Feeds:
Posts
Comments

Ciemna strona

Praca taka jak ta byłaby spełnieniem moich największych marzeń… gdybym kiedykolwiek odważyła się śnić z takim rozmachem. Zawsze jednak byłam bardzo realistycznym człowiekiem. Nigdy więc (choć oczywiście od zawsze chciałam), nie myślałam, że przydarzy mi się leczyć tygrysa.

Tymczasem stało się i żyję w weterynaryjnej bajce. Opisuję historie, o których pewnie marzy się studentkom, licealistkom i gimnazjalistkom. Studentom może też. W końcu więcej jest na wydziałach medycyny weterynaryjnej osób, które “lubią i chcą ratować zwierzątka” niż pracować i robić dobrą kasę (przynajmniej na początku zawodowej drogi :P). Leczę jaguary, przycinam paznokcie lamom, zszywam rany antylopom… mam na co dzień wszystkie te cętki, paski, grzywy, kły, ryjki, paszcze i pazury.

Tyle tylko, że praca weterynarza to nie jest wieczna gloria i chwała, czy przypowiastka o dr Dolittle. Zwierzęta umierają. Pacjenci. Czasami nie można pomóc, albo nie potrafi się pomóc i traci się pacjenta. Często po długich godzinach leczenia, gdy już zdążyliśmy go pokochać. Umiera.

I wtedy trzeba położyć go na stole. Obedrzeć ze skóry. Wypatroszyć. Rozłożyć na części pierwsze. Zrobić sekcję. W smrodzie rozkładających się, schorowanych tkanek znaleźć wszystkie usterki. Sfotografować. Spisać. A potem krwawe szczątki wrzucić do czarnego worka.

I wrócić do pracy, ze świadomością, że odeszła kolejna, wspaniała istota, a nam nie udało się temu zapobiec.

To najtrudniejsza część weterynarii.

W Batu umiera wiele zwierząt. Nie potrafię o tym pisać.

MULAN

IMG_6005

Mała lama, nasza pierwsza pacjentka. Dystrofia pokarmowa mięśni, zapalenie płuc, ogromne odleżyny, od urodzenia nie wstawała. Miała ogromne zaniki mięśniowe.

Nauczyliśmy ją stać, nauczyliśmy ją chodzić. Po ok 10 dniach leczenia i rehabilitacji nauczyła się sama wstawać i z zapałem wędrowała po wybiegu. Tej samej nocy umarła. Sekcja zwłok wykazała złamanie 5 żeber. Nikt nie wie, jak to się stało

IMG_6096

BANTENG

IMG_6247

Bos javaicus. Ochwat na skutek przekarmienia karmą treściwą. Utrata apetytu podsunęła tutejszym lekarzom pomysł, by zwiększyć w karmie bantenga zawartość paszy treściwej co doprowadziło do kwasicy żwacza, a następnie ketozy. Sekcja zwłok wykazała dodatkowo m.in. przewlekłe zapalenie płuc, włóknikowe zapalenie otrzewnej, fasciolozę i marskość wątroby, owrzodzenie błony śluzowej przedżołądków, żołądka i jelit, inwazję paramphistomum spp.

IMG_6409

TOPIK

IMG_6677

Lwiatka złotogłowa. Pogryziony przez małpy z sąsiedniej klatki stracił dwa palce prawej łapki. Rana zagoiła się szybko, prawidłowo. 10 dni po zakończeniu antybiotykoterapii, jak co rano odwiedziłam, żeby podać mu preparat witaminowy i poprawić sobie humor. Był, jak co rano, żywą, rozwrzeszczaną, radosną tamarynką. 3 godziny później opiekun przyniósł go do szpitala. Nieprzytomnego. Obrzęk płuc, skórcze toniczne, hipotermia. Umarł pomimo prób leczenia.

P1140074

KAPIBARA

IMG_5990

 

Dotkliwie pogryziony przez kolegę z wybiegu, gdy okazało się, że jeden z dotychczas trzech “samców” ma ruję. Zmarł tuż pod koniec 3-godzinnej operacji.

IMG_7624

IMG_7640

SITATUNG

IMG_7673

 

Sitatunga błąkała się po opłotkach wybiegu dla jeleni, aż padła. Zdiagnozowana jako “nie chodzi bo ropne zapalenie stawów palców lewej kończyny tylnej” miała również złamany ząb i ropień niszczący żuchwę oraz zapalenie płuc. Była skrajnie wyniszczona. Kazali leczyć. Więc leczyliśmy. 3 dni. Poniższe zdjęcia płuc nie wymagają dodatkowego komentarza.

IMG_7730

 

IMG_7728

Śmierć na Jawie

Krótka przypowiastka o indonezyjskości w obliczu nieodwracalnego dramatu śmierci.

9 rano, do kwarantanny wbiegają opiekunowie w wrzaskiem, że kangur umiera. Trzeci raz ta sama historia- drgawki, obrzęk płuc, ślinotok. Odkręcamy tlen, podajemy furo i relanium, zwierzak uspokaja się, oddech wydłuża. Zostawiamy Pristę z kangurem i biegniemy do dramatycznie pogryzionej kapibary. 15 minut później dr Prista stwierdza zgon.

- Ejjj, zanim taksydermiści oskórują i zdekapitują kangura niech poczekają na mnie, OK?- upewnia się Tomek.

- OK, a dlaczego?- dziwi się Prista; w Batu nic nie robi się “od początku do końca”- sekcja nie jest wyjątkiem.

- Yyyy, no jak to??? Chcę obejrzeć głowę, pysk, krtań, uszy… takie tam.

- Aha.

(…)

- No i?

- No i coś w tej szyi krepituje?

- Jak to krepituje!?- Prista i ja.

- Głośno krepituje- Marchewka, mistrz ciętej riposty.

- Yyyyyyyh- westchnęła Prista- Na prawdę krepituje! To co to znaczy?

- Że ma uszkodzony kręgosłup.

- Yyyyyyyh- westchnęła Prista.- Czyli to prawda! To żółw!

- Jaka prawda? Jaki żółw?

- Żółw zaatakował kangura!!!!

(wymieniliśmy z Tomkiem poważne spojrzenia)

- Opiekunowie powiedzieli, że gdy przyszli rano do pracy, kangur leżał na ziemi, a żółw deptał po jego głowie… i że to dlatego…

- ………aha………

- Ale tak mówią opiekunowie, nie ja!…. tak mam w ich raporcie… że to wina żółwia.

P1140056

 

krwiożerczy drapieżca i niewinna ofiara

Tygrysiątka

3 lipca w Batu Secret ZOO urodziły się tygrysiątka.

Pierwszego dnia wyglądały tak :)

P1140604

Małe, puchate, ślepe kapcioszki.

P1140605

Ciąża Sory, tradycyjnie, była dla wszystkich zaskoczeniem. Pracownicy Batu Secret ZOO żyją w niekończącym się zdumieniu. Gdy więc ostatecznie doszli do wniosku, że może tygrysica wcale nie jest gruba, tylko kotna- zbliżał się termin porodu.

Bez niczyjej wiedzy, asysty i pomocy, a co najważniejsze, bez żadnych komplikacji, w nocy przyszły na świat dwie tygrysiczki sumatrzańskie. Sari i Rotri.

Przez pierwsze dwa tygodnie moja “opieka weterynaryjna” nad maleństwami ograniczała się do zaglądania przez okno tygrysiej klatki-izolatki i mówienia “przepraszam, już nie przeszkadzam” do Sory, która na widok każdego podglądacza syczała ostrzegawczo, przekonując, że ma ładne, wielkie kły i nie zawaha się ich użyć.

Kociaki na przemian jadły, spały,spały, jadły, pełzały i piszczały gdy matka wychodziła na kolację, czy do toalety. Wyglądały zdrowo. Opiekunowie, z wyżyn swojego zawodowego doświadczenia twierdzili, że są zdrowe. Pozostawało cieszyć się tym faktem i nie wyszukiwać problemów.

IMG_7445

Problemy zawsze znajdują się same. Temat kociąt wrócił po dwóch tygodniach, gdy w opinii Batu-ekspertów, maluchy należało odebrać matce i przestawić na karmienie butelką, co gwarantuje odchowanie miłych, łagodnych, oswojonych tygrysków wdzięcznie do zdjęć pozujących. W świecie zoo-biznesu tygrysy rodzą się tylko po to, by pozować do zdjęć.

IMG_7447

Nie wiem jakim cudem udało mi się przekonać panie “doktor”, by tym razem nie odkarmiać tygrysów krowim mlekiem. Dotychczas zawsze się sprawdzało! (pomijając białe tygrysiątka, które “się zachłysnęły” i umarły…).

ZOO pełne jest dziwolągów dowodzących, że kocięta to nie cielęta, tudzież że kotki to nie krowy i fakt, że mleko ma ten sam kolor, nie znaczy od razu, że i skład chemiczny jest jednaki. Ms Grumpy- jaguar karłowaty, Bella- jamnik tygrysi,  Radża- jaguar jednogarbny. Mimo takiej galerii osobliwości dla tutejszych pracowników wniosek był jeden- piły krowie mleko- i żyją. Żyją- jest dobrze. Nikt tu nie będzie podważać atrakcyjności ich kotów.

IMG_7545

Dlatego też decyzja dr Pristy, by poczekać z karmieniem tygrysiątek do czasu, aż sprowadzimy z Singapuru preparat mlekozastępczy dla kotów (co zajmie m.in 1,5 miesiąca :D) był dla mnie niewiarygodnym zaskoczeniem. Oczywiście było jedno “ale”. Kociaki trzeba zacząć oswajać. Z karmieniem czy bez, jakoś trzeba je przyzwyczajać do ludzi, bo szef nam nie wybaczy, jeśli za kilka tygodni nie będzie mógł trzepać kasy w ramach promocji “dolar za fotkę z tygrysiątkiem”.

IMG_7566

Postanowiliśmy więc spróbować wykorzystać na oswajanie czas, który Sora spędza na porannym spacerze. Bałam się, że tygrysica nie będzie chciała opiekować się dłużej córeczkami cuchnącymi ludźmi (co gorsza- opiekunami), ale nie miałam wyboru (ani lepszego pomysłu). O godzinie zero Rori i Dedi wypuścili matkę na zewnątrz, wzięli małe na kolana i przez godzinę głaskali najpierw syczące, a potem śpiące kluski. Okazało się, że Sora w naszym planie nie widzi żadnego problemu. Jest doświadczoną matką, to nie jej pierwszy miot i najwyraźniej nie panikuje, gdy musi zlizać z dzieci smród człowieka. Może nawet docenia tą odrobinę wolności od bachorów, którą jej podarowaliśmy.

IMG_7572

Od tego czasu opiekunowie tygrysów, z asystą bandy pracowników z całego sektoru, co dzień przez godzinę niańczą Sari i Rotri i pstrykają sobie sweet selfie, coby przyzwyczajać maluchy do ich przyszłego zawodu przymusowych modelek.

“Weterynaryjna kontrola” odbywa się co tydzień. I tak… robienie zdjęć jest jej elementarną składową. Dziewczynki rosną w oczach. Już nie są “tygrysami dywanowymi” leżącymi na ziemi płasko jak naleśnik, i syczącymi, że są bardzo groźnym plackiem. Już pełzają. Tylko czekać, aż zaczną chodzić.

IMG_7557ważenie kota w worku

IMG_7561

IMG_7431-001

Najwspanialsze w tej historii jest to, że Rori i Sari są tygrysicami sumatrzańskimi. Choć szef patrzy na nie tylko przez pryzmat maszynki do robienia kasy za fotki- mam nadzieję, że ich życiowa rola będzie dużo ważniejsza.

Tygrysy sumatrzańskie to ostatnie z ocalałych tygrysów żyjących na wyspach Indonezji. Tygrysy jawajskie i balijskie “wyginęły”. Wymordowano je dla sportu, rozrywki i potrzeb “medycyny naturalnej”, zniszczono lasy, w których żyły i wytłuczono zwierzęta, na które polowały. Nikt, nigdy więcej ich nie zobaczy. Tygrysy sumatrzańskie są skrajnie zagrożone wyginięciem. Z dokładnie tych samych, niezmiennych przyczyn. Na wolności pozostało ich zaledwie 400.

tygrys-jawajskitygrys jawajski

bali-tigertygrys balijski

Fullsize-Damai

Tygrys sumatrzański- dużo, gęsto, grubych pręg. “Najmniejszy tygrys świata” znaczy 240 cm długości i 120 kg (dla kocura, samice są mniejsze i lżejsze)

A tu, w takim Batu, urodziły się dwie, śliczne, zdrowe tygrysice. I może kiedyś, już niekoniecznie na Jawie, któraś z nich odegra ważną rolę w ratowaniu najmniejszego tygrysa na świecie.

IMG_7570-001

 

IMG_7577

Harimau Bella

Pamiętacie Bellę? Sumatrzańską księżniczkę z zaparciem?

IMG_6706Bella

Bella została, być może pierwszą w historii medycyny weterynaryjnej zwierząt egzotycznych, tygrysicą z ropomaciczem, zdiagnozowanym jako koci katar. To nie żart, to jest dramat.
Historia Belli rozpoczęła się, gdy wylecieliśmy w obce kraje, wyrobić nową wizę i pozachwycać się singapurskim ZOO. Wróciliśmy skrajnie zażenowani poziomem, działalnością i strategią rozwoju naszego ogrodu, jednak pełni zapału, by dalej nieść przez ten ocean kretynizmu, lenistwa i beznadziei kaganek oświaty i ratować zwierzątka.
Wróciliśmy po północy. Następnego dnia o 9 rano byliśmy w pracy.
– Co się działo, jak nas nie było?
– Nic się nie działo. Spokój. Nie ma pracy.
– Aha.- w tym ZOO jest masa roboty… ale trzeba czasami przejść się po ścieżkach i zobaczyć, że np. wszystkie kuce mają przerośnięte kopyta, żeby wiedzieć, że wypadłoby je skorygować. Wypadałoby również wiedzieć jak się korekcję kopyt przeprowadza. I wiedzieć jak wygląda norma. Ponieważ tutejsi lekarze nie mają pojęcia o zdrowiu zwierząt, nigdy nie dostrzegają chorób. Mają dobrą pracę. Spokojną.

IMG_7313Gin- longhorn

Chwile później okazało się, że krowa z mastitis ostatecznie się wycieliła, a jej dzieciaczek pierwsze 18 godzin swojego życia przeleżał głodując na zasranym betonie. Ma hipotermię i zapalenie pępka, nie ma za to odruchu ssania ani sił żeby wstać. Nilgai którego zszywałam przed wyjazdem do Singapuru umarł w niedokońca poznanych okolicznościach, a struś, którego zwichnięty staw skokowy składałam i zszywałam ponad tydzień temu ma się świetnie, ale kość goleniowa po raz kolejny przebiła skórę a cały staw to jedna wielka otwarta rana wypchana trocinami.
(Strusia uśpiłam. Cielak pierwsze dwa dni przeżył podłączony do kroplówki, karmiony sondą… a po kolejnych 5 dniach intensywnej opieki zaczął rokować nadzieje. Teraz ma ponad trzy tygodnie, kilkanaście kilo więcej i jest pierwszym dzieckiem Marchewki).
– Dr Susan. Czy na pewno nic więcej się nie dzieje? Bo widzę, że jednak trochę się przez te trzy dni wydarzyło- zapytałam po raz kolejny.
– Nie no, tak naprawdę prawie nic się nie dzieje…
– Prawie?- podchwyciłam.
– Może mogłabyś sprawdzić Bellą?
– A co się dzieje z Bellą?- bardzo lubię Bellę. Sprawa zaczęła mieć charakter osobisty.
– Ma koci katar- oświadczyła Susan.
– Jak to? Przecież dziś rano mówiła mi doktor, że wszystkie nasze wielkie koty są szczepione.
– Bo są szczepione.
– To jak Bella może mieć koci katar.
– Ma- dr Susan=siła argumentu.
– Aha… a jakie ma objawy?
– Nie je.
– Coś jeszcze?
– Nie.
(Choasie…)
– Mhmmmm a czym ją dr leczy? (terapie dr Susan bywają śmiertelnie niebezpieczne i nie ma w nich nic zabawnego)
– Na razie- witaminy…. ale nie działają.
– Aha, a od kiedy ona nie je?
– Od 5 dni.
– Wcześniej jakieś wymioty/biegunka?
– Nie.
– Osowiałość/apatia?
– Nie.
– A kiedy miała ostatnią ruję?
– Nie wiem… może dać jej antyiotyk, co?
Stanęło na tym, że Bellę zbadamy :P

IMG_6694
Badanie tygrysa w klatce ściskowej jest nieco głupawe i niekomfortowe, ale że usypialiśmy Bellę niecały miesiąc temu do lewatywy i pobrania krwi- nie chciałam znów faszerować jej anestetykami.
Przy śmiechach dr Susan, że Bella znienawidzi mnie do końca życia, i obawach, czy wkładając do klatki tygrysa rękę z termometrem wyciągnę ją w stanie nadal użytkowym- przeprowadziłyśmy toporne badanie ogólne. Osłuchiwanie ryczącego, syczącego, wściekłego tygrysa pozostawia wiele do życzenia, ale temperaturę miała w normie.
Dostała lek analogiczny do ranigastu, który w naszym ZOO czyni cuda, i następnego dnia cudownie zjadała 3 kg mięcha. Przez kolejne kilka dni apetyt tygrysicy dopisywał, dr Susan była szczęśliwa, opiekun nie miał żadnych zastrzeżeń i sprawa została uznana za zamkniętą.

IMG_7382
Po tygodniu wróciła. Dr Prista zapytała nieśmiało, czy mogłabym jeszcze raz zbadać Bellę, bo znów nie je… i krwawi z pochwy.
– Od kiedy?
– Od dzisiaj.
(pół godziny później okazało się, że od trzech dni, ale opiekunowie ilczeli, czekali i liczyli, że samo przejdzie).
Obejrzeliśmy tygrysicę, ewidentnie obolałą i zmęczoną życiem. Robimy USG.
Dzień wcześniej, w zwiazku z niemal śmiertelnym zaniedbaniem longhornowego cielaka, przeprowadziliśmy dla opiekunów zwierząt kurs, jak wyglada opieka okołoporodowa nad końmi i przeżuwaczami. Bez większych nadziei, że coś zapamiętają. Raczej po to, żeby następnym razem móc się na nich drzeć z czystym sumieniem. Ku mojemu zdziwieniu graniczącemu ze wzruszeniem- opiekunowie tygrysów potraktowali badanie USG jak egzamin praktyczny z przygotowania do odebrania porodu :D Przygotowali wszystko- ciepłą wodę, wiadra, ręczniki, rękawice rektalne ( :D)… pominęli tylko podścielenie Belli siana :D

IMG_6699Sugang sprawdza, co za atrakcja go omija i co robią z siostrą

Bella usnęła. Przystąpiliśmy do badania. Pobraliśmy krew. W tle nieustannie drążyłam temat rui, leczenia i życia seksualnego Belli. “Nie, nic nie dostawała… ostatnim lekiem jaki dostała była lewatywa którą TY robiłaś. Myślisz, że to przez to???” “Nie, nie wiem kiedy miała ostatnią ruję, opiekunowie nigdy tego nie wiedzą”.
– Nie, nie może być w ciąży.
– A dlaczego?
– Bo ostatnio miesiąc temu jej brat ją… no wiesz… i dałam jej wtedy zastrzyk antykoncepcyjny.
Tratatatam. I wszystko jasne. Wszystko, poza zrozumieniem jak tygrysicy można podawać lek niemal gwarantujący wystąpienie ropomacicza.
Badanie USG zobrazowało dramatyczną sytuację w macicy Belli.
Po kilusekundowej radości z postawienia pewnej diagnozy… myślałam, że się popłaczę. Bo co ja teraz zrobię? Przecież nie zoperuje tygrysa?! Nigdy nie operowałam tygrysa i nie…. “to tak samo jak zwykły kot, tylko większy” wcale mnie nie przekonywało. Poza tym- czym? Nawet nie mamy tu odpowiednich narzędzi!
Nie zoperujemy- Bella najprawdopodobniej umrze. Zoperuję- ryzyko, że mi się nie uda jest… wysokie.
Przedyskutowaliśmy to najpoważniej w świecie, pomijając chwilowo kwestię mojej palącej rządzy mordu dr Susan, za to tłumacząc im, że własnoręczne operowanie Belli wydaje mi się ostatecznością. Stanęło na tym, że szefowa spróbuje ściągnąć do nas “bardzo znanego chirurga”, a ja w tym czasie spróbuję tygrysicę leczyć farmakologicznie…. a przy okazji mam przestać im powtarzać, że specjalista ma przyjechać jak najszybciej i sprawa jest na cito, bo już to do nich dotarło.

IMG_7403batuańskie atrakcje

Los i system indonezyjskich świąt świeckich i religijnych niezawodnie mi sprzyja, następnego dnia znów było wolne, dlatego ani Susan, ani żaden “bardzo znany chirurg” nie chciał nawet słyszeć o pracy. Może to i lepiej, bo gdyby dr Susan pojawiła się na dyżurze ostatecznie mogłoby dojść do jakiś rękoczynów. Dr Susan nie wysłała do analizy biochemicznej krwi Belli, uznała bowiem, że skoro sprawdzaliśmy ją miesiąc temu i było dobrze, to nie ma sensu badać jej teraz. Ostatecznie, co może zmienić w kocie kilka litrów ropy?
W tym czasie my skompletowaliśmy kryzysowy, lecz wystarczający zestaw narzędzi chirurgicznych, a śmiertelnie obrażona i bezsilnie wściekła Bella znosiła wyniośle zastrzyki i kroplówki.
Po kilkugodzinnym uprzykrzaniu Susan życia wybitnie upierdliwymi SMSami, czy już dodzwoniła się do “bardzo znanego chirurga” dostałam odpowiedź, że tak. Przyjedzie. Już jutro. O 15.
Ekstra!
Chwilę później Dorty opowiedziała mi uprzejmie, o wcześniejszej operacji przeprowadzanej przez “bardzo znanego chirurga”, zakończonej sukcesem, zepsutym przez tygrysa, który zdechł mimo profesjonalnej osteosyntezy wykonanej przy użyciu zardzewiałych gwoździ i młotka z warsztatu inżynierów.

IMG_6836Shilla (mamy tu dużo tygrysów)

To koniec. Nie zoperujemy Belli- umrze. Oni zoperują- też umrze. Ja zoperuję- pewnie też umrze. A może właśnie nie? Ostatecznie- ja nie używam narzędzi wytartych o koszulę, i nie wkładam w koci brzuch rękawiczek, którymi przed chwilą szukałam czegoś w kieszeni spodni. Choasie! Może zabiłam ją tym, że uparłam się na sprowadzenie do niej jakiegoś indonezyjskiego konowała!!!!
Już miałam zacząć siwieć, świrować albo odreagowywać na ludziach… gdy dr Prista wyćwierkała łagodnie, że ona “bardzo znanego chirurga” nie zna, bo studiowała gdzie indziej, ale jest szefem katedry chirurgii na uniwersytecie w Surabaya (stolica wyspy Jawa, drugie co do wielkości miasto w Indonezji), ma duże doświadczenie i jest bardzo stary. I może skoro jest profesorem na uniwersytecie, to umie operować?
Mieliśmy dużo pracy, więc pracowaliśmy. Dużo pracy działa terapeutycznie.
Gdzieś w tle Dorty oprowadzała po sekretach Batu przedstawicieli Cikananga Breeding and Rescue Centre, którzy nosili się z zamiarem włączenia naszego ZOO do programu rozmnażania zagrożonych wyginięciem szpaków czarnoskrzydłych. Urodziła się sitatunga. Okulał osioł. Longhorn znów nie chciał jeść.
Wybiła 15- profesora nie było.
16.
17.
17.30.
18.
Od ponad tygodnia, dzięki uroczemu longhornowi-niejadkowi pracowaliśmy z Marchewką w trybie: pierwsze karmienie 6 rano, ostatnie karmienie północ (co zwykle oznaczało sondowanie) z 2 kolejnymi karmieniami i masą innych pacjentów w tzw. międzyczasie. Zaczynałam wpadać w “tryb zombi”.
Czekaliśmy. Razem z nami czekał Stephan i Thorsten z Cikanangi. Thorsten- przyszły studentmedycyny weterynaryjnej, podekscytowany, Stephan- cyniczny i złośliwy, szczerze przekonując mnie, że może się założyć o duże pieniądze, że nie zrobiłabym tygrysicy większej krzywdy moim brakiem doświadczenia niż tutejsi fachowcy wyrzadzą ich indonezyjskością.

IMG_7408Sugang

O 18.30 przyjechali. Było ich trzech+dziewczynka do noszenia walizek. Asystentka, doktorantka, może studentka. Kto wie.Nikt jej nie przedstawili. Przyjechali, przywitali i pojechali się pomodlić i zjeść. Ramadan- po zachodzie słońca wszyscy rzucają się na żarcie. A modlitwa w tym wypadku może naprawdę się przyda.
Zapytaliśmy grzecznie, czy chcą coś wysterylizować. Oświadczyli, że nie.
Jedli długo. Na tyle długo, że w marnej swej kobiecej ciekawości sprawdziłam zawartość ich walizek, by odkryć, że- nie mają rękawic chirurgicznych, mają za to narzędzia, czyste i lśniące, zawinięte w szmateczkę.
Przez kolejną godzinę krążyłam po sali operacyjnej starając się nie dostać żadnego napadziku.
Poza tym snuliśmy plan. Plan zakładał, że jeśli będą chcieli zoperować ją tymi narzędziami, to wywalimy ich z sali. Tomek i Thorsten to wysokie, silne chłopaki- plan był więc dobry.
Stephan dodał, być może pocieszająco, że Bella jako tygrys sumatrzańsko-bengalski, dodatkowo krzywy, niski i garbaty, z punktu widzenia ochrony gatunku nie przedstawia sobą żadnej wartości, więc nie muszę aż tak się martwić. Jakoś mi to nie pomogło. Bella, moja księżniczka!

IMG_6705
Doktory wróciły. Być może dostali w czasie modlitwy objawienia, gdyż postanowili wysterylizować narzędzia…. z innej, nowej walizki.
Dr Susan, Thorsten i stado opiekunów pomaszerowali po pacjentkę.
Doktory ubrały się w zielone operacyjne wdzianka. Założyli czepeczki. Założyli nasze rękawice chirurgiczne. A potem zaczęli zwiedzać salę, oglądać wziewkę, poprawiać włosy, stawiać pasjanse, poprawiać playlistę na kompie i dłubać w zębach. Sterylnymi rękawiczkami.
Gdzieś między rozpaczą, a obłędem usiłowałam zebrać się w sobie i postanowić, że zoperuję kota i zrobię to dobrze.
Tymczasem do akcji wkroczył Marchewka. Mój bohater. Zapytać, jak to możliwe, że profesor z uniwersytetu w Surabaya nie wie, co to aseptyka. Dyskusja była długa. I odkrywcza. Profesorowie popisali się m.in. oryginalnymi spostrzeżeniami, zakładającymi, że skoro podłoga w sali chirurgicznej nie jest jałowa, to ręce chirurga również być nie muszą, ponieważ bakterie i tak są wszędzie. Na szczęście dużo się z Tomaszem kłócimy, co jest swoistą lekcją “retoryki” a przynajmniej odwracania kota ogonem, Marchewka zmienił więc strategię.
– To w takim razie na indonezyjskim uniwersytecie nie uczy się studentów jak zakładać i jak posługiwać się sterylnymi rękawiczkami?- zapytał Tomek- Bo w Europie, to absolutna podstawa.
– Oczywiście, że się uczy- obruszył się profesor.
– To dlaczego profesor tego nie stosuje w swojej praktyce.
– Oczywiście, że stosuję.
– To dlaczego nie stosuje pan tego u nas? Co to, nasz tygrys gorszy?!
Profesory pogaworzyły, pomruczały i skapitulowały. Zdjęły rękawiczki i chciały już marnować następne, ale kazaliśmy im czekać, aż pacjent będzie gotowy do operacji. Obrazili się.

DSC09824
Pobiegliśmy poinformować dr Pristę i dr Susan o naszym sukcesie towarzyskim i ogólnej sytuacji, oraz planie wyrzucenia ich za drzwi jeśli spróbują zabić naszego kota. Trzeba przyznać, że przyjęły to nad wyraz spokojnie.
Chwilę później na salę wniesiono Bellę. Półśpiącą. W półotwartej klatce. Chłopcy uznali, że wygodniej będzie im nieść mniejszą klatkę transportową. Umknęło im jednak, że w małej klatce nie zmieści się wielki, dorosły tygrys. Na dodatek nie spała, ale opiekunowie popisali się znajomością zasad BHP, zarzucili Belli jakaś szmatka nagłowę i uznali, że już teraz jest dobrze.
Kiedyś ktoś w tym ZOO zginie.
Założyliśmy venflon, podłączyliśmy Bellę pod wziewkę, wygololiśmy… w tym czasie Tomek grzmiał pokazując profesorom, jak się zakłada jałowo rękawiczki. Przeklinałby… ale Tomek nie przeklina.

DSC09827
Zaczęło się. Ja z bijącym sercem i alkoholem w ręku, żeby dezynfekować łapy, którymi profesorowie niewątpliwie podłubią zaraz w nosie.
Profesory zestresowały się. I dobrze.
Macica była gigantyczna.

DSC09830
Chirurdzy podwiązali tętnice jajnikowe, podebatowali, pomyśleli i zapytali, czy zgadzamy się na ewakuowanie zawartości macicy, bo inaczej nie dadzą rady jej w żaden bezpieczny sposób zszyć i usunąć.
Oczami wyobraźni widziałam już całą ropę, krew i syf wlewający się do jamy otrzewnej.
Obłożyliśmy całą okolicę chłonnyi polami operacyjnymi. Profesory obiecały otworzyć róg macicy… po czym przecięły w trzonie.

DSC09840

Na stół wylała się gęsta sinobrązwa maź, a w niej… dwa na wpół zgniłe kocięta. Tygrysiątka ograniczone do strzępów skóry i czaszki. Pojedyncze kości pływały luzem. Widok był upiorny.

DSC09850
Zmieniliśmy pola operacyjne, profesory zmieniły rękawiczki niespecjalnie rozumiejąc dlaczego tym razem i zaczęli szyć.

Jeżdżąc nićmi po rozprutej, zionącej resztkami ropy macicy. Załatwili w ten sposób trzy świeżo otworzone nici. Przy czwartej stało się jasne, że jeśli każę im wyrzucić jeszcze kilka- nie będzie czym Belli pozszywać do kupy. Zanim zabrali się do zszywania powłok brzusznych wypłukali nieco jamę otrzewnej.
Układałam w myślach wszystkie moje informacje na temat leczenia zapalenia otrzewnej i patrzyłam, załamana i coraz bardziej zmęczona. Profesory szyły. Pomijając fakt, że szyły paskudnie brudno- szyły ładnie.
Skończyli.
Operacja trwała 2,5 godziny

DSC09862
Odwiązaliśmy tygrysicę od stołu. W całej beznadziej tej operacji trzeba było przyznać, że spała bardzo ładnie. Teraz jednak miałam problem. Rurkę intubacyjną trzeba wyjąć w momencie, gdy pacjent jest na tyle przytomny, by kasłać i przełykać. To znaczy, że nie jest co prawda całkowicie przytomny i sprawny, ale… znacznie. “Znacznie przytomny” obolały tygrys poza klatką…. Stałam przy Belli, głaskałam jej wielki, piękny łeb i usiłowałam wycyrklować, kiedy tą cholerną rurkę wyciągnąć…

DSC09834
Ostatecznie obyło się bez ofiar. Zapakowaliśmy Bellę do za małej klatki, odnieśliśmy do jej sypialni, dwóch opiekunów zostało na warcie. Profesory pojechały. Doktory uciekły do domu. Tomek zbierał listę zamówień na drinki. Ja sprzątałam cuchnącą ropą salę operacyjną i rozmawiałam ze Stephanem o indonezyjskości i Cikanandze, szczęśliwa z propozycji, że jeśli już Batu Secret ZOO doprowadzi mnie na skraj szaleństwa lub depresji- tam przyjmą mnie z otwartymi ramionami, a nawet pokojem, wyżywieniem i kieszonkowym.
– Naprawdę Ania, potrzebujemy tam weterynarzy, zwłaszcza doświadczonych- możesz do nas przyjeżdżać w każdej chwili.
– Wiesz, akurat doświadczonym weterynarzem to ja nie jestem.
– Oj tam, przecież widzę, że pracowałaś wcześniej w zawodzie w Polsce. Nawet powiem Ci, że sporo z małymi kotami!
– A skąd wiesz, że dużo z kotami?
– Bo jak długo pracuję z dużymi kotami, nigdy, NIGDY, nie widziałem, żeby ktoś wpadł na pomysł wywiązywania tygrysa do operacji gazowymi bandażami :DDDD

DSC09818-001

mrożące krew w żyłach połączenie blondynizmu i jawajskości

Chwilę później Stephan pojechał do domu, a my odreagowywaliśmy w naszym pokoju. System of a Down ryczał i grzmiał. Tomek pił. Thorsten i ja piliśmy i paliliśmy. Rozmawialiśmy. Dorty nie piła, nie paliła i milczała. Było cudownie. Nikt, kto nie przebywał w dzikiej Azji Południowo-Wschodniej, samotnie wśród tubylców, dłużej niż 1,5 miesiąca, nie może docenić, jak wielką przyjemność może sprawić rozmowa z Europejczykiem (zakładając, że to Europejczyk na poziomie). Dlatego Dorty siedziała cicho. Nie rozumiała, z czego się śmiejemy. I o czym w zasadzie mówimy. Jawa to intelektualno-towarzyska pustynia.

DSC09823
O pierwszej w nocy poszliśmy obejrzeć pacjentkę i zwolnić opiekunów do domu. Bella półleżała, wodząc po klatce szeroko otwartymi oczami naćpanej koteczki.
O 8 rano leżała grzejąc się w plamie słońca wpadającego przez wąskie zakratowane wyjście. Obserwowała wybieg.
Przywitałam się z nią grzecznie i usiadłam przy ścianie klatki; z jakiś powodów do niej zawsze mówię po angielsku, mając irrancjonalną nadzieję, że wtedy więcej rozumie.

IMG_7376

Bella odwróciła się i długo wpatrywała się we mnie swoimi przepięknymi oczami. Po czym dźwignęła się ostrożnie i powoli podeszła w moją stronę. Usiadła tuż obok. Obwąchała moją rękę. Dała się pogłaskać po nosie. Przez jakiś czas siedziałyśmy tak, wąchając się, głaszcząc i obserwując, aż Bella uznała, że dosyć tych bzdur. Wstała. Przez ostatni dni chodziła jak babuleńka, drobnymi kroczkami, tylne łapki tuż obok siebie. Cierpiąca i obolała (tak, dostawała leki przeciwbólowe). Tym razem po kilku kroczkach kociej gejszy uznała, że jest lepiej. Przyspieszyła. Wydłużyła krok. Przespacerowała się tam i z powrotem. Nocna klatka nie jest duża, ewidentnie jednak było widać, że Bella czuje różnicę i jest jej lepiej. Po kilku rundach zatrzymała się pod swoją “półką sypialną” i przymierzyła do skoku…. po czym pokręciła zdegustowana głową i uznała, że jeszcze nie tym razem. Oparła za to przednie łapy o wysokie, betonowe poidło i wyginając grzbiet zaczęła rozciągać sobie mięśnie łap i brzucha. Po kilku powtórzeniach oparła o poidło tylne łapy i zrobiła kilka skłonów. Moja kochana!

IMG_73801

Miałam postanowienie, że nie będę już myśleć o żadnym zapaleniu otrzewnej. Stało się. Zoperowali. Podaję jej płyny, antybiotyki i leki przeciwbólowe. Obserwuję. Koniec. Nic więcej nie zmienię. Nie ma co świrować. Trzy dni. Odczekać trzy dni i jeśli dalej będzie dobrze- zacząć świętować.
Wieczorem przyszłam ją nakarmić. Niech dziewczyna wie, że potrafię coś więcej niż dźgać ją igłami. Karmiłam ją z ręki. Żeby nie zeżarła za szybko zbyt dużo. Różnie to z kotami bywa, zwłaszcza jeśli mają prawo być bardzo głodne. Bella delikatnie i kulturalnie pożarła 1,5 kg kangurzyny. Kolejne pół kilo pochłonęła nocą.
Kolejnego dnia czuła się dobrze. Zjadła 3 kilo jedzenia. Kroplówki znosiła z zaskakującym spokojem.
Trzeciego dnia czuła się dobrze. Dr Prista kicała po korytarzu piszcząc radośnie, że Bella przeżyje. Dr Susan też się cieszyła. Ja czekałam. Do późnego wieczora czekałam na jakiś “nagły obrót sytuacji” i gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia. A nóż o 23, równo 3 doby po zakończeniu operacji Bella nagle wypije 10 litrów wody, dostanie wysokiej gorączki i umrze? Nie jest dobrze zbyt mocno kochać swoich pacjentów.
Bella nie umarła.
Piątego dnia wypuściliśmy ją pierwszy raz na wybieg. Po czym zagonienie jej na noc do klatki zajęło opiekunom niemal godzinę.
Dziś, 15 dni po operacji jej stan ogólny nie budzi żadnych zastrzeżeń. Spaceruje po wybiegu, wygrzewa się w słońcu, okazjonalnie kłóci się z braćmi.
Wyzdrowiała.

IMG_6702

* zdjęcia z operacji dzięki uprzejmości Thorstena

** Informacyjnie dla wszystkich nie związanych z weterynarią czytelniczek i czytelników koty posiadających: WSZYSTKIE tabletki, zastrzyki, pastylki i “szczepionki” antykoncepcyjne dla kotów prędzej czy później prowadzą do tego samego, co spotkało Bellę- czyli ROPOMACICZA (ewentualnie, do nowotworów gruczołu mlekowego, które u kotów w 80-90% są złośliwe). Jeśli nie macie macie hodowli rasowych/wystawowych kotów i nie myślicie o rozmnażaniu swojej kotki. WYSTERYLIZUJCIE JĄ. Dla jej zdrowia, dobra i komfortu.

Dialog polityczno-filozoficzny, czyli z dziedzin, w których jak wszyscy Polacy, jesteśmy ekspertami.

Dzień wolny. Marchewka nadrabia tygodniowe zaległości konsumpcyjne i je monstrualne śniadanie, ja nadrabiam zaległości i czytam wiadomości ze świata.

- Ja nie wiem, co ty się tak przejmujesz tą Palestyną, Rosją i Ukrainą- stwierdził Marchewka- przecież i tak wiadomo, że Ziemia jest przeludniona i w końcu musi wybuchnąć III wojna światowa, bo nie da się tych tłumów wyżywić.

- Ty chyba zwariowałeś????!!!- (nie żebym uważała ten scenariusz za nierealny, ale stoicki spokój Tomasza był szokujący.)

- Nie, a co, Ty masz lepszy pomysł?

- Wystarczyłoby, gdyby wszyscy ludzie przeszli na wegetarianizm. I to już by na dłuższy czas rozwiązało problem wyżywienia.

- No co ty?

(tu wymieniliśmy kilka kontr- i argumentów w frustrującej, bezsensownej dyskusji, której przebieg zna każdy wegetarianin, o ile kiedyś, naiwnie, starał się wytłumaczyć swoje racje mięsożernemu dewocie. Co innego twierdzić, że człowiek musi jeść mięso bo inaczej jego życie nie będzie miało sensu ani smaku, co innego zaprzeczać, że krowy wcale nie zżerają ton siana, kukurydzy czy buraków z pól, które można by obsiać soją, żytem czy marchewką).

- Mówię Ci Anka, tylko kolejna wojna może rozwiązać przeludnienie. Ludzie powybijają się na froncie i potem przez kilkadziesiąt lat znów będzie spokój- zawyrokował Marchewka, który wcale nie jest neonazistą… jest raczej przerośniętym, anachronicznym dzieckiem kwiatem.

- …. ale serio można by było ten tłum wyżywić gdyby…- uparłam się na wątek wegetariański.

- No to co? Chcesz z dnia na dzień zmienić mentalność kilku miliardów ludzi, żeby nagle zaczęli żreć tylko marchewki?

- A co? Chcesz nagle zmienić mentalność wszystkich ludzi żeby rzucili się sobie do gardeł?

- Noooo… tutaj to nie ma co zmieniać.

W09_MT_poster_endwargz

 

Pigmejek Burak był jednym z pierwszych bohaterów małpiatkowej “niekończacej się historii” z pogryzieniami kończyn i ogonów, oraz, z przyczyn towarzysko-socjalnych, jednym z naszych najdłużej doglądanych pacjentów. Prawdopodobnie cała przyjemność była po naszej stronie. IMG_6559-001 Burak, prawem serii i parzystości nieszczęść, trafił do nas późnym niedzielnym wieczorem, tego samego weekendu, gdy przywieziono nam Topika. Miał pogryziony ogon, oraz zwichnięty kręgosłup, również w odcinku ogonowym.  “Pogryziony” nie do końca oddawało stan rzeczy, ogon był “ugryziony”. Raz i porządnie. Buraczkowi brakowało fragmentu ciała, idealnie oddającego linię łuków zębowych jego oprawcy. Ranka była nieduża, ale z perspektywy 85-gramowej pigmejki- ogromna.

IMG_7334opiekunowie łapią pigmejki w rękawicach murarskich, Tomek odkrył, że jest na tyle gruboskórny, że pigmejkowe ząbki są zbyt krótkie, żeby go ugryźć

Zdecydowanie, co z delikwentem zrobić zajęło nam trochę czasu. Rana była duża i głęboka. Ubytek tkanek znaczny. Staw międzykręgowy zwichnięty. Dobre kilkanaście centymetrów ogonka wisiało na fragmencie mięśni i skóry. Zagoi się to, czy nie?  Unerwienie zostało zachowane- pigmejkowi zdecydowanie nie spodobały się testy, czy czuje swój ogonek. Ukrwienie? Czy ocalałe naczynia wystarczą, bu odżywić cały ogon ?

Poparzyliśmy na mikro-buraczka trzymanego w absurdalnie wielkiej rękawicy ochronnej. Pigmejki tak naprawdę składają się z okrągłego łebka, łapek i ogona. I jak tu okaleczać takiego dzieciaka?

IMG_6560-001

Uznaliśmy, że oczyścimy, opatrzymy ranę i zobaczymy, jak będzie się goić. Amputować jeszcze zdążymy. Spróbowałam również zbliżyć do siebie brzegi rany… i uczciwie trzeba przyznać, że to były 2 najbardziej żenujące szwy w moim życiu.

Na szczęście moje poczucie estetyki nie cierpiało długo, bo następnego dnia Burak rozprawił się z węzełkami i postanowił, że ogon będzie leczony jako rana otwarta.

Zamieszkał w labolatorium. I dopiero wtedy stał się Burakiem, a może raczej- odkryto jego buraczaną naturę i ochrzczono adekwatnie.

P1140215-001

Burak, w przeciwieństwie do reszty pogryzionych marmozet i tamaryn, był nieufnym, lekko autystycznym socjopatą. Nie dało się go przekupić żadnym syropkiem antybiotykowo-owocowym, witaminkami w cukrach prostych, czy innymi cudami dla dzieci.

Burak miał własny, pełen wiecznego zdziwienia i niezdecydowanego lęku świat, w którym wielcy człowiekowaci nie byli mu potrzebni. Biegał po klatce jak wielki włochaty pająk. Spał uparcie na dachu swojego domku. Ćwierkał w nocy. I obserwował nas swoimi wielkimi ślepiami, skoncentrowany i zamyślony do granic możliwości swoich buraczanych możliwości. Zawsze z otwartym pyszczkiem. Przez jakiś czas podejrzewałam nawet, że może ma jakąś wadę zgryzu, albo zwichniętą rzuchwę… ale nie. Burak był naszą fotograficzną muzą… być może uwierzył więc, że jest top modelką i musi kusząco wietrzyć paszczę.

IMG_6564-001

Poza tym jednak był bardzo samotnym stworzeniem. Próbowaliśmy z nim rozmawiać i do niego ćwierkać, nawet w desperacji usiłował nam odpowiadać, pewnie przekonany, że z Marchewki totalny burak. Tęsknił jednak za rodziną. Pigmejki żyją w parach lub grupach rodzinnych. Buraczek był małpim nastolatkiem, dotychczas szczęśliwie mieszkającym z rodzicami (hmmmm :P) i dwójką rodzeństwa- wyglądającym jak kołtuny na grzbiecie matki.

IMG_6769zamknięty pyszczek=to inna pigmejka

Mieliśmy nadzieję, że będzie mu raźniej, jeśli obok jego klatki dostawimy parkę nowonabytych pigmejek z kwarantanny. Pomijając jednak nasze ohy i ahy i kolejne wieczory spędzone na podłodze laboratorium z aparatem w klatce- nowi koledzy nie zmienili nic. Patrzyli sobie w oczka, albo mój obiektyw, spali razem, bawili się razem, ćwierkali razem… i gdzieś mieli buraczkową niedolę.

IMG_6783

IMG_6792

IMG_6791

Tymczasem rana powoli, lecz sukcesywnie, goiła się. Co prawda skacząc po klatce Burak wyginał swój zwichnięty ogon na wszystkie, najbardziej nieprawdopodobne sposoby, ale rana się zamykała. I wtedy też Burak zaczął gryźć swój ogonek.

- Traci czucie, czy odzyskuje czucie?

- Nie wiem, ale na pewno swędzi go strasznie.

Mieliśmy z tego powodu przez moment trochę nieprofesjonalnego i okrutnego śmiechu. Burak przeżuwał namiętnie koniuszek swojego ogona, po czym z zapałem zaczynał nadgryzać dalsze (dogłowowe) odcinki, aż trafiał na unerwione miejsce, by z piskiem, wciąż z ogonem w zębach, rzucać się do ucieczki. To było podłe. Ale zabawne.

P1140130

Po dwóch dniach wyraźnie było widać, że końcówka ogona obumiera i obsycha.

Jednak trzeba amputować.

Uciąć cienki, zwichnięty szczurzy ogonek trudno nie jest. W takim buraczanym przypadku najtrudniejszą częścią jest anestezjologia, bo jak znieczulić bezpiecznie pchłę, która waży niecałe 90 gram. Rozkminiałyśmy to z moją przyjaciółką Zosią, anestezjolog, bite 2 godziny. Zabieg trwał 5 minut. Buraczek przeżył.

P1140198

Pierwszym pomysłem na burakowe nowe życie bez ogona było wyjęcie szwów i zgryzienie kikuta- zapakowaliśmy go więc w karny kołnierzyk.

P1140204

Tydzień później wrócił do domu. Wbrew obawom, rodzice o nim nie zapomnieli i nie próbowali zamordować. Tak naprawdę mieliby do tego pełne prawo. Burak szalał. Ganiał po całej klatce jak szalony, tarmosił ojca, przeszkadzał matce, bujał się na gałęziach, wspinał po ścianach, skakał, biegał, broił i wszystkim dokuczał. Był taki szczęśliwy! Brak ogona nie był najmniejszym problemem.

IMG_7331

* Krótka notka edukacyjna- pigmejki to najmniejsze małpki świata i lasach deszczowych Ameryki Południowej (zachodnia Brazylia, wschodnia część Peru i Ekwadoru, Kolumbia). Mają ok 15 cm długości+ogon (kolejne 15-20 cm). Są wszystkożerne. I są urocze :) Nie wiedzieliśmy o tym, gdy poznawaliśmy się z Burakiem, ale po łacinie pigmejka to Cebuella pygmaea

IMG_6771

Mieszkając na Jawie

- Ania, Ania! Przywiozłam Ci prezent z mojej wyspy!

(wzruszenie)…- Oh jej, dziękuję, nie musiałaś!

- To tylko drobiazg.

-… yyyyy… a co to jest????

- Tradycyjne jedzenie!

- Aha. Czyli o to jest?

- Suszone strzykwy! :D

P1140611

Strzykwy- te glutowate, paskudne morskie stworzenia plujące cuchnącą wodą.

Suszone.

Smaży się to na głębokim oleju, co już samo w sobie czyni je jeszcze mniej jadalnymi.

Nie śmierdzą tak bardzo, jak po zdechłych, zmumifikowanych owocach morza można by się spodziewać… i smakują trochę jak popcorn. Słono-gorzki popcorn. Jednak mimo wszystko… nie wchodzą tak jak popcorn. Strzykwowatości nie da się wysmażyć.

P1140608

 

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 981 other followers

%d bloggers like this: