Feeds:
Wpisy
Komentarze

Rzym odc 1

To miały być wakacje tagowane przepychem i splendorem. #szlachtasiębawinakosztaniepatrzy, #bitchyoubettergetmymoney, #ktobogatemuzabroni? I tym podobne.

Babskie spotkanie w Wiecznym Mieście. Musiało być dobrze!

13256512_1420988427926961_933425733822617205_n

Urlop. Kolejny samotny. Pierwszy od mrocznych czasów połamania. Rzym.

Wolałam Tatry ze znajomymi. Wolałam Pireneje. Wolałam Bieszczady. Wolałabym dzicz… Ale topornie przebiegające procesy gojenia, rehabilitacji i rekonwalescencji, oraz mniej lub bardziej pokojowe apele o zdrowy rozsądek, przeforsowały wyjazd „cywilizowany”.

DSC_0803jestem z tych, co jadą do miasta a potem przesiadują w parkach

DSC_0856

DSC_0858-001

Nie mam zresztą nic przeciwko zwiedzaniu miast. Lista europejskich metropolii, które chciałabym odwiedzić jest całkiem długa i zdecydowanie kusząca. Od lat czeka na: tanie loty/ długi weekend, ekipę, korzystny zbieg okoliczności, zaproszenie na romantyczny weekend w Paryżu od księcia z bajki i tym podobne okazje…. Lista z czasem łagodnie przydryfowała do portu „na starość” (jednocześnie realistycznie rezygnując z księcia z bajki w Paryżu), bo teraz (czyt w epoce szybko przemijającej młodości) trzeba przecież rzucać się na bliższy i dalszy wschód, góry i lasy, przeżywać przygody i odkrywać „dzikie kraje”.

Skontuzjowałam się- więc lista wróciła do łask. I dobrze. Co jeśli na starość nie będzie już można co wieczór pić i jarać, włóczyć się po squatach, dziwnych koncertach i jeszcze dziwniejszych artystycznych wydarzeniach? Podrywać podstarzałych studentów? To musieliby być mocno podstarzali studenci… Choć kto wie, co dzieje się na uniwersytetach trzeciego wieku? Tam „jak nie teraz, to nigdy” nabiera śmiertelnie poważnego znaczenia.

DSC_0826

DSC_0988

DSC_0965

#Ktobogatemuzabroni? Jednym z lepszych przepisów na podróżowanie jest bycie jak przysłowiowi marynarze, posiadający rzekomo kochankę w każdym porcie. Posiadanie kochanka w każdym interesującym porcie prawdopodobnie stanowiło by poważne wyzwanie techniczne, logistyczne i immunologiczne, ale już sieć bliższych i dalszych znajomych nie budzi żadnych moralnych czy zdrowotnych obiekcji. Moją przystanią w Rzymie było poddasze w mieszkaniu Magdy.

Magda wcale nie nazywa się Magda, ale pod takim pseudonimem wystąpiła w kultowej gazetce Joy, niech więc tak zostanie. Historię Magdy opisano w reportażu „Czy można być szczęśliwym po trzydziestce?”, albo o podobnym tytule. Dowodziła- że można. Oszukiwała, bo wtedy jeszcze ciągle miała lat 29. Przeczytałam cały artykuł, gdzie oprócz pirata dróg i oceanów- Magdy, inne trzydziestki również opowiadały o tym „jak żyć” i że mimo wszystko są szczęśliwe, a czasem nawet kogoś wyrwą. „Joy” niestety nie precyzował, jak długo po trzydziestce można jeszcze być szczęśliwym. Może tylko rok? A później koniec z byciem Bogini Bikini, i „tym-trikiem-doprowadzisz-go-do-absolutnego-obłędu-zapomni-nawet-o-Kaśce-z-naprzeciwka”. Nie… to nie zawiść, że o mnie tam nie napisali😛

DSC_0541

 

DSC_0950

DSC_0578

Czy to bliższa czy dalsza koleżanka trudno ocenić. Pierwszy raz spotkałyśmy się w przedszkolu, co daje nam niemal ćwierć wieku znajomości i jest dla mnie bodaj najdosadniejszym i najokrutniejszym dowodem, że mój licznik również nieubłaganie stuka i nie… nie mam już 23 lat. Nie ważne, ile mi się wydaje. Nie ważne, na jakim etapie się zatrzymałam.

Co z czasów, gdy największym wyzwaniem było nie zapomnieć z szatni worka z kapciami, zapamiętała Magda? Zajęcia, gdzie ja rysowałam rzekomo śliczne zwierzątka, a ona rzekomo paskudne syreny. Co pamiętam ja? Z całego przedszkola najbardziej pamiętam włażenie na dachy „domków” na placu zabaw (gdy nikt nie patrzył) i łapanie koników polnych. Żyłam wtedy w jakimś absurdalnym przekonaniu, że wszystkie te nieszczęsne owady będą dużo szczęśliwsze w zbudowanym przeze mnie domku, a nie na wolności. Na szczęście zawsze udawało im się uciec. Obie pamiętałyśmy, że Elena była najpiękniejszą dziewczynką w całym przedszkolu.

DSC_0546

DSC_0656

Przez te dwadzieścia parę lat, między zerówką, a rokiem 2016 Magda zdążyła zwiedzić kawał świata, chodzić po górach, wędrować po dżunglach, żeglować po morzach i oceanach (najwyraźniej tematyka rysunków w zerówce ma kluczowy wpływ na losy człowieka), wygrać kilka wyścigów rowerowych i zrobić masę pięknych zdjęć i kilka tatuaży. (Do Joy nie trafia się za darmo :P) Mam naprawdę niebanalnych znajomych. Bardzo inspirujących. Teraz mieszka w Rzymie, planuje kolejną eskapadę na daleki i jeszcze dalszy wschód, uczy angielskiego, a słówka tak piękne jak „hectic” czy „meticulous”* rzuca z lekkością brytyjskiej poetki.

Oczywiście przyjazny kąt w obcym mieście to jedno, spotkanie „po latach” drugie, babskie rozmowy niezależnych kobiet „drogi i sukcesu” (o facetach, randkach, chłopakach, flirtach, ukochanych, podrywach, mężczyznach, romansach, związkach, … i znów o facetach) to trzecie, ale nigdy nie zobaczy się i nie pozna miasta tak, jak zwiedzając go z lokalnym przewodnikiem. Dlatego też bez Magdy to nie byłoby to samo.

DSC_0663

DSC_0604

*Słówka takie jak „meticulous” pojawiały się w moim słowniku niemal wyłącznie podczas włóczenia się po Nowej Zelandii z Julie, kiedy to nasze entuzjastyczne (i nakręcane nałogowym czytaniem Pratchetta) próby wzbogacenia angielskiego zamieniały nasze życie w historie pełne „machiavellic” planów i „meticulous” prac. Bawiłyśmy się tak z pełną świadomością, że nasza anachroniczna miłość do piękna języka nie ma zbyt wielu wyznawców w międzynarodowej zgrai włóczących się po szlakach turystów, a angielski służy do komunikacji, nie zachwycania się fonetyką i nasze sophisticated vocabulary (połączone z miernym akcentem) może rozmówcę jedynie konfundować. W czasach „przed i po Julie” każde „meticulous” można było, w zależności od kontekstu, z mniejszą lub większą dokładnością sprowadzić do OSOM, a częsciej „pain in the ass”.

DSC_0852

W temacie „Bunika podróże małe i duże” już dawno, dawno temu nastała era skromności i umiarkowania (żeby nie napisać biedy, nędzy i nudy), konsekwentnie więc podróże są tylko małe, krótkie i niedalekie. Na szczęście fotografowanie zwierząt zawsze jest przygodą i wyzwaniem, a i ciekawie może być wszędzie. Niby taki Śląsk to żadna egzotyka, ale jak się rozmówca uprze, to za Chiny nic nie zrozumiem (a jak dłużej powalczę w konwersacji to i mój pomorsko-uniwersalny akcent godzinami nie może wrócić do normalności), a i słownik można trwale wzbogacić o „boroczki” czy inne myląco wdzięcznie brzmiące inwektywy.

Poniższego wyboru zdjęć żadną miarą nie nazwałabym reprezentatywnym dla Śląskiego Ogrodu Zoologicznego. Gdybym miała wybrać najciekawsze i najpiękniejsze zwierzę ZOO byłby to lampart perski. Lampart, z typową dla wielkich kotów perfidną arogancją, nawet nie wyszedł na ekspozycję. Było zimno. Są też nosorożce, słodkie i milutkie jak to nosorożce. Żyrafiątko ze śmiesznie krótką szyją (ponieważ żyrafiątka nie mają proporcji „malutkiej żyrafy”- mają bardzo długie nogi i krótką, w żyrafich standardach, szyję). Mają tam wilki grzywiaste… które nawet mają kilka honorowych zdjęć miernej jakości, bo bardzo lubię wilki grzywiaste. Gerezy z dzieciakami. Jest gepard. I karakal, który nie pozował, bo było zimno… albo był wrednym kotem. Jest też wiele innych ciekawych gatunków, których nie fotografowałam, bo… było zimno:) Poza tym kilka dni po zdjęciu gipsu z nogi człowiek mimo wszystko nie jest przesadnie mobilny:)

Dlaczego słowiki chińskie? Bo były…. I były ładne. Urocze. Towarzyskie… Zestaw cech urzekający amatora pstrykania zdjęć, który to ma spore marzenia, a za grosz cierpliwości. Ponadto sala wolnych lotów również była urokliwa. I ciepła. Na przedwiośniu wiele rzeczy rozbija się o temperaturę otoczenia:)

DSC_9517

DSC_9525koby śniade

DSC_9530było tak zimno, że nawet wielbłądom nie chciało się wychodzić:)

DSC_9535baktriany zawsze przystojne😉

DSC_9542wilki grzywiaste

DSC_9545

DSC_9599błyszczak stalowy (Lamprotornis chalybaeus)

DSC_9552gołąbek zielonoskrzydły/miedzianka szmaragodwa (Chalcophaps indica)

DSC_9607gołąbek diamentowy (Geopelia cuneata)

DSC_9576puchoczub samiczka (Rollulus roulroul)

DSC_9573puchoczub samiec

DSC_9619zeberka

DSC_9594sójkowiec (Garrulax leucolophus)

DSC_9655słowik chiński (Leiothrix lutea)

DSC_9647

DSC_9625

DSC_9626

DSC_9641

DSC_9642

DSC_9657

DSC_9648

DSC_9631

Chyba ostatecznie dojrzałam do zmiany, którą życzliwi zalecali mi od samego początku prowadzenia tej strony- porzucenia pisania notek, na rzecz wklejania zdjęć. W końcu nikt nie ma czasu na czytanie. Tl’dr.

Dzisiejsze zdjęcia są stare. Z zamierzchłych czasów na końcu świata. Robiąc w nich porządek (z ulgą wyrzucając wszystko nieostre, prześwietlone, przypadkowe, ewidentnie nieudane i „wtf-Marchewa-o-co-ci-chodziło????”, oraz z bólem serca starając się wybrać „najlepsze” z trzech niemal identycznych) uświadomiłam sobie trzy rzeczy.

1- Wielu z tych zdjęć już nie pamiętałam, a to znaczy, że nie pamiętałam też tych widoków.

2- Wiele z nich nigdy nie trafiło na bloga, a są ładne.

3- Czy nie lepiej byłoby dać sobie spokój ze wszystkim i po prostu żyć sobie gdzieś prosto i spokojnie, cieszyć się i podziwiać. Albo jeździć i podziwiać. Niedobrze jest kochać zbyt mocno kilka rzeczy. Później z konieczności coś musi być zepchnięte do roli zaniedbywanego romansu. Choć może właśnie niedosyt zapewnia wieczny ogień.

Tu należałoby dodać pkt 4- Kundera, listopadowo-zimowo-przedwiosenny deszcz, ciemno, pusto i rzewna muzyka nie są najlepszą receptą na wtorkowy poranek.

Przed państwem Fiordland. Odc. kolejny (poprzednie tu i tu. Część zdjęć siłą rzeczy i z sentymentu się powtarza)

Jedno z piękniejszych miejsc, jakie dotychczas widziałam (przy całej mojej niechęci do Nowej Zelandii).

Jeżdżąc po Południowej Wyspie namiętnie słuchaliśmy ścieżki dźwiękowej z „Władcy Pierścieni”, którą to do naszej playlisty wniosła Julie (podobnie jak „Ain’t no sunshine” i „kilka” szlagierów Bryana Adamsa, co doprowadzało Marchewkę naprzemiennie do szału i rozpaczy). LotR doprowadzał tylko do wrzasków „Riders of Rohan!!!!” gdy Kalina staczała się z zawrotną prędkością w doliny… tym sposobem patrząc na zdjęcia z Nowej Zelandii słyszę melodie Śródziemia:)

IMG_3243

IMG_3294

IMG_3287

IMG_3284-001

IMG_3398

IMG_3298

IMG_3297

IMG_3301

IMG_3300

IMG_3308

IMG_3305

IMG_3324

IMG_3352

IMG_3363

IMG_3368

IMG_3373

IMG_3392

IMG_3389

IMG_3394

IMG_3402

IMG_3407

IMG_3365

 

Koeljo z wieży ciśnień

Gdzieś na końcu tunelu zapaliło się wątłe światełko nadziei.

Pełznę do półmetka więzienia.

Jeszcze jakieś cztery tygodnie. W filmowej wariacji na temat mojego życia, albo marzeniach, zbiegłabym w podskokach po schodach, malowniczo powiewając szalikiem, a potem odtańczyła dziki i nieco nieskoordynowany, ale w filmie uroczy, taniec radości na ośnieżonym podwórku. W życiu na podwórku pewnie zalegać będzie obsrana przez wszystkie psy z osiedla breja, a ja będę kulawa. Znów jednak będę mogła wychodzić z domu!

Póki co żyję sobie jak współczesna księżniczka zamknięta w wieży. Współczesna. Żadnych złudzeń, nadziei i fantazji o rycerzu na białym koniu. Dwa koty i bezprecedensowy maraton w szlajaniu się w dresie i bluzce od piżamy.

Mogło być jednak gorzej. Myślałam, że tango-pracoholizm wtrąci mnie w zespół odstawienia godny starej heroinistki. Po trzech dniach w szpitalu osiągnęłam przecież poziom, gdy za kawę i papierosa byłabym w stanie przehandlować wieczorny tramadol. Tymczasem nawet nie jest źle. Mam takie zaległości książkowo-filmowe. Takie zaległości w głaskaniu kotów. Koty wydają się być teraz zdecydowanie szczęśliwsze.

DSC_9387

Dziwnie jest, tak nagle stanąć na bocznym torze. Zatrzymać się. I mieć tak przytłaczająco dużo wolnego czasu tylko dla siebie i tylko ze sobą. Jest troszkę jak w górach, ale w górach wszystkie myśli można zadeptać i zakatować długim szlakiem. A tu nie ma donikąd ucieczki… Mogłabym pić, ale alkohol nie sprzyja regeneracji kości:) I aktualnie ma zbyt dużo kalorii. Od jakiegoś czasu rozmyślam więc sobie w czasie długich, bezsennych nocy czy nie jest tak, że lecę przez swoje życie siłą rozpędu, a nie świadomie podejmowanych decyzji? Ile w tym wszystkim jest decyzyjności, a ile siły bezwładu i trzymaniu się powszechnego nurtu? Ile logiki jest w „zarabianiu na życie” w sposób praktycznie nie pozostawiający na „życie” czasu? Jak wielką porażką jest życie „od pierwszego do pierwszego”, mając wykształcenie wyższe i „możliwości”? Jak wielką porażką jest uznać, że już się dorobiłam, czas żyć i zorientować się, że mam 50lat, reumatyzm i zmaltretowany kręgosłup? Jak wielką porażką byłoby za kilka lat umrzeć? Z przypadku, w wypadku, za wcześnie i z całą konstelacją genialnych pomysłów i marzeń na później? Być czy mieć? Jak bardzo można być sobą, niespecjalnie mając, na to co się chce? Ile warte jest mieć, jeśli nie masz czasu i siły być? Kto w tym wszystkim ma rację: szczury i lemingi, czy niebieskie ptaki? Czy i jak da się to wypośrodkować? (I co by to uosabiało? Nietoperz???)

For your consideration.

Przy tych ilościach wolnego czasu ostatecznie zabrałam się za porządkowanie zdjęć ze wszystkich wyjazdów.Przez te wszystkie lata skumulowałam setki gigabajtów dobrych i kompletnie nieudanych zdjęć. Oglądam je z masochistyczną tęsknotą za „tamtymi czasami” i szczerym zdziwieniem, że ja tam naprawdę byłam i to wszystko widziałam… I myślę wtedy, że jedną z najlepszych życiowych rad dał mi wujek Czesław. Wujek Czesław twierdził, że „trzeba żyć tak, że jak już nas choroba przykuje do łóżka i nie będziemy w stanie zrobić nic, tylko leżeć i czekać, mieli wtedy co wspominać i myśleć, że kiedy mogliśmy to żyliśmy naprawdę wspaniale!”. Wujek Czesław nie był typowym niebieskim ptakiem w tym artystycznym i freelancerskim znaczeniu, determinującym wieczną chwiejność planów i finansów. Był człowiekiem dużych ambicji i sukcesów. Przede wszystkim jednak był jednym z najbardziej pozytywnych, energicznych i inspirujących ludzi jakich znałam.

Myślę więc, że miał rację. I naprawdę grzechem i głupotą byłoby przeżyć to życie tak, by nie mieć czasu zachwycić się światem. Jest tak cudny. I tak szybko przemija.

gc2

IMG_2981

grudzien 2008 146-001

IMG_6696-001

IMG_3017

IMG_0463

IMG_1194

IMG_6327

IMG_1231-001

20.30 (7)

IMG_3067-001

IMG_6586

IMG_0728

IMG_8366 (2)-001

20.30 (5)-001

IMG_3386

IMG_1256-001

Ostatnie małe nosorożce

Jak zginęły? Kto był ostatni? Samiec czy samica? Matka? Dzieciak? Podrostek czy doświadczony stary samiec? Zginął w pożarze, czy z rąk kłusowników? Od kuli, czy w pułapce? To był czysty strzał, czy długo konał, błąkając się ranny po lesie? A może jednak ogień? Dym? Obrzęk popażonych płuc? Pewnie nie starość… na pewno nie starość. Nosorożce rzadko kiedy umierają ze starości. Umierał samotnie, tak jak żył… w kurczącym się gęstym, tropikalnym lesie. Czy wiedział, że jest ostatnim dzikim nosorożcem borneańskim. Pewnie nie, bo i skąd? Lasy Borneo od dawna nie ciągną się już wzdłuż całej wyspy ciemnozielonym morzem pierwotnej dżungli. Nie można było już po nich żeglować w nieskończoność, gdzie krótkowzroczne oczy poniosą. Poszatkowali je. Pocięli. Na drobne kawałeczki. Zamykając nosorożce na coraz mniejszych wysepkach dżungli. Jak w klatkach. Gdzie mogły tylko patrzeć, na uderzające o ściany lasu szeregi palm olejowych, i czekać… na pożar, albo kłusowników.

Ratu-dan-Andatu-mendapatkan-makanan-tambahan-di-SRS-Haerudin-R.-Sadjudin-YABI

W 2008 roku rząd Malezji zapewniał, że w prowincji Sabah na Borneo wciąż jeszcze żyje ok 50 nosorożców. W 2015 oficjalnie uznano je za gatunek wymarły w naturze. Nosorożce borneańskie, najmniejsze nosorożce świata.

Przyczyna jest taka jak zawsze. Kłusownictwo i niszczenie naturalnych siedlisk. Do znudzenia, jak Ziemia długa i szeroka. Magiczny róg, choć najmniejsze nosorożce świata miały i najmniejsze rogi, a magii było w nich tyle co w paznokciach, obcinanych, obgryzanych czy piłowanych przez wszystkich kłusowników, przemytników, handlarzy i kupców szczątków zwierząt… Gdyby nie róg byłoby futro, skóra, kły, zęby, kości, nerka, serce, jelito, wątroba, ogon… Kto szuka ten zawsze znajdzie jakiś modny gadżet albo alternatywny lek na raka. Ostatecznie zostaje sama przyjemność zabijania. Trofeum. „Sport”. Po drugiej stronie są drzewa na drewno i papier, ziemia pod palmy olejowe i kauczukowce, ewentualnie pole ryżowe, wioskę czy pastwisko. A mogłaby być ropa, węgiel, gaz, złoto czy diamenty, autostrady, nartostrady, elektrownia wodna czy kurort. Zawsze coś się znajdzie.

INDONESIA-SPECIES-CONSERVATION-RHINO-US

Obecnie żyją już tylko 3 nosorożce borneańskie, za płotem Borneo Rhinoceros Sanctuary. Dwie samice i samiec. Wystarczy, żeby mówić o nadziei i desperackich zrywach, walkach i wysiłkach by ocalić podgatunek. Zbyt mało, by odnieść sukces. Zwłaszcza przy już zdiagnozowanych problemach z układem rozrodczym.

W zeszłym roku pożegnano też dwa z pięciu białych nosorożców północnych. 28 lipca odeszła Nabire z Dvur Kralove. 22 listopada Nola z San Diego ZOO. Pozostały trzy. Najin, Fatu i Sudan. Żyją w rezerwacie Oj Pejeta w Kenii. Wszystkie zbyt stare, by mieć choć nadzieję, na potomstwo. Pilnowane przez uzbrojonych w karabiny strażników. Dzień i noc. Żywe pomniki przemijania.

1_northern-white-rhino-750x400

Wiele zależy od mediów. Agonię północnego podgatunku nosorożców białych śledzi cały świat. Mają swoje imiona. Ochroniarzy. Tysiące zdjęć. Są bohaterami. Cały świat patrzy na ostatnie dni bezsilnych już olbrzymów. Patrzy i jest mu smutno.

W tym samym czasie nosorożce borneańskie wyginęły szybko i niemal niepostrzeżenie. Kto tam o nich słyszał? Małe jak niewysokie koniki. Krągłe jak muminki. Kosmate. Trochę niepoważne. Co wiemy o tych ostatnich nosorożcach? Samiec nazywa się Tan. Jedna z samic Puntung.

Kilka dni temu wrzuciłam na facebookowego funpage’a azjatycką reklamę społeczną. Z nadzieją, że może coś drga, że może dla nosorożców (chociaż nosorożców białych, czarnych i indyjskich) jest jeszcze jakaś nadzieja.

 

Coraz częściej jednak myślę, że jesteśmy jedynie pokoleniem świadków wymierania. Skreślającego z listy gatunków kolejne spektakularne istnienia. Patrzącego. Bezsilnie, bądź beznamiętnie. Czasami komuś jest smutno. Przez kilka minut. Może dni. Kilka minut milczenia dla setek milionów lat ewolucji, niepowtarzalnego piękna i bezcennego życia.

 

*zdjęcia nosorożców borneańskich z http://www.lifegate.com/people/news/sumatran-rhino-is-extinct-in-the-wild-in-sabah

Mając słowa wstępu, zachwytów i wyjaśnień za sobą (odc.1), dzisiejszy wpis będzie niemalże czysto fotograficzny, zatem lekki, łatwy, śliczny i przyjemny (a przynajmniej taką mam nadzieję).

Wiedeńskie ZOO- zwiedzania ciąg dalszy.

DSC_8761

Kozioł przecudnej urody, którego portretem zakończyłam poprzedni wpis to tar himalajski. Tym razem nomenklatura (i tajemniczy mędrcy za nią stojący) nie jest złośliwa- tary faktycznie mieszkają na stokach Himalajów, zwykle 2,5-5tys m.n.p.m (a także, choć niżej- w Nowej Zelandii, Argentynie i RPA) , realizując typową dla krętorogich filozofię życia: przez cały rok pasą się stadnie, czujnie i płochliwie, starając się umknąć irbisom, oraz lokalnym i zagranicznym myśliwym, by w okresie rozrodczym zwariować na punkcie płodzenia potomków i tłuc się zawzięcie o dostęp do jak największej ilości samic. Szaleństwo dotyczy oczywiście samców. Samice z typowym dla krętorogich spokojem uznają, że największy, najbardziej rogaty i najbardziej agresywny zakapior w okolicy, jest najlepszą opcją, jaka może je w tym sezonie spotkać (choć pewne obserwacje donoszą, że większe powodzenie mają panowie o jaśniejszym futrze).

DSC_8763

DSC_8765

DSC_8752

A tu już dużo mniej atrakcyjna arui, i jeszcze mniej atrakcyjny makak… tworzące razem całkiem ciekawą ekspozycję mieszaną.

DSC_8774

Pozostając w wysokogórskich klimatach- orłosęp.

DSC_8725

Jedną z największych atrakcji Wiedeńskiego ZOO jest obecnie pawilon tropikalnych lasów deszczowych. Uczciwie powinnam przyznać, że po tym, co widziałam w Singapurze, naprawdę już chyba żadna tropikalna sala wolnych lotów dla ptaków i nietoperzy, oraz wolnego dreptania dla żółwi i kanczyli ,mnie nie zachwyci. Trzeba jednak pamiętać, że inny stopień trudności przedstawia sobą zaaranżowanie dżungli w klimacie równikowym, a inny w umiarkowanym ciepłym… Wiedeński pawilon jest naprawdę interesujący. Przy tym tak realistycznie gorący i wilgotny, że obiektyw momentalnie zachodził mgłą.

DSC_8720

DSC_8732

Spośród licznych mieszkańców wiedeńskiej dżungli najłatwiej wypatrzyć rudawki, muszkatele i ryżowce.

DSC_8739DSC_8741

DSC_8734

DSC_8717

DSC_8746

Pelikany kędzierzawe.

DSC_8750

O czym tu myślała Matka Ewolucja? I gdzie był wtedy dobór naturalny?

DSC_8751

DSC_9020

Mhor. Moim skromnym zdaniem najpiękniejsza gazela na świecie. Mhory, nie najwdzięczniejsze imię dla zwierząt takiej urody, zostały niedawno przechrzczone na „gazelki płochliwe”. Tu nomenklatura i stojący za nią mędrcy są jak najbardziej złośliwi, bo jest to antylopa znacznie większa od pozostałych gatunków gazeli.

DSC_8954

Występuje w południowej części Sahary, od Atlantyku po Sudan, choć wypadałoby niestety napisać „występowała”, ponieważ jest gatunkiem skrajnie zagrożonym wyginięciem. Szacuje się, że obecnie na wolności żyje ok 300 osobników z 2 podgatunków tej gazeli. Podgatunek N.d.mhorr (widoczny na zdjęciach) wyginął w naturze. Co prawda oficjalnie podejmowane są działania mające na celu ocalenie tych cudownych zwierząt in situ, Niger ustanowił je nawet swoim symbolem narodowym, ale nie do takich symboli ludzie już w swojej historii strzelali.

DSC_9014

DSC_9023

DSC_8915

Wilk polarny. Przerywając pesymistyczny wydźwięk pozostawiony przez ginące mhory- wilk polarny jest jedynym podgatunkiem wilka szarego, który przetrwał na całym obszarze swojego pierwotnego występowania. Po prostu żyje w tak trudnych warunkach, że nawet ludziom nie chciało się odbierać mu tych terenów- północna Kanada i północno-zachodnia Grenlandia. Śnieg, mróz, wiatr, noc polarna… i zorze😉

Wiedeńskie wilki nie były skore do pozowania.

DSC_8919

DSC_8930.jpg

DSC_8998

A teraz krótka prezentacja części mieszkańców ślicznych hal wolnych lotów.

DSC_8970wikłacz ognisty

DSC_8977szlarnik

DSC_8960żołna białoczelna

DSC_8981wdówka rajska

DSC_9007

DSC_8993

DSC_9133

Flamingi karmazynowe. Uwielbiam fotografować flamingi.

DSC_9117

DSC_9143

DSC_9136Mistrz drugiego planu

DSC_9082

Ostatnim przystankiem na moim bardzo chaotycznym i pokrętnym (czyli typowym) szlaku zwiedzania był Krokopavilon, mieszczący w sobie akwaria i teraria. Nie jestem wielką fanką krokodyli, myślałam więc, że raczej przespaceruję się po tym przybytku, dla spokoju sumienia przykładnej turystki, niż znajdę tam kolejne powody do zachwytów. Nic bardziej mylnego. Mogłabym tam siedzieć godzinami. I nie dlatego, że ciepło, ławeczki i relaksacyjna muzyka. Krokodyl z fruwającymi nad głową motylami był przeuroczy, jaszczurka krokodylowa fantastyczna, a akwaria wspaniałe…

Shinisaurus_crocodilurus_-_Tiergarten_Schönbrunn_4Jaszczurka krokodylowa; zdjęcia niestety nie moje i nie z Wiednia, a z http://www.jeszczurki.net

shini52

DSC_9069

DSC_9095

DSC_9074

DSC_9084

Najbardziej hipnotyzujące, magiczne i zaskakujące okazało się dla mnie małe, niepozorne akwarium z meduzami. Stałam tam wieki. Kompletnie oczarowana. Dla mnie to była jedna z najpiękniejszych ekspozycji w całym ZOO… Choć może byłam już po prostu bardzo zmęczona, a tam było ciepło, cicho i pusto:)

DSC_9115DSC_9100

DSC_9106

DSC_9102

DSC_9107

W minionym roku nie planowałam żadnych wyjazdów zagranicę.

O takim nawet nie śniłam… Nawet gdy gdzieś tam, po kątach pawilonów i zaułkach ścieżek ZOO zaczęły pobrzmiewać plotki, pogłoski i dywagacje nie zwracałam na nie większej uwagi. Na pewno nie ja. A już na pewno nie w tym roku. Pewnie nigdy… (Chyba pierwszy raz od wielu lat udało mi się dobrze odrobić pracę domową z „życiowej pokory”. A może po prostu w Polsce trudniej jest marzyć. Grunt, że z mojego rozhukanego nieskrępowania w marzeniach z „Weterynaryjnej wyprawy dookoła świata”, gdzie wszystko było możliwe, i co więcej- faktycznie się spełniało, niewiele pozostało).

Tymczasem okazało się, że jadę. Właśnie ja. Na szkolenie dotyczące treningu behawioralnego słoni! Do Wiednia. Do Tiergarten Schönbrunn. Jednego z najlepszych ogrodów zoologicznych w Europie!

DSC_9269Wiedeń- miasto walca, Straussa i kamiennych lwów

Do samego końca ciężko było mi w to uwierzyć. Gdy już nie mogłam mieć żadnych wątpliwości, czy to przypadkiem nie jest wyjątkowo okrutny (czyt. wyjątkowo udany) żarcik niesfornego ambulatorium, pojawił się dyżurny przedwyjazdowy lęk pt „obożebożeboże nie zdążę na: prom/pociąg/autobus/samolot/”, który, po szczęśliwie zakończonym „levelu no 1” płynnie przechodzi w „ojenyjenyjeny na pewno nie znajdę/zgubię się/zabłądzę/spóźnię się na przesiadkę!”

NIC! Nie mam w sobie nic z nonszalancji starych obieżyświatów, przechadzających się swobodnie po monstrualnych portach lotniczych, w zawadiackich kapeluszach i stylowych marynarkach, obywateli świata, włóczykijów XXI wieku😛 Za to jak wielka jest moja radość, gdy ostatecznie usiądę w docelowym środku transportu:) Z kojącą świadomością, że teraz już tylko katastrofa komunikacyjna może zagrozić mojemu dotarciu do celu:)

Gdy więc finalnie odmeldowałam się w autobusie nie pozostało mi nic, jak tylko delektować się chwilą i oczekiwaniami :) Najpiękniejszy prezent gwiazdkowy jaki mogłam sobie wymarzyć. Mój pierwszy wyjazd służbowy:) TAKI!!!

DSC_9160Pałac Schönbrunn

A po całonocnej jeździe- pomaszerowałam do ZOO, skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością.

Wiedeńskie ZOO jest najstarszym działającym ogrodem zoologicznym na świecie (otworzone dla zwiedzających jeszcze jako cesarska menażeria w lipcu 1752roku), a wraz z otaczającym go kompleksem parków, ogrodów, oraz pałacem Schönbrunn w 1996 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nieduże- 17ha, jest domem blisko 8,5 tysiąca zwierząt z ponad 700 gatunków.

Koniec suchych faktów. Czas na fotostory, wraz z euforyczną „piosenką wyjazdu”.

Schönbrunn ZOO może się poszczycić zjawiskową kolekcją zwierząt. Oprócz tak „oczywistych” i „must have” gwiazd jak lwy, tygrysy, słonie, czy żyrafy, mają tu dużo rzadziej eksponowane w Europie pandy wielkie, misie koala czy pingwiny cesarskie. Osobiście najbardziej ekscytowałam się możliwością zobaczenia wilków arktycznych i mhorów… ale jak powszechnie wiadomo- dziwna jestem:)

DSC_8653

DSC_8660

Zarówno misie koala, jak i „misie panda” nie są tak naprawdę najwdzięczniejszymi stworzeniami do fotografowania. Z moich, co prawda nielicznych, obserwacji wynika, że w ogrodach zoologicznych zwykle tylko śpią lub jedzą. Pamiętajmy jednak, że piszę w końcu o koalach i pandach wielkich- one wszystko robią przesłodko. Nawet „Uparcie-Nie-Chcą-Się-Odwrócić” przesłodko.

W tym miejscu, jako coraz bardziej „patriotyczny” ZOO-pracownik, czując się zobowiązana do podkreślania sukcesów tych instytucji, dodam, że wiedeński ogród zoologiczny jest pierwszym w Europie, któremu udało się rozmnożyć pandy wielkie metodą naturalną. Yang Yang i Long Hui (prawdopodobnie nie najlepiej wybrane imię dla pana pandy) są rodzicami Fu Long, Fu Hu i Fu Bao.Fu Hu znaczy „szczęśliwy tygrys”, Fu Bao „szczęśliwy lampart”. W Wiedniu widać lubią wielkie koty:)

To niestety nie jest mój film- Fu Hu już nie mieszka w Wiedniu… ale jak on się przesłodko wspina!!!

DSC_8680

Pandy małe… prawie tak ładne jak łódzka Ofelia i Oshini😛

DSC_8684

DSC_8786

Utrzymywanie niedźwiedzi polarnych w niewoli zawsze budzić będzie ogromne kontrowersje… bo jak tu zapewnić godne warunki życia tym niezwykłym nomadom północy, największym lądowym drapieżnikom na Ziemi. W Wiedniu dwa niedźwiedzie mają do dyspozycji wybieg o powierzchni 1700m2. Baseny wkomponowane w ściany poświęconego terenom okołobiegunowym pawilonu Polarium, przez co można również podziwiać pływające niedźwiedzie.

DSC_8788

DSC_8860

DSC_8863

DSC_8864

DSC_8866lunch’yk-brunch’yk

DSC_8821dziwna to zabawka… ale jedni kocyk❤ inni dywanik

DSC_8826

DSC_8827

DSC_8828łapusie!!!!❤

DSC_8830

DSC_8848pingwin cesarski

DSC_8805pingwin peruwiański, pingwinem Humboldt’a  zwany

DSC_8806

DSC_8802

DSC_8796

DSC_8781niedźwiedź peruwiański sive andoniedźwiedź okularowy

DSC_8949

Ponieważ cały wyjazd poświęcony był słoniom zdjęć o jakiejkolwiek wartości estetycznej na karcie pamięci jak na lekarwsto… Takie paradoksy w zasadzie przestały mnie już zaskakiwać.

DSC_8940

DSC_8946

DSC_9152

Malutka Iqua ma 3 lata i jest córeczką wiedeńskiej słonicy Tongi i dzikiego słonia z Afryki. Rodzice nigdy się nie spotkali. Iqua jest pierwszym słoniątkiem urodzonym dzięki sztucznej inseminacji mrożonym nasieniem.

DSC_9153

DSC_9053Lwy nie były skore do pozowania.

DSC_9054

DSC_9061Portret batikowany szybami.

DSC_8695To nie jest moja estetyka, ale posąg, wśród osób, które już te zdjęcia oglądały przedpremierowo, znalazł swoich entuzjastów.

DSC_8896Tygrysy syberyjskie

DSC_8914

DSC_8907

DSC_9051

DSC_9040gepardy mają na wybiegu wyciąg, dzięki któremu czasami muszą ścigać swój obiad

DSC_9045

Na koniec przecudny, tajemniczy zwierz, który zdziwił mnie tak samo silnie, jak zachwycił. Podróże kształcą:)

DSC_8761

Ciąg dalszy nastąpi:)

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 1 349 obserwujących.

%d bloggers like this: