Feeds:
Posts
Comments

ZOO-zagadka!

Bardzo dawno nie było żadnej zagadki, więc na początek nowego sezonu coś łatwego.

Co to za zwierzę?

IMG_0511

Wygrywa autor pierwszej poprawnej nazwy gatunkowej podanej w komentarzach pod notką i/lub na FB. Nagrodą są wirtualne fanfary, brawa i oklaski, satysfakcja własna oraz pocztówka z Leonem, albo innym zwierzakiem z naszego ZOO (jest w czym wybierać).

Kochani!
Krótka notka informacyjna znad kawy, która usiłuje wskrzesić mój blond-mózg po totalnie bezsennej nocy i długich godzinach zamarzania na lotniskach i w samolocie.
Jako, że staję się ekspertką w temacie gubienia kart imigracyjnych chciałabym podzielić się moim najnowszym, istotnym odkryciem.
Zgubić kartę imigracyjną w Singapurze równa się zmarnowaniu pół dnia w kolejkach w urzędzie imigracyjnym, żeby wyrobić duplikat, który… nie okłamujmy się, można by sobie zrobić w power pointcie w 5 minut.
W Indonezji, po poinformowaniu pani w lotniskowym okienku, 10 minut przed otworzeniem bramek, że zgubiłam kartę imigracyjną… dostałam nowy druczek od ręki.
Przy całej mojej sympatii do Singapuru i antypatii wobec Jawy… Indonezja to jednak kraj bardziej przyjazny Bunikom.

P1140512

Singapur

Jeszcze nie zdążyłam napisać notatki o naszej pierwszej wizycie w Singapurze, a już lecimy tam z powrotem :D Czas płynie tak strasznie szybko.

Będzie co opisywać, bo Singapur jest zacną metropolią. Państwem marionetek i iście antyutopijnej inwigilacji. Mają tam morskiego lwa co pluje wodą na każdym T-Shircie, magnesie na lodówkę i otwieraczu do piwa. Fikuśną architekturę. Butiki Diora i Armaniego co 500 metrów (oczywiście tylko w centrum, ale centrum jest duże). I futurystyczny awataropodobny park :D

Dziś kilka zdjęć w ramach zapowiedzi tego, co powinno zostać opublikowane w dalszej przyszłości… gdy nie będzie ciekawszych tematów, niż miasto :)

IMG_7037

P1140509

IMG_7053

To wszystko, jeśli uda nam się wylecieć z Indnezji, bo oczywiście tradycji musiało stać się za dość i tym razem co prawda nie z mojej winy, ale… ZNÓW zaginęły karty imigracyjne. Mój pech staje się nudny :P

Jeśli jednak polecimy do Singapuru, to na pewno pójdziemy do ZOO :P Bo niby gdzie moglibyśmy iść w naszym dniu wolnym :P

Blond blond, epizod 1458

(dziś notka typowo blogerska- czyli autotematycznie o niczym… ewentualnie z przekazem “nie piłaś/eś kawy, nie wychodź z domu”. koniec reklamy)

Indonezja to jednak (czasami) kraj dobrych ludzi.
Mogli ukraść mój niechlujnie porzucony na środku parkingu skuterek, z kluczami w stacyjce.. Albo przeparkować go złośliwie na drugi koniec ZOO. Albo schować klucze. Albo i klucze i skuter… Tymczasem przeprowadzili mi go kulturalnie w cień najbliższego drzewa, a kluczyki zostawili na zapleczu najbliższej restauracji… I nawet ja, po panicznym szukaniu nieszczęsnego klucza w Nocturnal (nic, że byłam w każdej części Secret A, więc klucze mogły być wszędzie… najlepiej było zacząć poszukiwania w najdramatyczniej najciemniejszej części ZOO), wpadłam na genialny pomysł przepytania dziewczyn z restauracji, za którą zaparkowali “motor”, czy coś wiedzą…
A gdy już wszystko znów było pięknie i wspaniale (Tomek nie będzie się wściekać; nie zabroni mi jeździć na skuterze przez najbliższe 3 miesiące, i nie będzie wywlekać tej historii przez najbliższe 3 lata… ba! w ogóle nie będzie trzeba go o zaistniałym incydencie informować, a w dniach takich jak ten już sama rozmowa z Tomkiem jest karą) okazało się… że przy odpowiednim ustawieniu kół, gwiazd, pola magnetycznego Ziemi i dziury ozonowej przednie koło blokuje się w absolutnie nieużytkowej pozycji….
I nie… wypróbowanie wszystkich możliwych kombinacji ustawienia kluczy w stacyjce względem nóżki, kierunkowskazów i hamulców, głośno anonsowane przypadkowymi rykami klaksonu niczego nie zmieniło…
Po czym przyszedł Jack, włożył ten sam klucz w tą samą stacyjkę i bez najmniejszego problemu wyprostował kierownicę i wyprowadził skuter na parking.
Nawet wykręcił mi go w dobrym kierunku <3

_DS73451tak, to jest Obama… i Tom Cruise… I Karolina… :)

Akcja sterylizacja

“Akcja Sterylizacja” od początku miała pecha.

Pomysł sterylizacji ganiających po ZOO dzikich kotów powstał kilka tygodni po moim przyjeździe do Batu. Nie był oryginalny, ale jak się okazało w jawajskich realiach bezprecedensowy. Jak to sterylizować? Dzikie koty??? Przecież można wyłapać i wywieźć w krzaki. (Oby w krzaki).

Pierwszy miesiąc zajęło mi przekonanie dr S, oraz wszystkich wyżej postawionych przełożonych, szefów i kierowników (szefów w Batu dostatek), że budżet ogrodu wytrzyma pokrycie kosztów tak licznych i horendalnie drogich materiałów jak- 1 skalpel i 1 gazik na kocura, czy paczka nici, ćwiartka żyletki, wenflon, kilka gazików i skalpel na kotkę. “No ale wenflony takie drogie”/ “No ale my przecież w ogóle nie mamy nici chirurgicznych”/”no ale…. leki….” … “no ale jedzenie”, “no ale… jak to tak koty kastrować”

“No… a jak będziesz to łapać?”

IMG_7524

Projekt klatki powstał w pół godziny, prototyp tego samego dnia, pierwszy model po 2 miesiącach. Na inżynierów nie ma bata. Piją dużo herbaty. Słabej herbaty bo zwykle pomiędzy 12 a 14.30 leżą pokotem na zapleczu i śpią. Wcześniej się modlą. Później jedzą lunch.

Przez pierwszy tydzień Tomek regularnie nawiedzał ich zagracone królestwo i prośbą, a później groźbą przypominał im o swoim zleceniu i przykładowej klateczce walającej się w kącie warsztatu. Po 7 dniach wkurzył się i “dał im czas”.

Wrócił po miesiącu. Klatka nie było. Inżynierowie byli zaskoczeni, że dalej jest potrzebna.

IMG_0268

Ostatecznie z zamówionych 5 łapek (szef zapalił się do idei “odkociakowania” wszystkich swoich hoteli, barów, lokali, restauracji, parków rozrywki, sklepików, butików i innych pomniejszych terytoriów imperium)  inżynierowie w pocie czoła wyprodukowali 2. Każda waży ok 25 kg bez kota (ważyłam!), jej wymiary spokojnie pozwalają na upolowanie mormi, a poręczność każdego wieczoru doprowadzała mnie najpierw do szału, a potem rozpaczy.

Dzięki inżynierom przydługie czekanie na nici niemal umknęło naszej uwadze. I nie irytowałoby nas tak nawet, gdyby na ich przyjazd nie czekała również jaguarzyca Grumpy z połamanym kłem.

P1130558

Minęły dni, tygodnie i miesiące… Na dobrą sprawę zdążyłam już nawet zapomnieć, jakie to miałam ambitne i wspaniałe plany wobec jawajskich dachowców. I wtedy skompletowaliśmy cały sprzęt. Nawet sterylizator zaczął działać.

Miało być pięknie. Zaczęło się wspaniale. 1 wieczór- 4 koty. Cały przychówek zza kwarantanny, regularnie dokarmiany pod drzwiami naszej kuchnio-łazienko-salono-sypialnio-nory.

Później było już tylko gorzej. Przynęta wabiła miliardy mrówek (dorobiliśmy klatkom nóżki, które rozwiązały ten problem). Klatki rdzewiały i nic nie łapały. Klatki się rozregulowały i łapały byle podmuch wiatru. Koty się nie łapały. Koty się łapały, ale uciekały. Koty się łapały, ale wypuszczali je ludzie… los zna nieograniczoną ilość sposobów, jakby tu zrobić mi na złość.

P1160174potargana bardziej niż zwykle, nie pomalowana bardziej niż zwykle, chronicznie nie wyspana… mieszkanie w pracy ma swoje wady… ale pracocholizm jest uzależnieniem premiowanym społecznie więc może tak jest lepiej :) Ostatecznie, na tym zdjęciu bardziej chodził o kota w kieszeni :) Zasypia :)

A gdy już ostatecznie, z Polski, bo długich tygodniach oczekiwania, dojechał haczyk do sterylizacji, w pobliskim parku ptaków zaczął się sezon lęgowy wśród żurawi i bocianów i musiałam oddać swoje klatki -łapki, bo zdaniem szefa i lokalnych ekspertów każdy kot, łaskun,szczur czy inna cywetopodobne stworzenie, mając do wyboru stos świeżych jaj w gnieździe, albo wyschnięty kawałek kangurzyny w klatce- wybierze pułapkę (w końcu nigdy w życiu nie jadły kangura, a przecież życie drapieżników kręci się w okół odkrywania nowych smaków i kuchennych rewolucji).

Trochę kotów jednak przez te kilka tygodni wysterylizowaliśmy/wykastrowaliśmy.  Plan zakładał, że będę fotografować każdego, a potem skleję te wszystkie fotki w jeden plakat glorii i chwały,na marginesie którego przemnożę ilość pacjentów przez średnią ilość kociąt których by się w ciągu najbliższych dwóch lat doczekali, i dam szefowi, żeby chłop wiedział, że może i warto było się szarpnąć i kupić mi te superdrogie nici i wenflony. Podobał mi się ten plan. Był obrzydliwie lanserski, ale wizualnie ciekawy. A potem zaczęliśmy te koty kastrować, wypuszczać, łapać, wynosić… i trochę to portretowanie ofiar wyleciało mi z głowy. Część z nich mimo wszystko doczekała się pamiątkowej fotki.

Czasami, gdy mam egzystencjonalnego doła z powodu ZOO (i mojej patologicznej miłości do pracy w tak zakłamanej instytucji), przeglądam te zdjęcia i usiłuję się pocieszyć, że mimo tkwienia w tym moralnym bagnie po szyję, czasami zdarza mi się zrobić coś dobrego.

Jawajskie koty są naprawdę ładne.

IMG_0266

 

IMG_9147

IMG_7456choć oczywiście nie wszystkie są fotogeniczne 

IMG_7413-001na początku cykałam foty zaraz po zabiegu, ale to nie wyglądało zbyt dobrze (powyżej inauguracyjna koteczka)

IMG_7422

IMG_8867-001

To był potwór, zmora i wyzwanie. Łapał się od samego początku. Raz zwiał nam z transportera, 2 razy z klatki łapki, raz podarł siatkę… Po czym uznał, że dosyć tych bzdur, już go nasze zabawy nie bawią i zaczął spędzać całe wieczory przesiadujuąc na dachu klatki łapki, ostentacyjnie liżąc się po jajach.

Przez niego 3/4 okolicznych kotek to rudzielce lub tricolory. Przez niego też Tomek produkował “kocie darty” krótkoigłowe i zarzekał się, że już dziś/jutro/pojutrze, weźmie do ręki karabin, pójdzie w noc i go odstrzeli… Oczywiście nigdy tego nie zrobił. Rudy któregoś pięknego dnia przeliczył się ze swoim szczęściem do widowiskowego uciekania z klatek. Nie wziął pod uwagę, że my tez uczymy się na błędach i zamiast po raz 150 przenosić go z łapki do transportera spremedykujemy go na miejscu :D

IMG_7488

IMG_7523

IMG_8257

IMG_8264

IMG_8374

 

IMG_9152

IMG_8640

 

Z konieczności też musiałam przestawić się na sterylizacje i kastracje pediatryczne. Operuję co się złapie, a zwykle łapie się to, co najgłupsze i najmniej uważne, czyli dzieciaki. W “normalnych” warunkach wolałabym poczekać, aż taki kociaczek podrośnie i dorośnie, ale tu nie mam gwarancji, czy to nie jest jeden, jedyny raz, kiedy wpadnie w pułapkę. Poza tym ich pierwsza rujka ma duże szanse skończyć się pierwszą ciążą, myślę więc, że mimo wszystko operowanie bardzo młodej kotki obciąża jej organizm mniej niż ciąża i wykarmienie miotu.

IMG_9937-001

IMG_9940

 

IMG_0276

A teraz 5 minut propagandy.

sterylizacja

Nie przekonują Cię plakaty z kiciusiami?

Wysterylizowana kotka:

- nie zwiewa z domu w pogoni za miłością, nie wraca do domu w ciąży i nie obarcza Cię “słodkim ciężarem” znalezienia domu dla jej puchatych kociaczków. Masz dużo znajomych na FB i nigdy nie masz problemu ze znalezieniem domu dla kociaków, ok. Jesteś pewien, że wszyscy Twoi znajomi również znajdą bezpieczny dom dla wnuków Twojej kotki? A prawnuków? A praprawnuków? Kotka może wyprowadzić 3 mioty w ciągu roku. To naprawdę dużo kociąt i odpowiedzialnych rąk do znalezienia…. Może jeszcze pomyślny, że schroniska dla zwierząt pękają w szwach od kociaków czekających na lepszy los.

- nie zwiewa z domu- znacząco zmniejsza ryzyko zakażenia FIV i EeLV, wirusami, które zamienią ją w kota wymagającego specjalnej opieki, by ostatecznie i tak znacząco skrócić jej życie.

- mieszka na 10 piętrze i nie ma szans nigdzie zwiać…- nie będzie cierpieć z powodu częstych, niekończących się rui, drzeć się całymi godzinami, wciskać Ci ogon w twarz, molestować Twoich kolegów, ani odstawiać innych cyrków zdesperowanego, sfrustrowanego zwierzaka, które ciężko uznać za zabawne

- antykoncepcja hormonalna NIE JEST ROZWIĄZANIEM!!! Bezpieczeństwa leków hormonalnych stosowanych w weterynarii NIE WOLNO porównywać z bezpieczeństwem leków ludzkich. Antykoncepcja hormonalna kotek prędzej czy później kończy się nowotworem gruczołu mlekowego (zazwyczaj złośliwym), lub ropomaciczem (którego leczenie również wymaga owariohisterektomii, jednak w przeciwieństwie do standardowej sterylizacji jest operacja obarczoną znacznie większym ryzykiem).

- NIE TYJE! chyba, że ją przekarmiasz! Kotki nie tyją z powodu spadku ilości estrogenów we krwi, tylko z powodu podaży energii przekraczającej jej dobowe zapotrzebowanie.

- Nie ma zrujnowanego życia. Durnym mitem jest twierdzenie, że kotka, czy suka potrzebuje do szczęścia min. jednego miotu w życiu. Polemizowałabym z przekonaniem, że kobiecie potrzebne jest do szczęścia min. jedno dziecko, tym bardziej, że potrzebne jest kotce.

Żeby było bez posądzania mnie o dyskryminację seksualną kotów:

Wykastrowany kocur:

- nie ucieka z domu, nie włóczy się, nie płodzi kociej nędzy po krzakach i piwnicach, za którą Ty nigdy nie weźmiesz odpowiedzialności.. prawdopodobnie nigdy nawet nie dowiesz się o jej istnieniu i agoni z powodu kociego kataru, panleukopenii, trutek na myszy albo siarczystego mrozu

- nie ucieka z domu, nie walczy z innymi kcurami- zmniejsza ryzyko zakażenia FIV i FeLV

- nie śmierdzi, nie znaczy Ci mieszkania, co ważniejsze- nie znaczy też mieszkań Twoich sąsiadów

- NIE TYJE (patrz wyżej)

- nie zamienia się w “ciepłą kluchę”/”ciotę”/”sierotę”… po prostu nie.

 

KONIEC

maszerujemy z Marchewką przez ZOO. 

- Hello Misterrr, Helo Miss!!!! Foto foto!!!

- No, sori.

- Misterrrrr foto foto!!!! (jesteśmy naprawdę potężną konkurencją dla papug i orangutanów)

- No.

- Miss, Foto! Miss foto!!!

- No, no.

- Misterrrrr FOTO!!!!- zdenerwował się zwiedzający.

- NO- zdenerwował się Tomek.

- Fuck you!

IMG_9391

Cywetki

To miał być taki ambitny wieczór! Był taki plan!

Pobiegać.

Iść na lekcję indonezyjskiego.

Napisać notkę na bloga.

Zacząć pisać nowy artykuł do Poznaj Świat.

Zgrać, przejrzeć i poobrabiać najnowsze zdjęcia.

Posprzątać pokój.

Położyć się spać przed 1 w nocy.

Oczywiście nie mogło się udać.

O 19 poszliśmy sprawdzić, jak się sprawy mają ze znerwicowaną mamą cyweta, która po czterech dniach prób spokojnego odchowania dzieci (o których urodzeniu nikt nie raczył mnie poinformować) w klatce z 2 samcami dostała spektakularnego załamania nerwowego i zaczęła maniakalnie ganiać po ekspozycji z maluchami w zębach, okazjonalnie próbując walczyć ze współlokatorami. Odłowiliśmy chłopaków. Zasłoniliśmy klatkę, bo szalona cyweta z piszczącymi szczurkami w pysku została uznana przez dzisiejszych zwiedzających za atrakcję dnia. Daliśmy szansę zadziałać “świętemu spokojowi”… Nic z tego, dla mamy cywety było już za późno. Stoczyła się w mroki obłędu. I postanowiła zabiegać swoje dzieciaki na śmierć.

O 19 nadal ganiała po klatce. Maluchy leżały na siatce podłogi. Porzucone.

Zimne.

Tak zimne, że nasz “nowoczesny”, elektroniczny termometr nie był w stanie zmierzyć ich temperatury, a po godzinie ostrożnego, ale intensywnego podgrzewania (termoforki, suszarka, ciepłe ręczniki, masowanie, przytulanie) dobiły do 32 st C.

IMG_0108

Teraz mają już 35 st C, są po swoim pierwszym, co prawda oszukanym (bo bezmlecznym) “posiłku” i najwyraźniej postanowiły jeszcze nie umierać :)

(…. a jutro dostanę pewnie opierdol za odbieranie młodych matce i dowiem się, że skoro tak to teraz sama mam je sobie karmić 6 razy dziennie codziennie, bo opiekunowie mają ważniejsze rzeczy na głowie.)

IMG_0110

Tymczasem dwie przesłodkie dziewczynki czekają na imiona :D

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 1,216 other followers

%d bloggers like this: