Feeds:
Posts
Comments

Poniższy artykuł został napisany dla magazynu “Weterynaria” i opublikowanym w numerze czerwcowym. Traktuje jednak o zjawisku dotyczącym nie tylko pracowników branży weterynaryjnej, ale szeroko pojętej grupy miłośników zwierząt, dlatego chciałabym udostępnić go większej grupie czytelników.

Temat jest świeży, modny i poważny. Zapraszam do lektury. Z nadzieją na zmianę entuzjastycznych poglądów na trzymanie egzotycznych ssaków w mieszkaniach.

01 (5)

Gdy studiowałam, prowadzone przez jeden semestr wykłady dotyczące chorób zwierząt egzotycznych traktwały w głównej mierze o przypadłościach królików i gryzoni, a moi, nie związani z branżą, znajomi i przyjaciele informacje, że lekarz egzotycznych zwierząt towarzyszących zajmuje się (pomijając węże, legwany i kanarki), szczurami, chomikami i koszatniczkami kwitowali pełnym politowania uśmiechem. Egzotyka była w ZOO i egzotycznych krajach. Na safari w Afryce. W domach pogodnej starości dla tajskich słoni. Nie w miejskich lecznicach.

Studia ukończyłam w 2011 roku. Dawno? Nie dawno? W czasach, gdy po stołecznych salonach krążył artysta z serwalem, nieodmiennie wzbudzając długonogim kotem na smyczy dużo większą sensację, niż swoją niepozorną osobą. Żółwie czerwonolice coraz liczniej wypełzały na brzegi swych nowych, przestronnych “terrariów” w postaci stawów i jeziorek warszawskich parków i zarośli. Żółwie greckie wegetowały pod kaloryferami, ze stoickim spokojem przerzuwając sałatę, okazjonalnie wyskakując z balkonów w ostatnim akcie desperacji ofiar chowu podłogowego. Legwany rosły nieubłaganie, zmieniając się niespodziewanie ze słodkich zielonych jaszczureczek w zdeformowane chorobą metaboliczną kości jaszczury. Króliki miały krzywe zęby i biegunki. Świnki morskie pododermatitis. Koszatniczki zaćmę. Jednym z bardziej egzotycznych gatunków ssaków były afrykańske jeże. Jeże, nie wiedzieć czemu, nie chciały jeść jabłek.

188821_jez-jablko-suche-trawy

www.tapetus.pl

Ile mogło się zmienić przez 4 lata? Pierwszym szokiem po powrocie do kraju było dla mnie wyznanie kolegi, że chce sobie kupić koatimundi. Z całym szacunkiem dla Grzegorza, i zrozumienia faktu, że w społeczeństwie rozwiniętym nie mamy obowiązku znać się na wszystkim, nie przypuszczałam nawet, że dotychczas obojętny na uroki bioróżnorodności tego świata programista komputerowy, zdaje sobie sprawę z istnienia takiego gatunku. A co więcej, chce sobie takie akrobatyczne kuriozum sprawić. Próbowałam mu delikatnie wytłumaczyć, że ostronos w kawalerce może nie być najtrafniejszym pomysłem, a i zakup zwierzaka będzie problematyczny, bo przecież w Polsce ostronosy można pooglądać tylko w ZOO. Grześ roześmiał się okrutnie i odesłał mnie do wyroczni Google. Ostronosy kosztują ok. 1000 zł. Niby trzeba się zapisać po nie w kolejce, ale chyba nie czeka się długo. Wciąż uważam, że w kawalerce będą problematyczne.

03

Kilka tygodni później jedna z czołowych warszawskich przychodni zajmujących się zwierzętami egzotycznymi opublikowała na swoim facebookowym FunPage’u notatkę na temat niepokojącej mody na “małpki towarzyszące”, informując jednocześnie, że pod swoją opieką mają już 7 naczelnych z kilku gatunków. Krótki tekst ilustrowała mozaika portretów marmozet, tamaryn, saimri i kapucynek, które przewinęły się przez gabinet. Wystawienie na sprzedaż tamaryny złotorękiej w sklepie zoologicznym jednej z warszawskich galerii handlowych wywołało sporą sensację i nie mniejsze oburzenie obrońców przyrody. Skandal! Zagrożone wyginięciem zwierze w ciasnej klatce w centrum handlowym?! Jedna, przestraszona małpa była jednak jedynie wierzchołkiem góry lodowej handlu, rozrastającego się błyskawicznie w anonimowej dżunglii internetu.

Moda, popyt, podaż

Skąd i kiedy pojawiła się moda na domowe małpki? Zasiał ją kolejny sezonowy, zamorski celebryta niefrasobliwie pozując z puchatą, słodziutką małpeczką na ramieniu? Odnalazł kreatywny, hipsterski stylista, który w poszukiwaniu inspiracji na “carraibian look” trafił na zdjęcie pirata z dodatkiem w postaci kapucynki na ramieniu? Kogoś wzruszyła żebrząca o drobne małpka, uwiązana kolorowym sznurkiem do straganu przy tłocznej ulicy Bangkoku? Ktoś naoglądał się “Przyjaciół”, „Nocy w muzeum” czy „Alladyna”? Cokolwiek strąciło pierwszy kamyczek- lawina popularności ruszyła. Pazurkowce są idealne.

4709916084_01890a8ddd_o

Rodzina  małp szerokonosych, pierwotnie zamieszkująca tylko lasy Ameryki Południowej, obejmuje najmniejsze małpki świata. Dorosłe pigmejki ważą zwykle niecałe 100g. Największe gatunki tamaryn dorastają do wielkości wiewiórki. Są wdzięczne, ciekawskie i kontaktowe. Mają urocze, drobne, ekspresyjne pyszczki żywych laleczek. Duże, wyraziste oczy. Niemal ludzką mimikę. Rozczulające łapki- kosmate, precyzyjne miniaturki ludzkich dłoni (jedynie palce zakończone są pazurami, nie paznokciami, jak sugeruje nazwa grupy systematycznej). Miękka, puszysta sierść, najczęściej wybarwiona jest z ekscentryczną fantazją. Mają urok maleńkich, bajkowych dzieci lasu… przynajmniej przez te 5 minut gdy z zachwytem obserwujemy baraszkujące rozkosznie maluchy pod czujnym okiem rodziców; bądź tulące się do rąk opiekuna maleństwo.

images (1)

www.animalspot.net

Jak ich nie kochać? Jak ich nie chcieć? (Jest wiele powodów, przez które przeurocze dzieci lasu szybko okażą się bachorami z piekła rodem, internetowe hodowle starają się ich jednak nie nagłaśniać.)

W sieci ogłasza się coraz więcej hodowców małp. Wybór gatunków ustawicznie wzrasta. Obecnie potencjalni amatorzy naczelnych mają do wyboru uistiti białouche, zwane również marmozetą zwyczajną, pigmejki- najmniejsze małpki świata, tamaryny białoczube- skrajnie zagrożone wyginięciem w swoich rodzinnych stronach, tamaryny złotorękie, których łacińska nazwa uroczo nawiązuje do mitu o królu Midasie, marmozety Geoffroya, marmozety czarnouche, tamaryny wąsate i czerwonobrzuche ,czy zjawiskowe lwiatki złotogłowe. Ceny wahają się od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Oprócz pazurkowców można pokusić się o kapucynki, saimiri- niejednokrotnie reklamowane jako “małpka Pippi Pończoszanki” i być może lepiej znana pod tym literackim “pseudonimem”.

08 (2)

Pewne problemy mogą mieć fani szopów praczy, uznanych przez polskie prawo za gatunek inwazyjny, obrót którym winien podlegać ścisłej kontroli. Jeszcze więcej zachodu wymaga nabycie wielkiego kota lub makaka, ale jak entuzjastycznie dowodzi przykład założycieli Projektu Puma- “chcieć to móc”, “Polak potrafi” i nie takie cyrki już ten kraj widział. Cały trik polega na zarejestrowaniu się jako cyrk, wybudowaniu plus/minus rozsądnej klatki o budzących zaufanie ścianach i w naszym ogródku może zamieszkać kuguar, karakal, lew… co dusza zapragnie, a karta kredytowa spłaci. Nikt nie będzie się czepiać, byle miał papiery w dostateczny sposób dokumentujące legalność pochodzenia. “Dostatecznie” nie jest sprecyzowane.Ewentualne uwagi i pretensje bez mocy i znaczenia mogą mieć jedynie konserwatywni sąsiedzi. “Ekolodzy”.” Obrońcy przyrody”. Inne “zielne oszołomy”.

W przypadku mniejszych małp wystarczy dokument potwierdzający zakup zwierzęcia z legalnego źródła, oraz zapewnienie nabytkowi odpowiednich warunków utrzymania. Odpowiednich, czyli jakich? Godnych? Optymalnych? Przyzwoitych? Minimalnych? O ile ogrody zoologiczne muszą spełniać określone dla poszczególnych gatunków zwierzat normy (Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 20 grudnia 2004 r. w sprawie warunków hodowli i utrzymywania poszczególnych grup gatunków zwierząt w ogrodzie zoologicznym), dotyczące m.in minimalnej powierzchni klatek czy wybiegów, oraz ich wyposażenia, przepisy te nie dotyczą osób prywatnych.

07 (2)

Fani kosmatej egzotyki, nie będący amatorami małp, przeglądając szeroką ofertę internetowych hodowli, również nie będą zawiedzeni. Świnki morskie, czy szynszyle to przeszłość, albo nudna klasyka. Teraz do gry wkraczają nowe gatunki. Nie chomiki, a pieski preriowe. Nie szczury, a wielkoszczury. Nie jeże, a tenreki. Fenki. Lemury. Surykatki. Kinkażu. Im dziwniej, tym lepiej. Ostatecznie żyjemy w czasach, gdy konsumpcjonizm stał się nową religią, a oryginalność towarzyskim imperatywem. Czymś trzeba zaskakiwać, skoro tak naprawdę większość z nas dzieli te same lęki, nadzieje, metki, problemy, marzenia i sny, w pościeli z Ikei. Więc może chociaż cudaczne zwierzątko? Może kinkażu? Z czym to się je? Takie oryginalne. Jak koatimundi.

Ty wredna małpo

Zakup jest najprostszą częścią przygody. Często jedyną satysfakcjonującą. Oto i on! Ona! Ono! Słodziutke. Urocze. Zaskakujące. Milutkie. Małpeczka. Tamarynek. Marmozetka. Tylko to głaskać i przytulać.

Z czasem zaczynają się schody. Prędzej czy później z dzikiego, egzotycznego zwierzątka-dzieciątka wychodzi dzikie zwierze, z całym bogactwem jego gwałtownej natury. Zwłaszcza małpy, jak na naczelne przystało, mają skomplikowany charakter i bogaty repertuar zachowań, także tych niepożądanych. Jakkolwiek zwykło się mówić, że wszelkie uogólnienia i stereotypy to zło, szybko można odkryć, co kierowało autorem obelgi “ty wredna małpo!” Empiryzm, bądź wybitna intuicja. W zależności od gatunku w wieku 1,5 roku do 3 lat słodka małpeczka dorasta i w kochanym “dziecku” rodzą się ambicje. Proste i prymitywne, aczkolwiek doskonale ludziom znane, a przynajmniej fanom “Gry o tron”.

04 (2)

Zwierzaczek chce władzy! Dowództwa! Dominacji. W przypadku pazurkowców szczególnie agresywne stają się samice, u kapucynek, makaków i saimiri samce- co wynika z naturalnej hierarchii w dziko żyjących stadach tych gatunków. Bez względu na płeć metody są uniwersalne. Pogryźć, podrapać, sponiewierać, obsikać. Nawet niewielkie tamaryny potrafią być w swoich atakach bardzo zajadłe i zdeterminowane. Ponadto- są sprytne, pamiętliwe i szybko się uczą- co nie ułatwia pacyfikacji takiego przeciwnika. Poza tym- małpy brudzą. Pomimo ich bezdyskusyjnej inteligencji i lotności umysłu praktycznie nie są w stanie przyswoić sobie tego, co młode kociaki łapią wręcz instynktownie. Dla szybkich, mobilnych zwierząt żyjących w koronach drzew kuweta jest pojęciem czysto abstrakcyjnym, a przejmowanie się trajektorią lotu i miejscem lądowania ekskramentów absurdem. Po co? W amazońskiej dżunglii niektóre gatunki tamaryn nigdy nie schodzą na ziemię, zaspokajając pragnienie przez picie wody zebranej w liściach epifitów- to może tłumaczyć ich obojętność wobec stacjonarnej łazienki; jednak nawet dla spędzających znaczną część czasu na ziemi makaków idea toalety jest mglista i trudna do wyperswadowania. Pomijając jednak niefrasobliwą mikcję i defekację, oraz rozrzucanie gdzie popadnie jedzenia i jego resztek- małpy znaczą teren. W przestworzach internetu można się spotkać z teoriami, że małpi węch jest wielokrotnie czulszy niż ludzki, więc o ile nie będziemy maniakalnie sprzątać i maskować wszystkich “znaków” naszych podopiecznych, uda się wypracować satysfakcjonujący obie strony kompromis: małpa będzie czuła się “u siebie”, a właściciel nie będzie czuł zapachów małpy.

Można by polemizować. Nie takie jednak małpki słodkie, jak je malują. I nawet maleńkie sukieneczki nie są w stanie tego zmienić.

baby_skeeter_046

www.marmosetmom.com

Niebezpieczne związki

Utrzymywanie egzotycznych zwierząt może być nie tylko problematyczne, ale i niebezpieczne. Oczywiście pogryzionym czy podrapanym można zostać nie tylko przez złośliwą tamarynę czy koatimundi, ale byle kota z podwórka. Szkopuł w tym, że psy i koty koegzystują z ludźmi od tysięcy lat i nasza długa, wspólna historia nieco “złagodziła obyczaje”. Zwierzęta przebywające w komercyjnej hodowli zaledwie od kilku pokoleń zwykle są bardziej temperamentne. Zwłaszcza odchowane na butelce małpki i lemury tracą wobec człowieka zarówno lęk, jak i respekt, co w dorosłym wieku pozwala im na bezczelne i brutalne zachowania.

Kolejnym czynnikiem ryzyka jest egzotyka życia wewnętrznego zamorskich zwierząt. Z niegojącej się rany kąsanej na przedramieniu pewnej miłośniczki kinkażu wyizolowano nieznaną dotychczas światu bakterię- Kingellapotus, która szczęśliwie okazała się być wrażliwa na znane już cywilizacji antybiotyki. Poważniejsze ryzyko niosą ze sobą przesympatyczne szopy pracze. Są one żywicielami ostatecznymi glisty szopiej: Baylisascaris procyonis. Przypadkowe zarażenie się nim przez człowieka może skończy się śmiercią, lub trwałym kalectwem. Migrujące larwy osadzają się w ośrodkowym układzie nerwowy, gałkach ocznych , nerkach bądź wątrobie, uszkadzając narządy poprzez mechaniczne niszczenie tkanek oraz toksyczne działanie ich metabolitów. Choroba ma ciężki przebieg, leczenie jest trudne i długotrwałe, a dodatkowo, ze względu na zróżnicowane objawy i brak szybkich i jednoznacznych testów diagnostycznych rozpoznanie baylisaskariozy nastręcza poważnych problemów. Szacuje się, że w Niemczech zakażonych B.procyonis jest ok 40% szopów. Co ciekawe w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych opisano występwanie dorosłych glist szopich u psów, dotychczas uważanych za żywicieli paratenicznych pasożyta.

05

Powiew egzotyki w lecznicy nie koniecznie równa się z czarem wakacyjnej przygody… choć niewątpliwie może otworzyć przed lekarzem nowe horyzonty. Jak dowodzi przypadek kinkażu z Kingella potus przy odrobinie dobrej woli właściciela i zacięciu naukowym własnym, można odkryć dla świata nowe, tropikalne gatunki, nie wychodząc z gabinetu. Przede wszystkim jest jednak wyzwaniem, a bardzo często- konfrontacją z tragicznymi skutkami niewiedzy.

O ile błędy w utrzymaniu popularnych gatunków zwierząt egzotycznych są wynikiem rażącej ignorancji właściciela, o tyle w przypadku pazurkowców czy kinkażu na rynku faktycznie brakuje literatury poświęconej ich pielęgnacji i utrzymaniu- zwłaszcza literatury polskojęzycznej. Wymagania dietetyczne, plany profilaktyki chorób zakaźnych, warunki utrzymania, powszechne zagrożenia, tak elementarne kwestie często są dla właścicieli jedną wielką niewiadomą, łataną mitami, “wyczuciem”, “intuicją” i obrazkami z kreskówek- jeże jedzą jabłka, małpy jedzą banany. Tymczasem ponad 60% diety pigmejek w naturze stanowią gumy roślinne, a dieta wszystkich naczelnych w swym zróżnicowaniu wybiega dużo dalej niż jabłko-banan-marchewka-ciasteczko. Wszystkie naczelne wymagają ekspozycji na promienie UVB, z odpowiednich i odpowiednio często wymienianych lamp, a nie przez okno “nooo tak, zamknięte… ale bez firanek”. Ludzki herpeswirus jest śmiertelnie niebezpieczny dla wszystkich pazurkowców. Szopy, kinkażu i koatimundi są bardzo wrażliwe na nosówkę, w ich przypadku ważny jest nie tylko termin szczepień, ale i dobór odpowiedniego preparatu, ponieważ immunizowanie tych gatunków szczepionkami zawierającymi żywe, bądź atenuowane wirusy może skończyć się wywołaniem choroby. Różnic jest wiele. Materiał do opanowania ogromny. Egzotyczny pacjent w “nieegzotycznej” lecznicy może okazać się poważnym wyzwaniem.

02 (5)

W trylogii “Mroczne materie” Phillipa Pullmana każdy człowiek miał swojego dajmona: zwierzę- przyjaciela (często bardzo egzotyczne zwierzę) odzwierciedlające efektownie cechy charakteru swego właściciela. Książka stała się bestsellerem i doczekała wysokobudżetowej ekranizacji z Nicole Kidman i Danielem Craigiem w rolach głównych. Wizja surrealistycznej rzeczywistości pozostaje w wyobraźni na długo. Świat, gdzie po ulicach Oxfordu spacerują gentelmeni z irbisami, damy z lwiatkami na ramieniu, czy młodzież z bazyliszkami w kieszeniach, zostaje w wyobraźni na długo. Jest malownicza. Pociągająca. Inspiruje i zachwyca. Tylko czy wciąż jedynie surrealistyczna?

Z podziękowaniami dla lek. wet. Łukasza Skomoruchy za pomoc w zdobyciu materiału oraz konsultację merytoryczną

Tylko siku

Jak tytuł wskazuje blog porzuca fantasy podróży, marzeń, egzotyki i snów, na rzecz twardej literatury faktu.

Polska.

Łódź.

Czerwiec.

Znana, styrana, piękna spracowaną urodą ambitnej korpo-wyrobnicy ojczyzna, wstrząśnięta i zmieszana przed- i powyborczymi obietnicami i lękami, przyćpana pierwszym słońcem i odurzającą wonią akacji i bzów… (robinii akacjowatych i lilaków, bądźmy profesjonalistami :/). Nadchodzi lato. Wakacje. Przygody.

Możnaby się zapomnieć i wyjechać. W góry, nad morze, nad jezioro… gdziekolwiek poza mury, spaliny, korki na jezdniach i tłumy na ścieżkach rowerowych, dyżury, grafiki, deadline’y, poprawność polityczną, obyczajową i służbową…Wyjechać. Oddać się tej narkotyzującej atmosferze wiecznego lata i absolutnej wolności.

Tymczasem tkwiłam w pracy. Tak naprawdę nie mogę narzekać. Mam wspaniałą pracę. Lubię. Bardzo. Zaryzykowałabym, że kocham, ale nie będę zapeszać. Moje miłości lubią kończyć się melodramatycznymi złamaniami serca :P

Dla młodego lekarza weterynarii na progu swojej wątpliwej kariery zawodowej i niewątpliwie długiej i wyczerpującej wspinaczce ku potencjalnemu awansowi społecznemu, niedziela w pracy nie jest niczym wyjątkowym.

Dzisiejsza niedziela była jednak niezwykła. Obchodzono “dzień Rossmanna”, bądź podobnie brzmiące święto, którego sens, świecka tradycja i obchody straciły dla mnie znaczenie, gdy dowiedziałam się, że organizatorzy nie przewidują darmowych kosmetyków dla pracowniczek naszego wspaniałego przybytku. Nie wiem o co chodziło. Ściągnęło jednak tłumy. Tłumy mnie przerażają.

Po południu ciekawość pokonała jednak aspołeczność i wypełzłam ze swojej ambulatoryjnej twierdzy na zatłoczone alejki ZOO, zobaczyć, co się tak naprawdę dzieje. Może mimo wszystko rozdają gdzieś jakieś kolorowe lakiery do paznokci. Albo chociaż darmowe gofry. Lody? Kanapki? Nie rozdawali. Szybko jednak apokaliptyczne obserwacje kazały mi zweryfikować moje poglądy na temat dramatycznej różnicy kultur między Polakami, a Jawajczykami.

Po powrocie z Indonezji byłam zachwycona. Przyjaciele, specjalizacja, tango, Kraków, dom, Warszawa… Tacy Polacy inteligentni, elokwentni, bystrzy, zabawni, wygadani i niebanalni, ciekawi. Takie te miasta czyste! Porządne! Posprzątane! Tak schludnie, tak interesująco. Nie to, co w tym dzikim kraju smrodu, spalin, ryżu, śmieci, rozmów o ciuchach i obiadach, sikaniu po kątach…. Centra wielkich miast i moja grupa znajomych najwyraźniej nie stanowią jednak wiarygodnej grupy reprezentacyjnej. Omijając prawdopodobnie 3/4 atrakcji, skróciłam swój spacer do minimum i zawróciłam do lecznicy. Uczciwie trzeba przyznać, że wolno wybiegowe pawie były zachwycone.

Odetchnęłam za taśmami zakazu wstępu, odgradzającymi zaplecze. Przedwcześnie. Spod wolier kwarantanny poderwała się kobieta, energicznie zapinając dzieciakowi portki.

– Przepraszam, ale tu jest zakaz wstępu- poinformowałam ją grzecznie, szybko podejmując decyzję, że komentowanie sikania w nasze piękne rododendrony jest poniżej mojej godności.

– Ale on tylko na siku- oświadczyła kobieta.

– Na terenie ZOO są publiczne toalety- odpowiedziałam, skoro już temat sam wypłynął.

– To było tylko siku!- z naciskiem powtórzyła kobieta i pomaszerowała do wyjścia.

Ugięłam się pod siłą argumentu.

Może nie doceniam. Może powinnam się cieszyć, że tylko siku.

0680_b51f

Minęły ponad 2 miesiące odkąd wróciłam.
Nowy etap.

DSC_7177-001

Kiedyś mój egzystencjalny licznik tykał w kierunku “do wielkiej podróży”. Teraz jest już “po”. Trochę melancholijnie. Trochę nostalgicznie. Trochę starczo. Może czas na nowy życiowy cel :P Ambitniejszy tym razem. Rozsądniejszy. Akceptowalny społecznie: do kupna mieszkania; do spłaty kredytu za mieszkanie; do emerytury :P Byle nie: do ślubu/pierwszego dziecka/drugiego dziecka/pierwszej komunii/matury dziecka/studiów dziecka/ślubu dziecka… bez przesady :)
Póki co przeprowadziłam się do nowego miasta. Podjęłam nową pracę. Adoptowałam nowego kota. Zaczęłam nowe życie.
Nie znalazłam drugiej (trzeciej… jeśli równouprawnić pisanie na zlecenie) pracy. Nie zaczęłam pisać książki. Nie zaczęłam biegać.
Prawie zamordowałam swojego starego bloga.

IMG_5329
Chciałabym w tym miejscu serdecznie podziękować wszystkim, którzy pisali; że brakuje wam moich notatek. To bardzo, bardzo miłe. I bardzo, bardzo zaskakujące :P (zarówno wasze istnienie, jak i gusta). Miło mi, że przez tyle miesięcy byłam waszym integralnym dodatkiem do porannej kawy :) W pewnym sensie czuję się zobowiązana do wyjaśnienia przyczyn przerwy w nadawaniu.

IMG_2728
Wracając do kraju miałam cały ambitny plan o czym, o kim, jak, gdzie i kiedy pisać dalej. Lubiłam to. Nadal lubię. Przez te dwa lata blogowania zza granicy weterynarzbezgranic przeewoluował z kameralnej stronki dla rodziny i bliskich przyjaciół (“widzisz Mamo: żyję/jem/zwiedzam/dobrze się bawię/jest OK/nie martw się; pozdrawiam z Okaihau) w bloga o szokującym mnie zasięgu i jedno z moich największych hobby. Nawet nie wchodziło w grę porzucanie go. Moja ulubiona zabawka i moje małe królestwo! Świat jest pełen tematów, na które mogłabym pisać (hołdując jakże popularnej i skądinąd znienawidzonej przeze mnie zasadzie- “nie znam się, to się wypowiem”).
Nie wzięłam pod uwagę dwóch czynników. Cenzury (chciałam napisać “polskości i cenzury”… :P). I mojej odporności psychicznej.
Tu zaczynam się tłumaczyć.

DSC_7171-001cztery pory roku to cudowna sprawa!

Zacznijmy pseudopsychologiczną wiwisekcją. Jest tyle miejsc, zwierząt, przygód, zdarzeń, dań i zjawisk, o jakich chciałam napisać. Jakby nie patrzeć mam na dysku dziesiątki gigabajtów zdjęć z poprzednich wyjazdów. Bajkał, Kaukaz, Nordcapp, fiordy. Piękne miejsca. Piękne krajobrazy. Poza tym- wróciłam po dwuletniej podróży. Coś powinnam myśleć. Czuć. Widzieć zmiany! Oto Polska, już prawie jak Zielona Wyspa. Tęcza na Placu Zbawiciela jakby barwniejsza. Świąteczne światełka na Nowym Świecie bardziej świetliste. Ludzie radośniejsi. Drogi mniej dziurawe. Zima mniej zimna. Ludzie piszą w takich momentach o swojskości, wierzbach na polu, europejskości, czystości ulic (tak, tony psiego gówna na chodnikach to nic w porównaniu z syfem w Bangkoku) i szerokim zaopatrzeniu sklepów (serki, deserki, kefirki, jogurty!!! a nie tylko zupki w proszku, suszone strzykwy i sos chilli). Tyle tylko, że mi nie było swojsko i nie tęskniłam za jogurtami. Było mi zimno i tęskniłam za Tomkiem. A każde próby pisania o tym, jak gdzieś, tam, kiedyś, łaziliśmy po lesie/górach/buszu/plaży/wąwozie/mieście/stepie/deptaku/sklepie wydawały mi się niepotrzebnym masochizmem.

DSC_7175
Cenzura. To było oczywiste, że o moim nowym miejscu pracy nie będę pisać tak, jak o Batu Secret ZOO. Ostatecznie dr Susan jest tylko jedna :P Mimo wszystko zatrudnienie blogerki z… kontrowersyjnym dorobkiem notatkowym, w tak szanującej się instytucji, budziło duże emocje. Początkowo myślałam, że to nic. Nie szkodzi. Zabawię się w poprawność polityczną i nieskazitelność ideową. Dam radę.

A potem się przestraszyłam, że przez swój niewyparzony jęzor (klawiaturę?), idiotyczne zacięcie do opisywania świata, grafomanię i narcystyczną potrzebę lansu, zniszczyłam swoją weterynaryjną karierę. W ciągu kilku dni udało mi się żałować, wstydzić i nienawidzić tego bloga. Chciałam go nawet zlikwidować, ale skończyło się na usunięciu kilku notatek (teraz żałuję). Ale bałam się. Bardzo. A gdy już trochę ochłonęłam wyszło mi, że jeśli od teraz mam się zastanawiać nad każdym zdaniem, przecinkiem czy przymiotnikiem, to nie będę pisać wcale. Nie będę się bawić w autocenzurę. Paranoicznie dywagować czy “lubię swoją pracę” ktoś postronny odbierze jako kpinę, autopromocję, wazelinę, szyderstwo, jawne kłamstwo czy obrazę majestatu, i co w konsekwencji z tego wyniknie. Dwa lata dzikiej wolności i ideowej anarchii przeminęły z wiatrem :/

DSC_7165
Przez pewien czas zastanawiałam się również, czy nie przekierować się w stronę life-stylowo-opiniotwórczo-społeczno-refleksyjną. Jakby nie patrzeć sieć pełna jest poczytnych blogów “o niczym”, a lubię “o niczym” rozmyślać i dzielić nic na czworo. Polska!- taki ciekawy kraj! Życie!- taka ciekawa aktywność!

Póki co jednak w najbliższym odcinku będą zdjęcia z mojego pierwszego po powrocie wyjazdu turystycznego: Kraków! Dawna “stolyca” Polaków! (jaki Kraków jest pewnie każdy widział, zwłaszcza, że mało odkrywczo włóczyłam się tylko po starówce, ale zdjęcia wyszły ładnie!)

Odwiedzałam Loleczku! Kota z Tajlandii! I Kaję, przyjaciółkę z Tajlandii… wszyscy jednak wiemy, że w pewnych kręgach to zawsze kot jest najajśniejszą gwiazdą.DSC_7099

Słonica Tania

Kochani!

Dziś bardzo smutna historia, ale wciąż jeszcze można pomóc!

Link krąży już po Facebooku, ale może nie do wszystkich trafił, albo nie wszyscy podpisali.

Klikajcie, czytajcie!

Romania- Send Tania, the Zoo Elephant, to a Sanctuary

813880-1422519789-wide

Dla niespikających krótkie tłumaczenie, o co chodzi:

Europejskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych i Akwariów wymaga, by słonice trzymane były w ogrodach zoologicznych w grupach. 37-letnia słonica Tania z Targu Mures ZOO w Rumunii żyje samotnie, zamknięta w małej, obskurnej celi, stojąc na betonie, często zanieczyszczonym odchodami.

Tania została odłowiona w 1970 r z naturalnego środowiska i przetransportowana do Francji, gdzie w jednym z ogrodów zoologicznych żyła samotnie przez kolejne 20 lat. We wrześniu zeszłego roku została przeniesiona z ZOO we Włoszech do Rumunii.

Samice słoni to bardzo towarzyskie zwierzęta, które muszą żyć w grupach społecznych. Nienaturalne warunki kreowane przez ZOO są źródłem silnego stresu. Tania regularnie buja się i kołysze co jest typowym zachowaniem obserwowanym u zestresowanych, sfrustrowanych słoni.

Autorzy petycji proszą o wsparcie by pokazać, że ludzie nie są obojętni na losy Tani i nie zgadzają się, by rumuńskie ZOO drastycznie zaniedbywało jej podstawowe potrzeby (ruch i kontakt z innymi słoniami)

Słonie to długowieczne zwierzęta i Tania wciąż ma przed sobą długie lata życia. Być może to od nas zależy, czy będą torturą czy pogodną starością.

Puma duma odc 2

Przez ostatnie dni bardzo poważnie rozważałam zlikwidowanie bloga, skasowanie facebooka i dożywotnie niepisanie. Udało mi się nawet zacząć postrzegać weterynarzabezgranic jako największy błąd mojego życia. Takie paradoksalne. Takie smutne.

Za granicą działał jako wyborowy środek kontaktu ze światem. Na miejscu jak piorunochron problemów.

Wszystko można sobie zohydzić. Wystarczy uczynna pomoc “życzliwych”.

IMG_3386-001

Naprawdę uważam, że podróżować jest łatwo. Przejechałam już kawałek świata, zwykle z kimś, czasami sama, myślę jednak, że to nie jest wielka sztuka. Każdy jakoś sobie za granicą poradzi, coby “nie zginąć”- coś zjeść, gdzieś przekimać, zobaczyć to i owo, kupić tamto, pstryknąć widoczek, sweetfocie i selfie.

Sztuką jest wyjechać. I wrócić.

Wrócić- przestawić się znów na tą zimną, szarą zwyczajność życia klasy średniej bez zdolności kredytowej. I tą dziwną, pełną napięć i niedopowiedzeń polską mentalność. Jesteśmy fascynującym, wspaniałym narodem, ale zdecydowanie nie łatwym. To nie jest kraj “no worries, mate” jak w Australii. Tu zawsze są jakieś “worries”, a niewielu “mate’ów”.

IMG_5238

Odbyłam dziś bardzo, bardzo długą rozmowę telefoniczną i wciąż jestem nią wstrząśnięta i zmieszana. Rozmawiałam z panem Kamilem od pumy, o którym pisałam dwa dwa tygodnie temu. Niemiło.

Kosztowało mnie to kawał odwagi, żeby wziąć się w garść i wykręcić numer. Skoro jednak bohater mojej notatki chciał jej treść skonfrontować i wyjaśnić, nie miałam wyboru. Wolność słowa to jedna, a odpowiedzialność druga sprawa.

Najbardziej jednak zastanawiałam się, o czym ja będę ze świrem rozmawiać? On ma swoją racje, ja mam swoją. I co? Będziemy się wykłócać, która jest lepsza bo mojsza?

6914387-cougar-baby

Stara mądrość ludowa głosi “nigdy nie mów nigdy”. Zaryzykuję jednak- NIGDY nie będę popierać trzymania dużych kotów w domach. Będę trzymać się swojego zdania, że to NIE są zwierzęta towarzyszące. Dobrze, że są urodzone w hodowli w niewoli (zamknąć w budzie na podwórku tygrysa z lasu byłoby kompletną zbrodnią i skandalem), wciąż jednak nie są domowymi mruczusiami.

Moje prywatne opinie nie rozwiązują jednak głównego problemu. “Wielkie domowe” koty już są i będą. Pewnie coraz liczniejsze, bo taka panuje moda na bogatym zachodzie, więc i do nas kiedyś dotrze. W polskich lecznicach weterynaryjnych zaczynają się pojawiać serwale i sawannah, a według opinii “znawców środowiska” za wysokimi płotami możnych tego kraju żyje znacznie więcej wielkich kotów gatunków wszelakich. I co teraz? Skoro już są? Zostawić je bez opieki? Niech zdychają?

Mary and Callie ... Waco 2007 Cat Show

pictures-of-cats.org

Można by edukować ludzi, że wielki kot to wielki problem i wielkie obowiązki dla opiekuna- w czym upatruje swej misji pan Kamil, a ja postrzegam jego działania jako dodatkowe lansowanie mody na pumy.

Można by postarać się o zmianę polskiego prawa, żeby posiadanie takich zwierząt było nielegalne i koniec. Bez żadnych furtek, że cyrk czy dobry układ gwiazd. Osoba pana z pumą niewątpliwie budzi duże emocje i może gdyby umiejętnie je przekierować i zjednoczyć, udałoby się zebrać odpowiednią ilość podpisów, by posłowie musieli zająć się pracą nad poprawką tej ustawy. Po raz kolejny jednak- nielegalny, nie znaczy przecież niedostępny. I znów- czy skoro ich obecność w willach i apartamentach wydaje się być nieunikniona- mają konać bez opieki weterynaryjnej? I kwestia, która nurtuje mnie najbardziej- jeśli je konfiskować, to gdzie później umieszczać? W schroniskach dla zwierząt?! Ogrody zoologiczne nie pomieszczą tylu wielkich kotów.

Jak rozwiązać ten problem? Krytykowanie pana Kamila faktycznie może być mało skuteczne. Choć sam się wystawia do odstrzału, występując z pumą w telewizji. Łatwy cel. Jak każdy, kto w Polsce trochę wychyli się przed szereg.

IMG_7220

Niewiele rzeczy jest w życiu czarnych, albo białych. Banał. Rozmawialiśmy bardzo długo. I w jednym Kamil ma rację. Za każdym człowiekiem stoi jego historia. Nigdy nie byłam w Afganistanie, nigdy nie byłam na wojnie, nigdy nie byłam w hospicjum. Nigdy nie odwiedzałam sama,czy ze swoim kotem, ośrodków pełnych śmiertelnie chorych dzieci. Tani, emocjonalny chwyt? Być może. Mam w sobie jednak ogromną pokorę wobec dramatu śmierci dzieci. I pewien podziw, dla ludzi, którzy chcą im dać trochę radości w ich smutnym dzieciństwie w szpitalu pełnym kroplówek i zastrzyków. Pisałabym to z mniejszym dysonansem moralnym, gdyby Kamil odwiedzał je ze zwykłym dachowcem, maine coonem, czy persem, a nie z pumą… ale nic i nikt nie jest czysto czarny albo biały.

W podróżowaniu najwspanialsze jest spotykanie ludzi (+wolność, +widoki,+pokonywanie swoich granic, +wolność, +widoki). Inne narody, inne kultury, inne perspektywy i punkty widzenia. To rozwija. Na początku studiów uwielbiałam jeździć pociągami. Wierzyłam wtedy, że każdy ma swoją mądrość i może nas czegoś nauczyć. Jeździłam więc pociągami i pasjami rozmawiałam z ludźmi w przedziałach. Z czasem straciłam swój poznawczy entuzjazm… może utonął gdzieś w oceanach polskich gorzkich żali, narzekań i marudzenia na cały świat, wciąż jednak lubię sobie czasami pogadać z jakimś nieznajomym na tematy egzystencjalne (bo jaka pogoda jest, każdy widzi). Tylko bardziej selektywnie wybieram swoich rozmówców. Oczywiście nie trzeba jechać na koniec świata, żeby pogadać z kimś ciekawym. Przy takim przeludnieniu Ziemi tajemniczych nieznajomych niemal wszędzie jest na pęczki.

IMG_5662

Ta rozmowa była jak krótka podróż. Rzadko zdarza mi się wisieć 2 godziny na telefonie. Blogerka eko-aferzystka i koleś z pet-pumą. Czy w jakikolwiek sposób przekonaliśmy się do swoich racji? Wątpię. Może on faktycznie nie jest złem wcielonym i źródłem całego problemu, tylko najbardziej medialnym reprezentantem posiadaczy wielkich kotów, w momencie, gdy uważam, że wielkie koty nie powinny być domowymi zwierzakami i koniec. Może ja nie jestem aż tak podłą suką, chcącą się wybić na kontrowersyjnym temacie. Oboje chcemy chronić wielkie koty- jeden cel, dwie kompletnie różne wizje.

Cała ta dziwna historia ma jeden, wielki plus. Rozmawialiśmy. Udało nam się spokojnie porozmawiać. Bez żadnego jadu, wrzasków czy inwektyw. To było na prawdę budujące. I znów cieszę się, że mam tego bloga… bo bez niego nic podobnego by się nie wydarzyło.

Styczeń

Jakby banalnie to nie zabrzmiało- styczeń był miesiącem zmian!

Gdyby w Sylwestra ktoś powiedział mi, że w ciągu najbliższych tygodni zrezygnuję z pracy, dostanę nową, zmienię kraj, a nawet kontynent (o strefie klimatycznej i porze roku nie wspominając), wyląduję w totalnie nieznanym mieście, zacznę specjalizację, a mój wieloletni ukochany rzuci mnie kolejny ostateczny raz (ah te dramatyczne wisienki na torcie życia), to uznałabym, że za dużo wypił. Takich scenariuszy nie piszą nawet “M jak miłość”. Tymczasem proszę… ile można zmienić w 3 tygodnie.

DSC_5972Po kolei:

zanim wyjechałam z ZOO w cieniu wulkanów… starałam się sfotografować wszystko “na co jeszcze kiedyś będę miała czas”:

DSC_6275impale,

DSC_6333sitatungi (tu w absolutnie ulubionym miejscu na wybiegu- czyli w poidle)

DSC_6309babirusy,

DSC_6316drzewice białolice (co za rym)

DSC_6278bezdomne koty,

DSC_6583jelarangi w ich “breeding apartment”

DSC_6612poza tym przeprowadziłam chyba najbardziej przerażającą operację w moim życiu i usunęłam zaparte jaja z leśnej drakunicy… przeżyła!!!!

DSC_6650

Szalony żółw Satimin dostał prywatną, ogrzewaną altanę

DSC_6647jeśli zastanawiacie się jak żółw może być szalony, to przylećcie go odwiedzić

DSC_6524pożegnałam się ze Squicky

DSC_6525to było strasznie smutne

DSC_6545

ciężko było zostawić wszystkie te zwierzaki.

DSC_5162udało mi się nie zgubić ani siebie, ani paszportu, ani bagażu… choć przesiadek było wiele, a zagubienie w strefach czasowych ogromne :P

DSC_5271to taka beznadziejna impresja pt “lot nad miastem”

DSC_6708

i wróciłam do mojego słynnego (od niedawna) rodzinnego miasta…

DSC_6680-001nienajlepsze zdjęcie (2 tygodnie bez słońca! witaj Polandio!!!), ale bardzo, bardzo słupskie- Witkacy i kościoły :P

DSC_6686

Korzystając z nadmiaru wolnego czasu włóczyłam się po lasach, chaszczach i krzaczorach…

DSC_6671

co swego czasu było jedną z moich ulubionych rozrywek… na dobrą sprawę jedyne, co niedawno uległo zmianie to, że kiedyś chodziłam z lornetką, a teraz z aparatem.

DSC_6738Nigdy bym w to nie uwierzyła, ale słupskie podmiejskie lasy, w porównaniu z resztkami dżungli w okolicach Malang, tętnią ptasim życiem!!! Tylu dzikich ptaków nie widziałam od bardzo, bardzo dawna!(…czyli od czasów cudnej Australii :P)

DSC_6737

Oczywiście najłatwiej sfotografować te najpospolitsze… i niestety nie mam zdjęć sosnówek czy czeczotek, ale i tak najważniejsza jest przyjemność z patrzenia :P

DSC_6694

świstunów też kompletnie się nie spodziewałam.

DSC_6741takich dizajnerskich cudów również :P

DSC_6751A poza tym przeprowadziłam się do wielkiej, wielkiej Łodzi. Kupiłam sobie kwiatka… i póki co zachwyca mnie fakt, że nie mieszkam w kwarantannie :P

Nie mam jeszcze zdjęć z mojego nowego miejsca pracy. Myślę jednak, że to będzie niesamowite doświadczenie :)

Mount Kelud

Gunung Kelud znaczy “góra miotła”. Jest najaktywniejszym wulkanem na Jawie. Regularnie wybucha i regularnie zabija. Jak widać nadawanie adekwatnych nazw również nie jest mocną stroną Jawajczyków.

kelud2_3733takiego Kelud’u niestety nie widzieliśmy (http://www.ensonhaber.com/)

Dlaczego Góra Miotła? Bo jak wybucha, to okolica wygląda tak, jakby ktoś ją zamiótł. Aha… Ostatni wybuch, w lutym 2014 roku przysypał popiołem wszystko w promieniu 500km. Dwie osoby zginęły, bo zawaliły się na nich obciążone popiołem dachy domów, a większość lotnisk została zamknięta. Takie to zamiatanie.

W 1919 wybuch zabił ponad 5000 osób. W 1966 około 200. W 2007 mimo widowiskowej erupcji nie zginął nikt, choć ponad 25 tys mieszkańców olało nakaz ewakuacji i pozostało w domach, w sąsiedztwie plującego lawą krateru. Na Jawie jest gęsto, więc ciężko byłoby “gdzieś” się wyprowadzić. Wyspa zbliża się już chyba do absolutnego wysycenia domkami, polami ryżu i zagonami kapusty. W promieniu 10 km od regularnie wybuchającego Mt Kelud mieszka ponad 350 000 mieszkańców. I nie ma tam żadnego miasta- same wiochy i wioseczki.

IMG_1276

Pomijając tygodnie gdy wulkan ziele ogniem, rzyga lawą i ciska kamieniami- jest atrakcją turystyczną. Nie tak znaną i uwielbianą jak Mt Bromo, ale na tyle popularną, że opłacało się postawić bramkę na drodze dojazdowej. Cena- ok 17 zł za dwie osoby i skuter. Moim zdaniem warto. Nie ma ślicznych koników i morza popiołów, ale i tak jest fajnie.

DSC_6089

100 km, 3,5 godziny tłuczenia się skuterem po szosach, serpentynach, wioskach, wertepach wzdłuż pól ryżu, kapusty i ananasów… i dojechaliśmy (później się okazało, że gdyby tak jechać “normalnie”, po szosach, a nie trzcinach cukrowych i plantacjach bananów, to można te 100 km przejechać w 2,5 godziny) . Nie jest łatwo siedzieć 3,5 godziny na relingu tylnego siedzenia. Miałam kiedyś romantycznie idiotyczny plan, że moglibyśmy sobie z Tomkiem zwiedzać Azję na skuterze… no i nie moglibyśmy. Raz, że biedactwo (skuter, nie Marchewka) umarłoby pod nami i plecakami, i pewnie trzeba by go pchać pod każdą górkę, dwa, że pozabijalibyśmy się z Tomkiem dyskutując pokojowo na temat subtelnych różnic w naszej ocenie bezpiecznej jazdy, trzy, chyba nie byłabym w stanie siedzieć tyle na tym obrzydliwie niewygodnym siedzeniu… chociaż kto wie. Ostatecznie i tak wszystko zależy od widoków, a dla takich jak Mt Kelud warto.

IMG_1403-001

IMG_1406-001

IMG_1441

IMG_1412“Szlak” nie zachwyca, ale i tak trzeba się cieszyć, że nie pozwolili wjeżdżać skuterom aż na skraj krateru.

IMG_1432-001

DSC_6074

DSC_6080

DSC_6078

DSC_6076

IMG_1409-001

DSC_6085

DSC_6087

DSC_6093

DSC_6098

DSC_6100

IMG_1425-002

DSC_6101

DSC_6065

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 1,346 other followers

%d bloggers like this: