Feeds:
Posts
Comments

Kolega M zrobił zawrotną karierę. To dobra historia. Tak absurdalna, że mogłaby wydarzyć się tylko w latynoamerykańskiej powieści surrealistycznej, albo na Jawie. Mam w niej swój istotny udział i póki co jestem z tego dumna.

IMG_8463Jawa, nasza okolica

Fakt że XY ZOO, ze swoją kolekcją ponad 1000 zwierząt i armią 300 pracowników nie ma kierownika był dla mnie sporym zaskoczeniem.

Wolność, hipisizm i świat bez granic TAK, ale mój schizofreniczny umysł nie mógł jakoś pojąć idei wielkiego zakładu pracy bez kierownika i kata z batem nad niewinnie modlącymi się i wiecznie-pijącymi-herbatę uciśnionymi pracownikami. Oczywiście w twardych realiach równikowej rzeczywistości również nie było miejsca na idylliczne bezkrólewie, ZOO funkcjonowało więc tak, jak mogło- czyli to, co do życia i szczęścia potrzebuje jedynie wody, banana i partnerki mnożyło się bez opamiętania (czyt. kozy i nutrie), a co wrażliwsze gatunki poddawane były bezwzględnym zasadom selekcji “naturalnej”. Drzewa rosły, słońce świeciło, zwiedzający zwiedzali, cośtam w klatkach żyło i wszyscy byli szczęśliwi. My zaś błyskawicznie zdaliśmy sobie sprawę, że jako marni weterynarze bez władzy i doświadczenia w pracy z egzotycznymi, nie damy rady wprowadzić w jawajską patologię europejskich standardów.

IMG_6754

Zaczęłam więc do cotygodniowych raportów dla szefa dopisywać krótką rozprawkę dającą się streścić do “POTRZEBUJEMY KIEROWNIKA”.

Pomiędzy raportami pisałam oczywiście bloga, bo na tle innych rozrywek dostępnych na Jawie wieczorowa porą, siedzenie przed kompem jest naprawdę dużą atrakcją.

W tym miejscu pojawia się kolega M. Kolega M. napisał mejla, że czyta i lubi i fajnie, a poza tym, czy mamy na stanie lamparty jawajskie, które chciałyby polecieć do Europy porozmnażać się i ocalić podgatunek. I tak od mejla do mejla okazało się, że kolega M pracuje w ZOO od dawien dawna, trochę się zna, ma dobre serce, chce poprawić karmę, albo się nudzi, mógłby więc trochę mi pomóc profesjonalnymi radami. Jak zaproponował, tak uczynił… a dwa miesiące później dostał pracę. Jako kierownik!

Moja proza odmienia życie czytelników! Jestem jak Paulo Koeljo :P

IMG_6354

Oczywiście kilka emaili i książek o lampartach i żyrafach przyjaźni nie czyni (przynajmniej nie w moim pokrętnym przypadku).

Nowy kierownik.

Był strach. I stres.

Ale przecież to Polak. Swój. Wódkę przywiezie. I drożdże winne. W końcu będzie można z kimś pogadać. Może nawet się napić.

IMG_6265

Przede wszystkim nowy kierownik miał ogromne znaczenie strategiczne. Sama dr Susan nie zwolnię, ani nie przekonam szefa. Jeśli tysiące dolarów puszczone z dymem w postaci trupów tygrysów czy gepardów nie są wystarczającym argumentem, to sama nic więcej nie wymyślę. Może kierownik da radę. Na początek wystarczy, że przejmie 3/4 jej kompetencji i w końcu do klatek XY ZOO zawitają modnie brzmiące enrichmenty i diety składające się z czegoś więcej niż bananów i marchewki. Poza tym, gorąco liczę na to, że teraz Susan nie będzie mogła blokować wszystkich moich pomysłów swoim arbitralnym “nie bo nie” i w końcu będę mogła zacząć działać i leczyć.

Nadziei było dużo.

Przyjechał M.

IMG_7466

M. okazał się być bystrym człowiekiem i po trzech dniach był już w 100% pewien, że to, co przeszkadza w XY ZOO najbardziej, to dr Susan. Niestety zwolnienie jej, jako pierwsza czynność zawodowa, nie wchodzi w grę. Nad kierownikiem M jest jeszcze kilku innych szefów, którzy mogą mieć obiekcje wobec tak szybkiej i drastycznej decyzji na temat dalszej “kariery” head veta. Mają się dogadać. I współpracować. Kierownik M i dr S po pierwszych zgrzytach i burzach i huraganach póki co przykładnie stosują się do odgórnych rozporządzeń, ćwierkają o dartach, słodzą o krokodylach, piją sobie z dzióbków, misterują, doktorują i są przeuprzejmi i przeuśmiechnięci do zażygania. W kuluarach ostrzą noże. Sieją cykutę. Syntezują arszenik.

Czekając na cios w plecy staramy się szukać alternatywnych rozwiązań. Idzie nam zaskakująco dobrze. Mamy wspólny cel- (“Nowe Singapore ZOO”), a to już dużo. Na wypadek, gdyby ktoś chciał nas podsłuchać, przetłumaczyć i zdekonspirować, dr Susan występuje w naszych dialogach jako “dr Karma dla lwów”. Oczywiście nigdy nie myśleliśmy poważnie o strąceniu naszej koleżanki z pracy na wybieg lwów… dr Susan jest za tłusta.

IMG_6869

*

- Mam cały Reptile Garden do odrobaczenia… mógłbyś mi pomóc, jak będziesz miał czas?

- Nie ma problemu.

- Tylko wiesz, jak ja mam odrobaczyć kobrę? Nafaszerować jej węża fenbendazolem?

- Kobrę…. to ty zostaw do odrobaczenia dr Karmie. I grzechotnika też. I żmiję nosorogą… jest tam coś jeszcze?

- Taipan :D

**

- Widziałaś gdzieś dr S?

- Nie, a co?

- Muszę z nią przedyskutować plan przenoszenia tego największego krokodyla różańcowego.

- Oo! Nie spodoba jej się.

- Nie obchodzi mnie to. Musi mi pomóc.

- A co? Masz wakat na pozycji “żywa przynęta”

- :D

***

- Wiesz, no nie musisz mi tłumaczyć, że zestaw ksylazyna, zoletil i ketamina od święta to marny zestaw dla słonia czy żyrafy…

- No tak, no ja rozumiem, że nie wszędzie się ma etorfinę, czy immobilon, ale żeby mieć chociaż medetomidynę!!! …. Chociaż też, jak już, to wolałbym, żeby kupili immobilon, bo przecież jak Susan kupi czystą etorfinę, to ona się tym zabije….. …………………….:D

- :D

****

Po Safari wciąż biega “wściekły” jelonek, który tydzień temu zrzucił scypuł i najchętniej zamordowałby cały świat. Za tydzień 5 naszych byków wielbłądów jedzie na wakacje na Bali i przecież wet prowadzący powinien być przy załadunku :D Są niedźwiadki malajskie z zacinającą się niebezpiecznie klatką ściskową. I mandryle. I jaguar Bima. Bizony. Wredna eland…. tyle możliwości :P Mamy taką niebezpieczną pracę :P

Przede wszystkim jednak nagle zrobiło się dramatycznie dużo pracy! Bo jeśli nie mam czasu pisać wieczorami, ani robić zdjęć na dyżurze… to znaczy, że jest aktywnie. I rozwojowo. I dobrze.

IMG_8787

Lily i Lenon

30 sierpnia straciliśmy Lily.

Miała 3 tygodnie i 6 dni.

To był szok. Nawet w naszym ZOO, gdzie zwykle wszystko żyje zdrowo, aż umrze.

IMG_8453

Mamy tu, przynajmniej w teorii, rotacyjny system opieki nad kociakami- co tydzień karmi je, bada, waży i mierzy inny lekarz. W teorii. W przypadku dr Susan tygryskami zajmuje się każdy przypadkowo spotkany opiekun, sprzątacz, ochroniarz czy ogrodnik, ktokolwiek,byle nie ja, kto akurat napatoczył się, gdy “ona miała ważniejsze sprawy”.

Mimo wszystko jednak Lily wyglądała zdrowo. Przybierała na wadze, bawiła się z braćmi i kleiła do ludzi. Nie gorączkowała. Nie kaszlała.

Grymasiła przy jedzeniu.. ale odkąd Lily otworzyła oczy picie mleka nie było jej ulubioną rozrywką. Srała 2-3 razy dziennie… ale przecież małe kociaki defekują częściej. Lepiej tak, niż Lenon, który najchętniej zamieniłby się w tygrysiego leniwca i wypróżniał raz w tygodniu. Poza tym Lily była bardzo wrażliwą koteczką, a umówmy się- dr Susan nie ma ręki do zwierząt.

Wszystko było więc “dobrze”.

IMG_8462

30 sierpnia Lily miała 38 stopni, czyli jakieś 0,5 więcej, niż normalnie, ale dr Dorty nie uznała tego za istotny szczegół. Po południu nie bardzo chciała jeść, dr Susan uznała więc empatycznie, że skoro tak, to niech głoduje i poszła do domu.

O 9 wieczorem przyszedł po mnie opiekun z nocnej zmiany, przerażony, że Lily wymiotuje i bardzo źle się czuje. Miała 38,8 C i bardzo bolesny, napięty brzuch. Wymiotowała obficie mlekiem i nieustannie płakała z bólu. Podałam jej leki przeciwwymiotne, przeciwbólowe, osłonowe na żołądek i płyny dożylnie.

Po godzinie uspokoiła się, była jednak bardzo słaba i blada. Przestała miauczeć i marudzić. Osłuchałam ją. Miała dramatyczne zapalenie płuc.

Zapakowałam ją do klatki tlenowej, znebulizowałam lekiem ułatwiającym oddychanie, podałam dożylny antybiotyk. Czekałam. Nie było lepiej.

Było gorzej.

Temperatura spadała, błony śluzowe siniały, Lily dusiła się.

O 3 nad ranem zgasła.

IMG_8456

Wynik sekcji zwłok- enterotoksemia. Diagnozę konsultowaliśmy z lekarzami weterynarii z łódzkiego ZOO, którzy często pomagają nam charytatywnie.

Lily miała przewlekłe zapalenie jelit. Od dwunastnicy aż po prostnicę ściana jelit była zgrubiała i sztywna, śluzówka była krwistoczerwona, jelito ślepe owrzodzone.

IMG_8852

IMG_8856

IMG_8863

Bakterie i produkowane przez nie toksyny przedostały się do krwi doprowadzając do zapalenia płuc i obrzęku nerek.

IMG_8834

IMG_8851obrzęknięte nerki

IMG_8857zatarta struktura

Diagnostyka laboratoryjna w tym cholernym kraju nie istnieje… lub tak przynajmniej utrzymuje dr Susan. Powinniśmy pobrać próbki, wysłać by wyizolować chorobotwórcze bakterie i wykonać dla nich antybiogram. Nic z tego.

Zrobiłam preparaty odciskowe z płuc- miliony G- pałek.

W tej sytuacji Lenon i Leon powinni od razu dostać antybiotyk. Nie ważne, że czuli się dobrze. Mieszkali z Lily która zmarła na sepsę, spowodowaną diabli wiedzą jak zakaźną bakterią.

IMG_8880

Dr Susan podejmowała decyzję całe dwa dni. Oficjalnie, czekała na opinię “zaprzyjaźnionego specjalisty od kotów” z ZOO w San Diego. Pomysł, że dr Susan “przyjaźni się” z jakąś weterynaryjną sławą jest równie absurdalny, jak założenie, że ZOO z San Diego utrzymuje jakiekolwiek stosunki z taką patologią jak “nasze” ZOO. Ktokolwiek jednak siedział po drugiej stronie komputera doradził uprzejmie, że w takim przypadku podanie antybiotyku o szerokim spektrum jest wskazane.

Padło na amoksycylinę z kwasem klawulonowym. Wybór jak najbardziej słuszny i logiczny, gdyby nie fakt, że nasze tygrysy przerabiały już ten cud farmaceutyczny, gdy padło podejrzenie, że któryś z nocnych opiekunów zachłysnął je mlekiem. Ja upierałam się doksycyklinie, ale jestem ostatnio w niełasce więc nikt mnie tu nie słucha.

IMG_8881

Koty dostawały więc Clavamox, o Lily wszyscy zapomnieli, a w Lenonie stopniowo rozwijało się zapalenie płuc. Trochę mniej jadł. Przestał przybierać na wadze. Przeprowadziłam z dr Susan kilkanaście długich, ciężkich rozmów, starałam się być przemiła, starałam się być prze-profesjonalna, usiłowałam jej pokazać, o co chodzi… ale Susan jest najwyraźniej głucha.

Antybiotyk zmieniły po 4 dniach. Gdy już nawet Susan nie miała tupetu by zaprzeczać, że Lenonowi rzęzi w płucach. Oczywiście nie na to, co chciałam. Na sulfadiazynę z trimetoprimem. Zakładając jednak, że choroba rozpoczynała się od zapalenia jelit wybór nie był aż tak głupi, jak można by się po Susan spodziewać… była nadzieja.

IMG_8883

W międzyczasie przyjechał nowy kierownik ZOO, który w pierwszej kolejności postanowił zbawić batuańskie gady, dotychczas nieodmiennie umierające z tak skomplikowanego powodu jak chroniczne wyziębienie. Skoro więc już wkrótce pojawią się lampy grzewcze, a już teraz pojawił się ktoś, kto temat węży ogarnia- nagle okazało się, że mam na wyłączność 7 pacjentów, którzy w ogóle nie obchodzą dr Susan= nikt nie przeszkadza mi w pracy. Ten sam kierownik sprawił również, że “karmienie tygrysów” stało się uniwersalnym immunitetem, peleryną niewidką i absolutnie ulubionym zajęciem dr Pri i Susan. Zakładanie, że spędzając z tygryskami co najmniej 4 godziny dziennie codziennie zauważą, że coś się dzieje, byłoby oczywiście błędem.

P1150164

W niedzielę Lenon zaczął umierać. Dusił się. Miał gorączkę.

Dusił się dobre kilka godzin, zanim dr Prista zadzwoniła, czy mogę im pomóc. Dr Susan przecież doskonale panowała nad sytuacją. Przez te kilka godzin zepsuła kilka klisz RTG w ramach ćwiczenia się w robieniu zdjęć (bo akurat wczoraj naprawili aparat) i odkręciła butlę z tlenem.

Gdy przyszłam do gabinetu półżywy Lenon szamotał się w za dużej masce tlenowej. Leki uspokajające dla zwierząt skończyły nam się 2 miesiące temu i do tej pory nie mogę się doprosić następnych. Miał 40,8 C gorączki, ale żadna nie wpadła na to, żeby podać mu antypiretyki.

Osłuchałam. Opukałam. Klatka piersiowa była “zalana”.

Wytłumaczyłam, co się dzieje, o co chodzi i że muszę spuścić ten płyn, żeby miał szasnę oddychać. “Jak?” Strzykawką… “Nie, bo nie”… bo nigdy o czymś takim nie słyszały. Mogą mu co najwyżej podać furosemid.

Nie upierałam się. I tak nie miał szans.

Kilkanaście minut później zmarł.

Te marne 3 sekundy gorzkiej satysfakcji na widok przerażenia i zdziwienia, gdy odessałam ze stygnącego ciałka 5 ml żółtej cieczy. Przećwiczyły… spuściły z niego pół szklanki wysięku, gdy wpadłam na pomysł, że lepiej zrobić to pieprzone zdjęcie i pokazać im chociaż, ja to wygląda na RTG. Susan nie nadaje się nawet na karmę dla lwów, ale Prista nie jest aż tak beznadziejnym lekarzem.

Zrobiliśmy zdjęcie.

IMG_8902

IMG_8901

Zrobiliśmy sekcję.

Dokładnie te same objawy, pomijając szklankę ropnego płynu w opłucnej.

P1150398

 

P1150401

To samo zapalenie jelit. Przy czym trzeba podkreślić, że Lenon NIGDY nie miał biegunki. Do samego końca cierpiał na zaparcia.

P1150428

Tak samo zmasakrowane nerki.

P1150420

P1150423

Ta sama rozmowa, czy można gdzieś wysłać próbki na mikrobiologię. Tym razem zakończona odkrywczym spostrzeżeniem, że wysyłanie próbek i tak jest bez sensu, bo na antybiogram czeka się tydzień.

Oczywiście nie możemy zmienić Leonkowi antybiotyku, bo jakże to? Żeby było lege artis musi jeść Trimoxul przez minimum 6 dni. Nie ważne, że jak dosadnie pokazał Lenon- Trimoxul ewidentnie nie działa. Przecież nie można odstawiać antybiotyku po kilku dniach.

IMG_8887

Leonek póki co jest tak samo rozkoszynym łobuzem jak przez ostatnie tygodnie. Ma jednak lekką biegunkę, której w tej sytuacji nie powinno się tłumaczyć doustnym antybiotykiem. I zaczynam go lekko słyszeć. On zaczyna pokasływać. Na zdjęciu RTG widać delikatne cienie wokół drzewa oskrzelowego. Nie mogę się doprosić o biochemię krwi, żeby ocenić stan nerek, bo po co?

Prista zgodziła się na leczenie wspomagające, osłonowo-przeciw-wrzodowo-odkasłująco-witaminowe

I tak, po raz kolejny zmieniłam mu antybiotyk. Nie będę patrzeć bezczynnie, jak cała reszta czeka na jego śmierć. Kto mnie tu sprawdzi, co mu tak naprawdę podaję po nocy? Dr Susan? Której nienawidzę do granic rozsądku.

Czuję się już wystarczająco podle.

Skąd to przyszło? Kto to zawlókł? Mówiłam, że do tygrysów powinna mieć dostęp ograniczona ilość osób. Czystych. Bez butów. W czystych ciuchach. Nie ochroniarzy z żonami, taksydermistów z dzieciakami, pracowników kwarantanny z pradziadkami, weterynarzy prosto po sekcji zwłok… To nie, tutaj nikt nas nie słucha… bo po co? Urodziło się/umarło, łatwo przyszło/łatwo poszło…. tyle tu wszystkiego zdycha… w sumie w czym lepszy mały tygrys od małej lamy?

Tak tragicznie bardzo chciałabym, żeby te bakterie były wrażliwe na doksycyklinę. I żeby przeżył. Chociaż Leonek.

IMG_8891

Puput Mulan

Mieliśmy za sobą niemal 3 dni podróży. 5 godzin w samochodzie i cały dzień na lotnisku w Perth. Lot. Noc na lotnisku na Bali. Cały dzień obijania się w pędzących szaleńczo autobusach. Prom na Jawę. Noc na chodniku przed dworcem kolejowym. Kilka ulic dalej płonęły trzy samochody. W świetle płomieni dogasały lokalne zamieszki. Kolejowy strażnik zapewnił nas, że jesteśmy bezpieczni, nie miałam siły w to wątpić. O 5 rano odjeżdżał nasz pociąg, 150 km, 7 godzin jazdy, indonezyjska kolej. Miasto. Tam miał wyjechać po nas ktoś z ZOO.

IMG_8463

Byliśmy zmęczeni, brudni, zakurzeni, głodni. Trochę zdezorientowani. Musieliśmy szybko przestawić się z realiów kulturalnej, cywilizowanej, jesiennej Australii na rzecz równikowych tropików dzikiej Azji – komunikacyjnego i architektonicznego chaosu. Przeludnionego i zaśmieconego. Wyszliśmy z zapoconego przedziału na cuchnący peron. Nad miastem smog, przed nami tłum. Odjeżdżający, przyjeżdżający, żegnający, witający i jak wszędzie, gdzie można wywalczyć 1 m2 wolnej przestrzeni, handlujący, smażący i gotujący. Żadnej kartki „wellcome polish vets”. Czego się spodziewałam? Nie powinnam być zdziwiona, że się spóźnili albo zapomnieli. Może się rozmyślili? Może już nas nie chcą?

Zdjęłam plecak i zaczęłam poszukiwania numeru szefa. „Hello? Miss Anna?”, zapytał nieśmiało facet z logo zoo na ramieniu. Chwilę później siedzieliśmy na kremowych skórzanych siedzeniach samochodu, w chłodzie klimatyzacji. Za oknami tysiące Indonezyjczyków walczyło o życie, lawirując na skuterach, na zakorkowanych ulicach, a my sunęliśmy do M. Już bez wątpliwości, że największe marzenie, wyczekiwany od roku staż, rozpocznie się za kilka chwil.

P1150218

Na miejscu wzięła nas pod swoje skrzydła dr Susan, z góry przepraszając za swój angielski, który na szczęście był całkiem komunikatywny. Zakwaterowano nas w kwarantannie. W pokoju, nie w klatce. „Czy chcemy chwilę odpocząć, czy możemy już iść na obchód zoo?” Łał! To będzie intensywny staż, trzeba przyznać, że XY ZOO stwarza piękne pozory. „Prysznic! 20 minut na prysznic i będziemy gotowi!”. Pół godziny później zwiedzaliśmy jedną z największych atrakcji – Safari Farm, którą turyści podziwiają z bezpiecznej wysokości wagonów, ciągniętych przez traktor. My szliśmy pieszo. Antylopy eland niesympatycznie pochyliły łby. Susan pogroziła im pięścią. „Uważajcie na zebrę, bo ogier gryzie”, ostrzegła nas przed kolejną bramą. „Uważajcie na wielbłądy, bo to sezon rozrodczy i samcom odbija”, poradziła przy następnym wybiegu. „Tutaj to w ogóle uważajcie i nie patrzcie im w oczy”, oświadczyła przed ostatnią furtką. Bizony przyglądały się nam bez ruchu. Bizony. 800 kilogramów żywej masy. Oceniłam szybko wystrój i wielkość wybiegu – żadnych szans ucieczki. Pięknie, albo muszę przejść przyspieszony kurs na zaklinacza dzikich zwierząt, albo zginę marnie. Najwyraźniej w Indonezji BHP nie istnieje. Na razie tylko „jelonki” (stado jeleni timorskich, danieli i nieco przypadkowych gazeli dorkas) nie miały wobec nas złych zamiarów.

IMG_6612

Z mocno bijącym sercem dotarliśmy do wybiegu lam. Lamy również były niegroźne. „Tutaj mamy taki przypadek. Dziecko nie chodzi. Sprawdziliśmy krew matki – hipokalcemia. Dajemy wapń, ale dalej nie chodzi”. Zajrzeliśmy do zagrody. Matka podniosła się i zaczęła marudzić nerwowo. Na cienkiej warstwie trocin leżało jej wychudzone dziecko. Dyszało ciężko. Długie, cienkie nogi znaczyły ciemnoczerwone plamy odleżyn. Podniosło z trudem głowę i spojrzało na nas ogromnymi, granatowymi oczami.

Ciąg dalszy TUTAJIMG_6051

 

 

 

 

 

 

IMG_6005IMG_6003

Dzień Niepodległości

- Ania, Tomak, dokter Ania! W środę cała kwarantanna idzie maszerować i razem pracujemy więc może poszlibyście z nami!- wydukała wspólnymi siłami cała ekipa z kwarantanny. Ich lingwistyczne wysiłki są naprawdę wzruszające (tak jak poziom mojego indonezyjskiego żenujący)

- Ojej! Jak miło! Oczywiście że pójdziemy!- rozpromieniłam się.- A o której się zaczyna?

- O 5.30 rano :D

- O_0…..

Parada miała upamiętniać Dzień Niepodległości, który, jak błyskotliwie zauważyliśmy- był jakieś dwa tygodnie temu (jak każde inne święto- darmowy lunch, tłum w ZOO i małpie sraczki), ale nikomu to nie przeszkadzało- tutaj zdobycie suwerenności świętuje się cały miesiąc. Indonezyjczycy potrafią wyciągać z życia to, co najlepsze.

Trochę nas ta 5.30 bolała. Na szczęście budzik otrzymał niespodziewane i miażdżące wsparcie sekcji bębniarzy na ostatniej i prawdopodobnie jedynej próbie przed występem.

I poszliśmy.

Jeśli przez ostatnie dwa tygodnie wszyscy pracownicy doprowadzali mnie do szału swoim nieróbstwem, które osiągnęło jakieś kuriozalne rozmiary… teraz poznałam powód. Oni się nie lenili. Oni twórczo myśleli.

Dali fantastyczny popis jawajskości!

IMG_8482

O tej nieszczęsnej 5.30 wygramoliliśmy się z naszego jednopomieszczeniowego apartamentu, w swetrach, bluzach i szalikach (bo w górach mieszkamy i zimno :P)… a tam kwarantannowo-żywieniowa ekipa stroiła się w spódniczki z worków po granulacie :) Nas też wystroili :)

IMG_8484

IMG_8483

Carrot król wioski

P1150242

Stylowy wisiorek. Vege-organic-animal-friendly.

IMG_8489

Wódz Selamat (a służbowo największy nierób kwarantanny)

IMG_8485

Ostatnie przygotowania. Jeśli ktoś jeszcze dotychczas nie wiedział- Indonezja ma czerwono-białą flagę.

IMG_8504

Patri, chyba jedyny pracowity opiekun w ZOO. Patri jest kochany :)

IMG_8498

Korzystając z okazji, że mogłam wszystkich obfotografować, a teraz przedstawić- dr Prista.

IMG_8499

I ruszyliśmy w blasku porannego słońca!

IMG_8507

Panowie pomponiarze i piękne chaszcze, w których czasami fruwają rajskie ptaki albo papugi- dezerterzy z hali wolnych lotów Eco Green Parku.

IMG_8513

Za nami maszerowała drużyna z Safari farm, z Angą- opiekunem lam na czele.

IMG_8577

Na parkingu okazało się, że inni naprawdę mieli fantazję!

IMG_8521

IMG_8596

W paradzie brali udział także pracownicy innych parków i hoteli mafii R&R, więc nie znaliśmy wszystkich :)

IMG_8526

Ogrodnicy.

IMG_8627

Dziewczyny z restauracji w Secret A.

IMG_8571

Inżynierowie :P Inżynierowie wygrali konkurs na najlepszą grupową stylizację. Dodajmy, że dodatkiem do zombie-mumii była trumna pomalowana w barwy narodowe :) W Polsce byłby już skandal. Symbol. Przenośnia. Alegoria. I obraza wszystkich możliwych uczuć religijno-narodowych.

IMG_8569

Nie wiem kto zacz, ale ładnie :)

IMG_8615

IMG_8600

 

Dziewczyna ze skrzydłami motyla wygrała konkurs na najlepszą stylizację. Ja miałam kilka innych… mniej ślicznych, faworytów :)

IMG_8575

Sawanna-Tiger Land- chłopaki z którymi z konieczności “współpracujemy” najczęściej.

IMG_8553

A to moi absolutni faworyci!!! Małpie wyspy!!! Pojęcia nie mam czym się wysmarowali, cuchnęło poważnie :) ale wyglądali wspaniale!

P1150252

IMG_8562

Opiekun kóz. Nie znam żadnych opiekunów z Małpich Wysp, bo szczęśliwie jedyni chorzy z “Rzecznej przygody” to turyści którzy pchali łapy nie tam gdzie trzeba i wycieczki łódką wracają pogryzieni i podrapani. Robiliśmy za to kozom korekcję kopyt i było bardzo zabawnie.

IMG_8556

Szczyt oblechy.

IMG_8563

IMG_8564

Artori i jego czarna świnia na postronku.

IMG_8555

Jawajski nurt naturalistyczny- prosiak z biegunką.

IMG_8567IMG_8567

Chłopaki z Tiger Landu taszczą styropianową ofiarę.

IMG_8561

Dedi, szef Sawanny.

IMG_8574

IMG_8614

IMG_8626

IMG_8620

IMG_8613

I jawajskie lachony! Obsługa naszego szpetnego, acz luksusowego hotelu :)

IMG_8549

IMG_8608

… w praworządnym, islamskim kraju, żeby się tak jakieś LGBTQcośtamcośtam w biały dzień cyckami z waty obnosiły :) Allach patrzył i nie grzmiał :) Nawet miały laski niezłe branie na parkiecie.

IMG_8622

Taka impreza. 8 rano. Bez alkoholu :P

IMG_8532

Pamiątkowa grupowa foteczka!…

…. i do pracy na dyżur :)

Od dłuższego czasu, dzięki fantastycznemu doświadczeniu zawodowemu zdobywanemu w XY ZOO, borykam się z obezwładniającym poczuciem bezsensu mojej pracy i istnienia. Oczywiście usiłowałam się bronić… sprawdzonymi sposobami: alkohol/bieganie/papierosy.

Wczoraj skończył się alkohol

Upamiętnijmy mojego ostatniego drinka chwilą milczenia. I poezją :P

Wielkie mi uczyniłaś pustki w domu moim
Buteleczko rumu tym wyschnięciem swoim.
Pełno nas, a jakby nikogo nie było,
z jednym ostatnim promilem aż tyle ubyło!
Tyś nam nieustannie w stresie pomagała
Wszystkie wielkie złości pacyfikowała.
Nie dopuściłaś nigdy Marchewie się frasować,
Ani Bunikowi myśleniem głowy psować.
Tego to owego wdzięcznie upijając
I onym swym uciesznym alko zabawiając.
Teraz wszystko trzeźwe, straszne pustki w domu,
Nie ma już drinków, nie ma shotów po kryjomu.
Z lodówki tylko żałość człowieka ujmuje,
A psyche swej pociechy darmo uparuje.

Tren VII J. Kochanowski feat. Bunik

P1140894

Tak, mam problem… Największym problemem jest jawajska prohibicja.

I jawajskie nieróbstwo.

I jawajska przełożona.

ZŁOOOOOO.

Na jawajskich drogach widzieliśmy już sporo cudów, dziwów i innych wynalazków, bo nieskrępowana strachem, czy przepisami ruchu drogowego, kreatywność tubylców kwitnie i mutuje w najlepsze. Dzisiejsze odkrycie jest jednak… genialne i wzruszające!

P1150186

Motocyklowy plecak dla kota!!!!

CHCĘ!!!

P1150189

P1150191

Kretynizm jawajski odsłona nr 1500000001.
Szczyt.
Zrobili mi klatki łapki które ważą +/- 12 kg bez kota, a ich wielkość spokojnie umożliwia złapanie serwala.
… OK. Działają.
Złapał się kot.
Mówię- “Kot-kwarantanna” i łapię za jedną stronę klatki.
– Ok, Ok….
Podszedł i otworzył drzwi.
Kurwa mać!!!!!!
I to nie jest “brak wykształcenia”. Niby czego trzeba się uczyć, żeby wiedzieć, że klatki z dzikimi kotami nosi się zamknięte? Fizyki????? Czy kurwa  etologii stosowanej?! Albo, że nie wpuszcza się cielaka do boksu białego od podchlorynu. Albo że “ciemnia” jako taka, nie zakłada posiadania okna w suficie. Nawet jeśli ściany są czarne.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Jestem doskonałym przykładem, że podróże robią z ludzi rasistów!
…. i potrzebuję leków uspokajających.
Albo chociaż alkoholu…. To nie! Alkoholu też w tym durnym kraju nie ma!!!!!!!!

IMG_8258

Marchewka twierdzi, że powinnam dbać o nieletnich fanów, wrażliwość językową naszych rodziców, oraz innych kulturalnych czytelników. Tak więc:
“Ociężałość umysłowa niektórych obywateli Indonezji zamieszkujących Jawę odsłona 15.
– Motyla noga! Poprosiłam dziś rano jednego z inżynierów, żeby pomógł mi przenieść do kwarantanny kotkę, która złapała się w nieporęcznie ciężką i dużą, ale uprzejmie wykonaną przez nich (mimo natłoku pracy i litrów herbaty do wypicia) klatkę…. a ten niefortunnie wybrany, nieuważny inżynier próbując podnieść klatkę otworzył drzwiczki i wypuścił kotkę na wolność.
Ta kotka uciekła nam już trzeci raz…. ehhh i ojej.
Postawa nierostropnego inżyniera nie jest niestety odosobniona, a liczne przypadki poważnych niedopatrzeń w pracy, bądź wykonywania czynności zawodowych w sposób rozmijający się z powszechnie akceptowaną “logiką” skłania mnie niestety do refleksji, iż masowa ociężałość umysłowa obywateli Jawy nie wynika z niewydolności systemu edukacji, ale uwarunkowanej genetycznie atrofii neuronów istoty szarej, bądź nieadekwatnej syntezy neuroprzekaźników synaps rzeczonych komórek.
Z perspektywy kilkumiesięcznego pobytu na Jawię muszę przyznać, że postrzegam ją jako wyspę abderytów.
Muszę poświęcić więcej czasu na praktykowanie pokojowych technik relaksacyjnych.

 

VANITAS!!!! Marność!

 

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 1,072 other followers

%d bloggers like this: