Feeds:
Posts
Comments

Akcja sterylizacja

“Akcja Sterylizacja” od początku miała pecha.

Pomysł sterylizacji ganiających po ZOO dzikich kotów powstał kilka tygodni po moim przyjeździe do Batu. Nie był oryginalny, ale jak się okazało w jawajskich realiach bezprecedensowy. Jak to sterylizować? Dzikie koty??? Przecież można wyłapać i wywieźć w krzaki. (Oby w krzaki).

Pierwszy miesiąc zajęło mi przekonanie dr S, oraz wszystkich wyżej postawionych przełożonych, szefów i kierowników (szefów w Batu dostatek), że budżet ogrodu wytrzyma pokrycie kosztów tak licznych i horendalnie drogich materiałów jak- 1 skalpel i 1 gazik na kocura, czy paczka nici, ćwiartka żyletki, wenflon, kilka gazików i skalpel na kotkę. “No ale wenflony takie drogie”/ “No ale my przecież w ogóle nie mamy nici chirurgicznych”/”no ale…. leki….” … “no ale jedzenie”, “no ale… jak to tak koty kastrować”

“No… a jak będziesz to łapać?”

IMG_7524

Projekt klatki powstał w pół godziny, prototyp tego samego dnia, pierwszy model po 2 miesiącach. Na inżynierów nie ma bata. Piją dużo herbaty. Słabej herbaty bo zwykle pomiędzy 12 a 14.30 leżą pokotem na zapleczu i śpią. Wcześniej się modlą. Później jedzą lunch.

Przez pierwszy tydzień Tomek regularnie nawiedzał ich zagracone królestwo i prośbą, a później groźbą przypominał im o swoim zleceniu i przykładowej klateczce walającej się w kącie warsztatu. Po 7 dniach wkurzył się i “dał im czas”.

Wrócił po miesiącu. Klatka nie było. Inżynierowie byli zaskoczeni, że dalej jest potrzebna.

IMG_0268

Ostatecznie z zamówionych 5 łapek (szef zapalił się do idei “odkociakowania” wszystkich swoich hoteli, barów, lokali, restauracji, parków rozrywki, sklepików, butików i innych pomniejszych terytoriów imperium)  inżynierowie w pocie czoła wyprodukowali 2. Każda waży ok 25 kg bez kota (ważyłam!), jej wymiary spokojnie pozwalają na upolowanie mormi, a poręczność każdego wieczoru doprowadzała mnie najpierw do szału, a potem rozpaczy.

Dzięki inżynierom przydługie czekanie na nici niemal umknęło naszej uwadze. I nie irytowałoby nas tak nawet, gdyby na ich przyjazd nie czekała również jaguarzyca Grumpy z połamanym kłem.

P1130558

Minęły dni, tygodnie i miesiące… Na dobrą sprawę zdążyłam już nawet zapomnieć, jakie to miałam ambitne i wspaniałe plany wobec jawajskich dachowców. I wtedy skompletowaliśmy cały sprzęt. Nawet sterylizator zaczął działać.

Miało być pięknie. Zaczęło się wspaniale. 1 wieczór- 4 koty. Cały przychówek zza kwarantanny, regularnie dokarmiany pod drzwiami naszej kuchnio-łazienko-salono-sypialnio-nory.

Później było już tylko gorzej. Przynęta wabiła miliardy mrówek (dorobiliśmy klatkom nóżki, które rozwiązały ten problem). Klatki rdzewiały i nic nie łapały. Klatki się rozregulowały i łapały byle podmuch wiatru. Koty się nie łapały. Koty się łapały, ale uciekały. Koty się łapały, ale wypuszczali je ludzie… los zna nieograniczoną ilość sposobów, jakby tu zrobić mi na złość.

P1160174potargana bardziej niż zwykle, nie pomalowana bardziej niż zwykle, chronicznie nie wyspana… mieszkanie w pracy ma swoje wady… ale pracocholizm jest uzależnieniem premiowanym społecznie więc może tak jest lepiej :) Ostatecznie, na tym zdjęciu bardziej chodził o kota w kieszeni :) Zasypia :)

A gdy już ostatecznie, z Polski, bo długich tygodniach oczekiwania, dojechał haczyk do sterylizacji, w pobliskim parku ptaków zaczął się sezon lęgowy wśród żurawi i bocianów i musiałam oddać swoje klatki -łapki, bo zdaniem szefa i lokalnych ekspertów każdy kot, łaskun,szczur czy inna cywetopodobne stworzenie, mając do wyboru stos świeżych jaj w gnieździe, albo wyschnięty kawałek kangurzyny w klatce- wybierze pułapkę (w końcu nigdy w życiu nie jadły kangura, a przecież życie drapieżników kręci się w okół odkrywania nowych smaków i kuchennych rewolucji).

Trochę kotów jednak przez te kilka tygodni wysterylizowaliśmy/wykastrowaliśmy.  Plan zakładał, że będę fotografować każdego, a potem skleję te wszystkie fotki w jeden plakat glorii i chwały,na marginesie którego przemnożę ilość pacjentów przez średnią ilość kociąt których by się w ciągu najbliższych dwóch lat doczekali, i dam szefowi, żeby chłop wiedział, że może i warto było się szarpnąć i kupić mi te superdrogie nici i wenflony. Podobał mi się ten plan. Był obrzydliwie lanserski, ale wizualnie ciekawy. A potem zaczęliśmy te koty kastrować, wypuszczać, łapać, wynosić… i trochę to portretowanie ofiar wyleciało mi z głowy. Część z nich mimo wszystko doczekała się pamiątkowej fotki.

Czasami, gdy mam egzystencjonalnego doła z powodu ZOO (i mojej patologicznej miłości do pracy w tak zakłamanej instytucji), przeglądam te zdjęcia i usiłuję się pocieszyć, że mimo tkwienia w tym moralnym bagnie po szyję, czasami zdarza mi się zrobić coś dobrego.

Jawajskie koty są naprawdę ładne.

IMG_0266

 

IMG_9147

IMG_7456choć oczywiście nie wszystkie są fotogeniczne 

IMG_7413-001na początku cykałam foty zaraz po zabiegu, ale to nie wyglądało zbyt dobrze (powyżej inauguracyjna koteczka)

IMG_7422

IMG_8867-001

To był potwór, zmora i wyzwanie. Łapał się od samego początku. Raz zwiał nam z transportera, 2 razy z klatki łapki, raz podarł siatkę… Po czym uznał, że dosyć tych bzdur, już go nasze zabawy nie bawią i zaczął spędzać całe wieczory przesiadujuąc na dachu klatki łapki, ostentacyjnie liżąc się po jajach.

Przez niego 3/4 okolicznych kotek to rudzielce lub tricolory. Przez niego też Tomek produkował “kocie darty” krótkoigłowe i zarzekał się, że już dziś/jutro/pojutrze, weźmie do ręki karabin, pójdzie w noc i go odstrzeli… Oczywiście nigdy tego nie zrobił. Rudy któregoś pięknego dnia przeliczył się ze swoim szczęściem do widowiskowego uciekania z klatek. Nie wziął pod uwagę, że my tez uczymy się na błędach i zamiast po raz 150 przenosić go z łapki do transportera spremedykujemy go na miejscu :D

IMG_7488

IMG_7523

IMG_8257

IMG_8264

IMG_8374

 

IMG_9152

IMG_8640

 

Z konieczności też musiałam przestawić się na sterylizacje i kastracje pediatryczne. Operuję co się złapie, a zwykle łapie się to, co najgłupsze i najmniej uważne, czyli dzieciaki. W “normalnych” warunkach wolałabym poczekać, aż taki kociaczek podrośnie i dorośnie, ale tu nie mam gwarancji, czy to nie jest jeden, jedyny raz, kiedy wpadnie w pułapkę. Poza tym ich pierwsza rujka ma duże szanse skończyć się pierwszą ciążą, myślę więc, że mimo wszystko operowanie bardzo młodej kotki obciąża jej organizm mniej niż ciąża i wykarmienie miotu.

IMG_9937-001

IMG_9940

 

IMG_0276

A teraz 5 minut propagandy.

sterylizacja

Nie przekonują Cię plakaty z kiciusiami?

Wysterylizowana kotka:

- nie zwiewa z domu w pogoni za miłością, nie wraca do domu w ciąży i nie obarcza Cię “słodkim ciężarem” znalezienia domu dla jej puchatych kociaczków. Masz dużo znajomych na FB i nigdy nie masz problemu ze znalezieniem domu dla kociaków, ok. Jesteś pewien, że wszyscy Twoi znajomi również znajdą bezpieczny dom dla wnuków Twojej kotki? A prawnuków? A praprawnuków? Kotka może wyprowadzić 3 mioty w ciągu roku. To naprawdę dużo kociąt i odpowiedzialnych rąk do znalezienia…. Może jeszcze pomyślny, że schroniska dla zwierząt pękają w szwach od kociaków czekających na lepszy los.

- nie zwiewa z domu- znacząco zmniejsza ryzyko zakażenia FIV i EeLV, wirusami, które zamienią ją w kota wymagającego specjalnej opieki, by ostatecznie i tak znacząco skrócić jej życie.

- mieszka na 10 piętrze i nie ma szans nigdzie zwiać…- nie będzie cierpieć z powodu częstych, niekończących się rui, drzeć się całymi godzinami, wciskać Ci ogon w twarz, molestować Twoich kolegów, ani odstawiać innych cyrków zdesperowanego, sfrustrowanego zwierzaka, które ciężko uznać za zabawne

- antykoncepcja hormonalna NIE JEST ROZWIĄZANIEM!!! Bezpieczeństwa leków hormonalnych stosowanych w weterynarii NIE WOLNO porównywać z bezpieczeństwem leków ludzkich. Antykoncepcja hormonalna kotek prędzej czy później kończy się nowotworem gruczołu mlekowego (zazwyczaj złośliwym), lub ropomaciczem (którego leczenie również wymaga owariohisterektomii, jednak w przeciwieństwie do standardowej sterylizacji jest operacja obarczoną znacznie większym ryzykiem).

- NIE TYJE! chyba, że ją przekarmiasz! Kotki nie tyją z powodu spadku ilości estrogenów we krwi, tylko z powodu podaży energii przekraczającej jej dobowe zapotrzebowanie.

- Nie ma zrujnowanego życia. Durnym mitem jest twierdzenie, że kotka, czy suka potrzebuje do szczęścia min. jednego miotu w życiu. Polemizowałabym z przekonaniem, że kobiecie potrzebne jest do szczęścia min. jedno dziecko, tym bardziej, że potrzebne jest kotce.

Żeby było bez posądzania mnie o dyskryminację seksualną kotów:

Wykastrowany kocur:

- nie ucieka z domu, nie włóczy się, nie płodzi kociej nędzy po krzakach i piwnicach, za którą Ty nigdy nie weźmiesz odpowiedzialności.. prawdopodobnie nigdy nawet nie dowiesz się o jej istnieniu i agoni z powodu kociego kataru, panleukopenii, trutek na myszy albo siarczystego mrozu

- nie ucieka z domu, nie walczy z innymi kcurami- zmniejsza ryzyko zakażenia FIV i FeLV

- nie śmierdzi, nie znaczy Ci mieszkania, co ważniejsze- nie znaczy też mieszkań Twoich sąsiadów

- NIE TYJE (patrz wyżej)

- nie zamienia się w “ciepłą kluchę”/”ciotę”/”sierotę”… po prostu nie.

 

KONIEC

maszerujemy z Marchewką przez ZOO. 

- Hello Misterrr, Helo Miss!!!! Foto foto!!!

- No, sori.

- Misterrrrr foto foto!!!! (jesteśmy naprawdę potężną konkurencją dla papug i orangutanów)

- No.

- Miss, Foto! Miss foto!!!

- No, no.

- Misterrrrr FOTO!!!!- zdenerwował się zwiedzający.

- NO- zdenerwował się Tomek.

- Fuck you!

IMG_9391

Cywetki

To miał być taki ambitny wieczór! Był taki plan!

Pobiegać.

Iść na lekcję indonezyjskiego.

Napisać notkę na bloga.

Zacząć pisać nowy artykuł do Poznaj Świat.

Zgrać, przejrzeć i poobrabiać najnowsze zdjęcia.

Posprzątać pokój.

Położyć się spać przed 1 w nocy.

Oczywiście nie mogło się udać.

O 19 poszliśmy sprawdzić, jak się sprawy mają ze znerwicowaną mamą cyweta, która po czterech dniach prób spokojnego odchowania dzieci (o których urodzeniu nikt nie raczył mnie poinformować) w klatce z 2 samcami dostała spektakularnego załamania nerwowego i zaczęła maniakalnie ganiać po ekspozycji z maluchami w zębach, okazjonalnie próbując walczyć ze współlokatorami. Odłowiliśmy chłopaków. Zasłoniliśmy klatkę, bo szalona cyweta z piszczącymi szczurkami w pysku została uznana przez dzisiejszych zwiedzających za atrakcję dnia. Daliśmy szansę zadziałać “świętemu spokojowi”… Nic z tego, dla mamy cywety było już za późno. Stoczyła się w mroki obłędu. I postanowiła zabiegać swoje dzieciaki na śmierć.

O 19 nadal ganiała po klatce. Maluchy leżały na siatce podłogi. Porzucone.

Zimne.

Tak zimne, że nasz “nowoczesny”, elektroniczny termometr nie był w stanie zmierzyć ich temperatury, a po godzinie ostrożnego, ale intensywnego podgrzewania (termoforki, suszarka, ciepłe ręczniki, masowanie, przytulanie) dobiły do 32 st C.

IMG_0108

Teraz mają już 35 st C, są po swoim pierwszym, co prawda oszukanym (bo bezmlecznym) “posiłku” i najwyraźniej postanowiły jeszcze nie umierać :)

(…. a jutro dostanę pewnie opierdol za odbieranie młodych matce i dowiem się, że skoro tak to teraz sama mam je sobie karmić 6 razy dziennie codziennie, bo opiekunowie mają ważniejsze rzeczy na głowie.)

IMG_0110

Tymczasem dwie przesłodkie dziewczynki czekają na imiona :D

Gin dziecko Marchewki

Wbrew tytułowi poniższy tekst nie będzie o fermentacyjno-destylacyjnych sukcesach Tomka.

Będzie o cielaku. Nieegzotycznie.

Cielaku teksańskiego longhorna.

texas_longhorn___frank___by_amatuer_pics_by_me-d38fpry

Już robi się ciekawie.

Historia Gina zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu, w nocy z 3 na 4 lipca.

Ciężko powiedzieć kiedy dokładnie urodził się Gin. Opiekun nie był w stanie powiedzieć nic konkretnego poza “czuwałem i obserwowałem całą długą noc, wszystko było dobrze”. Mówił jednak na tyle przekonująco, że żadna z weterynarzy “władnych” (czyt. dr Prista- szefowa terenu, i dr Susan Wszechmogąca) nie raczyła pofatygować się i sprawdzić jak “wszystko dobrze” wygląda w ciężkich realiach indonezyjskości. Dopiero my, wścibscy i nadgorliwi (+ “chciałam cyknąć zdjęcie malutkiego cielaczka”), gdy już zorientowaliśmy się, że 3 dniowej wycieczki do Singapuru nie przeżyło dwóch naszych pacjentów, a trzeciego należy uśpić, pomaszerowaliśmy do longhornowej obórki.

IMG_7313(to zdjęcie już po myciu, suszeniu i podścieleniu)

Maluch leżał na boku, drżąc na mokrym, zasranym betonie. Matka stała zamknięta w boksie obok! Opiekunów nie było, pewnie jedli lunch. Albo modlili się. Ewentualnie pili herbatę.

P1140598mama Gina

Cielak nie miał siły wstać. Był odwodniony. Miał 40,5 stopni gorączki. Okolica pępka była spuchnięta i bolesna, pozostałość sznura pępowinowego sinobordowa i sącząca się. Był naprawdę malutki. Ledwie 24 kg. Wszystko było “dobrze”.

Jak??? JAK TAK MOŻNA!!!!!???

Dużo razy obiecywałam już sobie, że nie będę się dziwić ludzką głupotą i raz na zawsze zaklasyfikuję ją jako bezdenną… I staram się nie wymagać dużo od batuańskich opiekunów, bo przecież to z pola ryżowego wyrosłe proste chłopaki, co oni tam mają wiedzieć o opiece nad lwami morskimi. Ale czy trzeba mieć mgr’a, żeby rozumieć, że noworodka nie można zostawiać samego, na obsranym betonie??? Od kiedy jakieś absolutne minimum empatii jest skojarzone z wykształceniem wyższym?

IMG_7315

Zrobiliśmy dym. Gruby. Nawet dr Susan po pierwszych próbach zbagatelizowania sprawy i odwleczenia działań aż do czasu sekcji wsiadła na motor i pojechała po siarę.

Umyliśmy i wysuszyliśmy malucha. Zdezynfekowaliśmy pępek. Na dzień dobry dostał kroplówę z glukozą w żyłę, leki przeciwgorączkowe i antybiotyk w chudy zadek.

Przeanalizowaliśmy marne szanse podstawienia cielaka do wymienia. Dzieciak ledwie stał na nogach. Ok. 18 godzin postu robi swoje. Matka każdy krok w kierunku jej boksu witała defensywnym pochyleniem łba z imponującymi rogami. Jak przystało na zwierzaka z ZOO była dzika. Kopytny to kopytny, nasi opiekunowie z takim samym dystansem traktują oryksy i żyrafy jak bydło i mini osiołki. Oczywiście istniała szansa zagonienia jej w kąt i unieruchomienia linami i bambusami, ale ostateczny i kluczowy problem tkwił w strzykach. Już na kilka tygodni przed porodem były obrzęknięte, teraz ich rozmiar praktycznie uniemożliwiał cielakowi ssanie.

IMG_5945tata Gina- Rebel

Postanowiliśmy, że podkarmimy malucha z butelki, niech wypije choć teraz trochę siary, a w międzyczasie chłopaki zrobią rodeo, unieruchomią matkę, a Tomek sprawdzi, czy to mastitis, czy nie i co w związku z tym dalej robić.

Mały nie chciał pić. Próbowaliśmy. Cielak przelewał się przez ręce, wywracał oczami i wydawał się być bardziej zainteresowany umieraniem w spokoju niż ostatnią wieczerzą. Nie mieliśmy czasu na cudowanie i próby perswazji, 18 godzin bez siary i tak było sytuacją beznadziejną- ku przerażeniu dr Pristy zsondowaliśmy małego. Wbrew obawom zebranych cielak przeżył.

Kolejną dobrą wiadomością był fakt, że jego matka nie ma mastitis.

IMG_7309poskrom z bambusa

To była ostatnia dobra wiadomość, bo próby podstawienia malucha do matki spełzły na niczym.

Przenieśliśmy dzieciaka do kwarantanny. Po krótkotrwałym, “pokroplówkowym” ożywieniu cielak wrócił do umierania. Leżał zwinięty na słomie. Bez sił. Tomek zawyrokował, że nie ma szans, ale że w Batu leczy się “do końca” (zawsze “do końca”, niemal nigdy “od początku”) leczyliśmy. Postanowiliśmy karmić go początkowo co 4 godziny, co za każdym razem kończyło się sondowaniem.

Kolejny dzień wyglądał tak samo. Kroplówka. Sondowanie. Antybiotyk. Sondowanie. Antypiretyk. Sondowanie. Plusy- wciąż żył. Minusy- co to za życie? Nawet nie miał siły utrzymać się na własnych nogach.

IMG_7320tzn praca zaspołowa

6 lipca okazał się być przełomowym dniem. Maluch zaczął chodzić. Chwiejnie, mizernie, i tylko krótko po zbawiennej dawce glukozy.. wykazywał jednak jakąś wolę życia. Ja pełna nowych nadziei, Tomek niezmiennie przekonany, że i tak zdechnie, znów zaczęliśmy uczyć małego pić z butelki… niby próbowaliśmy przed każdym sondowaniem, teraz jednak miałam większy zapał. Na zapale się skończyło.

Był to w naszej pracy szczęśliwy czas, gdy mieliśmy do swojej dyspozycji stado tajskich studentów. Nie byli wyzyskiwani :P cieszyli się, że są potrzebni :) Studenci oczywiście od początku kibicowali, pałętali się, przeszkadzali, robili zdjęcia, podgrzewali kroplówki, a czasem nawet trzymali sondę (albo cielaka), teraz jednak dostali poważniejsze zadanie. Skoro nam nie wyszło- niech oni nauczą cielaka pić ze smoczka! :D Studenci oczywiście byli zachwyceni! (niewiele trzeba, żeby zachwycić studenta :P)

IMG_7317

Tomek w tym czasie uczył opiekunów longhornów doić krowy (co więcej- doić je bez pomocy 6 chłopa i 5 bambusowych drągów :P- i tak niemożliwe stało się możliwe), a ja rozpisywałam 10 (może 20) przykazań pomocy porodowej u kopytnych i szykowałam się do pierwszego w swoim życiu szkolenia pracowników.

Oni głaskali, przytulali, kusili, męczyli, miętolili i tarmosili cielaka. My co 4 godziny dręczyliśmy go sondowaniem. Następnego dnia, kilka godzin przed wyjazdem “naszych ukochanych studentów”- udało im się!!!! Pił! Z absurdalnej, 250-ml buteleczki dla niemowląt!

Cielak był wyraźnie uszczęśliwiony swoim przełomowym odkryciem. My też. Opiekunowie i dr Prista też. Taka radość. Bez większych problemów karmiliśmy malucha przez resztę dnia. Nie gorączkował już. Pępek wyglądał dużo lepiej, a dzieciak miał wyraźnie więcej energii.

IMG_7388

Następnego dnia postanowiliśmy spróbować i oddać cielaka rodzicielce .Matka cały czas go szukała. To bardzo dobra krowa. Szkoda, że bezimienna.

Odnieśliśmy malucha. Krowa przywitała go troskliwie i łagodnie. Wylizała od raciczek po uszy. Odczekaliśmy trochę, aż się sobą nacieszą. Po jakimś czasie chłopaki wywiązali delikatnie krowę przy ścianie… coby nikt nie zginął, i razem z Tomkiem zaczęli uczyć cielaka, do czego służą strzyki. To było bardzo głupie dziecko. Naprawdę. Widać lekcja, że mleko leci ze smoczka, wykorzystała cały jego potencjał intelektualny. Dobrze, że miał bardzo cierpliwą i doświadczoną matkę. Inna by tego nie zniosła. Ostatecznie nauczyciele skapitulowali, uznając optymistycznie, że mały się nauczy, tylko potrzebuje więcej czasu. Póki co trzeba go jednak karmić z butelki.

IMG_7389

W nocy okazało się, że proste “nakarmić cielaczka z butelki” wymaga przedarcia się przez dwa boksy z zaspanymi longhornami oraz wymanewrowanie matki Gina na zewnątrz… ale czym byłaby praca weterynarza bez okazjonalnego włażenia gdzieś przez okno, albo pacjenta, który chce nas okaleczyć :) Kim byłby Tomek bez swoich bohaterskich “ty wejdź na tą ścianę działową, a ja ją przegonię!”.

O świcie cielak nie raczył już nic wypić od swoich opiekunów, a kilka godzin później rzęził, miał gorączkę i totalnie nie chciał jeść. Po swojej jednodniowej wycieczce do rodziny wrócił do kwarantanny z zapaleniem płuc i kwasicą. Dr Tomek zaordynował mu dwa nowe antybiotyki, antypiretyki, witaminy i kroplówki z glukozą i sodą oczyszczoną i wróciliśmy do sondowania. Cielaka prowadził dr Tomek; dla mnie leczenie bydła jest niestety tematem egzotycznym. Wstyd i hańba. (Czemu na studiach jakoś nie wpadłam na to, że przeżuwacze to nie tylko HFy ale i impale??? o mhorach nie wspominając.)

scf_dama_gazelle@large

to są mhorry 

4b45f5f75e5b6_Gazellei jeszcze raz bo to przecudowne gazele

Przez kolejne dni bujaliśmy się z młodym w rytm- je- nie je-kroplówka-je- nie je-sonda- je- nie je- kroplówka… Tomek cały czas przekonany, że cielak i tak zdechnie. W tle tygrysica Bella zapadła na ropomacicze, a operacja owariohisterektomii zaprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego.

Cielak był jednak słodkim stworzeniem.

Z czasem postanowił żyć. I zaczął pić samodzielnie.

Oczywiście jego paskudny charakter przesłodkiego sadysty nie pozwolił mu stać się nagle normalnym, bezproblemowym cielaczkiem. On pił tylko od Marchewki. TYLKO.

IMG_7393

Może było w tym nieco winy Tomka. Mały zawsze grymasił. Nawet jeśli był głodny… każde karmienie wymagało absurdalnie długiej gry wstępnej. Trzeba było ciołka wymasować. Przegonić dookoła boksu. Wlać mu na siłę trochę mleka do ryja. Młody pociamkał. Pociamkał. Pomyślał- widać było ten ból neuronów, gdy stał bez ruchu, na szeroko rozstawionych nogach, z opuszczonym łbem i oczami wlepionymi tępo w wiaderko z mlekiem. Po myśleniu zwykle sikał (to intelektualne ciśnienie)…. Po czym trzeba było powtórzyć rytuał z ciamkaniem…. I gdy karmiący stał na skraju obłędu i miał zamiar kląć, wrzeszczeć, ciskać butelkami w ścianę i rwać włosy z głowy… mały zaczynał pić…. i to nie był koniec. Nie byłby sobą gdyby wypijał grzecznie całe mleko. Młody robił “rundki”. 200 ml… i rundka dookoła karmiącego. 150 ml… i rundka. 100 ml … i rundka… im mniej głodny, tym więcej rundek. To był upiorny bachor.

IMG_7387Tu Marchewka prezentuje mleko, czy aby na pewno z dobrego udoju i od krowy na odpowiednio słonecznym stoku wypasanej

Błąd Tomka polegał na tym, że początkowo upierał się, że “tylko on” i “to jego dziecko”- zawsze chciał karmić sam. Sam i tylko sam. Bo on to zrobi najlepiej (co poniekąd było prawdą). Skończyło się na tym, że cielak pił tylko od Tomka. A jeśli Marchewka  brał dzień wolny- głodował, albo pił 3 razy mniej.

Nikt za to nie miał wątpliwości, kto powinien longhorna ochrzcić. W końcu to było “jego dziecko” (nic mi do dzieci Marchewki :P ja bym wolała bystrzejsze, ale to jego sprawa). Tomek nazwał cielaka Gin, ponieważ Gordon’s London Dry był w tamtych czasach naszą jedyną radością. I rękojmą zdrowia psychicznego.

IMG_8060

Tomek opiekował się Ginem 2,5 miesiąca. Karmił go, poił, ganiał po wybiegu, sprzątał, tresował, nosił, torturował… Z czasem cielak przestał się wygłupiać i zaczął pić jak na swoje możliwości normalnie. Stało się to mniej więcej w okresie, gdy powinien już zacząć przyjmować paszę treściwą. Oczywiście Gin nie byłby sobą gdyby ogarnął coś “normalnie” i “na czas”, więc biedny “tata Marchewka” miał kolejne zmartwienie. Cielak nie chciał jeść. Mieszał mu Tomek kukurydzę z owsem i granulatem (a znaleźć owies na Jawie to wyczyn!) w sobie tylko znanych, ale precyzyjnie przekalkulowanych proporcjach… Nie. Gin wpierdzielał żwir. Maniakalnie zażerał się żwirem. Tomek mu jabłuszko… Gin gruz z kąta wybiegu. Tomek mu owies ze świeżym siankiem… Gin kurz, piach i kamienie… Markur zza płotu dostawał ślinotoku na sam widok cielakowego menu… Gin miał to gdzieś; choć trzeba przyznać, że starał się z markurem zaprzyjaźnić i były to próby tak słodkie jak patologiczne.

IMG_8075

Markur funkcjonował w kwarantannie pod pseudonimem killer-goat. Został skazany na dożywocie na zapleczu ZOO za seryjne morderstwa swoich partnerek. Markur miał wszystko gdzieś. Nienawidził markurzyc. Nienawidził świata. Nienawidził ludzi, no chyba, że mieli w ręku marchewkę, albo jabłko, albo granulat, albo owies. Nienawidził wszystkiego. Gin go uwielbiał! Był jedynym kopytnym w okolicy! Miał takie duże (zielone od farby zdartej z płotu) rogi. Był fantastyczny. Gin zawsze kładł się tak, by być jak najbliżej markura. Gdy markur coś jadł-  Gin też jadł. Gdy widział, że markur zjada coś, czym częstuje Tomek- Gin nagle również nabierał apetytu. Potrzebował dzieciak stada… i Marchewka mu nie wystarczał, choć bawili się razem niesamowicie.

IMG_8083

Mimo ekscentrycznych gustów żywieniowych Gina na zapleczu kwarantanny nastał czas szczęścia i spokoju. Po ciężkim dzieciństwie Gina zostały tylko ślady na jego racicach.

IMG_8070

Tomek dla zasady marudził, że mu się nie chce…, żeby 20 minut później nie zachwycać si jaki to Gin jest grzeczny, tresowany, grzecznie pije, apetyt ma, sierść taką mięciutką, coraz więcej czarnych włosów na czole (Gin zaczął zmieniać kolor z rudego po matce na czarny po ojcu). Gin łaził za nim jak pies i bawił jak szczeniak. Wszystko było cudownie i wspaniale… aż przyjechał kierownik M i ogłosił, że dosyć tych bzdur- trzeba małego przenieść z powrotem na longhornowy wybieg; niech się uczy bycia longhornem i życia w stadzie..

IMG_8063

Gin przemaszerował grzecznie przez pół ZOO na symbolicznym postronku, z butelką mleka przed nosem w ramach dodatkowej motywacji. Początkowo został zakwaterowany na prywatnym okólniku; coby oswoił się z towarzystwem i światem. Tam też okazało się, że jest wyższy od Dinny, która urodziła się w lutym (a dopiero w sierpniu Tomek uznał, że mała stara się cały czas pić mleko, bo żłoby na wybiegu są zbyt wysokie, by mogła z nich jeść).

Drugiego dnia po przeniesieniu na wybieg Gin zaczął wymiotować.

Na szczęście sondowanie rozwiązało sprawę.

Dziś Gin chodzi po wybiegu z resztą longhornów i chyba dobrze sobie radzi. Pamięta Tomka :) Przybiega do płotu na jego widok.

IMG_8066

ZOO Safari

W ciągu ostatnich 2 tygodni udało mi się doprowadzić do stanu, w którym gapienie się w sufit połączone z absolutnie bezrefleksyjnym paleniem (a zwykle jestem niepaląca) wydaje się być idealnym planem na każdy wieczór. Nie jest to stan, który łączy się z pisaniem bloga (ani pisaniem czegokolwiek innego, także protokołów sekcji zwłok). Na dobrą sprawę jest to stan który można by połączyć tylko z listopadową śpiączką, jesienną depresją albo urlopem zdrowotnym (chociaż nigdy nie miałam umowy o pracę zakładającej istnienie takich wynalazków jak urlop zdrowotny, więc nie jestem pewna, jak to działa i do czego służy)… ewentualnie butelką wódki i wywodami Jerofiejewa.

Najbliższy urlop wypada mi jednak w marcu; z literatury pięknej, lub aspirującej mam póki co “Reptile Medicine&Surgery” przeplatane “Husbandry Guidlines Callitrichidae” i notatkami z anatomii patologicznej.

Kończąc smęcenie- zapraszam na kolejną notatkę obrazkową, z wycieczki (czyt. wyjazdu służbowego) do naszej największej konkurencji,czyli ZOO Safari Pringen.

IMG_9642

Tym razem oprócz polskiej reprezentacji imperium braci RR pojechali z nami hiszpańscy trenerzy papug-Ana i Enric. Oczywiście każdy wyjazd służbowy jest ekspedycją na wskroś strategiczną- my mieliśmy:

1. Obczaić konkurencję.

2. Zobaczyć czy u nich faktycznie jest cieplej, a jeśli nie- to zdecydować, czy warany z Komodo przeżyłyby na naszym wulkanicznym stoku bez dachu nad głową i ogrzewania nocą.

3. Popatrzyć co by można pożyczyć albo na co się powymieniać, żeby porozmnażać nasze zwierzątka (tak tu kierownik M krzewi europejskie strategie i zwyczaje (co w jawajskich realiach będzie znaczyło przyjacielski transfer prątków gruźlicy).

Hiszpanie mieli:

1. Obejrzeć i ocenić “Bird show”.

IMG_9850

No i pojechaliśmy. Droga wiła się przez wiochy i wioseczki, oraz pięknie zielony krajobraz rolniczy, który mógłby się nawet podobać, o ile nie patrzy się na niego z myślą, że kiedyś całą wyspę porastał równikowy las deszczowy, stanowiący jeden z najbardziej złożonych ekosystemów na Ziemi.

IMG_9852

Cała droga obstawiona jest straganami z …. marchewką. Niemal wyłącznie marchewką. Widać ZOO Safari nie tylko zatrudniło kilkuset chłopów (spektakularna kariera “sadził ryż, pielił bakłażany… a tu nagle został opiekunem słoni”), ale i dało pracę połowie bab i dzieci z okolicznych wiosek.

IMG_9527

No i dojechaliśmy. Całe ZOO położone jest na górskim stoku, dość gęsto porośniętym “lasem”, w części “safari” złożonym niemal wyłącznie z lichych sosenek, co osobiście mocno mnie raziło, bo jaki jest sens sadzić sosnenki w kraju przepięknych tropikalnych drzew? Może chodziło o to, że żubry pomiędzy jakimiś dipterocarpusami z lianami i epifitami, będą wyglądać równie “dziwnie” jak sosna w tropikalnym lesie? Może o to, że sosenki szybko rosną i można je co kilka lat przerabiać na papier… nie wiem. Mimo wszystko nie wyglądało to źle.

IMG_9516

Taki polski akcent! Żubr!!!!! <3

Oprócz żubrów ZOO Safari Pringen ma oczywiście żelazny zestaw zwierzątek każdego szanującego się ZOO w Indonezji czyli- lwy, tygrysy, lamy i minikozy.

IMG_9540

Tygrysy

IMG_9545

 

IMG_9549

Lwica “kawałek samochodu” żująca.

P1150762

Przysięgam, że nawet nasze lamy nie są aż tak szpetne.

Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym ZOO Safari i zawsze się zastanawiałam, czy taki wynalazek będzie mi się podobać. Z jednej strony fajnie- bo duże wybiegi i zwierzaki mają sporo przestrzeni… z drugiej nie przekonuje mnie idea zwiedzania czegokolwiek samochodem (to trzeba będzie zweryfikować przed wyjazdem do Afryki). Ostatecznie nie było źle. Co prawda nie można było się zatrzymać na dłużej przy żadnym ciekawszym zwierzaku (za to przy lamach, które tak słodko wpierdzielają marchewki z ręki- obwiązkowo), żeby nie robić korków, niektóre widoki były jednak całkiem ładne.

IMG_9584

IMG_9599

Jeśli zastanawiacie się, co oni robią z taką ilością jelonków… lwów i tygrysów w ZOO jest dużo; a i w lokalnej restauracji można zjeść comber jeleni.

IMG_9563

Całkiem imponujące sztuczne ruiny i sztuczne korzenie. Tylko czekać aż ktoś wpadnie na genialny pomysł wybudowania na Jawie nowego Angkor Wat

P1150878

 

Wybieg niedźwiedzi malajskich.

P1150931

Babirusy, niesamowite indonezyjskie świnie z kłami szczęki rosnącymi się do góry i zawijającymi się nad nosem. Babirusy, jak wszyscy mieszkańcy indonezyjskich lasów,  są oczywiście zagrożone wyginięciem.

d251e115e90c4a94d3cf46efa836e210

Czaszka babirusy

P1150862

Również zagrożona wyginięciem świnia brodawkowata. Można by myśleć, że skoro już wzięto się za jakiś program ochrony i odłowiono ileśtam osobników, to z ocaleniem gatunku przynajmniej w niewoli nie będzie większego problemu, w końcu świnie mnożą się relatywnie łatwo. W Indonezji niczego nie można być jednak pewnym.

P1150853

Bos javaicus, czyli banteng. Nasz banteng wyglądał całkiem inaczej :/

IMG_9665

 

IMG_9643

Nowy wymiar “zebry na drodze”

IMG_9685

Tablice informacyjne pozostawiają wiele do życzenia :P

IMG_9688

P1150911

A później okazało się, że ZOO Safari to nie tylko safari, i resztę zwierząt ogląda się chodząc pieszo.

P1150961

Sama nie wiem co to; jakaś małpiatka.

IMG_9703-001

Nosacze.

IMG_9734‘Absolutnie przepiękny puchacz sumatrzański

IMG_9697

Zaskakująco ładny wybieg dla mundżaków. Nie żebym uważała, że mundżakom nic się od życia nie należy… ale to naprawdę był wybieg godny bardziej wymagających mieszkańców.

IMG_9721

Ta część ZOO jest dość gęsto porośnięta jawajskimi drzewami i moim zdaniem ma całkiem przyjemny klimat.

IMG_9740

IMG_9741

Ptaszarnia.

IMG_9826

IMG_9756

Tutejszy Reptile Garden jest bez porównania ładniejszy od naszego :)

IMG_9762

Podobno w Europie m2 ładnej sztucznej skały, to bardzo droga rzecz… a tutaj artyści z pól ryżowych budują całe groty i jaskinie.

IMG_9763

 

IMG_9782

Hipopotamiątko karłowate <3

P1150981

Muminek.

P1150995

Enric i Tata Muminka (i ten absurdalny ogon)

A teraz coś, co bardzo mi się podobało (bez pseudoprofesjonalnej oceny, czy basen był wystarczająco duży, czy sypialnia jak trzeba, a skały nie za strome..): pingwiny!

IMG_9798

IMG_9809

IMG_9795

“Born to be kierownik”. Niepozowane nawet :P

IMG_9808

Marchewka; też niepozowane.

IMG_9814

Oczywiście nie mogło być zbyt pięknie, i gdy już nawet zaczęło mi się to miejsce dość podobać:

IMG_9823

wybieg dla pancernika. 1m2

IMG_9728

Tygrysiątko. Całe dnie pozowania. Wyleniałe, świerzb w uszach, pewnie grzyb i pchły w sierści.

IMG_9568

Orangutan.

….

Poza tym byliśmy na wszelkich możliwych bird/doplphin/elephant/cruel/studpid/show… bo przecież sam słoń na wybiegu to żadna rozrywka i to nie mogło wprawić nas w doby nastrój.

Wizualnie jednak ZOO Safari nie było złe.

Jeśli zaś chodzi o pamiątki z wycieczki, ewentualny dylemat egzystencjalny “czy z ZOO należy przywieźć dziecku misia, bo to klasyka, czy tygryska, bo miś jest taki oklepany” rozwiązano tu zjawiskowo:

IMG_9816

 

 

Leon

“Leon, historia zwycięstwa” :P

Czasami się udaje! I to są “chwile, dla których warto”.

Nawet nie chwile. Każda zabawa, karmienie, ważenie, spojrzenie… ciepło wielkich łap gdy wdrapuje się na kolana, żeby się przytulić; widok gdy usiłuje upolować kocyk, albo zagryźć ręcznik. Sama świadomość, że ciągle jest, rośnie, żyje, i na swój pokracznie-dziecięco-okrutny sposób nas lubi… Najwspanialsza część zawodu :D

IMG_9509-001

Udało się to może niekoniecznie trafione określenie. 2 tygodnie intensywnego leczenia, 3,5 tygodnia antybiotykoterapii i diety. Zarwane noce nad książkami i notatkami. Codzienne pobudki o 5 rano, żeby dać kotu leki. Dziesiątki tabletek, zastrzyków i kroplówek. Wizyty 9 razy dziennie. Stres, wkurw, frustracja i autodestrukcja. No i “udało się”.

Losy Leona i jego rodzeństwa opisywałam już dwa razy (tu i tu). Nie chcę i nie będę próbować streszczać tragicznej śmierci dwóch tygrysiątek jednak jednym z najistotniejszych aspektów tej historii jest fakt, że diagnostyka laboratoryjna w Indonezji nie istnieje, lub awersja dr Susan do jakichkolwiek leków i procedur weterynaryjnych bardziej zaawansowanych niż iniekcja Betamoxu uniemożliwia jej stosowanie.

IMG_8900

Sekcje zwłok wykazały, że oba kocięta zmarły na sepsę. Przewlekłe, krwotoczne zapalenie jelit, oraz barwione metodą Grama preparaty odciskowe płuc i nerek sugerowały zakażenie G- pałeczkami. Podejrzewałam enterotoksyczny szczep E. Coli… ale nigdy nie dowiem się, co było prawdziwą przyczyną.

Antybiotykoterapię kociaków rozpoczęliśmy po nagłej śmierci Lily. Koty dostały amoksycylinę z kwasem klawulonowym, lek który dostawały jakieś 3 tygodnie wcześniej, gdy padło podejrzenie, że opiekunowie z nocnej zmiany zachłysnęli je mlekiem. Po 3 dniach stan Lenona uległ zdecydowanemu pogorszeniu, a mi udało się przekonać pozostałych lekarzy, by zmienić antybiotyk, z powodu możliwej lekooporności na Amoxiclav. Lenon nie miał biegunki, brzuch nie był bolesny. Miał zapalenie płuc. Proponowałam doksycyklinę, stanęło jednak na sulfadiazynie z trimetoprimem. Dwa razy dziennie, doustnie. Trzeba uczciwie przyznać, że to nie był głupi wybór i miał szansę zadziałać.

IMG_8883

Nie zadziałał. Po 4 dniach Lenon zmarł z wstrząsającą objętością (ok 200 ml) ropy w opłucnej. Nawet gdyby pozwolono mi go odbarczyć obrzęk nerek i totalne zatarcie ich struktury nie dawało mu żadnych szans. Jelita- w przewlekłym stanie zapalnym.

Prześwietliliśmy klatkę piersiową Leona. Zgodnie z moimi oczekiwaniami- rysunek oskrzeli był zaostrzony, a tylne płaty płuc lekko zacienione. Trzeba było działać. Jeszcze nie miał gorączki. Jeszcze nie miał biegunki. Jeszcze była szansa.

IMG_9876

Ku mojemu “zaskoczeniu” (granice debilizmu i absurdu na Jawie nie istnieją) dowiedziałam się, że nie mogę zmienić Leonowi antybiotyku, bo dostaje Trimoxul dopiero 4 dni, i trzeba odczekać jeszcze co najmniej trzy, żeby go odstawić. “Czy nie słyszałam, że antybiotykoterapia musi być prowadzona min. 7 dni i przerwanie jej jest nie-lege artis i grozi powstaniem lekooporności???”

…. to jeden z tych momentów kiedy przypomina mi się, że kolega od krav magi tłumaczył mi, jak szybko wydłubać komuś oczy palcem….

Wzięłam bardzo głęboki oddech i spokojnie spróbowałam wytłumaczyć dr Susan, że szklanka ropy w opłucnej jest dowodem lekooporności, jednak czym jest śmierć i logika wobec łaciny w ustach indoenzyjczyka… lege artis.

IMG_9478

Na szczęście zaczynał się mój tydzień karmienia Leona i nic (bo przecież nie wyrzuty sumienia) nie stały na przeszkodzie, żeby Trimoxulowy syrop wylewać do śmieci (w końcu musiał się zużywać), a tygrysa faszerować doksycykliną z pobliskiej apteki “wszystko-bez-recepty”. (Mam świadomość, że doksycyklina przebarwia zęby, wbudowuje się w kości i nie jest polecana u rosnących zwierząt ale, wolę żółte zęby u żywych kotów, niż białe u trupów). Susan łaskawie zostawiła mi wolną rękę w leczeniu wspomagającym, dlatego dodatkowo Leon dostawał:

- kroplówki podskórne- żeby płukać zagrożone (jak jednoznacznie dowiedli Lenon i Lily) nerki

- cymetydynę- dla ochrony śluzówki przewodu pokarmowego, z nadzieją, że spowolni to, lub uniemożliwi dostawanie się bakterii do krwi

- kaolin- też osłonowo

- bromheksynę w nebulizatorze- żeby wspomagać oczyszczanie się górnych dróg oddechowych i odkasływanie wydzieliny

- probiotyk- wiadomo

Oczywiście po rozłożeniu w czasie podania antybiotyku/probiotyku i kaoliny z uwzględnieniem karmień co 5 godzin- mój dyżur mógłby się ograniczać do siedzenia z tygrysem.

IMG_9903

Miało być pięknie…

Nie było. Po pierwsze- Leon bardzo przeżył utratę ostatniego z rodzeństwa. Lenon był reanimowany tuż przy kojcu tygrysków. Leon zbyt mały by wyskoczyć, wystarczająco duży, by wspiąć się wyjrzeć na zewnątrz obserwował agonię brata drąc się opętańczo przez ponad godzinę. Popołudnie przesiedział smutny i przestraszny, bez apetytu i chęci do zabawy. W nocy płakał rozpaczliwie. Chodziłam do niego kilka razy uspokoić go i głaskać go, aż zaśnie. Był przerażony.

Następnego dnia dr Prista przyniosła mu pluszowego jaguara. To było urocze… i zaskakująco skuteczne.

IMG_9498

Nie zmieniło to jednak faktu, że Leon stracił apetyt. Smutny, samotny, przestraszony- myślałam pierwszego dnia. Drugiego dnia usiłowałam pocieszać się, że nie ma gorączki i osłuchowo “nie jest gorzej”, podświadomie jednak czułam, że zaczyna przegrywać i za kilka dni dołączy do Lily i Leona. Trzeciego dnia Leon dostał żółtozielonej biegunki.

Miał ją przez 2 tygodnie.

IMG_9497

W połowie tygodnia dr Prista przyszła mnie uprzejmie poinformować, że dr Susan wyraża już zgodę na zmianę antybiotyku i czy chcę, żeby pomogła mi gdzieś kupić doksycyklinę… Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko poinformować, że przez te kilka dni zmieniłam zdanie… i metronidazol z cefotaximem wydaje mi się lepszym rozwiązaniem. Najwyższe dawki. Cefotaxime 4 razy na dobę. Kroplówki co najmniej 2 razy na dobę. Węgiel… może węgiel pomoże, a przynajmniej zwiąże część toksyn.

Ku mojemu zdziwieniu tym razem się zgodziły…

A ku mojej rozpaczy węgiel jeśli coś zmienił, to tylko kolor sraczki. Działanie antybiotyków… miał biegunkę… ale żył, więc może jednak działały.

IMG_9493

Tak naprawdę Leon żył całkiem nieźle. Po kilku dniach otrząsnął się ze smutku i wrócił do swojego ulubionego, łobuzerskiego stylu bycia. Kwarantanna ledwo wyrabiała z praniem zasranych kocyków i ręczników. Leona szalał. Trzeba było go myć po 10 razy dziennie- to też była nowa zabawa. Biegał, ślizgał, zagryzał kapcie, zdobywał “wielki płaskowyż materacy”, potykał o własne łapy, maltretował jaguara, polował na stopy… jego jednopokojowy świat białej, ascetycznej izolatki był jednym wielkim placem zabaw. Wszystko było zabawą. A jeśli dawało się ugryźć… ooooh, to fantastyczną zabawą.

IMG_9484

Leczenie też musiało być zabawą. W tym czasie Leon ważył jakieś 6,5-7 kg… i to wcale nie znaczyło, że był “takimtam większym dachowcem”. Był małym tygrysem. Niewiarygodnie silnym. I strasznie upartym. Póki co można z nim jeszcze “zrobić coś na siłę”… ale nie warto. Zwłaszcza o 5 rano, gdy jesteśmy półprzytomni i nie mamy nikogo do pomocy… Tym bardziej, jeśli lubimy pacjenta i mamy jakieś marne nadzieje, że ratując mu życie nie zamienimy go jednocześnie w naszego dozgonnego wroga. 8 zastrzyków i 2 kroplówki dziennie to nic przyjemnego, okazało się jednak, że dobrze podane mijały niezauważalnie. Dobrze podane= podane w zabawie. Wyszło na to, że Leon, jeśli zaaferowany łapaniem rąk albo mordowaniem pluszaka, zniesie wszystko. Gdy chciałam go złapać, unieruchomić i podać mu zastrzyk- zaczynał się drzeć i płakać na sam widok igły ,a iniekcja… zamieniała się w torturę, o której słyszała cała kwarantanna. Jeśli ten sam zastrzyk zaaplikować mu w czasie zabawy… nawet go nie rejestrował. Kroplówki podawałam mu w biegu. Leon zwiedzał izolatkę, okazjonalnie coś gryząc- ja łaziłam za nim z kroplówką w ręku, starając się, żeby nie zaplątał się, ani tym bardziej nie wpadł na pomysł bawienia się wlewnikiem. Działało. Jeśli Leon czegoś faktycznie nienawidził, to metronidazolu w syropie (ale jego temperament nie dawał żadnych nadziei na to, że jakiś venflon utrzyma się dłużej niż kilka godzin). Tabletki za to łykał jak pies. Żadnych kocich problemów z tym tematem związanych.

Wszystko było pięknie… a z kota się lało.

IMG_9496

Po tygodniu zrobiliśmy kontrolne RTG płuc. Nie było ani lepiej, ani gorzej.

Zaczęliśmy kombinować z dietą. Zmniejszyliśmy ilość i gęstość mleka, za to znów zaczęliśmy go karmić co 3 godziny. Nic. Mleko rozrabialiśmy w elektrolitach… oczywiście nic. Zaczęliśmy go głodzić- pojąc tylko elektrolitami…. pół dnia- nic. 1 dzień- nic. 2 dni- nic. 3 dni- Leon pozapadany, wychudzony, strasznie głodny- nic. Cały czas sraczka. Dla odmiany pomarańczowa, bo takiż kolor Oralitu. Wróciliśmy do mleka KMR bo ma lepszy skład niż Royal Canin dla kociąt (przynajmniej z punktu widzenia tygrysiąt), podając je w bardzo dużym rozcieńczeniu… po 4 dniach głodzenia i bardzo niedoborowej diety… biegunka ustała. Na całe 24 godziny.

IMG_9894

Bujaliśmy się tak trzy tygodnie. Z węglem/bez węgla. Z kaolinem.. i bez. Nie ma w Indonezji Smecty; nie ma siemienia lnianego czy proszków z kory dębu… próbowałyśmy naparu liści guawy- bez skutku.

W międzyczasie Leon schudły, wyliniał i zbrzydł. Ale bawił się dalej. Trochę urósł. Nauczył się wyłazić z kojca. Opanował wspinanie się na materace, które z marszu zamienił w swoją kuwetę na wysokościach. W nocy spał pod jednym kocykiem z opiekunem… w dzień bezczelnie sikał na łóżko. Kochany :)

IMG_9506

Spędziłam masę czasu czytając, co, jak i dlaczego. Szukając w kale ameb czy kryptosporidium. Męcząc połowę znanych mi lekarzy weterynarii. Doprowadzając do szału Tomka. I dyskutując z Pristą.

Ostatecznie wykorzystałyśmy wszystkie nasze pomysły. Nie było sensu dłużej katować Leona restrykcyjną dietą. Zwiększyliśmy więc na nowo gęstość mleka, dr Prista dodatkowo wprowadziła do karmienia mięso i… przeszło.

IMG_9911

Czy samo mu przeszło, czy wyzdrowiał, czy został wyleczony? Myślę, że bez tego leczenia skończyłby tak, jak pozostałe kociaki.

Kilka dni temu Leon zamieszkał w kwarantannie, bo zdaniem dr Susan jest już na tyle dużym tygrysem, że należy mu się enrichment w postaci wielu bodźców uczących go świata. Pierwszego dnia z “radości” z nowych bodźców Leon dostał gorączki, która cudownie przeszła, gdy kazałam zasłonić frontową ścianę jego klatki dyktą i “dać mu święty spokój”. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że “nowe bodźce” w postaci dzikich, nieszczepionych kotów włóczących się nocą po kwarantannie nie sprzeda nieszczepionemu Leonkowi panleukopenii. Dr Susan i jej genialne pomysły.

Miejmy jednak nadzieję, że Leon już swoje przechorował i to koniec jego problemów.

IMG_9935

Głupie myśli pocyrkowe

Byłam dziś, pierwszy raz od dwudziestu paru lat, w cyrku i wyrzuty sumienia mnie zabijają.

To nawet nie był prawdziwy cyrk. “Animal free show”. Taman Safari Pringen. Kolejny wyjazd służbowy. Zwiedzanie konkurencji. Był prikaz zobaczyć wszystko. Więc zobaczyłam wszystko. Trzeba było zatrzymać się przed amfiteatrem. Przesiedzieć gdzieś pod drzewem. Potrafię sobie wyobrazić delfiny w malutkim basenie, skaczące przez kółka w rytm debilnej muzyki.

“Jak to nie bawi i nie zachwyca?”. Przecież zachwyca.

Chyba najbardziej przerażający i łamiący serce widok. Wiecznie uśmiechnięte, torturowane delfiny.

Myśli są dwie.

Jest ta męcząca świadomość moralnej schizofrenii pracy w ZOO. Pracy, którą kocham i uwielbiam. W ZOO, które jest parkiem rozrywki dla mas, a nie instytucją ochrony zwierząt. Zwierze to towar. Mniej lub bardziej cenny. Mogłabym odejść, protestować i szkalować z dystansu. I co? Żadnego ogrodu z tego powodu nie zamkną. Moje miejsce znów przejmie dr Susan. Klatki po trupach nie mogą stać puste, więc kupi się nowe zwierzęta. Jeśli nie z ZOO, to z lasu. Jest popyt, znajdzie się podaż. Lasów coraz mniej, więc ostatnie małpy i koty łatwiej znaleźć.

Wciąż jednak… gdyby nie ogrody zoologiczne świat byłby już uboższy o parę gatunków niesamowitych zwierząt.

IMG_8349

Jest też cichy wieczór przed komputerem, na drugim końcu świata, gdzie nie ma nikogo, komu można by położyć głowę na ramieniu i pomilczeć… bo przecież nie płakać w rękaw. 28 lat- nie powinno się już mieć żadnych głupich złudzeń.

A przecież jest tak dobrze. Wielka wspaniała podróż. Egzotyczny kraj. Wymarzona praca. Zwiedza się, leczy, fotografuje, operuje… jest tak, jak zawsze chciałam, żeby było.

I tylko w takie głupie wieczory uderza idiotycznie, że od dwóch lat nie było się w domu. I tak tragicznie się tęskni. Od dwóch lat nie gadało się przy winie z żadną przyjaciółką. Nie było na żadnej imprezie. Milondze. Lodowisku. Koncercie. Wszystko się rozmywa. Oddala. Zapomina i znika. Bo co to niby jest czat na Facebooku? Godzina na Skypie? Oni biorą kredyty, kupują mieszkania, zakładają lecznice, zakochują się, rozstają, żenią… a ja bujam się tropikalnej wyspie i tracę kontakt ze wszystkimi, którzy kiedyś byli bliscy. 10 tys km dystansu.

P1010360

I może lepiej, że jestem w tropikach. Na pewno lepiej. Bo co by zmieniło życie nad Wisłą? Żyło się kiedyś całymi dniami w stadninie koni… aż coś nagle pękło i się skończyło. Spędzało się kiedyś całe wakacje na obozie ornitologicznym, z załogą którą kochało się miłością wielką… aż wszyscy dorośli i przestali mieć czas, na łapanie sów w zimne październikowe noce. Była studencka grupa 13, zbiorowa patologia towarzyska, najwspanialsza na całym wydziale… aż studia się skończyły, a przyjaciele rozjechali; nagle każdy z własną rodziną. Był tango team… ale już nie tańczę.

W tropikach przynajmniej cieplej. Mieszkanie za darmo.

IMG_4223

Więc jest ten powtarzający się jak refren brak bliskich ludzi… lub tylko brak czasu, pieniędzy i możliwości, bo przecież mogłabym latać co dwa tygodnie na weekend do Polski, gdybym tylko wygrała na loterii… ale to wcale nie gwarantuje, że czułabym się mniej samotnie. I jest ta miażdżąca bezcelowość życia i obrzydzenie ludzką cywilizacją, która zniszczy, zabije, zeżre i zadepcze ostatnie tropikalne lasy deszczowe, nosorożce, delfiny i rajskie ptaki.

Może lepiej byłoby zaszyć się w lesie. Jeść w lecie eco-jagody i sałatę, ogórki kiszone zimą. Mieć kota. Czytać książki, na które nie ma teraz czasu. Dać sobie ze wszystkim spokój. Ze wszystkimi durnymi marzeniami, ambicjami, złudzeniami i nadziejami.

Oczywiście to niemożliwe. Nie ma na świecie tylu lasów, żeby można było schować się w nich na całe życie. I nie da się uciec przed światem, gdzie uśmiechnięte delfiny robią synchronicznie salta w cyrkowym basenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 1,183 other followers

%d bloggers like this: