Feeds:
Posts
Comments

Galeria

Drodzy Czytelnicy!

Starając się rozwijać mojego niszowego bloga, uprzyjemnić Wam picie kawy przed komputerem, oraz sprostać oczekiwaniom tych, którzy o swoich oczekiwaniach mówią (każde komentarze, rady i sugestie są mile widziane. I nieprawdą jest, że nigdy nikogo nie słucham)- założyłam weterynarzowo-bez-graniczną galerię zdjęć.

Plan zakłada, że od dziś każda notatka (jeśli internet, czas i cierpliwość pozwolą) będzie mieć link do swojej galerii zdjęć, bo nie ma co ukrywać, że na blogu kiepsko się je ogląda. W dalszej przyszłości postaram się też stworzyć galerie z Nowej Zelandii, Australii i Malezji…. a jeszcze dalszej z Rosji, Gruzji, Turcji i Armenii :)

Link do mojego profilu na Flickr’u można też znaleźć na marginesie bloga (pod Archiwum).

Dziś zapraszam jeszcze raz na zdjęcia z wycieczki na Mt Bromo.

A jeśli macie inne rady, uwagi i pomysły, to piszcie!

DSC_4354

Mt Bromo

Gdyby przed przyjazdem do Indonezji, ktoś powiedziałby mi, że swoje pierwsze 6 miesięcy na Jawie przesiedzę murem w ZOO, a jedyne wycieczki będę robić do ptaszarni za płotem i miasta 40 km dalej, powiedziałabym, że zwariował :)

IMG_8468

Jednak stało się. Ja, taka zapalona turystka. Pół roku w nowym, egzotycznym kraju- dzień w dzień w pracy. Raz w tygodniu niecały dzień wolnego, spędzany zwykle na spaniu, praniu, sprzątaniu i w porywach zakupach w Malang, a przyjeżdżając na Jawę o okolicznych parkach narodowych, górach, rzekach i atrakcjach wiedziałam więcej, niż ogrodzie zoologicznym gdzie miałam się edukować. To się nazywa pasja. Albo choroba.

Tymczasem jedynie 70km dalej wznosił się i dymił Mt Bromo, bodaj najsłynniejszy wulkan Indonezji, a na pewno Jawy. Mekka turystów. Absolutne “musisz to zobaczyć”.

P1160359to akurat Mt Semeru, sąsiad Bromo

Chcieliśmy to zobaczyć. Bardzo.

Nigdy nie było czasu… Najpierw nie było czasu. Później uznaliśmy, że skoro już tyle czekamy, to poczekamy na przyjazd kierownika M, i zobaczymy razem. Później znów nie było czasu. Chorowały tygrysy. Chorowały tamarynki. Chorowały sitatungi. Karma dla Lwów i dr P wzięły sobie tydzień wolnego. Kierownik M gdzieś wyjechał… Ostatecznie, gdy siłą swą sprawczą i uporem kierownik wyjazd zorganizował okazało się, że wycieczka, obowiązkowo składająca się z podziwiania wschodu słońca nad wulkanami wyniesie nas ponad 50 USD od osoby.

To był nokaut. 50 dolarów za widoczek? W Indonezji???!!! Trochę już wschodów słońca w życiu widziałam (i w pierwszej dziesiątce najlepszych wschodów słońca w moim życiu na pewno są te z Gorców i Bieszczad zimą) i jakoś nie wydawało mi się, aby spektakularność tego z Bromo warta była 50 dolarów.

Pojedziemy sobie sami naszym skuterkiem. Albo wejdziemy pieszo!

P1160364

Kierownik pojechał sam z hiszpańskimi trenerami papug. Po czym wrócił z niewesołym przekonaniem, iż faktycznie, wschód słońca nie był wart swojej ceny. Tłum, kurz, ajfony, lustrzanki, kamerki, aparaty na patkach i miliard Azjatów zza których nie widać nieba.

Pocieszyliśmy się przenikliwością naszej niezwykle słusznej decyzji, żeby bojkotować i nie zwiedzać. Niedługo potem przyjechała jednak Karolina (tak, indonezyjska Polonia rozrasta się pod naszymi skrzydłami jak chwasty po deszczu) i kwestia zwiedzania Mt Bromo wróciła. Bo mimo wszystko, jakże to tak nie zwiedzać, skoro Bromo ma zachwycać. Jest gwiazdka w Lonely Planet. Jest 150 gwiazdek na tripadvisorze… Wypadałoby zwiedzić. Ostatecznie w okolicach Malang niewiele jest miejsc, które warto zwiedzić. Większość ciekawych miejsc już dawno wycięto, zaorano i obsiano ryżem.

P1160346

Tym razem wycieczkę organizwała dr Ucha (czyt. Ucia), weterynarz z zaprzyjaźnionego ZOO, gdzie dla odmiany kaganek oświaty niesie dzielnie Karolina. Fakt, że dr Ucha’i chciało się jeździć po nocy na szczyty wulkanów ze stadem turystów niezaprzeczalnie świadczy o tym, że nie jest to nadmorska wersja dr Karmy dla Lwów. Ucha jest fajna.

P1160401

Było nas siedmioro. W wynajętym samochodzie, którym dojechaliśmy do przeżartej turystyką wioseczki Cemoro Lawang u stóp Bromo, było ciasno i ciepło. Dalej musieliśmy pojechać samochodem terenowym (napisałam najpierw jeep, ale Tomasz żachnął się, że to taka sama ignorancja, jakby pisać na nazywać dzioborożca tukane, czy na odwrót… jeep brzmi lepiej, ale skoro to nie był jeep nic na to nie poradzę). Cena wejścia do parku narodowego jest mniej więcej stała (waha się o kilka tysięcy rupii w zależności od sprzedającego i nieobycia kupującego). Cena samochodu terenowego jest wprost proporcjonalna do ilości obcokrajowców zainteresowanych wynajęciem. Z naszą białą skórą niewiele można było zrobić, za to jadący z nami Pakistańczyk dostał zakaz odzywania się przy kierowcy. Tym sposobem, oraz dzięki obrotności Ucha’i, po kilkunastu minutach targowania, siedzieliśmy w naszym 4×4 i tłukliśmy się dziurawymi serpentynami w kierunku punktu widokowego. Nie chciałabym jechać tą drogą na skuterze. Zwłaszcza w nocy. Poza tym- było upiornie zimno.

DSC_4462To już długo po wschodzie słońca i zdobyciu Mt Bromo (czyli o 9 rano). Noc bez snu i poranek bez kawy. Niszczące :D

Mt Bromo ma 2329 mnpm, punkt widokowy do którego zmierzaliśmy Mt Pananjakan 2770 mnpm. Wszyscy lojalnie ostrzegali nas, że na szczycie będzie zimno. Temperatura spada czasami nawet poniżej zera.

Pośmialiśmy się. Poniżej zera! Wow i jej! Nie będą tu Indonezyjczycy uczyć nas, Polaków, co to znaczy zimno, i jak się ubrać :P Poza tym, co to za zimno -1st C?

Na wszelki wypadek ubrałam na siebie wszystkie swoje ciepłe ciuchy…. co aktualnie niewiele znaczy.

Już w wioseczce z parkingiem jeepów można kupić wełniane czapki, szaliki i rękawiczki. Tomek o mały włos nie dostał czapki w kiblu, bo obrotny dziadek klozetowy nie chciał mu wydać reszty w bardziej konwencjonalny sposób. Na miejscu można kupić wszystko, łącznie z kożuchami i puchowymi kurtkami. Co więcej- można wypożyczyć płaszcze i koce!

Przez moment nas to śmieszyło. Przez ten moment, który zajmuje przejście kilkudziesięciu metrów z parkingu do punktu widokowego, i który Indonezyjczycy nazywają chodzeniem po górach. Potem przestało być śmiesznie. Było zimno. Było tak UPIORNIE ZIMNO, że po godzinie dzwonienia zębami poważnie zastanawiałyśmy się, czy nie olać tego wschodu słońca i nie iść grzać się przy jakimś ognisku z kukurydzą na patyku (lokalna gastronomia). Wytrzymałyśmy do końca, ale wracałyśmy sine.

P1160354

Musiałyśmy wytrzymać- przyjechałyśmy wcześnie i wywalczyłyśmy dobre miejsce. Przy barierkach. Wiało co prawda, ale miałyśmy widok na pożar. “Wywalczyłyśmy” nie jest literacką emfazą. Na szczycie był tłum. Prawdziwy, gęsty, tłoczący się, jazgoczący, wpychający w kadr, irytujący tłum. Naprawdę- jest całkiem możliwe i realne, żeby nie zobaczyć wschodu słońca, bo “tłok” zasłaniał.

DSC_4334

Druga sprawa, że blondynkom zawsze wiatr w oczy i ciężej przez życie. Sterczałyśmy sobie przy naszej barierce z widokiem na pożar. Szybko straciłyśmy nasze uprzywilejowane miejsce na rzecz właścicielek tłustych dup, które najbezczelniej w świecie wspięły się na barierkowy murek i windując swoje tyłki na poziom naszych oczu przysłoniły nam nieestetycznie świat, by podrygiwać z zimna rozgrzewając się strzelaniem selfie. A my stałyśmy, marzłyśmy i próbowałyśmy fotografować pożar.

DSC_4329

Świtało, gdy ocknęłyśmy się, że na Google i pocztówkach Mt Bromo wygląda jakoś tak inaczej… że  wulkany tam są, a nie pagórek z pożarem… Odpowiedni (ten, jedyny, wielogwiazdkowy) widok znalazłyśmy tuż przed wschodem słońca. Trzeba być blond, żeby na szczycie góry marznąć i gapić się nie tam, gdzie trzeba! Ale dobrze się bawiłyśmy. I zdjęcia Bromo też zdążyłyśmy cyknąć.

DSC_4351

DSC_4354

DSC_4359widok zmienia się z każdą chwilą

Po obejrzeniu najdroższego wschodu słońca na świecie tłum wraca na parking obowiązkowo zatrzymując się w gastronomicznych barakach Mt Pananjakan. Oferta nie jest duża- zupki w proszku, zupki w kubełku, ziemniaki i kukurydza na patyku, herbata, kakao- ceny wysokościowe, ale wlać w siebie coś ciepłego po godzinach zamarzania- bezcenne. Gdyby tam postawić budę z grzanym winem muzułmańska prohibicja nie miałaby nic do gadania.

Gdy już odnaleźliśmy w parkingowym tłumie nasz samochód, władowaliśmy do środka i zaczęliśmy grzać obsadą- ruszyliśmy w kierunku Morza Piasków. I, ostatecznie, Mt Bromo.

DSC_4364

Mt Bromo to tak naprawdę taki “wulkan w wulkanie”… jak ruska matrioszki. Mt Bromo jest aktywnym wulkanem położonym, razem z 4 innymi wulkanami, w ogromnym kraterze wulkanu Tengger.

Morze Piasków to wulkaniczny pył pokrywający dno potężnego krateru.

O ile słynny wschód słońca nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia- tu naprawdę zaczęłam się świetnie bawić!

DSC_4379

Indonezyjczycy to nacja, która chodzenie traktuje jak atawizm bądź sport ekstramalny. W Indonezji nawet do sklepu za rogiem jeździ się skuterem. Jeździliby skuterami po mieszkaniu, gdyby metraż im na to pozwalał. Dlatego kilkaset metrów z parkingu na skraj krateru wulkanów można pokonać konno.

DSC_4399

Morze Piasków przemierzają potępieńczym stępem w górę i dzikim galopem w dół dziesiątki koników.

DSC_4454

DSC_4451

DSC_4403

 

DSC_4451

 

Na całej długości “szlaku”, zwykle w relatywnie mniej kurzących się miejscach, rozstawione są kramy z bukiecikami suchych kwiatków, na ofiarę bogom z wulkanu. Indonezja to bardzo uduchowiony kraj, pełen paranormalnych mieszkańców parających się najróżniejszą działalnością, zwykle przestępczą, gdy nie są właściwie czczeni i obdarowywani. Nic więc dziwnego, że bogowie wulkanu wymagają sporej ilości bukiecików. Co więcej, Mt Bromo pełni bardzo ważną rolę w kulturze ludu Tenggerese (lekko 600 000 ludzi mieszających “w okolicy”). U stóp góry znajduje się hinduska świątynia (Pura Luhur Poten- dla zainteresowanych; mocno żałuję, że jej nie zwiedzaliśmy), a raz do roku (w grudniu bądź styczniu, w zależności od pełni księżyca) na szczyt wulkanu wyrusza procesja z darami; w zamian za kwiatki, owoce, warzyw, a w porywach kozy i inne zwierzęta wierni otrzymują obietnicę szczęścia, zdrowia, urodzaju i ochrony przed złymi urokami. Tradycja Yadnya Kasada wywodzi się z XV-wiecznej legendy, zgodnie z którą dobrzy bogowie wysłuchali modlitw zdesperowanych, bezpłodnych rodziców obdarzając ich 24 pociechami, z zastrzeżeniem, że 25 musi zostać strącony w czeluście krateru…. jak szczęśliwi rodzice posłusznie uczynili.

DSC_4422

My oczywiście nie wierzymy w zabobony i nic w cuchnące siarą opary nie wrzucałyśmy. A że jestem nieśmiałą sierotą nie mam też żadnego zdjęcia zakutanych w 15 chust i hidżab handlarek… i to wielka strata.

DSC_4419

Karawany koników zatrzymują się dopiero pod schodami na szczyt, i tu dla jawajskich turystów zaczyna się masakra. Schody!!! Nie-ruchome schody! Straszne!

Stałyśmy w korku. I odpoczywałyśmy co 3 stopnie. Niskie, niestrome schody, takie wyzwanie!

P1160403

A na szczycie takie widoki!

DSC_4435

P1160399

 

P1160399

DSC_4440

 

Pomijając Mt Tongariro (albo Mt Dum w Mordorze Nowej Zelandii) nigdy wcześniej nie byłam na żadnym wulkanie.

I robi wrażenie. Niby wielka kupa żwiru i popiołu, ale dymi. Aktywny jest. Wybucha regularnie. Kilka lat temu plunął sobie kamykami i zabił dwóch turystów (tak, mamo, jestem ostrożna). Brzeg krateru taki wąski. Zbocza takie strome. Dziura do wnętrza Ziemi. Fajnie :)

Przede wszystkim jednak obezwładniająco klepie siarą.

DSC_4437

Dlatego też ciężko jest długo kontemplować wulkaniczne czeluści.

Łatwiej brnąć po kostki w pyle i fotografować koniki. Koniki były malutkie, drobniutkie i urocze.

DSC_4449

DSC_4457

DSC_4456

DSC_4445

Morze Piasków w całej okazałości.

DSC_4406

Te dwa durnowate cienie to Karolina i ja.

DSC_4388

My mieliśmy profesjonalne chirurgiczne maseczki… a przyjaciele Ucha’i poszli w romantyzm :)

DSC_4458

Nasz wóz.

I powrotna droga na normalną Jawę.

DSC_4469

DSC_4467

DSC_4463

 

Drodzy czytelnicy!

Jedną z najcięższych składowych życia na Jawie (poza koniecznością koegzystencji z dr Karma dla Lwów) jest samotność… a przynajmniej tak widzę to swoimi niebieskimi oczętami nieuchronnie starzejącej się kobiety bez pierścionka.

Próbowałam rozwiązać ten problem w ten czy inny, mniej lub bardziej destrukcyjny sposób (alkohol, praca, internet, nowi pracownicy z Polski, więcej pracy, noce na czatach, rybki w akwarium, próby samokształcenia, alkohol, praca), ale nie zadziałało.

Wymyśliłam więc, że może czas najwyższy skończyć ze swoim chronicznym outsiderstwem i zacząć “gdzieś należeć” (tu powinnam napisać…. “i tak powróciłam na łono Kościoła”… ale na szczęście aż tak źle się nie czuję :P).

Zapisałam się więc do EAZWV, czyli  European Association of Zoo and Wildlife Veterinarians. Nie rozwiązało to jeszcze moich problemów towarzyskich, ale grunt to rozwijać się i dopisywać nowe linijki w CV.

Następnie zapisałam się do “Polacy w Indonezji”, bo rzekomo są tacy :) i mam nadzieję ich spotkać :) (choć koleżanki doradzają m znaleźć “Los hispanos en Indonesia” i pospotykać się z tymi)

Wczoraj zaś dołączyłam do Klubu Polek na Obczyźnie. Idea jest babska, więc piękna. Można sobie poczytać jak się wiedzie rodaczkom w innych krajach wielkiego świata, pośmiać, zmotywować i zainspirować. Poza tym dobrze widziane jest pisanie również własnych postów, a jako że jestem obrzydliwym leniem, każda motywacja jest cenna.

Niniejszym zapraszam na stronę! Gdy tylko uporam się z najnowszym artykułem dla Weterynarii sama również coś do Klubu napiszę, ale oczywiście już teraz jest tam bardzo dużo ciekawych tekstów!

10687062_591533680956713_1259560407635631017_n-2

Grunt to dobrze zacząć tydzień :)

Poniedziałkowy poranek. Robię obchód swojego królestwa.

- Lemur lepiej?- przyszła pora deszczowa, temperatura spadła o 3 stopnie i lemur się porządnie przeziębił.

- Lepiej! Więcej się rusza i więcej je!

- To super.

- Dr Anna, a może on wcale nie jest chory?

- Jest chory. Osłuchiwałam go- jest chory. A dlaczego myślisz, że nie jest chory?

- Bo to jest samiec….

- No tak?

- I pomyślałem, że może przyszedł sezon rozrodczy i on jest zainteresowany samicami i dlatego nie chce jeść…

- Aha… Pulung, a kiedy u nas zaczyna się sezon rozrodczy lemurów?

- W kwietniu.

KURTYNA

IMG_0293

Krótki dialog obrazujący smutno, co weterynaria robi z kobietą (a przynajmniej weterynaria w ZOO na Jawie. W Warszawie wiadomo- kwiatki, czekoladki).

- Dr Ania, przywiozłem ci prezent. Z służbowej delegacji- oświadczył kierownik M i wręczył mi małą torebeczkę. Kierownikowi M coraz częściej zdarza się przemawiać ludzkim głosem, znać Wigilia coraz bliżej.

- Zgadnij co to.

Torebeczka była nieduża, na indonezyjskie możliwości nawet elegancka. Ze słonikiem.

- Relanium w ampułkach? :D- ucieszyłam się. (przysięgam, że potrzebuję do anestezji, nie na użytek własny)

- Nie.

- …..

- Zgaduj dalej.

- Resztki z obiadu??? (okolice Batu są enklawą najohydniejszej kuchni jaką w Azji można sobie wyobrazić).

- Nie no przecież pół kaczki właśnie zżera Tomek.

- Hmmmm….. Kupę do zbadania????

Nie jesteśmy specjalistami od zwiedzania miast. Blog najlepszym tego dowodem. Przez ostatnie 2 lata napisałam chyba wyłącznie o pobycie w Bangkoku.. i to pewnie też tylko dlatego, że spędziliśmy tam pierwsze dni naszej “wyprawy dookoła świata”.

Oczywiście od cuchnących czasów tajskiej stolicy odwiedziliśmy kilka metropolii i pomniejszych miasteczek. Niektóre bardzo mi się podobały (Perth <3) . Inne mniej (Bangkok!). Nie pisałam o żadnym.

Lubię miasta. Tomek nie cierpi. Ten rozdźwięk estetyczny utrudnia zwiedzanie.

Zawsze jednak mamy jeden, stały punkt programu. Jeśli tylko taki istnieje- idziemy do ogrodu botanicznego! W naszej burzliwej rzeczywistości Bunika i Marchewki to szczyt kompromisu. Poza tym naprawdę lubię ogrody botaniczne.

Kiedyś powinniśmy zrobić ranking naszego Top 10. Zaczynałby się od ogrodu botanicznego w Batumi. Singapurski ogród botaniczny też byłby w pierwszej piątce. Może i Singapur jest koszmarnym państwem policyjnym, gdzie za połowę przestępstw można stracić życie, a reszta jest karana chłostą bambusowym drągiem (true story!), spotkanie grupy powyżej 5 znajomych w przestrzeni publicznej jest wykroczeniem (nielegalne zgrupowanie, prawie jak manifestacja), guma do żucia jest nielegalna, a sprawdzaniem, czy przypadkiem nie przeżuwasz skrycie zajmuje się armia policjantów w cywilu…. ale miasto mają ładne. Ogród botaniczny też jest ładny, a że był to mój ostatni wyjazd ze starym aparatem, trochę mnie poniosło :P

IMG_0433

Te żółte kwiatki to storczyki. Tak naprawdę nie zwiedziliśmy całego ogrodu, bo Tomek spał do 10, a później nie mieliśmy już wystarczająco dużo czasu :) Tomek oczywiście powiedziałby, że to wszystko dlatego, że chciałam sfotografować każdego ze 150000 storczyków… ale to nie prawda.

IMG_0406

Oczywiście to nie byłby Singapur, gdyby na wstępie nie zabronili wszystkiego, poza oddychaniem.

IMG_0415 Gwóźdź programu romantycznej randki “Jezioro Łabędzi”, a w nim- żółwie, wydry i stado karpi.

IMG_0413

IMG_0411

Tu trochę mnie poniosło z romantyzmem, ale jak już pisałam, to był pożegnalny spacer z Eoskiem, a to kochany lustrzanek.

IMG_0416Ścieżka tematyczna “Las deszczowy”

IMG_0421

IMG_0492

Szczyt bonzajowej ekstrawagancji- bonsai z bananowca.

IMG_0423A teraz “Orchid Garden”, za który trzeba zapłacić całe 5 SGD (moim zdaniem zdecydowanie warto, wg Tomka… nie warto :P ale był dzielny :P)

IMG_0431

IMG_0434

IMG_0439

IMG_0425

IMG_0446

IMG_0465

IMG_0478

IMG_0458

IMG_0468

IMG_0471

IMG_0463

Bardzo piękny ogród :)

* w tym miejscu chciałabym delikatnie zwrócić uwagę na fakt, że absolutnie wspaniały, wytrzymały (żeby nie napisać niezniszczalny), niezawodny, lekki i poręczny Eos 400D, którym wykonano powyższe zdjęcia jest na sprzedaż, w komplecie z zaledwie 11-miesięcznym obiektywem Sigma 17-70mm 1:2,8-4, szerokokątnym kitowym obiektywem do Canona, Sigmą 18-200mm, zestawem baterii, ładowarką i kartami pamięci. Aparatem wykonano miliard zdjęć i nosi ślady intensywnego użytkowania, Sigma 17-70 to dla amatora przyjemny obiektyw, w doskonałym stanie; dlatego cena (do uzgodnienia) dotyczyć będzie głównie obiektywu. Sigmę 18-200 i szeroki kąt gratis. Info na priv.

(wszystkie zdjęcia na blogu od 24 grudnia 2013 były wykonywane powyższy zestawem)

Wartość sentymentalna ogromna.

IMG_0472

*

Ponieważ za sprawą mojej skromnej osoby liczba rodaków w imperium RR osiągnęła liczebność spokojnie usprawiedliwiającą założenie w Batu konsulatu, baru ze śledziem, wódką i ogórem, a już na pewno refundowanej przez NFZ poradni psychologicznej, w naszej smutnej egzystencji emigrantów na Jawie pojawiła się namiastka życia towarzyskiego. Z uwagi na brak pubów, klubów i lokali (o szkołach tanga i milongach nie wspominając), podkreślam namiastkowość tego życia. Dobrze, że po 5 miesiącach poszukiwań udało nam się znaleźć monopolowy.

Życie towarzyskie upływa więc nam na wspólnym gapieniu się w telewizor i skakaniu po 15 kanałach. Jest nawet Animal Planet. Teoretycznie moglibyśmy oglądać filmy, jednak w sytuacji gdy ja jestem chwilowo zauroczona produkcjami Ves’a Anderson’a, Tomek “Transformersami”, a reszta nie ma (sensownego) dostępu do internetu- o porozumieniu nie może być mowy.

Gapimy się więc w TV.

Popatrzyliśmy na wytarzanego w błocie komandosa wyżerającego skorpiony spod kamieni i pijącego wodę z kałuży. Obejrzeliśmy fragment filmu przyrodniczego o Wyspach Wielkanocnych, traktującego o fakcie, że umarło tam wszystko co mogło. Przerzuciliśmy się na CNN, gdzie tylko walki, wybuchy, wojny i zamachy. Spróbowaliśmy spojrzeć na świat z innej perspektywy, w Al Jazeerze były tylko wybuchy, walki, wojny i zamachy. Przełączyliśmy na BBC gdzie były zamachy, wojny, walki i wybuchy.

- Ja *** (tu spontaniczny wyraz negatywnych emocji)! Tego się nie da oglądać! Znaczy ja nie mogę! Wszystko jest bez sensu! Wycięli w pień lasy na Wyspach Wielkanocnych i niczego się nie nauczyli; wszystko zniszczą, spalą, zaorają, zeżrą i wybiją. Chińczycy wpierdalają ostatnie tygrysy, jacyś amerykańscy komandosi wpieprzają skorpiony i jaszczurki… później pewnie bachory w przedszkolach też żują jaszczurki bo się napatrzą na tego idiotę… A cała reszta świata zamiast wziąć się i ratować co zostało, będzie się bawić w wojny i masakrować cywili bo tak najłatwiej. Boże!…. Musze się napić!-podsumowałam.

- Łoooohoho… no to jak już się zaoferowałaś… to jedziesz po wódkę :D
– Yyyyy… nie no… to była taka… filozoficzna rozkmina.

- Nie, nie… znaczy tak, tak… zgadzamy się z tobą; trzeba się napić.

- Ale przecież piliśmy wczoraj?

- No i?

- I przed wczoraj.

- Jedziesz po tą wódkę czy nie?

- No właśnie wiesz… ja nie wiem czy… znów?

- My jesteśmy za.

- Ale ja nie jestem.. chyba- asertywność, moja mocna strona.

- OK, to rzucimy monetą. Patrz- tu masz ptaszka, druga strona, masz… kurwa też ptaszka :D No to nie, wróć. Tu masz “jalak bali”- jak wypadnie, to pijemy. A tu masz… “bank Indonesia” jak wypadnie…. to tym bardziej pijemy…. to chyba musisz jechać.

Nie jest lekko żyć na Jawie.

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 1,312 other followers

%d bloggers like this: