i dlaczego im tam wrzuca?

Sytuacja była nieco beznadziejna. Walabie mieszkają w wielkim “akwarium” pośrodku jednego z wielu placów gastronomicznych. Szklany płot ma nieco ponad metr wysokości- każdy może im wrzucić wszystko. Frytki, lody, papierki, resztki hamburgera, tylko żarłoczność indonezyjczyków chroni kangury przed codziennym rozstrojem żołądka.

P1140056kangur najlepszy przyjaciel żółwia

Przerzuciliśmy się na obserwowanie walabii. Może któraś zaczyna się ślinić albo dyszeć? Nie. Południe. Upał. Bezwietrzna pogoda. Kangury leżały rozciągnięte na piaszczystym wybiegu i rzuły leniwie. Sielanka…..
- Ejjj, Tomek? Gdzie jest matka tego małego kangurzątka?- zapytałam.
O tej porze dnia maluchy, jeśli nie w torbie, odpoczywają gdzieś blisko swojej mamy. Ten dzieciaczek leżał w słońcu, kompletnie sam… (słaby, głodny i nieszczęśliwy- dopowiedziałam sobie).
- ….. nie mów mi, że ci idioci nie powiedzieli nam, że ta wczorajsza kangurzyca to była matka karmiąca???!!! Na dodatek najmłodszego kangurzątka???!!!

P1140037

Oczywiście tak właśnie było. Nikt naszym opiekunom nie płaci przecież za spostrzegawczość, kojarzenie faktów, informowanie o stanie zwierząt… ani pracę. Naszym opiekunom płaci się głównie za obecność, modlitwy, oraz, w części przypadków, zamiatanie wybiegów.

Nie mamy preparatu mlekozastępczego dla torbaczy. Nie mamy nawet tak małego smoczka. Dzieciaczek wyglądał jak siedem nieszczęść i wypadało wymyślić coś szybko.
- Spróbujmy go podstawić do tej drugiej mamy kangurzycy!- strzeliła błyskawicznie Dorty.

Popatrzyliśmy na nią niedowierzająco. To na pewno zadziała. Przestraszyć wszystkie kangury, zrobić kolejne chaotyczne polowanie, złapać matkę w siatkę, unieruchomić i wsadzić jej do torby cudze dziecko. Masterplan!

P1140040

Nie mieliśmy jednak żadnego lepszego, więc siejąc malkontentyzm zgodziliśmy się spróbować. Opiekun kangurów, jako potencjalnie najmniej stresujący, wskoczył na wybieg, wziął sierotkę pod pachę i zaczął skradać się w kierunku domniemanej matki zastępczej. Kangurzyca obserwowała go, niezdecydowana czy dziwić się czy niepokoić. Reszta kangurów przysiadła w bezpiecznej odległości, słusznie zakładając, że będzie ciekawie. Opiekun dodreptał na satysfakcjonującą odległość i ofiarnym gestem podsunął w kierunku kangurzycy dzieciaczka. Kangurzyca odskoczyła zniesmaczona.
Opiekun poszedł za nią. Podrzucił jej kangurzątko. Kangurzyca odskoczyła na bezpieczny dystans…. Opiekun poszedł za nią… i tak przez bite pół godziny, aż kangurzyca osiągnęła najwyraźniej apogeum irytacji i po kilku próbach ucieczki zmieniła taktykę i postanowiła olewać rzucanie w nią bahorami; kangurzątko zaś osiągnęło szyt desperacji i przy kolejnym podrzuceniu przyskikało do jej torby i szturmem postanowiło zdobyć dostęp do mleka.

To był teatrzyk łamiący serce. Dookoła przetaczały się tłumy niewidzących-zwiedzających, a ja stałam oparta o barierki i nie mogłam oderwać od tego dramatu oczu. Biedne, maleńkie, samotne kangurzątko. Głodne i zagubione.

P1140051
Odwołaliśmy opiekuna, żeby już nie przeszkadzał. Kangurzyca zdecydowanie mniej alergicznie reagowała na aspiracje malucha, niż polowanie keepera. Sierota trochę ją irytowała, była jednak tylko małym, bezbronnym stworzeniem. Nie zachowywała się wobec nigo agresywnie, nie próbowała go przestraszyć, ani uciekać. Nie starała się również mu pomóc. I to wystarczyło. Mały krążył dookoła, na przemian desperacko i nieśmialo… a ja myślałam, że zaraz się rozpłaczę.

To był idiotyczny plan. Naprawdę, debilny.

Postanowiłam przejść się chwilę, wypalić fajkę spokoju (nie… zwykle nie palę) i pomyśleć nad mniej melodramatyczną strategią adopcyjną. Gdy wróciłam w okolice wybiegu maluch pił. Nie był to z pewnością najbardziej komfortowy posiłek w jego życiu, niemniej udało się! Kangurzyca najwyraźniej jeszcze nie zdecydowała się, czy chce wychowywać dwójkę dzieci, wierciła się i co chwilę odskakiwała od ssącej sierotki, ale za każdym razem pozwalała mu trochę wypić i to było najważniejsze!

Taki durny plan.

P1140042
Wzruszeni i szczęśliwi powędrowaliśmy do kwarantanny zmontować dzieciakowi torbę zastępczą. Taki maluch musi mieszkać w torbie. Musi mieć gdzieć swoje bezpieczne miejsce, gdzie może się do czegoś w nocy przytulić, nawet jeśli będzie to tylko termofor zawinięty w ręcznik. Zrobienie kangurzej torby z dwóch poszewek na poduszki i ręcznika nie jest skomplikowanym zadaniem. Powierzyliśmy je więc studentom, coby poczuli się potrzebni i edukowani. 15 minut! :D 5 studentów i 15 minut intensywnej zespołowej pracy umysłowej :D żeby wymyślić jak złożyć do kupy 3 kawałki materiału. Ile za to mieli z tego radości :)

P1140035
Wieczorem przedstawiliśmy kangurzątku jego nową sypialnię. Sierotka skakała pomiędzy dorosłymi kangurami miląc się i szukając kontaktu. Samce, nie samce.. było mu wszystko jedno. Gdy jednak zgłodniał powędrował prosto do swojej przymusowej matki zastępczej i bez większych problemów napił się tyle ile chciał. Kangurzyca czekała cierpliwie, najwyraźniej pogodzona ze swoim losem.

P1140041

Walabie są niesamowite. Od tego czasu maluszek nocuje w torbie z hotelowej pościeli. W południe zaś zawsze widzimy go wylegującego się co dzień przy innym kangurze. Teraz całe stado jest jego rodziną. I, obserwując je, czasami mam wrażenie, że dorosłe zwierzaki właśnie tak o nim myślą.

P1140059

* próbowaliśmy rozwikłać zagadkę tajemniczych zatruć, ale nic nam z tego nie wyszło.

** Nazywanie walabii kangurem nie jest do końca poprawne z biologicznego punktu widzenia… ale że jest to notka “do kawy” a nie artykuł naukowy, uznałam, że wygodniej będzie mi stosować to zamiennie i umieścić tu sprostowanie. Walabia to walabia, kangur to kangur- (a raczej walabia smukła/walabia Benneta, kangur rudy/kangur górski). Zwierzaki należą do tej samej rodziny (kangurowate) i rodzaju (Macropus) są jednak innymi gatunkami. Tak więc każda walabia należy do kangurowatych, ale nie każdy zwierzak z rodzaju kangurowatych jest walabią. Każdy szpak jest ptakiem nie każdy ptak jest szpakiem. Błąd polega na tym, że walabia jest z kangurowatych, a nie jest kangurem.’Kangurowate” jednak nie brzmi.

P1140037

 

 

O istnieniu waranów paskowanych dowiedziałam się, gdy umarły. Dwa. Z idealnym wyczuciem chwili, gdy tylko zdążyłam powiedzieć głośno, że oto bijemy rekord- od 10 dni nic nie umarło (!), w gabinecie pojawił się jeden z enigmatycznych (i zwykle nieuchwytnych) opiekunów gadów, poinformować nas, że dwa warany, tegu i pyton zdechły.

“Nagła śmierć bez wcześniejszych objawów”.

 colombian-black-and-white-tegu-Tupinambis-teguixin__56072_zoomtegu thetyedyediguana.com

Tegu tak się kryło ze swoim zgonem, że zanim opiekunowie zorientowali się, że nie żyje, szczątki nie nadawały się już do sekcji zwłok. Waranami nigdy nikt się nie interesuje, więc nie pofatygowali się dostarczyć ich do kwarantanny. Pyton zaginął. Może ktoś zabrał, na pasek do spodni… Może nakarmili nim kobrę… kto wie?

Ponieważ od 10 dni żaden ssak nie umarł, kolejka zwierząt dobijających się na tamten świat była długa- a my intensywnie zajęci, nikt więc nie miał czasu ani ochoty wszczynać śledztwa w sprawie waranów. Tegu żal, nie mamy ich już zbyt wiele. Pytona żal… Warany paskowane ganiają tu po wiejskich ściekach i miejskich kanałach… Też ich żal, ale że o osobniki zamienne na bazarze łatwo, więc weteryniorze się nimi nie przejmują.

water-monitorblogs.lifeandscience.org

Kilka dni później zdechł kolejny waran. I jeszcze jeden. Kolejny tydzień zainaugurował następny waran. To była jakaś totalna zagłada. Warania apokalipsa. Nawet ze swoim zerowym doświadczeniem w kategorii leczenia gadów musiałam sprawdzić resztę i zobaczyć, co się dzieje. Tak nakazywała przyzwoitość.

Dorty, komfortowo obojętna na los zmiennocieplnych, pozostawała niewzruszona.

- Dorty, ile wy w ogóle macie tych waranów?

- A bo ja wiem? Teraz pewnie z 5… może 4.

- To mieliście 10 waranów??? W tym bunkrze pod schodami???

- Nie wiem… zwykle kupujemy tak 10-12…  i one po kolei umierają… jak umrą wszystkie, to znów je kupujemy.

- ????????

- Wiesz, to nasze warany, tanie są.

Jak tanie, to luz. Każde życie można widać wycenić.

Zanim skończyłyśmy obchód w kwarantannie adaks dostał wzdęcia, nilgai pobiły się krwawo i brutalnie, hiena okulała, na chirurgię trafiła kolejna pogryziona tamarynka… i znów nie mieliśmy czasu pójść do waranów. O dziwo tym razem waran przyszedł do nas.

Być może opiekunowie gadziarni zaniepokoili się tempem wymierania ich zwierząt. Może chcieli zrobić dobre wrażenie. Grunt, że przynieśli warana, który dziś właśnie skaleczył sobie łapę. Głęboka rana, otoczona gnijącymi mięśniami, odsłaniała białe kości śródstopia (pierwsza zasada przeprowadzania wywiadu- opiekun zawsze kłamie. Tu kłamią przezabawnie).

- Trzeba operować!- ucieszyła się Dorty i zaczęła wywlekać z szafek mniej lub bardziej związane z tematem przedmioty. Nic nie cieszy Dorty tak jak chirurgia. Odkąd wpadła na pomysł leczenia zwichnięcia palca i zerwania paznokcia amputacją dłoni lwiatki złotogłowej, jej zapał naprawdę mnie przeraża.

IMG_5980Memento mori… Batu Secret ZOO

Spojrzałam tęsknie na zegarek. Za 10 minut miałam skończyć dyżur. Popatrzyłam krytycznie na warana. Stara,gnijąca i cuchnąca rana lewego śródstopia. Wrzody skóry. Ropa w pysku. Surowiczo-ropny wypływ z nosa. Koszmarnie odwodniony. Rokowanie- fatalne, abstrahując nawet od mojego doświadczenia w gadzim temacie.

Wytłumaczyłam Dorty, że moim zdaniem nie ma tu czego ratować,a już na pewno nie będę go operować dzisiaj. Dorty, ze smutkiem, że nie będzie wieczornego krojenia mięsa, równoważonym zdrowym dystansem do gadzich spraw i dramatu herpetarium, przyjęła to gładko. Opiekun- był wstrząśnięty! Jak to? Zobaczył, że zwierze jest ranne! Przyniósł do lecznicy! Natychmiast! I co? Nie będziemy go leczyć? Toż to najzdrowszy waran z całego wybiegu….

Chaosie! Jeśli ten zasmarkany truposz jest najzdrowszy, to jak wygląda najsłabszy?

waran-paskowany--varanus-salvator-7

Zorganizowaliśmy waranowi przyzwoitą klatkę z basenem i lampą grzewczą (które są w naszym przybytku towarem deficytowym), podaliśmy płyny, antybiotyk, oczyściliśmy i wypłukaliśmy paszczę i zapakowaliśmy do nowego apartamentu. Waran wlazł kulawo do koryta z wodą… i zaczął pić. I pił. I pił. I pił… jak smok wawelski. Jak te biedne zwierzęta mają egzystować, jeśli woda w wystawowej klatce nie spełnia ich wymogów higienicznych?! Waranów żyjących “w naturze” w ściekach i kanałach Malang?!

Spędziłam uroczy wieczór chaotycznie i nerwowo czytając o gadziej chirurgii, anestezji, anatomii, analgezji i opiece pooperacyjnej… bo nawet jeśli głośno i rozsądnie twierdzę, że coś umrze… to zawsze jakaś moja niedorozwinięta część łudzi się, że może jednak nie, może akurat tym razem, właśnie tego warana/psa/kota/królika, trafi cud i zwierzak przeżyje.

Australian Water Monitorto akurat “jakiś” waran australijski virtua-gallery.com

Łudziłam się również, że operacja skończy się na amputacji 2 palców i części śródstopia, okazało się jednak, że łapka warana to ruina złożona z gnijących mięśni i spróchniałych kości. Trzeba było amputować całą kończynę.

W swoim przydługim życiu asystowałam przy kilku operacjach amputacji kończyn psów, oraz samodzielnie “zoperowałam” dwa martwe koty, co niewiele znaczy, ale w porównaniu z  resztą zespołu miałam duże doświadczenie.

Wyszorowaliśmy, znieczuliliśmy, zaczęliśmy.

To był koszmar. Nie wdając się w nieestetyczne szczegóły- ten poranek dosadnie uświadomił mi niby oczywistą różnicę pomiędzy tkankami gadów i ssaków. Zanim ostatecznie udało mi się odpreparować i podwiązać wszystkie mięśnie i naczynia stałam na skraju ostrego załamania nerwowego. Miałam ochotę rzucić wszystkie narzędzia w cholerę i uciec. Schować się w szafie. Złożyć śluby już-nigdy-nie-operowania. Rzucić pracę. Wyjechać. Coś podobnie dojrzałego.

Na dodatek waran nie spał dobrze. Czuł. Wiercił się. I żarł izofluran jak szalony.

Nikt w Batu Secret ZOO nie liczy się z kosztami leczenia (liczą się jedynie z kosztami zakupów… ale gdy już coś nabędą są w stanie zepsuć to lub roztrwonić w jeden dzień), ale gdy waran pochłonął 10 ml izofluranu odezwał mi się jakże nieidealistyczny głos ekonomicznego rozsądku (tak, jednak każde życie można wycenić). Jaszczur i tak zdechnie, a ta zabawa będzie nas kosztować fortunę. Co więcej… zgodnie z bezbłędnie działającymi tu prawami Murphiego, ISO skończy nam się na pewno podczas operowania jakiegoś cennego i wrażliwego zwierzęcia.

Varanus-salvator-350-px-tiny-Feb-2014-Tony-Gamble-Tetrapod-Zoologyblogs.scientificamerican.com

Podzieliłam się z dr Susan, dr Dorty, dr Tomkiem i stadem studentów swoim pomysłem na śródoperacyjne uśpienie pacjenta. Tomek poparł mnie entuzjastycznie, studenci jęknęli, Dorty była za a nawet przeciw, a dr Susan radykalnie przeciw. Kazała mi przejść na anestezję infuzyjną i kontynuować.

Kontynuowaliśmy.

Ucięliśmy. Efekt końcowy trzeba przyznać był zaskakująco esteczny.

Bez większych nadziei czekałam, aż gadzina zacznie wracać do żywych. Wyciągnęłam rurkę intubacyjną- była praktycznie zapchana krwisto-ropnym glutem.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu- waran się wybudził.

A 3 godziny później zdechł. IMG_6714

Zrobiliśmy sekcję zwłok. Stan płuc nie był dla nikogo zaskoczeniem. Zaropiały glut. Za to wątroba… Sinobordowa, tęga masa wypełniona kawernami ropy. Nie było to wielkim pocieszeniem, ale biedny waran nie miał prawa przeżyć jakiegokolwiek anestezji. Był martwy, zanim jeszcze opiekunowie ocknęli się, by przynieść go do leczenia.

IMG_6725

Cokolwiek jednak toczyło nieszczęśnika, dotyczyło również jego pozostawionych w klatce kolegów, a znając podejście pracowników ZOO do kwestii higieny (zarówno zwierząt i ich żywienia, jak i osobistej) za chwilę będzie udziałem wszystkich gadów z Reptile Garden, albo i ogółu zwierzaków całego sektora Secrat A.

Dla pewności przejechaliśmy się do apokaliptycznej ekspozycji waranów. Zgodnie z przewidywaniami- umierały. One też miały “świeże rany” kończyn, owrzodzoną skórę i smarki wiszące do ziemi.

W grę wchodziła tylko eutanazja. Uśpić te biedne, konające zwierzęta, zdezynfekować wybieg i modlić się (hmmm… oni modlą się co najmniej godzinę dziennie), by zaraza nie rozprzestrzeniła się na inne gady. 14 july_17

Dorty była wstrząśnięta. Jej światowy umysł jest w stanie zaakceptować eutanazje jednego zwierzęcia, lub zaniedbanie tysiąca, ale nie uśpienie 3 dogorywających jaszczurek.

- Ania, nie możesz tego zrobić. -ostrzegła- Oni Ci na to nie pozwolą. To aż 3 warany.

- Które i tak zdechną za kilka dni, może za tydzień.

 

- No to nawet jakby…  co z tego? Zawsze kupujemy gady od Mr Eko i zawsze jest to samo. Wszystkie zdychają. – A nie można kupić ich gdzie indziej?

- Nie.

- Aha. Ale zobaczysz, załatwię tą eutanazję.

OSHIM-00000528-001

Poszłam do szefowej, radykalnej zwolenniczki ochrony życia w cierpieniu i poinformowałam ją o swoim planie. Susan wysłuchała mnie zaskakująco spokojnie.

- Dr Ania, tego nie można zrobić- stwierdziła.- Nie można uśpić wszystkich waranów. Może uśpisz 2 najgorsze? Zostaw jednego.

- Ale wszystkie są chore! Chodzi o to, żeby zlikwidować rezerwuar tych bakterii.

- Ja nie mogę Ci na to pozwolić

. – A gdyby szef mi pozwolił.

- To możesz, ale Ty powiesz opiekunom. -

- OK :D

- Ale wiesz, to nic nie zmieni. Bo my zawsze kupujemy warany od Mr Eko. I one zawsze umierają. Więc nowe też będą od Mr Eko. I też będą chore.

- No właśnie. A czy nie można przestać kupować warany od Mr Eko?

- Nie.

- Dlaczego???

- Bo Mr Eko długo już z nami współpracuje i dużo wie.

- Aha.

Napisałam nafaszerowanego anatomopatologicznym językiem śmierci mejla, okraszonego najobrzydliwszymi zdjęciami z sekcji, wysłałam do szefa i pół godziny później miałam pozwolenie na masową zagładę.

Asian-water-monitor-lizard-swimming-portrait

Strach padł na weterynarzy. Co teraz. Grzeszyć? Jak to powiedzieć opiekunom. Może da się jednak ocalić warany.

- Ania, czy ty naprawdę chcesz zabić te 3 warany?- zapytała sprytnie Prista.

- Nie dr Prista, nie chcę ZABIĆ trzech waranów bo nie lubię zabijać zwierząt. Chcę się ich pozbyć z ZOO, a nie wydaje mi się moralne wypuszczanie ich na wolność, żeby siały jakąś zarazę i zdychały w ściekach.

- Aha, czyli trzeba je wywieźć z ZOO- stwierdziła Prista.

Zgodnie z obawami Dorty opiekunowie waranów nagle zapałali do nich desperacką miłością i nie chcieli oddać ich na pewną śmierć.

- Oni później nie będą się ciebie słuchać, jak teraz zabijesz ich zwierzaki- mruczała Dorty.

Ciężko byłoby mi to sobie wyobrazić, bo i tak się mnie nie słuchali. Keeperzy nie słuchają się nikogo… tylko głosu wiary i żołądka.

monitoring-lizard-dispersal-evolution_18712www.earthtimes.org

Po południu problem częściowo się rozwiązał- kolejne dwa warany spolegliwie wzięły się i  dobrowolnie zdechły.

Zaczynałam poważnie zastanawiać się, nad nocną wizytą i potajemnym uśpieniem ostatniego warana, tak aby opiekunowie rano (lub kilka dni później) ze mogli odkryć, że ich zwierzak w spokoju i zgodnie z boską wolą- wyzionął ducha. Byłam już niemal przekonana, że skrytobójstwo jest optymalnym rozwiązaniem, gdy zaszczycił mnie swą wizytą Samuel. Samuel jest (samozwańczym) specjalistą od gadów i (równie samozwańczym) szefem opiekunów herpetarium.

- Samuel chce z Tobą porozmawiać- poinformowała mnie Dorty.

- Tak?

- On się pyta, czy może wziąć sobie tego warana, skoro ty chcesz go uśpić, a on nie chce, żebyś go uśpiła.

- A gdzie on będzie tego warana trzymać.

- W domu.

- Dorty… powiedz mu bardzo poważnie, że to na co jest chory waran, może być niebezpieczne dla ludzi.

(tłumaczenie)

- A jeśli ma w domu małe dzieci, starsze lub chore osoby, albo jego żona jest w ciąży- to może być bardzo bardzo niebezpieczne.

(tłumaczenie)

- Dalej chce tego warana?

- Tak.

- To niech go zabiera- skapitulowałam. Ostrzegałam. Jeśli za chwilę w batuańskiej wiosce wybuchnie epidemia opornej-na-wszystko-salmonellozy, to nie moja wina.

- Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!!- rozpromienił się Samuel.

- Też dziękuję.

BO-OK-monitor-lizard-08-0003_xlarge

Warany zniknęły, a my przez następny tydzień ganialiśmy za opiekunami, żeby ostatecznie któryś raczył sprzątnąć i zdezynfekować ich klatkę.

Tomek zaś prowadził śledztwo w sprawie Mr Eko. Szukaj, a znajdziesz.

- Wiem już, skąd Mr Eko ma tyle waranów- oświadczył tajemniczo po kilku dniach.

- Z kanałów Malang?- mruknęłam raczej twierdząco.

- Nie.

- Z kanałów Dżakarty?

- Nie :) -

Z kanałów Bangkoku?

- Nie… tzn nie wiem z jakich kanałów, ale nie o to chodzi. Najpierw zgadnij, ile kosztuje jeden duży waran.

- Pojęcia nie mam.

- 10 USD.

- Nooo, to ładnie że wydaliśmy tyle kasy na leki dla tamtego.

- A teraz najlepsze!!!- rozpromienił się Tomek- Dlaczego Mr Eko ma tyle waranów????

-????

- Bo zaopatruje w waranie mięso restauracje!!!!!!!!

Historia oparta na faktach.

Drogi czytelniku! Jeśli jedząc mielone, myślisz o smaku mielonych, a nie cierpieniu zwierząt, masowych egzekucjach cielaczków i prosiaczków, wpływie chowu bydła na efekt cieplarniany, czy swoim osobistym poziomie cholesterolu we krwi i nic nie przeciągnie cię na stronę miłośników sałaty…. zostań wegetarianinem w tropikach. A przynajmniej pamiętaj, że zamawiając superegzotyczny kotlet z warana możesz liczyć na szczątki gada, którego pokaleczone łapy gniły za życia, skórę znaczyły sączące się wrzody, a narządy wewnętrzne toczył ropny proces zapalny. malaysian-water-monitor-varanus-joel-sartore

fineartamerica.com

Singapore ZOO

ZOO w Singapurze jest powszechnie uznawane za jeden z najlepszych i najpiękniejszych ogrodów zoologicznych na świecie. Nie muszę dodawać, że od dziecka chciałam je odwiedzić. Nigdy jednak, nawet w najbardziej szalonych marzeniach, nie sądziłam, że pojadę tam w wizytą służbową. IMG_7070 Oficjalnym powodem naszych odwiedzin były oględziny nosorożców, które już wkrótce będą miały nieszczęście przyjechać do Batu, przedyskutowanie wyposażenia naszego wybiegu,  jego zaplecza, kwestii transportu zwierząt oraz opieki nad nimi przez kilka pierwszych, newralgicznych dni…i  kolejne długie miesiące. Po długiej rozmowie i obserwowaniu nosorożców na ich przestronnym wybiegu przeszliśmy na tył ekspozycji. Niemal natychmiast do bramy podbiegła matka z malutkim nosorożcem- na głaskanie. Ona oparła wielki łeb o barierki i czekała na drapanie po chrapkach- maluch usiłował zjeść buty głównego opiekuna. Głaskałam cudaka po grzbiecie, tarmosiłam za uszy, drapałam po łebku i bardzo starałam się nie piszczeć, nie mówić “kuci kuci”, nie chichotać idiotycznie… i ogólnie wyglądać profesjonalnie. Małe nosorożcorątko usiłujące brykać zwinnie i radośnie wygląda rozbrajająco. – To są klatki dla naszych nosorożców… w zasadzie nigdy ich nie używamy, bo one wolą spać na zewnątrz. Korzystamy z nich na dobrą sprawę tylko, jeśli któryś robi się agresywny, jest zdenerwowany… albo przy okazji badań kontronych- kontynuował Mr Azmi. Oceniłam odległość między bramą wybiegu, a pierwszą klatką. Dobre 70m odległości. – A jeśli jakiś jest agresywny… to jak przemieszczacie go z wybiegu do klatki?- zapytałam Mr Azmi i Mr Timothy popatrzyli na siebie zdziwieni. – Wołamy je po imieniu- odpowiedział Mr Azmi. – ??? I to wystarczy? – Dotychczas zawsze wystarczało. To są bardzo łagodne nosorożce. Możemy między nimi bez ryzyka spacerować… I one lubią do nas przychodzić. Ostatecznie zawsze spotyka je później coś dobrego. IMG_7071 Poświęcono nam bardzo dużo czasu. Gdy zaś kwestię nosorożców, szczepień wielkich kotów oraz żywienia tygrysiątek należało uznać za zamknięte- poszliśmy zwiedzać ZOO. Jest naprawdę niesamowite! P1140314 To ekspozycjana temat lasu deszczowego. Pod ogromną kopułą z delikatnej siatki żyje kilka gatunków papug i gołębi, korońce plamoczube, kanczyle (jelonkowate zwierzątka wielkości dużego kota), nietoperze owocowe, żółwie, motyle i lemury katta (królowie Juliany). Biegają swobodnie. Nietoperze fruwają. “Las” jest gęsty. Deszczowy. Ile wypatrzysz- to Twoje. IMG_7129 IMG_7127 IMG_7126 Taka klatka :) IMG_7132   IMG_7136 Kubeł z owocami i warzywami trzeba przyznać jest mało estetyczny… może zostawiono go dla potrzeb zwiedzających. IMG_7137   P1140308 Backstage IMG_7072 IMG_7076 Singapurskie ZOO jest kolejnym przykładem, że nie liczy się ilość, ale jakość. Tak naprawdę nie mają tu spektakularnej kolekcji gatunków zwierząt z całego świata. Mają za to spektakularne wybiegi.  Tu zwierzęta mają przestrzeń, a zwiedzający ma czas je podziwiać. IMG_7079

wybieg dla lwów

IMG_7220wybieg dla tygrysów

Po ZOO chodzi się jak po wielkim parku- w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest cicho. Zielono. Poszczególne wybiegi oddzielone są od siebie gęstą roślinnością. Tu nie oszczędzano terenu. Przed niemal każdą ekspozycją ustawione są ławki, bądź zbudowane altany, gdzie można usiąść i w spokoju poobserwować zwierzęta. Pozachwycać się. Przeczytać podstawowe informacje i ciekawostki na ich temat. W materiałach dydaktycznych duży nacisk położono na ochronę przyrody i ochronę ginących gatunków.

IMG_7212

P1140409

P1140419

Hipopotamy karłowate! Mamy je w Batu Secret ZOO, jednak co z tego, gdy kompletnie giną wciśnięte pomiędzy pekari, kapibary, emu, sitatungi i alpaki!

Tu, sposób skonstruowania wybiegu, oraz cała, prowadząca do niego droga- przez korytarz otoczony ogromnymi akwariami, zamienia spotkanie z tą “baleriną afrykańskich rzek” (jak ją nazwali) w niezapomniane przeżycie.

P1140393

P1140404

Wiele większych wybiegów skonstruowanych jest w taki sposób, by zwiedzający krążyli wokół nich, zaglądając z różnych stron. Długa droga do celu, przynajmniej w moim przypadku, podkręca ciekawość, a oddzielone od siebie “miejsca widokowe” sprawiają, że obserwujący zwierzęta ludzie nie są tak inwazyjni. Tu nie typowych dla wielu ogrodów zoologicznych widoków: ściana ludzi- krata/fosa- zwierzak na łysej patelni. Zwierzęta wydają się żyć swoim życiem, a nie stresem spowodowanym zamknięciem w klatce.

P1140389

P1140339

Tak jak żadne z nas nie lubi pawianów- obserwowaliśmy je przed dobre kilkanaście minut. I tak, mają dwa wodospady na wybiegu :)

P1140366

P1140375

P1140378smycz.. i macierzyństwo staje się prostsze :)

IMG_7160

Jednymi z najsłynniejszych i najrzadszych zwierząt prezentowanych w singapurskim ZOO są nosacze. Nosacze żyją w lasach namorzynowych, tylko i wyłącznie na Borneo. Każdy, kto widział aktualne zdjęcia satelitarne tej wyspy, wie… że lasów mangrowych (ani jakichkolwiek innych) wiele już nie zostało, ponieważ plantacje palm olejowych są bardziej dochodowe. Dlatego też te niesamowite małpy są skrajnie zagrożone wyginięciem.

IMG_7165

- On jest taki ludzki- stwierdził Tomek wpatrując się w pana nosacza- jak taki stary chłop z wielkim nosem i wielkim brzuchem.

Nosacze faktycznie wyglądają jakby miały wielkie piwne brzuchy… tyle, że nie chmielowe. Jedzą tylko i wyłącznie liście, które nie należą do wysokoenergetycznej, ani łatwostrawnej paszy. Dlatego w kiszkach małp żyją miliony pierwotniaków i bakterii- pomagającym im w trawieniu- nosacze są więc pod tym względem nadrzewnymi przeżuwaczami. Działają trochę jak krowy.

IMG_7161

Nosacze żyją w haremach, samiec musi więc wykazać się jakąś atrakcyjną cechą. U nosaczy jest to nos. Im większy, tym lepszy :)

Samice mają długie, lecz płaskie nosy. A dzieciaki zadarte.

IMG_7167

Singapurskie ZOO jak na ogród poświęcony głównie faunie lasów deszczowych ma sporą kolekcję małp. Część z nich żyje na tak zarośniętych wyspach, że ciężko którąkolwiek z ich mieszkanek wypatrzyć. Niektóre całkiem swobodnie przemieszczają się po okolicy swojego oficjalnego wybiegu. To, co szczególnie mnie urzekło, to orangutany. Na dobrą sprawę żyją na wolności

IMG_7224

W koronach tych drzew mieszkają orangutany. Jeśli przyjrzeć się uważnie widać, że na pewnej wysokości pni są zamontowane zabezpieczenia, żeby małpy nie mogły zejść na ziemię i np zaatakować turystów na tarasie widokowym; patrząc jednak obiektywnie na przestrzeń jaką mają do dyspozycji, oraz liny i sieci łączące okoliczne drzewa- mają całkiem sporo swobody.

IMG_7228

Orangutany co kilka godzin biorą udział w odpłatnych sesjach zdjęciowych… co uważam za ohydny preceder. W naszym ZOO opiekun bierze skazańca za rękę i wlecze na miejsce kaźni. Tutaj, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu (i zgorszeniu)- opiekun oparł o drzewo solidną tykę- a dwie matki zgarnęły pod pachy swój przychówek i ochoczo zeszły na dół pozować. Nie wiem, jakimi owocami im za to płacą…z pewnością jednak smacznymi.

IMG_7169

Szympansom zapewniane są “rozrywki”, a przynajmniej wyzwania intelektualne. Jeśli chcą najeść się miodu, albo owoców- muszą rozwiązać jakąś zagadkę, albo sprawnie wydłubać zdobycz patykiem…

IMG_7118

Słonie z kolei mają swój własny pakiet SPA

IMG_7187

Poza tym słonie czasami biorą udział z zajęciach plastycznych. Ich prace można kupić. Dochód ze sprzedaży przeznaczony jest na rzecz ochrony bezrobotnych, niegdyś pracujących przy wyrębie lasów, azjatyckich słoni.

IMG_7185

Zdjęcie wybiegu słoni… z perspektywy tarasu widokowego.

IMG_7188

Piękny w każdym calu- nawet słupki płotów są wyjątkowe :)

IMG_7153

Kolejny wspaniały pomysł- wylęgarnia motyli! W akwariach obok żerują gąsienice. Poczwarki przenoszone są na żerdzie w wylęgarni i… każdy wystarczająco cierpliwy może obejrzeć narodziny motyla! Proste i piękne.

IMG_7154

IMG_7098

“Ogród węży” herpetarium, którego nazwę bezwstydnie przywłaszczyło sobie Batu Secret ZOO. Kilkanaście gatunków węży. “Nic” w porównaniu z jawajską “kolekcją”. Tyle tylko, że gdy w Batu wszystkie węże dogorywają powoli, zwinięte na kolorowym żwirku, w kącie pustego akwarium- tu każde terrarium jest dziełem sztuki i naprawdę zapada w pamięć.

IMG_7099

IMG_7096

IMG_7120

Gdzie jest ta żaba? Czy to aż tak ważne? I tak śliczne to akwarium.

P1140459

IMG_7177

IMG_7173

Bilet wstępu kosztuje 33 dolary (singapurskie). To dużo, jednak naprawdę warto.

Po tej wizycie bardzo ciężko było mi  wrócić do “mojego” ZOO. I naprawdę wstydzę się, gdzie pracuję (choć później myślę, że beze mnie tym biednym zwierzakom byłoby jeszcze gorzej).

Cieszę się jednak, że jest na tym świecie tępej konsumpcji i zachłanności miejsce dla takiego ogrodu jak Singapore ZOO i co więcej, park, gdzie liczy się komfort i ochrona zwierząt, może być jednocześnie dochodową atrakcją turystyczną.

Na koniec zaś- nadrzewne kangury!

IMG_7218

IMG_7215

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 974 other followers

%d bloggers like this: