Feeds:
Posts
Comments

Posts Tagged ‘weterynaria’

Outback to “po australijsku” wszystko, co znajduje się poza cywilizowanym światem miast, miasteczek i wioseczek, których mieszkańcy oprócz rodziny, owiec i kangurów regularnie widują również nieskoligaconych (oficjalnie) sąsiadów, a nawet obcych ludzi; zaś odległość do kolejnej osady nie przekracza 200 km. Jako, że do powyższego opisu “cywilizacji” pasują niemal wyłącznie wybrzeża i wschód kraju- cała reszta Australii to outback. Południowe wybrzeże Australii to w dużej części również outback.
Outback to pustynie, busz, półputynie i farmy. Pustki. Orły, kangury, wombaty. Czasami owce. I dzikie wielbłądy.

P1030529
* powyższa definicja outbacku jest tworem subiektywnym i niepopartym żadną literaturą naukową, wszelkie uwagi można umieszczać w komentarzach
Mieszkamy na farmie pośrodku nigdzie. Pośrodku nigdzie jest pojęciem względnym, więc aby uniknąć nieporozumień- jesteśmy tutaj:

mapa australi

Blisko mamy tylko do oceanu :) (blisko, czyt. 40 km) A także Eucli, tak zwanego miasta. Eucla ma nieco ponad 80 mieszkańców, stację benzynową i motel, bar z restaurację, bodaj trzy ulice, kilka domków, w jednym z których mieszka “nawet pielęgniarka” czyli jedyny pracownik służby zdrowia w promieniu 600 km, dom kultury, a także plac zabaw i własne muzeum. Historia Eucli sięga 1885, więc do muzeum zostałam zaciągnięta niemal siłą, ponieważ, w opinii naszych znajomych, nie mogłam przejść obojętnie wobec przybytku zachowującego całą wiekopomną spuściznę euclowych dziejów. Na szczęście wszystkie skarby zmieściły się w jednym, niedużym pokoju. Eksponaty obejmowały zakurzone butelki po whisky i winie, kilka starych zdjęć, czaszkę wielbłąda,parę “tajemniczych kości” i wrotki :)

IMG_8353-001
Plac zabaw jest za to fenomenalny :) Pomijając absurdalny pomnik wieloryba pośrodku wyschniętego buszu (naprawdę łatwo tu zapomnieć, że bądź co bądź jesteśmy nad oceanem), mają tu chyba najwyższą huśtawkę na świecie :D Australijskie wymogi BHP widać zakładają, że jeśli dzieciak uchował się wśród outbackowych węży i pająków to nawet plac zabaw go nie zabije. Bujaliśmy się. Ja się bałam :)

IMG_8354
Mieszkamy na farmie! Mieszkamy- to znaczy śpimy pod dachem, a nie pod tropikiem, ubrania trzymamy w szafie, a nie upchnięte w plecaku, jemy trzy posiłki dziennie i nie jest to wyłącznie ryż z solą :)(!) a nasz dzień toczy się w rytmie zbliżonym do rytmu życia gospodarzy (ok…. śpimy dłużej). Kot zaczął nas traktować jako kolejne mobilne dyspozytory karmy, pies słucha się nas bardziej, niż całej reszty domowników razem wziętych, konie nas nienawidzą (po próbie opatrzenia ich pociętych pęcinek)… Jemy codziennie rodzinne kolacje, mamy swoje dyżury przy zmywaniu stosów naczyń, Tomasz stał się ulubionym towarzyszem zabaw Kevina (lat 4)… biedne dziecko :) Kevin wita Tomka okrzykiem “nie jestem krową w ciąży!”, a za domem bawią się w “chomika w kołowrotku”… jeden polski weterynarz-turysta, i psychika spaczona na całe życie :) Ja plotkuję w Carol, oglądam sukienki na e-Bayu z Jenny, obserwuję skomplikowane życie towarzyskie i emocjonalne kobył z Perth, które usiłują się odnaleźć w buszu i stadzie koni miejscowych (i są to historie naprawdę fascynujące… melodramaty na poziomie niejednego serialu :P).

IMG_8495

Poza tym oczywiście pracujemy, bo na farmie trzeba pracować. Praca jest zawsze, pracy jest zawsze zbyt wiele… a elementarną składową życia na farmie jest nieustanna praca. Carol i Russel nie mieli urlopu czy wakacji odkąd kupili tą farmę… czyli od kilkunastu lat :) Tak więc i my- turystycznie i krajoznawczo- pielimy, grabimy, szlifujemy i malujemy. A w okół pustki, busz, wiatr…. orły i kangury.

IMG_8426

P1030878

obwoźna ekipa remontowa- Bunik z Marchewką

IMG_8424

a to “nasza ścianka”- żałuję, że nie zrobiłam zdjęć przed malowaniem i zalepianiem dziur tynku :)

IMG_8428

przed było pomarańczowo-zielono, i paskudnie :)

IMG_8422

a to buszowa rabatka przed

IMG_8481

i po- tak więc”Studenci weterynarii! Nie olewajcie “roboty na ogródkach”- w tym jest wasza przyszłość :P

IMG_8432

a to atrakcje, jakie czyhają na zdrowie i życie pracujących. Ogrodnik w Australii- zawód wysokiego ryzyka :P (tak naprawdę ten pająk, jak i większość naszych pająków prysznicowo-pokojowych nie jest groźny)

IMG_8435

a to wg znawcy :P- Scolopendra morsitans, samiczka. Nie pytajcie, skąd on to wie… ja nie wiem, pod ogon jej nie zaglądałam :) To rzekomo bardzo ciekawe stworzenie żyjące w niemal całej Afryce, Azji i Australii…. (a ja myślałam, że jeśli coś żyje pod australijskimi kamieniami to na pewno jest gatunkiem endemicznym :P) I pająk, i skolopendra zostali ostrożnie przesiedleni na inną rabatkę :)

Pobyt na australijskiej, outbackowej farmie nie ma nic wspólnego z europejską agroturystyką czy wakacjami u babci na wsi. Australijskie farmy niewiele mają wspólnego z polskim wyobrażeniem o rolnictwie. Wszystkie różnice determinuje przestrzeń. I pustka. Outback jest ogromny, dziki i jałowy. Farmy są ogromne, i często nazywane tu “stacjami”. Średnia powierzchnia australijskiej farmy (wg danych ministerstwa rolnictwa Oz) wynisi 3,300 tys ha, jednak gospodartswa o powierzchni 30, 40 lub 60tys ha nie są żadkością.
(dla tych, którzy podobnie jak ja znajomość z arami i hektarami skończyli wraz z ostatnią lekcją matematyki,a teraz mają jedynie mgliste wyobrażenie, że hektar to dużo- 10 tys ha, to 100km2).

IMG_8449
My mieszkamy na farmie o wymiarach ok 110 na 150 km! Wyobrażacie sobie? Teren prywatny wielkości sporego powiatu??? A parterowy domek z wyschniętym ogródkiem, kilka szop, stodół i baraków, oraz parę pustych domków dla robotników to cała zabudowa znajdująca się na tej powierzchni. Co więcej- przez większą część roku pięcioosobowa rodzinka + guwernantka to jedyni jej mieszkańcy (oczywiście poza wombatami i kucykami).

IMG_8304

Najbliżsi sąsiedzi- na farmie obok, czyli minimum kilkadziesiąt km stąd. Jak sobie tu żartują- “dwa dni drogi na południe od tamtej góry na horyzoncie”. Najbliższa szkoła- w Kalgoorlie- czyli 800km stąd. Najbliższy sklep- w Ceduna- 600km stąd. Krowy? Konie? Owce? Z całego przybytku najłatwiej znaleźć kota (przy misce), i kulawego byka przy (stogu siana), reszta błądzi gdzieś po dziesiątkach kilometrów swojego monstrualnego pastwiska… Teren jest ogrodzony :P Pierwszego dnia, włócząc się po gospodarstwie posiadającym bądź co bądź ok 3 tys sztuk bydła widzieliśmy tylko 2 zabłąkane cielaczki… i całe stada kangurów, a przecież gdzieś tam pasło się też parę setek owiec i tabuny koni…

IMG_8332

upaćkane cielątko

Jak to wszystko upilnować? Nie da się. Zwyczajnie się nie da. Dlatego zwierzęta pilnują się same, pasą się same i mnożą się same. I o dziwo radzą sobie z tym zadaniem :P Mimo tak ujmującej wspaniałomyślności matki natury, człowiekowi i tak pozostaje bardzo wiele do zrobienia. W buszu, zwłaszcza tak jak tu- od kilku lat nękanym suszą, elementarne jest dostarczenie stałej ilości wody. Tu wypompowywana jest woda głębinowa. Praktycznie cała farma zasilana jest energią wiatrową i słoneczną lecz pompy pracują na deaslu, rachunek za tą przyjemność opiewa na 80 tys AUD rocznie. Russel co dwa dni wyjeżdża sprawdzić 1/3- 1/4 terenu, poidła, płoty i stan zdrowia stad przy okazji.

IMG_8333

Przy takim systemie chowu oczywistym jest- że dla lekarzy weterynarii pracy za wiele tu nie ma. Russel i Carol, podobnie jak lwia większość outbackowych farmerów hoduje bydło mięsne- nikt nie odbierałby przecież baniek mleka “z pośrodku nigdzie”. Buhaje wędrują sobie swobodnie wraz ze stadami krów (krowy trzymają się w wielopokoleniowych grupach rodzinnych- Carol była zszokowana, że o tym nie wiedziałam… ale ilu polskim krowom dane jest paść się na pastwisku w towarzystwie własnych wnuczek i prawnuczek?).

IMG_8329

Kastracje, kolczykowanie i dekornizację farmerzy wykonują sami. Inseminację załatwiają byki :) Bilansowanie diety- co w buszu wyrośnie, to zjedzą. Korekcja racic- choroba “cywilizacyjna”. Szczepienia- w tak czystym środowisku, z dala od oparów oborowego amoniaku, odizolowane od innych krów- mają małe szanse na masowe zachorowania. Leczenie- jeśli coś jest chore- albo wyzdrowieje, albo zdechnie, albo upolują je dingo… O ile nie rozchoruje nam się nagle połowa stada raczej przeoczymy jedno,słabe, pokładające się w buszu cielątko, albo stareńką krowę. Zdarza się, że krowy zdychają ze starości (fakt, że jest to zjawisko w Europie niesłychane chyba nie najlepiej o nas świadczy).

P1030544

Lekarze weterynarii specjalizujący się w bujatrii ogólnie mają w Australii opinię fanaberycznego dobra luksusowego,którzy za sam dojazd inkasują więcej, niż wart jest chory cielak, a koszty leków, wizyty, opinii i porady przekraczają wartość cielaka razem z matką :) Dlatego tu, opieka weterynaryjna w głównej mierze polega na sprzedaży leków zamawianych przez telefon- dobieranych na podstawie wywiadu, życzeń farmera, albo MMSa. Raz na jakiś czas (bardzo, bardzo rzadko) weterynarz z Kalgoorlie wybiera się na objazdową wycieczkę krajoznawczą, i wtedy sterylizuje i kastruje wszystkie psy i koty pałętające się po obejściu, tarnikuje końskie zęby i przycina pazurki.
Za to na terenach z wielkimi farmami mlecznymi są lekarze weterynarii przylatujący na wizyty własnym samolotem!!!! Uwierzycie!!!? To jest dopiero praca :D Strasznie bym chciała być weterynarzem w Australii :D Ciekawe czy wysiadają z tych swoich pięknych awionetek w gumofilcach :)

IMG_8342
My póki co leczyliśmy dwie wielkomiejskie kobyły, które zdecydowanie wciskają swoje kopytka nie tam gdzie trzeba. Jedna praktycznie odcięła sobie piętkę, druga oskalpowała śródstopie… Nie było to leczenie godne pieśni i gratulacji. Charlie szybko i ładnie wyzdrowiała, Lyric galopuje po padoku powiewając ochłapem obumierającej skóry…, ale widać maść i antybiotyki trzymają zakażenie w ryzach, bo nawet nie kuleje.

IMG_8518

nieliryczna rana Lyric

Opatrywanie obolałych, przerażonych koni, gdy ma się do dyspozycji tylko przeterminowaną 10 lat acepromazynę oczywiście nie próbowaliśmy jej użyć) , oraz “sianko, jabłuszko, marchewkę”, właściciele nie zgadzają się na założenie dudki, a koń usiłuje zabić siebie i wszystkich wokół przy próbie wywiązania mu jednej z nóg, jest zajęciem raczej kaskaderskim, niż weterynaryjnym. Jednak mimo nieudolnego leczenia. pacjentki wracają do zdrowia. Dużo lepiej poszło nam z Buddy’im.

IMG_8477

Buddy :) pełnia szczęścia, klepią po brzuchu!

Buddy to szalony szczeniak z grzybicą :) Po trzeciej kąpieli nawet pogodził się z losem, i przestał udawać, ze ma wodowstręt i jest pierwszym w historii Australii przypadkiem wścieklizny.

IMG_8480pierwsze co Buddy robi po uwolnieniu z leczniczej kąpieli to: pędzi wytarzać się w końskiej kupie :) Ale i tak jest kochanym misiaczkiem :)

Tak wygląda praca farmersko weterynaryjna. A teraz- jak wygląda praca “od kuchni”? W końcu farmerzy nie żywią się tylko i wyłącznie swoimi cielakami i kangurami.
Zakupy robi się raz w tygodniu. Przez telefon. Żadnych wycieczek pomiędzy regałami supermarketów, żadnych spontanicznie-idiotycznych decyzji, kupowania w afekcie, “niewiarygodnych przecen” i “super promocji”. Raz w tygodniu trasę 1500 km między Ceduną a Norsemen pokonuje specjalny TIR z zakupami. Gdy przejeżdża w okolicy danej farmy centrala dzwoni do zainteresowanych rodzin i mówi im, o której godzinie powinni wyjechać na autostradę odebrać swoje paczki. Jeśli czegoś zapomnimy- mamy poważny problem :) W TIRze można jednak kupić wszystko. Alkohol i papierosy zamawia się legalnie, telefonicznie, marihuanę bezpośrednio u kierowców… Naprawdę, tam gdzie są ludzie, tam są narkotyki….

IMG_8344
Poczta również przyjeżdża raz w tygodniu, w wielkim, stylowym worku wielorazowego urzytku. Carol romantycznie mówi, że “w ten sposób otrzymują listy”, Russel mruczy, że “wory z rachunkami”. Mnie najbardziej cieszą całe stosy prenumerowanych gazet. Mają tu np. magazyn “Outback”, traktującym niemal wyłącznie o życiu w outbacku właśnie, nie jest jednak czasopismem farmerskim, radzącym jak mordować króliki, tylko eleganckim magazynem “life stylowym”. Widać w buszu też można, i należy żyć modnie, pięknie i stylowo, ćwiczyć jogę, gotować karczochy i hodować frezje :) Australijska wersja “National Geographic” zaś nie ma żółtej ramki! Ma za to logo z dziobakiem :)

IMG_8346
Dzieciaki uczą się oczywiście przez internet. A żeby nie rozpraszało ich “domowe życie” i TV- chodzą do szkoły :P O 7 rano (nieludzko) marudząc wychodzą z domu i idą do położonego kilkadziesiąt metrów dalej baraku-szkoły. Nawet 4letni Kevin musi się uczyć (co jest wg mnie mocną przesadą, ale australijski rząd uznał, że lepiej żeby dzieciaki siedziały przed komputerem, niż telewizorem). Każdy ma swoje biurko, na drewnianych ścianach wiszą dyplomy, plakaty, tablice edukacyjne i ich rysunki. A co najwspanialsze- mają całe stosy kredek, bloków, wycinanek, kolorowych papierów, farb do szkła, akwareli, pasteli…. Mają wszystko! (i wieczorami entuzjastycznie te skarby urzytkuję!) Internetowo-barakowa edukacja trwa do 14 roku życia- później toczy się w szkołach z internatami.

P1030885
Dzieciaki z buszu zasługują na osobny post, ale że ja się z natury boję dzieci, na bloga również ich nie wpuszczę. Dobrze jest jednak być dzieckiem z buszu. One nie mają rybek, czy chomików- mają własne konie. Siadają za kierownicę gdy tylko są w stanie jednocześnie patrzeć na drogę i wciskać pedał gazu. Jeżdżą na crossowych motorach częściej, niż na rowerze. I są bardzo samodzielne. I bardzo wytrzymałe. Kilka dni temu Kevin wywalił się na rowerze tak, że mnie zabolał sam tego widok. Mały wstał, otrzepał się, i z piskiem zawołał, czy widzieliśmy jak fajnie przeleciał nad kierownicą :)

IMG_8447
Gdyby jednak latanie nad kierownicą, jeżdżenie crossem na przełaj przez busz, albo galopowanie na oklep dookoła podwórka skończyło się poważniej niż paroma siniakami- interwencja lekarza zabolałaby firmę ubezpieczeniową. Outbackowe wypadki leczą “latający lekarze”. I, wg. Carol, tendencja jest taka, aby wyposażać samoloty “we wszystko”. Tym samym kiedyś lekarze latali awionetkami zdolnymi wylądować niemal wszędzie, a teraz kolubrynami, które bardzo często nie są w stanie wylądować tam, gdzie są akurat potrzebne i super nowoczesna akcja ratunkowa kończy się tak, że ciężko rannego wiezie się podskakującym pickupem kilkanaście kilometrów przez busz do samolotu. Zwykle jednak ludzie ratują się sami. Carol nie czuje prawego kciuka, bo kiedyś zbyt zamaszyście kroiła kolację. Nerwy zniszczyła nieodwracalnie, ale trzeba przyznać, że pięknie się pozszywała. Sama. Bez znieczulenia. Russel ma gigantyczną bliznę na nodze, bo kiedyś wbił sobie w udo maszynkę do golenia owiec. Podobno krwawiło i bolało jak cholera, ale że wciąż mieli dużo owiec do ostrzyżenia to zrobił sobie ze spodni opaskę uciskową i golił dalej. (jeśli więc któraś czasami zastanawia się “gdzie ci mężczyźni… prawdziwi tacy…”- w outbacku :D)

Do Eucli lekarz przyjeżdża raz w miesiącu. Jeśli któryś z farmerów nie wstrzeli ze swoją chorobą w ten termin… leczy się sam :) To bardzo samodzielni ludzie :)

IMG_8456

Wydawać by się więc mogło, że każda farma jest prywatną bezludną wyspą, gdzie nawet diabeł nie mówi dobranoc, bo mieszkańcy to zbyt mała grupa docelowa by sobie ich duszami głowę zawracać. Otóż nie! Oczywiście nie wierzyłam, gdy Carol marudziła, że “ciągle tylko goście i goście… ile można pić kawy i siedzieć w kuchni?!”. Bo jacy goście? Skąd niby? Tymczasem praktycznie codziennie ktoś wpada na krótszą lub dłuższą wizytę, bo…. są jedynym znanym miejscem, gdzie można zajechać, usiąść i pogadać, odpocząć podczas przejeżdżania 1500 km piekielnie nudnej drogi. Tym sposobem nawiedzają ich znajomi, znajomi rodziców, znajomi znajomych, znajomi znajomych rodziców, znajomi znajomych znajomych z Facebooka… Pewnego dnia przyjechało do nich 18 niezapowiedzianych gości :) Kto w Warszawie ma tak kwitnące/dreczące życie towarzyskie? Mi zwykle zgranie grafików umówienie się z kimś na kawę zajmowało 2 tygodnie :P (chyba, że ktoś tańczył tango- wtedy 2 dni :P).

P1030555
Wychodząc z domu niemal zawsze widzę orły australijskie kołujące ponad naszym domem- orły walczące z porywistym wiatrem pod kłębami ołowianych chmur, lub szybujące majestatycznie na lazurowym niebie.
Pierwszego dnia jadąc na rowerze spłoszyłam stado kangurów. Uciekały wzdłuż drogi. Więc trochę się pościgaliśmy :) Oczywiście kangury wygrały! Ale to było “coś”! Pędzić na rowerze przez busz, goniąc ogromne, kosmate, szare kangury!
Najwspanialsze są jednak konie. Wyłaniające się nagle z buszu, w pełnym galopie, mknące przez płaską jak stół równinę. Z rozwianymi grzywami. Wolne, swobodne, półdzikie. Silne. Niezależne. W takich momentach zwykle na niebie pojawia się tęcza :D Kto by szukał kiczu jak z obrazka, na tej jałowej, wyschniętej ziemi?

IMG_8522

Read Full Post »

To jest “Lady Miracle”. I glista, którą z niej wczoraj wyciągnęłam.

IMG_5171

Historia “Lady M.” zaczęła się przed wczoraj. Przyjął ją nasz nowy vet-wolontariusz z Australii. Ocenił, że kociaczek jest dramatycznie niedożywiony, lekko odwodniony i zaniedbany. Podał jej nieco płynów s.c, pastę odrobaczającą p.o, zalecił kontynuację nawadniania przez kolejne 3 dni i wysłał do domu.

Wczoraj trafiła do mnie. Z odbytu sterczały monstrualnie trzy, zaklinowane glisty. Odrobaczenie zadziałało. Tyle, że umierające pasożyty postanowiły zabrać ze sobą i żywiciela.

IMG_5172

Na zdjęciu widać tylko jedną glistę, bo w pierwszym odruchu wywaliłam wszystko do kosza, i dopiero po chwili olśniło mnie, jaką wartość edukacyjno-poznawczą może mieć podobna fotka. To była jedyna reprezentantka, jaką udało mi się wygrzebać spomiędzy śmieci.

Nie ratowałam kociaka. Robiłam zdjęcia.

Dzieciak miał ok 4 tyg, ważył 210 g (z robalami, więc bez pasożytów pewnie niecałe 200); był półprzytomny, bezwładny, dramatycznie odwodniony, biały jak kreda. Ledwie oddychał. Stygł.

Nie miała szans.

Po historii z “panleukopeniowymi kociakami” postanowiłam sobie, że nie będę się już nigdy więcej tak angażować emocjonalnie, i wkładać w tą pracę całego swojego głupio-idealistycznego serca, bo ryczenie nad własnoręcznie uśpionym kociakiem nie jest ani dojrzałe, ani profesjonalne.

Tajowie nie uznają eutanazji. Chciałam więc “nie przeszkadzać” Lady M. w umieraniu. Poczekać, aż zgaśnie.

Skończyło się jak zawsze, bo przecież- nie zaszkodzi spróbować ocalić kocie życie.

IMG_5173

Kotka była dramatycznie odwodniona. Najmniejszymi venflonami jaki mamy w lecznicy są “żółte”. Jedynie żyła jarzmowa nadawała się do założenia kateteru (przynajmniej z moimi ograniczonymi umiejętnościami).

W myśl tutejszej (czyli brytyjskiej) zasady, że “nic nie powinno umrzeć bez sterydu w żyle” podałam wolno 0,1ml dexavenu rozcieńczonego w 0,5 ml roztworu fizjologicznego… i nastąpiło sterydowe zmartwychwstanie. Koty są niesamowite. 7 żyć to nie bajka.

IMG_5176

Podgrzaliśmy ją suszarką… Podaliśmy kolejny ml płynów, tym razem z glukozą i Catosalem (nic się nie dzieje bez Catosalu. Na końcu świata na pewno też stosują Catosal). Lady Miracle na dobre postanowiła wrócić do żywych, i grzecznie zjadła pierwszą porcję Nutri-gelu.

Przez cały wieczór mniej więcej co 1,5 h podawaliśmy jej wolniutko po mililitrze płynów z glukozą dożylnie. Aktualnie mamy tu tylko roztwór fizjologiczny, więc żeby nie dobić jej hipokaliemią dolaliśmy do 0,5 litrowej butelki 3 mEq KCl. Kociak zdrowiał w oczach.

Pełzał po swoim “termoforku” (czyt. butelka z ciepłą wodą zawinięta w ręcznik), jadł grzecznie i z apetytem, zaczął pić z mikro-miseczki. I oczywiście podbił serca całej nocnej zmiany.

IMG_5201

IMG_5200

Przecudownie urocza?

IMG_5205-001

Ooooooooo….. Lady Miracle, Miss Sunshine…

Po kilku godzinach wyglądała na tyle przyzwoicie, że poświęciliśmy dla niej resztkę naszego bezcennego pudru do odpchlenia kociaków. Lady M. była domem dla całej pchlej cywilizacji. Z tak bogatym życiem wew- i zewnętrznym musiała być kredowobiała. Pasożyty dosłownie wysysały z niej resztki życia.

Odważyliśmy się też, i podaliśmy jej troszkę parafiny doodbytniczo. Bo z naszego omacywania wynikało, że stworzenie składa się ze skóry, kości i kupy.

IMG_5187

Strasznie się oburzyła, i nie chciała nam tej akcji ze strzykawką wybaczyć, ale masaż brzuszka załatwił sprawę.

IMG_5184

O północy “Tata Tomek” wymasował z Lady M. kolejną porcję robali.

IMG_5190-001

IMG_5195

(skala z tuberkulinówki)

Zmęczyło się kociątko.

IMG_5193-001

Ale walczyło.

Jadło. Piło. Łaziło chwiejnie na swoich wychudzonych łapkach.

IMG_5203-001

Naprawdę cud! Zmienić trupka w kociaczka-dzieciaczka. Najbardziej czarującą dziewczynkę ever.

IMG_5189

Wiecie jaka to radość? Jaka nieprzyzwoita satysfakcja?

Patrzeć, jak takie stworzenie pełznie po stole i gapi się na świat przekrzywiając łebek, bo jej venflon przeszkadza? Genialnie! Najpiękniejsza rzecz, w byciu weterynarzem! Uskrzydlające!

IMG_5196

Siedzieliśmy z nią do drugiej w nocy. Zostawiliśmy ją żywą, najedzoną, cieplutką… i bardzo zmęczoną, bo “Tata Tomek” i “Tata Chris” trochę przesadzili z głaskaniem :)

IMG_5204-001

 

O 7 rano nie żyła.

Smutne?

STERYLIZUJCIE SWOJE ZWIERZĘTA!

 

 

Właściciele nie zgodzili się na sekcję zwłok.

Read Full Post »

Gdzieś między “chwilami sławy i chwały”, przygotowaniami do wyprawy, a chorowaniem “na wszystko”; w świecie mrozu i świątecznej gorączki- dyżury trwają dalej.

Nie wiem już czy mnie to dziwi, śmieszy, albo bawi. Pewnie tylko kilka historyjek dzieli mnie od pewności, że nie ma o czym pisać. A wtedy blog skona śmiercią naturalną. Być może wtedy też narodzi się mój “chłodny profesjonalizm”. Albo poważna choroba psychiczna.

- Dzień dobry.

- Dzień dobry.

- Ja przyszłam po PORADĘ- panienka podkreśliła z emfazą swe święte przekonanie, że porad udzielamy bezpłatnie, a lecznica utrzymuje się dzięki ciepłym słowom właścicieli i (nieskalanej gratyfikacją finansową) satysfakcji pracowników.

- Mam pieska- kontynuowała- nazywa się Tofi, to jest pinczerek miniaturkowy(pisownia oryginalna), i on kaszle.

- (tu przerwa na chwilę kłopotliwej ciszy, w której autorka nie popisała się “elokwentną mową fatyczną”)

- Przyszłam po poradę, co ja mam z tym zrobić- wyłożyła niecierpliwie panienka.

- Rozumiem. Niestety kaszel jest objawem wielu chorób, i bez zbadania pani pieska ciężko mi będzie udzielić pani skutecznej porady.

- Ale on nie jest chory. On jest całkiem zdrowy. Tylko kaszle.

- Może się przeziębił?
– Nie.

- ?

- On tak kaszle od marca.

- ???? I przez te 9 miesięcy nie była z nim pani w żadnej lecznicy?

- Byłam.

- Postawiono jakąś diagnozę? Był leczony?

- Nie. Lekarz go zbadał, i kazał zrobić RTG płuc.

- A ma pani opis tego zdjęcia?

- Nie. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

- ?

- Więcej już do tej lecznicy nie poszłam.

Koniec aktu… kolejnego.

CatVersusHuman-PlayWithMe

źródełko obrazkowe: http://catversushuman.blogspot.com/

Read Full Post »

Oswajam kota.
Fakt, że któryś z bezdomnych podopiecznych pani G. trafi ostatecznie w moje skromne cztery ściany (gdyż staropolska fraza „pod dach” byłaby dużym nadużyciem wobec lokum, w którym koczuję) był oczywistą oczywistością. Sukcesywnie znoszone koty: prychające, kaszlące, kichające, zasmarkane i załzawione nieprzerwanie kolonizowały szpitalne klatki. Brudne, chore, dzikie…. Patologiczny zespół cech, którym nie mogę się oprzeć. Ponadto, okazało się, że poza jedną, przepiękną trójkolorową czarownicą są nie agresywne. Były nawet „ostrożnie milutkie”. Nic tak weterynarza nie uspokaja jak świadomość, że codzienne sprzątanie klatek i podawanie zastrzyków nie będzie regularną walką albo misją grożącą utratą znacznej ilości krwi, oczu, a w porywach życia.


Miłe, urocze kotki. Z lękiem pozwalające pogłaskać się po główce. Nieśmiało mruczące przy drapaniu za uszkiem. Spokojne, grzeczne kotki. Już drugiego dnia, najspokojniejsza, najgrzeczniejsza koteczka zwiała mi pod szafki. Tak się kończy niedocenianie kocich złośliwości. Szykując się na dłuższą zabawę nakarmiłam resztę towarzystwa, po czym uzbrojona w mopa klęknęłam pod zlewem. Kotki nie było. Sprawdziłam drzwi- niezmiennie zamknięte. Obite srebrzystą blachą, niczym śluza kosmicznego okrętu. Zajrzałam pod szafki drugi raz… żadna materializacja nie nastąpiła. Sprawdziłam pod zlewem- bez efektów. Zajrzałam za półki- pusto. Otworzyłam wszystkie możliwe drzwiczki i schowki, na wypadek gdyby istniały tajemnicze połączenia i kocie korytarze między tylnymi ścianami mebli a podłogą… nie ma. Sukcesywnie podnosi mi się tętno, poganiane batem rosnącej paniki. Kici kici!!! Kici kici koteczku! Kici kici do jasnej cholery! Przecież nie mogłam zgubić na dyżurze kota z Fundacji! Przecież nie wyparował… Parowanie! Właśnie! Sprawdzam wewnątrz autoklawu… choć nie wiem jakim cudem kot miałby sforsować pancerne drzwi sterylizatora… Jestem o krok od szukania jej w sejfie na leki anestetyczne… Może podejrzała wystukiwany kod i małą kocią łapką otworzyła zamek, a potem zminiaturyzowała się do wymiarów myszki japońskiej aby schować się za thiopentalem… Kici kici… błagam cię kocie! Wpełzam pod zlew zamiatając włosami półroczny osad kurzu i…. jest!!! Spod rury odprowadzającej wodę ze zlewu wystają kocie łapki. W głębokim cieniu śledzą mnie szeroko otwarte oczy. Rury obudowane są ciasno płytami w kolorze szafek, tak ciasno, że nie mam najmniejszych szans na wprowadzenie tam magicznej pomocy poskramiającej, czyt. trzonka mopa… Kici kici… by cię kurde szlag jasny! Wypełzam spod szafy usiłując znaleźć na suficie błyskotliwe wyjście z sytuacji.
1. Mogę zamienić się w profesjonalnego przyrodnika/tropiciela i spędzić kolejne 5 godzin dyżuru w bezgłośnym bezruchu oczekując, aż kot wyjdzie zwabiony mlaskaniem kolegów, a wtedy ja, od 5 godzin sprężona do skoku, złapię ją za kosmaty kark i właduję do klatki… 5 godzin identyfikowania się z trampami z książek Londona, Curwooda tudzież pana Szklarskiego; bawienia się w Aragorna lub Davida Attenborough; ćwiczenia cierpliwości niczym pokorny adept filozofii zen- oczywiście bez gwarancji, że po 5 godzinach kot zechce się ruszyć…
2. Mogę wybić na nieszczęsnej obudówce dramatyczne stacatto, opukać ścianki i zasadzić im lekkiego kopa, żeby kot, w obliczu lokalnego trzęsienia ziemi i końca świata, w panice wybiegł szukać bezpieczniejszej kryjówki… i znalazłby ją w moich ramionach! Ten pomysł natychmiast wprowadziłam w życie! Jak przystało na błyskawiczny, genialny plan- zawiódł.
3. Mogę zadzwonić do dr Hard Rock, ugruntować swoją pozycję niedoświadczonej sierotki i wysłuchać uspokajających słów, że przecież kiedyś wyjdzie, nie uciekła daleko. Taki telefon na pewno magicznie sprawiłby, że ostatecznie złapanie dezertera spoczęłoby na barkach dr H-R, tytana pracy.
4. Mogę zadzwonić do szefa i zagrać zagubioną w życiu i lecznicy sierotkę, której zwiał pacjent. Dr. Szef na pewno doceniłby tą historię, jako człowiek z bujnie rozwiniętym poczuciem humoru…. jakby nie patrzeć zlew jest częstym bohaterem moich pokracznych przygód.
5. Mogę zadzwonić po kolegę, odegrać powyższe i modlić się do jego męskiej McGaiverowatości…
Z przyczyn oczywistych wszystkie powyższe opcje nie wchodziły w grę. Nawet jeśli pierwsza z nich była całkiem rozsądna.
Obejrzałam dokładnie nieszczęsną obudówkę i, pedantycznie domykając kosmiczne wrota, wymaszerowałam do pomieszczenia technicznego. Wróciłam z naręczem kluczy, kombinerek i śrubokrętów. Kot i ja- ostatnie starcie. W radiu, z fenomenalnym wyczuciem chwili zadudnił kawałek „Eye of the Tiger”. Oczywiście żaden z kluczy nie pasował do zastosowanych wkrętów… Na szczęście śrubki rozwiązały sprawę. Wraz z szorstkim chrzęstem odciąganej od ściany sklejki światło dzienne, i moje ręce dopadły koteczkę! Nie protestowała. Spojrzała zrezygnowana spod zakurzonych rzęs. Wibrysy, oblepione kurzem sterczały jak czułki zmęczonej ćmy.
Wpakowałam kota za kratki, i zabrałam się za skręcanie mebli. Montaż, demontaż, zrób to sam… Nie ma to jak majsterkowe wprawki przed śniadaniem.

Od tego czasu bardziej na nią uważałam. Mała czujna paskuda. Łagodna, delikatna, nadstawiająca się do głaskania, i obracająca brudnym brzuchem do góry, gdy wiedziała, że czekają ją zastrzyki. Rudo-szaro-białe stworzenie. Biel w tym układzie była umowna. Już po pierwszym dniu przestała kichać krwią, po kilku kolejnych mały nosek przestał kipieć glutami, a kot z siedmiu charczących nieszczęść zamieniła się w przyjemne zwierzątko. I kiedy po sterylizacji zaczął tykać zegar jej powrotu „do domu” czyli dziurawej szopy, obudził się we mnie wolontariusz-ratownik. Od razu posłużył się bronią masowego rażenia pod nazwą facebook(notatka „ziemia-kosmos” nie dosięgnęła żadnego celu), po czym wykonał telefon do najbliższego kolegi, o wrodzonej wrażliwości do pazurzastych futerkowych. Kolega zadzwonił do mamy, o wrodzonej wrażliwości do biednych futerkowych w potrzebie. Ustalili, że jeśli kotka faktycznie jest ładna, a przy tym wysterylizowana, wyleczone i zaszczepiona, to będzie gwiazdkowym prezentem dla rodziców. O ile do tego czasu będzie kotem, który „potrafi się zachować”.
Dlatego oswajam kota. Nie ma to jak odpowiednio dobrać sobie obowiązki. „Oswajam kota”. Tęsknię za jakimkolwiek stałocieplnym zwierzątkiem odkąd mój poprzedni kot, po wakacjach w rodzinnym domu z ogródkiem, trawnikiem i drzewami do wspinania walnie zaprotestował przeciwko mieszkaniu w bloku i dostał depresji. Chwilowo więc mam kota. Kotka chwilowo nazywa się Milonga, nawiązując do mojej wielkiej miłości do tango. Na szczęście tangowe nazewnictwo nie grzeszy porywającym brzmieniem- by zrównoważyć porywający pasją taniec. Imię nie było dylematem. Gdyby nie byłą Milongą, byłaby Sacadą 
Przywiozłam ją do domu, fundując jej niezapomnianą gehennę jazdy w konserwie przedpotopowego autobusu i przepełnionego metra, huki, gwizdy, trzaski, kwieciste wiązanki młodzieży i emerytów, a na koniec obijanie w rytm zmarzniętego marszu. Postawiłam kontenerek na środku pokoju, otworzyłam drzwiczki, pogłaskałam przestraszone zwierzątko… miseczki ustawiłam pod jedną ścianą, kuwetę pod drugą, poruszając się możliwie jak najciszej i jak najspokojniej pod przestraszonym spojrzeniem Milongi… gdy tylko wyszłam z pokoju czmychnęła za szafkę. Przesiedziała tam cały wieczór. Owszem, pozwalała się głaskać. Nie, nie drapała gdy przyciągałam ją bliżej siebie. Tak, czasami delikatnie mruczała. Nic nie zjadła. Sama nie ruszyła się nawet o krok z bezpiecznego zaułka.
Wychodziłam do pracy ze świadomością, że dzisiejszy dzień będzie „próbą demolki”. Moja mama zapewne uznałaby, że nieprzewidywalny kot jest najlepszym przyjacielem porządku. Strażnikiem czystości. Kapłanką pedantyzmu. Na wszelki wypadek nastąpiła wielka repatriacja kolekcjonowanych od tygodnia kubków od kawy i naczyń wszelakich do kuchni, ubrania emigrowały do szafy, biżuteria, kosmetyki i długopisy zadziwiająco szybko odnalazły swoje miejsce a ostre przedmioty bezpieczną przystań. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów żadna szafka czy szuflada nie ziała nieestetycznie rozchalapionymi drzwiami… cud. Na wszelki wypadek pożegnałam czule storczyki.
Wraz z zamknięciem drzwi zatrzymałam czas. Po powrocie zastałam pokój w tym samym nienaturalnym ładzie… Żadnej przewróconej doniczki, wywleczonej spod kanapy skarpetki, strąconych z półek bibelotów… jestem pewna, że ilość i układ granulek karmy w misce również pozostał niezmieniony. Mila siedziała za szafą. Nieporuszona. Zaklęta. Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Przestraszone spodki źrenic. Czarne ślepka płomykówki. Mała, skulona sówka. Pomruczała uprzejmie, gdy zaczęłam ją głaskać.
Kolejny dzień niczego nie zmienił. Poważnie zaczęłam się bać, że nie mogę poświęcić jej wystarczającej ilości czasu. Może zbagatelizowałam sprawę. Zdecydowanie zbagatelizowałam sprawę. Milonga ma jakieś 9-10 miesięcy. Niby młodziutka, ale już ukształtowana. Z bagażem doświadczeń. Człowiek karmi, człowiek bije. Człowiek przynosi mleko, człowiek ciska kamienie… Dziecko ulicy z sobie tylko znaną historią. Większość z nas ma zakorzenione przeświadczenie, że dziki kot, to agresywny kot. Przestraszona furia, zjeżone wcielenie agresji. Kły i pazury. Niski, narastający głęboki mruk, rosnące napięcie, mięśnie pod skórą napinają do granic sprężynę ciała, szerokie źrenice śledzą najdrobniejszy ruch. Uosobienie czujności. Chwila Twojej nieuwagi. Atak. Krew, łacina i łzy… tak w moim mniemaniu wyglądał dziki kot.
Milonga jest inna. Milonga pozwoli się pogłaskać. Nie będzie protestować. Położy się na dywanie. Będzie posłuszna. Zamruczy z grzeczności. Poczeka. Poczeka aż skończę i będzie mogła czmychnąć za szafę. Będzie tam siedzieć, aż wyjdę lub zasnę. Jeśli znów podejdę, znów pozwoli mi się wytarmosić. Jest grzeczna. Żadnych emocji. Ani strachu, ani radości. Żadnego ruchu, ani aprobaty, ani ucieczki. Żadnej intencji. Jest bierna. Jest absolutnie, niemal autystycznie bierna. Wycofana poza jakiekolwiek granice szans na nawiązanie kontaktu. Pozwala się dotknąć. Przecież i tak nie ma wyboru. Mała, kocia dziwka. Położy się przy nodze, zniesie wszystkie niechciane pieszczoty, zamruczy w udawanym zadowoleniu- przecież staram się, żeby było jej dobrze. Nie mam z nią najmniejszego kontaktu… Żaden ze mnie zaklinacz kotów. Kici kici zrób coś! Milonga, Mila, Miluś, Milak, Milano, Milka, Milenka… gadanie bez sensu nigdy nie sprawiało mi problemu. Kot patrzy na mnie ze znudzonym pożałowaniem.
Weekend przyniósł zmiany. Może kot się znudził. Może w końcu „oswoił przestrzeń” (wiele do oswajania nie miał). Może uznał, że jednak z dwojga złego lepiej siedzieć w pokoju w towarzystwie… Dni wolne mają jakąś tajemniczą właściwość kompresji czasu. Uruchamiają jakiś akcelerator godzin, i nagle okazuje się, że to już nie jest sobotni poranek tylko niedzielny wieczór, a rola mieszkania znów ograniczyła się do łóżka i prysznica, a w założeniu porywające cierpliwością i spokojnym oddaniem wielogodzinne oswajanie kota nie zmieściło się w planie. Niemniej kot się zmienił. Może zmieniła taktykę? Gdy otworzyłam drzwi dreptała masochistycznie po szczątkach strąconego z półki kufla, stemplując wykładzinę skaleczoną łapką. Zamruczała powitalnie. Podeszła do wyciągniętej ręki. Bez większych protestów pozwoliła sobie opatrzyć drobne skaleczenie. Zjadła z apetytem kolację. Cud! Zaczęła wychodzić do mnie zza szafki! Taki kochany koteczek!!!!
W poniedziałek, po kilku upojnych godzinach asystowania przy operacjach, prawie spóźniam się na randkę we własnym mieszkaniu. Nieważne, że włosy mam potargane, a makijaż „zmęczony”… jest cudownie. Wypiliśmy dobrą kawę, w kieliszkach czeka wino. Późny grudniowy wieczór. Na zewnątrz zacina deszcz. W moim oknie nad dachami Ursynowa śliskie ulice odbijają mdłe światła latarni. On zapala świeczki. Poziom romantyzmu w powietrzu sięga granic mojego zakresu tolerancji. Właściwie atmosfera jest już tak gęsta, że czuję się nieswojo we własnym pokoju. Nieco więc desperacko wbiegam na „mój teren”, i mówię „Przecież Ty jeszcze nie widziałeś mojego tymczasowego sierściucha! Mila! Kici kici! Chodź tu ślicznotko!” Milonga stanęła na wysokości zadnia. Wyszła zza szafy. Wytrzewiona. Stanęła w świetle świec, i zamruczała.
Jestem skazana na randkowanie z weterynarzami. Może tylko patomorfolodzy, oddział kryminalny i pracownicy prosektoriów znieśliby takie atrakcje na randkach. 23 w nocy. Z kociej, pooperacyjnej rany wyrasta kłąb zakrwawionego tłuszczu, jak upiorny kalafior. Subtelna i delikatna tancereczka tango, z kilku gazików i beżowej pończochy kleci opatrunek dla niemal wypatroszonego zwierzaka. Jej długie włosy o złotawych refleksach wiszą nad zakrwawionym brzuchem rudawej koteczki o bursztynowych oczach… wszystko w pełgającym blasku świec. Tycjan byłby zainspirowany. Na szczęście mój ukochany jest człowiekiem o niezachwianym spokoju. Precyzyjnie i starannie majstruje kołnierz ochronny ze starego rtg mojego barku, biurowych zszywek i plastra. Kot, opakowany jak materiał wybuchowy albo chińska porcelana, maszeruje obrażony za szafę. Jej oczy mówią „zdradzona”, „oszukana”, „upokorzona”, „skrzywdzona”, „ośmieszona”, „torturowana”, „nieszczęśliwa”… i wiem, że całe oswajanie na nic.
Następnego dnia powtarza wędrówkę „spacer-metro-spacer-autobus-spacer” i znów ląduje w lecznicy. Dr Szef wciąż pewny, że mój opis sytuacji jest przekoloryzowany, każe mi czekać aż sam oceni sytuację i zdecyduje, czy reoperacja jest konieczna; po czym niekoniecznie cenzuralnym komentarzem wysyła kota pod skalpel. Dr Szef nie może się nadziwić. W jego długiej karierze specjalisty od rozrodu zwierząt widział wytrzewienie tylko raz, i nie był to jego pacjent. Zaczynam mieć niepokojące wrażenie, że naprawdę ściągam dziwne przypadki. Operacja przebiega jednak pomyślnie i sprawnie, Mila śpi spokojnie podczas gdy dr Szef przeprowadza szeroką liposukcję (skąd u bezdomnego kota takie zapasy energii?!), zakłada pierwsze szwy gdy… odcinają nam prąd. Światła gasną na całym osiedlu. W półmroku grudniowego poranka igła zawisa nad otwartym kocim brzuchem. Operację kończymy w żółtym świetle żaróweczki otoskopu. Nawet świeczka paliłaby się jaśniej.
Cały pooperacyjny wieczór Milonga jest najcudowniejszym z kotów świata. Mruczy, łasi się, kładzie na stopach, pręży i wygina, biega przy nodze… nie wiem w jak dużym stopniu jest to wynik głodu i żebrania o kolacje, lub otępiające działanie relanium, ale jest mi naprawdę miło. Kolega zachwycony uznaje, że to na pewno świadomość, że uratowaliśmy jej życie. Kolejnego dnia Milonga odkrywa, że zakleszczając się między biurkiem a kaloryferem może się wyswobodzić z „pończochy opatrunkowej” (gatta, splot 8, beige). Pakuję ją w profesjonalny, pooperacyjny koci kubraczek. Mila kładzie się demonstracyjnie na wykładzinie, i udaje, że ubranko spowodowało paraliż czterokończynowy. Fakt, kaftanik jest trochę kusy. Ale jest żółty, przez co idealnie pasuje do jej oczu, futerka i dywanu. Wygląda jak bardzo nieszczęśliwa pszczółka. Na studiach uczono nas o izraelskim paraliżu pszczół, Milonga właśnie idealnie reprezentuje wszystkie objawy kliniczne. I, pomijając paralityczną pozycję, jest prześliczna. Patrzy na mnie z wyrzutem, mogącym stopić każde serce. Tak, znów ją skrzywdziłam i zawiodłam. Jako kobieta, nawet wysterylizowana, powinna zrozumieć, że w tą płeć jest wliczone cierpienie dla wartości estetycznych. Poza tym zaczynam tracić cierpliwość do jej masochistycznych rozrywek.
Następnego dnia okazuje się, że mój pomysłowy kot nie da się poskromić byle kubraczkiem, i znalazła sposób na rozdrapywanie ran przez żółty materiał… Mój kot naprawdę nie chce żyć. Mam pod dachem czterołape Emo… siedzi odizolowane pod szafą, patrzy na mnie spode łba, a każdą wolną chwilę spędza na samookaleczeniu… Nigdy w życiu nie spotkałam zwierzaka, tak wytrwałego w
masochizmie, tak uparcie chcącego się wykończyć. Zaczynałam czuć się bezsilna. Po dwóch dniach ekwilibrystycznego wyginania się i owijania wokół nóg krzesła i rur kaloryfera jak futrzany wąż boa szwy poddały się, a Mila osiągnęła cel- znów miała na brzuchu sączącą się, ziejącą ranę…
Zadzwoniłam do szefa z mieszaniną wstydu, strachu i rezygnacji. Naprawdę miałam ochotę w odwecie wywiązać ją na żywca do kuchennego stołu i  zszyć bez znieczulenia… Oczywiście z moim wrażliwym serduszkiem i empatią obejmującą wszystkie sierściuchy tego świata takie tortury nie wchodziłyby w grę, ale luźne wizje snute na temat krwawej zemsty na Milondze miały nieocenioną wartość terapeutyczną. Szef, w blasku swego doświadczenia i autorytetu, zalecił pozostawienie rany do wyziarninowania i jedynie regularne oczyszczanie; oraz leki uspokajające w wysokiej dawce.
Przez kilka kolejnych dni Tomek fiksował na swoich kolanach kota wyciągniętego łapami do góry. Mila leżała z poddańczą biernością leniwie wodząc ślepkami po suficie. Polewałam jej ranę dramatycznie szczypiącym roztworem, a ona mruczała lekko wachlując ogonem. Masochistka. Tylko zakładanie opatrunku psuło jej te rozkoszne minuty sanitarnych katuszy. Ostatecznie postawiła na swoim- najprawdopodobniej będzie jedyną kotką, która po sterylizacji w naszej przewspaniałej lecznicy będzie miała na brzuchu wielką bliznę. Sznyciara.

W czasie gdy Milonga walczyła z procesami gojenia my wypełnialiśmy
wniosek adopcyjny. Nie każdy wie, że adopcja kota wymaga wypełnienia
rzeczonego wniosku i ujawnienia m.in. daty urodzenia i nr PESEL, przy czym
umowa nie ma żadnej gwiazdki chroniącej prywatność danych osobowych.
Prawdopodobnie nikt, poza specyficznym kręgiem kocich aktywistek, nie ma najmniejszego pojęcia o tym, jakie warunki bytowe musi spełniać mieszkanie, oraz jakimi zdolnościami psychofizycznymi musi się wykazać bogu ducha winny człowiek, który chce przygarnąć pod dach zapchleńca z ulicy. Na szczęście dr Hard Rock, jako wieloletni pracownik rzeczonego schroniska, jest ekspertem. Dlatego też piszemy, że Tomek posiada:
– Przestronną, własną, spłaconą już kawalerkę- jak przystało na ubogiego, małomiasteczkowego studenta (spłacone mieszkanie jest gwarancją, że przez najbliższe 25 lat kot nie dozna stresu związanego z przeprowadzką)
– Kawalerka jest na 9 piętrze (ponieważ mieszkańcy lokali od parteru do 4 piętra wykazują patologiczne chęci do wypuszczania kota na dwór)
– We wszystkich oknach są kraty (aby kot nie wypadł z okna w czasie drzemki na parapecie)
– Nie ma roślin doniczkowych (stanowiących zagrożenie toksykologiczne ze względu na liście, pędy czy kwiaty, nawozy, ryzyko wypicia wody do kwiatków lub zjedzenia gleby. Ponadto spadająca z półki doniczka może roztrzaskać kocią główkę… na śmierć)
– Nie ma wysokich mebli- aby kot nie połamał się spadając z wysokiej półki
– Nie ma niezabezpieczonych kontaktów (kot może wsadzić tam łapkę i doznać zagrażającego życiu porażenia)
– Nie ma innych zwierząt- zarówno psy jak i inne koty, papużki czy rybki w akwarium mogą zachowywać się agresywnie wobec przybysza, a niekorzystna hierarchia stada prowadzi do stresu socjalnego, będącego punktem wyjścia dla całego szeregu zaburzeń psychofizycznych
– Jest nienaganny porządek (bałagan to ryzyko połknięcia ciała obcego, zatrucia, zakrztuszenia, astmy wywołanej kurzem i roztoczami, chorób oczu i skaleczeń łapek)
– Tomek posiada stałą pracę (jak każdy porządny ubogi student), przynoszącą mu comiesięczny dochód powyżej średniej krajowej (jak każdy porządny ubogi student)- ponieważ płynność finansowa gwarantuje możliwość zapewnienia kotu opieki weterynaryjnej oraz karmy z najwyższej półki
– Tomek ma dobrą opinię wśród sąsiadów, nie imprezuje w mieszkaniu, rzadko miewa gości-kolejna rękojma ograniczania stresu w życiu kotka
– Tomek jest homoseksualistą- z bliżej nie wyjaśnionych nam przyczyn szefowa fundacji twierdzi, że związki młodzieży heteroseksualnej są znacznie bardziej niestabilne i krótkotrwałe niż homoseksualistów, co powoduje stres i tęsknotę kota po utracie „swojej pani”. Z również niewyjaśnionych przyczyn szefowa nie uważa aby ewentualna utrata „drugiego pana” była dla kota stresująca. Trudno nam ocenić czy to promowanie czy dyskryminacja.
– Tomek korzysta tylko z komunikacji publicznej, ponieważ najwięcej wypadków w czasie przejazdów, odjazdów i dojazdów dotyczy kierowców samochodów osobowych
– Tomek nie podróżuje, nie uprawia niebezpiecznych sportów, nie pije alkoholu, nie pali papierosów. Jego hobby to szachy (zestaw z na tyle dużymi pionkami, by kot nie mógł ich połknąć) i gra na skrzypcach (nie za głośna)
– Tomek nie był karany (ostatecznie nie wszystko co zeznaliśmy jest bujdą)
– Tomek nie zamierza opuścić kraju przez najbliższe 25 lat (jakkolwiek koty rzadko kiedy dożywają dwudziestki)
– Tomek zezwala na kontrolę warunków mieszkalnych przez oddelegowane fundacyjne wolontariuszki
Prawdopodobnie trwają próby nawiązania współpracy z lekarzami medycyny pracy, którzy będą potrafili zbadać delikwenta pod kontem zdrowotnych możliwości posiadania kota. Kilkugodzinna wizyta oprócz testów alergicznych przewidywać będzie również EKG, próbę wysiłkową, badanie krwi oraz przeglądowe USG jamy brzusznej w celu wykrycia wszystkich schorzeń mogących zagrozić życiu lub zdrowiu w ciągu najbliższego ćwierćwiecza. W przypadku zaburzeń rytmu serca lub podwyższonego cholesterolu niedoszły właściciel będzie musiał pożegnać się z kotem, gdyż w razie jego śmierci przed zgonem czworonoga zwierzak znów trafiłby na ulicę.
Wizyta i pozytywna opinia psychologa nie jest konieczna. Żaden psycholog nie może równać się bystrością, analitycznością oraz spostrzegawczością z sokolim wzrokiem oraz „trzecim okiem” szefowej fundacji. Absolutnie nic nie jest w stanie umknąć paranoicznej gonitwie jej myśli i obłąkańczych skojarzeń. Niemniej, dzięki rekomendacji dr H-R, moim oświadczeniom, że będę regularnie kontrolować dobrostan Milongi, i powyższemu wnioskowi jakimś cudem ją dostaliśmy. Dla wszystkich innych ludzi, którzy nie spełniają powyższych warunków, bezdomny kot jest w warunkach stołecznych zwierzakiem nieosiągalnie luksusowym..
Jak widać w Warszawie łatwiej jest adoptować dziecko, niż przygarnąć bezpańskiego kota.

W połowie grudnia podwórkowa banda Milongi ostatecznie wróciła na wolność. Według zeznań pani G.-bardzo entuzjastycznie. Tylko bury kotek zwany Jasiem nie chciał opuścić bezpiecznych krat klatki. Jak widać nawet młodym zwierzakom zdarzają się okrutnie pragmatyczne, filozoficzne wnioski, że ciepły kąt i stały dostęp do paszy są ważniejsze niż wolność i wiatr w futerku. Może to właśnie on był potencjalnie najlepiej przygotowanym do życia kotem i najszybciej odkrył istotę kociego szczęścia- pełny brzuszek i ciepłe łapki. Szkoda, że nie udało nam się znaleźć mu domu. Jak nikt potrafiłby to docenić.
Tymczasem ja po raz kolejny wpadłam w świat kociarstwa. Niespecjalnie się broniłam. Naprawdę cieszy mnie fakt, że mam pretekst żeby przez 15 minut zastanawiać się w sklepie czy mój tymczasowy kot wolałby na obiad tuńczyka w sosie krewetkowym czy może cielęcinkę w sosie własnym. Nieistotne, że nie pamiętam kiedy mi się zdarzyło jeść ostatnio cielęcinkę… jeśli gdziekolwiek, to na pewno na święta w domu. Kupuję więc płatki owsiane i jabłko dla siebie, oraz aromatyczne saszetki dla Milongi, po to tylko by odkryć, że ona akurat lubi tylko krowy stare i dojrzałe, a nie ich dzieci. Sos własny zasycha na cielęcince pękając jak spalona ziemia na zdjęciach z głodującej Etiopii. Jak każdy szanujący się kot Mila jest oporna na metody wychowawcze pt . „zgłodniejesz- zeżresz”. Dar mojego serca i portfela kończy w śmietniku a ona tryumfalnie chrupie suchą karmę, po czym ociera się czule o łydkę z mrukiem wbijając mi pazury w stopy. Kładę ją sobie na kolanach. Rozmruczany kot z zachwytem przebija się przez jeansy i entuzjastycznie produkuje zadziory na materiale. Od czasu do czasu udaje jej się podrapać udo. Myślę, że jest o krok od podboju łóżka i wywalczenia prawa spania pod kołdrą.
Nie wiem jak koty to robią. To na pewno tysiące lat wysublimowanego pasożytnictwa na Homo sapiens stworzyło takie potwory. Być może nawet ewolucja stoi za ich wrodzoną umiejętnością robienia „smutnych-niewinnych-skruszonych-ocząt-bezbronnego-kiciusia”. Z pewnością osobniki potrafiące zauroczyć ludzi epoki kamienia łupanego swoimi podstępnymi ślepiami dostępowały zbawiennego zaszczytu spania w ciepłym kręgu ogniska, a tym samym gwarancji przetrwania mrozów zimy. Nie sądzę żeby łowienie myszy faktycznie mogło dać im status zwierzęcia o użyteczności publicznej tudzież domowej. Jako potencjalne źródło estetycznej skórki również nie zaszły by tak daleko- króliki i szynszyle rzadko kiedy pełnią rządy w domu swych właścicieli. Gdy więc psy ostrzegały koczowników przed niebezpieczeństwem, tropiły sarny, ganiały za jeleniami, osaczały dziki, by z biegiem czasu przekwalifikować się na stróżów stad i domów, gońców, ratowników, opiekunów niewidomych i strażników celnych koty ćwiczyły wdzięk, grację i lenistwo. Los nie jest sprawiedliwy.
Niektórzy ludzie nie mają jednak złudzeń w ocenie kociej natury.
– To jakie imię mam ostatecznie wpisać w jej karcie pacjenta?
– No wie pani…. my tak na nią różnie wołamy… i tak nie reaguje  Ale niech pani wpisze Mila!
– Ooo! Też wołam na swojego kota Mila, w ramach skrótu od Milonga. U pana to też skrót od czegoś?
– Tak… od Resident Evil.

Mimo pełnej świadomości, że już w krótce Milonga wywalczyła by prawo do spania w szafie, podbiła moją jedyną poduszkę lub ostatecznie przerobiła przydługą zasłonkę w swoje legowisko i tak bardzo za nią tęsknię. Kot, zapakowany w mało świąteczny transporter, opuścił stolicę by pełnić rolę wigilijnego prezentu. Z kocim, niewymuszonym profesjonalizmem oczarowała nowych właścicieli. Ostrożnie i stopniowo podbiła nowy dom, zaczynając grzecznie od dywanika przed kominkiem by skończyć na kanapowych poduszkach. Dostała piłeczkę. Znalazła przyjaciela. Co prawda czarnobiała kotka Trójnóg darzy ją jedynie wyniosłą ignorancją, ale lekko szalony królik Frofro jest zachwycony. W końcu ktoś chce się z nim bawić w berka!
Teraz nazywa się Milenka.

Read Full Post »

Od dziecka chciałam być „przyrodnikiem”. Miałam pełne szuflady muszelek, piór i liści i dziwnych kamyków. Całymi dniami uganiałam się za wszelkim latającym, skaczącym i biegającym robactwem, skradałam do ptaków i dokarmiałam półdzikie koty, by wieczorami śnić o rejsach z kapitanem Cousteau lub obserwacjach kosmatych ptaków kiwi z sir Davidem Attenborough. Gdy tylko otrzymałam upragnione pozwolenie rodziców zaczęłam jeździć na obozy obrączkarskie i przez kilka kolejnych lat wiedziałam, że ornitologia to moje przeznaczenie. Ornitologia… i podróżowanie, ponieważ coraz dalsze stawały się moje wyjazdy i coraz bardziej nierealne marzenia. Poznawać świat! Od niezmierzonej tajgi, przez szczyty Andów po kolorowe tłumy na indyjskich ulicach. Przejechać go wzdłuż, w szerz, dookoła i zygzakiem. Sfotografować, opisać, opowiedzieć!!!!


I tak postanowiłam zostać fotoreporterem „National Geographic” . Wciąż myślę, że gdybym nie była lekarzem weterynarii byłabym fotoreporterem. Ostatecznie jednak wybrałam weterynarię. Nie wyobrażałam sobie długich lat studiów bez zwierząt, przyrody, magii biologii. I tak rozpoczęło się 5 niezwykłych lat intensywnej pracy, intensywnej nauki i intensywnych wakacji. W czerwcu, razem z przyjacielem, pakowaliśmy plecaki by tuż po ostatnim egzaminie wyruszyć w kolejne „nieznane”. W wakacje byliśmy mistrzami autostopu. Półpustynie Turcji, fjordy Norwegii, szczyty Gruzji i błękit Bajkału… tylko czas ograniczał naszą fantazję. W roku akademickim dostawaliśmy lekcje pokory. Uczelnia, lecznice, staże, praktyki, praca, wolontariaty… Rosnąca satysfakcja, wiara, że nasza nauka i przyszła praca ma sens, może coś zmienić, będzie potrafiła pomóc. Z biegiem czasu pozostało tylko jedno pytanie- czy i jak połączyć weterynarię z podróżowaniem?
Teraz, z dyplomem w kieszeni(metaforycznie), podstawową wiedzą i umiejętnościami, nieskrępowana krótkimi wakacjami, mogę zrealizować swoje marzenie. Podróżować i leczyć. Pomagać zwierzętom na krańcu świata. Dzikim lub udomowionym, rannym, osieroconym, chorym, okaleczonym. Być weterynarzem bez granic.
I o tym będzie rzeczony blog. O drodze, która jest celem. O pracy, która jest pasją. I o podróżach, które są życiem.

Read Full Post »

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 1,216 other followers

%d bloggers like this: