Historia pewnej Milongi

Oswajam kota.
Fakt, że któryś z bezdomnych podopiecznych pani G. trafi ostatecznie w moje skromne cztery ściany (gdyż staropolska fraza „pod dach” byłaby dużym nadużyciem wobec lokum, w którym koczuję) był oczywistą oczywistością. Sukcesywnie znoszone koty: prychające, kaszlące, kichające, zasmarkane i załzawione nieprzerwanie kolonizowały szpitalne klatki. Brudne, chore, dzikie…. Patologiczny zespół cech, którym nie mogę się oprzeć. Ponadto, okazało się, że poza jedną, przepiękną trójkolorową czarownicą są nie agresywne. Były nawet „ostrożnie milutkie”. Nic tak weterynarza nie uspokaja jak świadomość, że codzienne sprzątanie klatek i podawanie zastrzyków nie będzie regularną walką albo misją grożącą utratą znacznej ilości krwi, oczu, a w porywach życia.


Miłe, urocze kotki. Z lękiem pozwalające pogłaskać się po główce. Nieśmiało mruczące przy drapaniu za uszkiem. Spokojne, grzeczne kotki. Już drugiego dnia, najspokojniejsza, najgrzeczniejsza koteczka zwiała mi pod szafki. Tak się kończy niedocenianie kocich złośliwości. Szykując się na dłuższą zabawę nakarmiłam resztę towarzystwa, po czym uzbrojona w mopa klęknęłam pod zlewem. Kotki nie było. Sprawdziłam drzwi- niezmiennie zamknięte. Obite srebrzystą blachą, niczym śluza kosmicznego okrętu. Zajrzałam pod szafki drugi raz… żadna materializacja nie nastąpiła. Sprawdziłam pod zlewem- bez efektów. Zajrzałam za półki- pusto. Otworzyłam wszystkie możliwe drzwiczki i schowki, na wypadek gdyby istniały tajemnicze połączenia i kocie korytarze między tylnymi ścianami mebli a podłogą… nie ma. Sukcesywnie podnosi mi się tętno, poganiane batem rosnącej paniki. Kici kici!!! Kici kici koteczku! Kici kici do jasnej cholery! Przecież nie mogłam zgubić na dyżurze kota z Fundacji! Przecież nie wyparował… Parowanie! Właśnie! Sprawdzam wewnątrz autoklawu… choć nie wiem jakim cudem kot miałby sforsować pancerne drzwi sterylizatora… Jestem o krok od szukania jej w sejfie na leki anestetyczne… Może podejrzała wystukiwany kod i małą kocią łapką otworzyła zamek, a potem zminiaturyzowała się do wymiarów myszki japońskiej aby schować się za thiopentalem… Kici kici… błagam cię kocie! Wpełzam pod zlew zamiatając włosami półroczny osad kurzu i…. jest!!! Spod rury odprowadzającej wodę ze zlewu wystają kocie łapki. W głębokim cieniu śledzą mnie szeroko otwarte oczy. Rury obudowane są ciasno płytami w kolorze szafek, tak ciasno, że nie mam najmniejszych szans na wprowadzenie tam magicznej pomocy poskramiającej, czyt. trzonka mopa… Kici kici… by cię kurde szlag jasny! Wypełzam spod szafy usiłując znaleźć na suficie błyskotliwe wyjście z sytuacji.
1. Mogę zamienić się w profesjonalnego przyrodnika/tropiciela i spędzić kolejne 5 godzin dyżuru w bezgłośnym bezruchu oczekując, aż kot wyjdzie zwabiony mlaskaniem kolegów, a wtedy ja, od 5 godzin sprężona do skoku, złapię ją za kosmaty kark i właduję do klatki… 5 godzin identyfikowania się z trampami z książek Londona, Curwooda tudzież pana Szklarskiego; bawienia się w Aragorna lub Davida Attenborough; ćwiczenia cierpliwości niczym pokorny adept filozofii zen- oczywiście bez gwarancji, że po 5 godzinach kot zechce się ruszyć…
2. Mogę wybić na nieszczęsnej obudówce dramatyczne stacatto, opukać ścianki i zasadzić im lekkiego kopa, żeby kot, w obliczu lokalnego trzęsienia ziemi i końca świata, w panice wybiegł szukać bezpieczniejszej kryjówki… i znalazłby ją w moich ramionach! Ten pomysł natychmiast wprowadziłam w życie! Jak przystało na błyskawiczny, genialny plan- zawiódł.
3. Mogę zadzwonić do dr Hard Rock, ugruntować swoją pozycję niedoświadczonej sierotki i wysłuchać uspokajających słów, że przecież kiedyś wyjdzie, nie uciekła daleko. Taki telefon na pewno magicznie sprawiłby, że ostatecznie złapanie dezertera spoczęłoby na barkach dr H-R, tytana pracy.
4. Mogę zadzwonić do szefa i zagrać zagubioną w życiu i lecznicy sierotkę, której zwiał pacjent. Dr. Szef na pewno doceniłby tą historię, jako człowiek z bujnie rozwiniętym poczuciem humoru…. jakby nie patrzeć zlew jest częstym bohaterem moich pokracznych przygód.
5. Mogę zadzwonić po kolegę, odegrać powyższe i modlić się do jego męskiej McGaiverowatości…
Z przyczyn oczywistych wszystkie powyższe opcje nie wchodziły w grę. Nawet jeśli pierwsza z nich była całkiem rozsądna.
Obejrzałam dokładnie nieszczęsną obudówkę i, pedantycznie domykając kosmiczne wrota, wymaszerowałam do pomieszczenia technicznego. Wróciłam z naręczem kluczy, kombinerek i śrubokrętów. Kot i ja- ostatnie starcie. W radiu, z fenomenalnym wyczuciem chwili zadudnił kawałek „Eye of the Tiger”. Oczywiście żaden z kluczy nie pasował do zastosowanych wkrętów… Na szczęście śrubki rozwiązały sprawę. Wraz z szorstkim chrzęstem odciąganej od ściany sklejki światło dzienne, i moje ręce dopadły koteczkę! Nie protestowała. Spojrzała zrezygnowana spod zakurzonych rzęs. Wibrysy, oblepione kurzem sterczały jak czułki zmęczonej ćmy.
Wpakowałam kota za kratki, i zabrałam się za skręcanie mebli. Montaż, demontaż, zrób to sam… Nie ma to jak majsterkowe wprawki przed śniadaniem.

Od tego czasu bardziej na nią uważałam. Mała czujna paskuda. Łagodna, delikatna, nadstawiająca się do głaskania, i obracająca brudnym brzuchem do góry, gdy wiedziała, że czekają ją zastrzyki. Rudo-szaro-białe stworzenie. Biel w tym układzie była umowna. Już po pierwszym dniu przestała kichać krwią, po kilku kolejnych mały nosek przestał kipieć glutami, a kot z siedmiu charczących nieszczęść zamieniła się w przyjemne zwierzątko. I kiedy po sterylizacji zaczął tykać zegar jej powrotu „do domu” czyli dziurawej szopy, obudził się we mnie wolontariusz-ratownik. Od razu posłużył się bronią masowego rażenia pod nazwą facebook(notatka „ziemia-kosmos” nie dosięgnęła żadnego celu), po czym wykonał telefon do najbliższego kolegi, o wrodzonej wrażliwości do pazurzastych futerkowych. Kolega zadzwonił do mamy, o wrodzonej wrażliwości do biednych futerkowych w potrzebie. Ustalili, że jeśli kotka faktycznie jest ładna, a przy tym wysterylizowana, wyleczone i zaszczepiona, to będzie gwiazdkowym prezentem dla rodziców. O ile do tego czasu będzie kotem, który „potrafi się zachować”.
Dlatego oswajam kota. Nie ma to jak odpowiednio dobrać sobie obowiązki. „Oswajam kota”. Tęsknię za jakimkolwiek stałocieplnym zwierzątkiem odkąd mój poprzedni kot, po wakacjach w rodzinnym domu z ogródkiem, trawnikiem i drzewami do wspinania walnie zaprotestował przeciwko mieszkaniu w bloku i dostał depresji. Chwilowo więc mam kota. Kotka chwilowo nazywa się Milonga, nawiązując do mojej wielkiej miłości do tango. Na szczęście tangowe nazewnictwo nie grzeszy porywającym brzmieniem- by zrównoważyć porywający pasją taniec. Imię nie było dylematem. Gdyby nie byłą Milongą, byłaby Sacadą 
Przywiozłam ją do domu, fundując jej niezapomnianą gehennę jazdy w konserwie przedpotopowego autobusu i przepełnionego metra, huki, gwizdy, trzaski, kwieciste wiązanki młodzieży i emerytów, a na koniec obijanie w rytm zmarzniętego marszu. Postawiłam kontenerek na środku pokoju, otworzyłam drzwiczki, pogłaskałam przestraszone zwierzątko… miseczki ustawiłam pod jedną ścianą, kuwetę pod drugą, poruszając się możliwie jak najciszej i jak najspokojniej pod przestraszonym spojrzeniem Milongi… gdy tylko wyszłam z pokoju czmychnęła za szafkę. Przesiedziała tam cały wieczór. Owszem, pozwalała się głaskać. Nie, nie drapała gdy przyciągałam ją bliżej siebie. Tak, czasami delikatnie mruczała. Nic nie zjadła. Sama nie ruszyła się nawet o krok z bezpiecznego zaułka.
Wychodziłam do pracy ze świadomością, że dzisiejszy dzień będzie „próbą demolki”. Moja mama zapewne uznałaby, że nieprzewidywalny kot jest najlepszym przyjacielem porządku. Strażnikiem czystości. Kapłanką pedantyzmu. Na wszelki wypadek nastąpiła wielka repatriacja kolekcjonowanych od tygodnia kubków od kawy i naczyń wszelakich do kuchni, ubrania emigrowały do szafy, biżuteria, kosmetyki i długopisy zadziwiająco szybko odnalazły swoje miejsce a ostre przedmioty bezpieczną przystań. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów żadna szafka czy szuflada nie ziała nieestetycznie rozchalapionymi drzwiami… cud. Na wszelki wypadek pożegnałam czule storczyki.
Wraz z zamknięciem drzwi zatrzymałam czas. Po powrocie zastałam pokój w tym samym nienaturalnym ładzie… Żadnej przewróconej doniczki, wywleczonej spod kanapy skarpetki, strąconych z półek bibelotów… jestem pewna, że ilość i układ granulek karmy w misce również pozostał niezmieniony. Mila siedziała za szafą. Nieporuszona. Zaklęta. Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Przestraszone spodki źrenic. Czarne ślepka płomykówki. Mała, skulona sówka. Pomruczała uprzejmie, gdy zaczęłam ją głaskać.
Kolejny dzień niczego nie zmienił. Poważnie zaczęłam się bać, że nie mogę poświęcić jej wystarczającej ilości czasu. Może zbagatelizowałam sprawę. Zdecydowanie zbagatelizowałam sprawę. Milonga ma jakieś 9-10 miesięcy. Niby młodziutka, ale już ukształtowana. Z bagażem doświadczeń. Człowiek karmi, człowiek bije. Człowiek przynosi mleko, człowiek ciska kamienie… Dziecko ulicy z sobie tylko znaną historią. Większość z nas ma zakorzenione przeświadczenie, że dziki kot, to agresywny kot. Przestraszona furia, zjeżone wcielenie agresji. Kły i pazury. Niski, narastający głęboki mruk, rosnące napięcie, mięśnie pod skórą napinają do granic sprężynę ciała, szerokie źrenice śledzą najdrobniejszy ruch. Uosobienie czujności. Chwila Twojej nieuwagi. Atak. Krew, łacina i łzy… tak w moim mniemaniu wyglądał dziki kot.
Milonga jest inna. Milonga pozwoli się pogłaskać. Nie będzie protestować. Położy się na dywanie. Będzie posłuszna. Zamruczy z grzeczności. Poczeka. Poczeka aż skończę i będzie mogła czmychnąć za szafę. Będzie tam siedzieć, aż wyjdę lub zasnę. Jeśli znów podejdę, znów pozwoli mi się wytarmosić. Jest grzeczna. Żadnych emocji. Ani strachu, ani radości. Żadnego ruchu, ani aprobaty, ani ucieczki. Żadnej intencji. Jest bierna. Jest absolutnie, niemal autystycznie bierna. Wycofana poza jakiekolwiek granice szans na nawiązanie kontaktu. Pozwala się dotknąć. Przecież i tak nie ma wyboru. Mała, kocia dziwka. Położy się przy nodze, zniesie wszystkie niechciane pieszczoty, zamruczy w udawanym zadowoleniu- przecież staram się, żeby było jej dobrze. Nie mam z nią najmniejszego kontaktu… Żaden ze mnie zaklinacz kotów. Kici kici zrób coś! Milonga, Mila, Miluś, Milak, Milano, Milka, Milenka… gadanie bez sensu nigdy nie sprawiało mi problemu. Kot patrzy na mnie ze znudzonym pożałowaniem.
Weekend przyniósł zmiany. Może kot się znudził. Może w końcu „oswoił przestrzeń” (wiele do oswajania nie miał). Może uznał, że jednak z dwojga złego lepiej siedzieć w pokoju w towarzystwie… Dni wolne mają jakąś tajemniczą właściwość kompresji czasu. Uruchamiają jakiś akcelerator godzin, i nagle okazuje się, że to już nie jest sobotni poranek tylko niedzielny wieczór, a rola mieszkania znów ograniczyła się do łóżka i prysznica, a w założeniu porywające cierpliwością i spokojnym oddaniem wielogodzinne oswajanie kota nie zmieściło się w planie. Niemniej kot się zmienił. Może zmieniła taktykę? Gdy otworzyłam drzwi dreptała masochistycznie po szczątkach strąconego z półki kufla, stemplując wykładzinę skaleczoną łapką. Zamruczała powitalnie. Podeszła do wyciągniętej ręki. Bez większych protestów pozwoliła sobie opatrzyć drobne skaleczenie. Zjadła z apetytem kolację. Cud! Zaczęła wychodzić do mnie zza szafki! Taki kochany koteczek!!!!
W poniedziałek, po kilku upojnych godzinach asystowania przy operacjach, prawie spóźniam się na randkę we własnym mieszkaniu. Nieważne, że włosy mam potargane, a makijaż „zmęczony”… jest cudownie. Wypiliśmy dobrą kawę, w kieliszkach czeka wino. Późny grudniowy wieczór. Na zewnątrz zacina deszcz. W moim oknie nad dachami Ursynowa śliskie ulice odbijają mdłe światła latarni. On zapala świeczki. Poziom romantyzmu w powietrzu sięga granic mojego zakresu tolerancji. Właściwie atmosfera jest już tak gęsta, że czuję się nieswojo we własnym pokoju. Nieco więc desperacko wbiegam na „mój teren”, i mówię „Przecież Ty jeszcze nie widziałeś mojego tymczasowego sierściucha! Mila! Kici kici! Chodź tu ślicznotko!” Milonga stanęła na wysokości zadnia. Wyszła zza szafy. Wytrzewiona. Stanęła w świetle świec, i zamruczała.
Jestem skazana na randkowanie z weterynarzami. Może tylko patomorfolodzy, oddział kryminalny i pracownicy prosektoriów znieśliby takie atrakcje na randkach. 23 w nocy. Z kociej, pooperacyjnej rany wyrasta kłąb zakrwawionego tłuszczu, jak upiorny kalafior. Subtelna i delikatna tancereczka tango, z kilku gazików i beżowej pończochy kleci opatrunek dla niemal wypatroszonego zwierzaka. Jej długie włosy o złotawych refleksach wiszą nad zakrwawionym brzuchem rudawej koteczki o bursztynowych oczach… wszystko w pełgającym blasku świec. Tycjan byłby zainspirowany. Na szczęście mój ukochany jest człowiekiem o niezachwianym spokoju. Precyzyjnie i starannie majstruje kołnierz ochronny ze starego rtg mojego barku, biurowych zszywek i plastra. Kot, opakowany jak materiał wybuchowy albo chińska porcelana, maszeruje obrażony za szafę. Jej oczy mówią „zdradzona”, „oszukana”, „upokorzona”, „skrzywdzona”, „ośmieszona”, „torturowana”, „nieszczęśliwa”… i wiem, że całe oswajanie na nic.
Następnego dnia powtarza wędrówkę „spacer-metro-spacer-autobus-spacer” i znów ląduje w lecznicy. Dr Szef wciąż pewny, że mój opis sytuacji jest przekoloryzowany, każe mi czekać aż sam oceni sytuację i zdecyduje, czy reoperacja jest konieczna; po czym niekoniecznie cenzuralnym komentarzem wysyła kota pod skalpel. Dr Szef nie może się nadziwić. W jego długiej karierze specjalisty od rozrodu zwierząt widział wytrzewienie tylko raz, i nie był to jego pacjent. Zaczynam mieć niepokojące wrażenie, że naprawdę ściągam dziwne przypadki. Operacja przebiega jednak pomyślnie i sprawnie, Mila śpi spokojnie podczas gdy dr Szef przeprowadza szeroką liposukcję (skąd u bezdomnego kota takie zapasy energii?!), zakłada pierwsze szwy gdy… odcinają nam prąd. Światła gasną na całym osiedlu. W półmroku grudniowego poranka igła zawisa nad otwartym kocim brzuchem. Operację kończymy w żółtym świetle żaróweczki otoskopu. Nawet świeczka paliłaby się jaśniej.
Cały pooperacyjny wieczór Milonga jest najcudowniejszym z kotów świata. Mruczy, łasi się, kładzie na stopach, pręży i wygina, biega przy nodze… nie wiem w jak dużym stopniu jest to wynik głodu i żebrania o kolacje, lub otępiające działanie relanium, ale jest mi naprawdę miło. Kolega zachwycony uznaje, że to na pewno świadomość, że uratowaliśmy jej życie. Kolejnego dnia Milonga odkrywa, że zakleszczając się między biurkiem a kaloryferem może się wyswobodzić z „pończochy opatrunkowej” (gatta, splot 8, beige). Pakuję ją w profesjonalny, pooperacyjny koci kubraczek. Mila kładzie się demonstracyjnie na wykładzinie, i udaje, że ubranko spowodowało paraliż czterokończynowy. Fakt, kaftanik jest trochę kusy. Ale jest żółty, przez co idealnie pasuje do jej oczu, futerka i dywanu. Wygląda jak bardzo nieszczęśliwa pszczółka. Na studiach uczono nas o izraelskim paraliżu pszczół, Milonga właśnie idealnie reprezentuje wszystkie objawy kliniczne. I, pomijając paralityczną pozycję, jest prześliczna. Patrzy na mnie z wyrzutem, mogącym stopić każde serce. Tak, znów ją skrzywdziłam i zawiodłam. Jako kobieta, nawet wysterylizowana, powinna zrozumieć, że w tą płeć jest wliczone cierpienie dla wartości estetycznych. Poza tym zaczynam tracić cierpliwość do jej masochistycznych rozrywek.
Następnego dnia okazuje się, że mój pomysłowy kot nie da się poskromić byle kubraczkiem, i znalazła sposób na rozdrapywanie ran przez żółty materiał… Mój kot naprawdę nie chce żyć. Mam pod dachem czterołape Emo… siedzi odizolowane pod szafą, patrzy na mnie spode łba, a każdą wolną chwilę spędza na samookaleczeniu… Nigdy w życiu nie spotkałam zwierzaka, tak wytrwałego w
masochizmie, tak uparcie chcącego się wykończyć. Zaczynałam czuć się bezsilna. Po dwóch dniach ekwilibrystycznego wyginania się i owijania wokół nóg krzesła i rur kaloryfera jak futrzany wąż boa szwy poddały się, a Mila osiągnęła cel- znów miała na brzuchu sączącą się, ziejącą ranę…
Zadzwoniłam do szefa z mieszaniną wstydu, strachu i rezygnacji. Naprawdę miałam ochotę w odwecie wywiązać ją na żywca do kuchennego stołu i  zszyć bez znieczulenia… Oczywiście z moim wrażliwym serduszkiem i empatią obejmującą wszystkie sierściuchy tego świata takie tortury nie wchodziłyby w grę, ale luźne wizje snute na temat krwawej zemsty na Milondze miały nieocenioną wartość terapeutyczną. Szef, w blasku swego doświadczenia i autorytetu, zalecił pozostawienie rany do wyziarninowania i jedynie regularne oczyszczanie; oraz leki uspokajające w wysokiej dawce.
Przez kilka kolejnych dni Tomek fiksował na swoich kolanach kota wyciągniętego łapami do góry. Mila leżała z poddańczą biernością leniwie wodząc ślepkami po suficie. Polewałam jej ranę dramatycznie szczypiącym roztworem, a ona mruczała lekko wachlując ogonem. Masochistka. Tylko zakładanie opatrunku psuło jej te rozkoszne minuty sanitarnych katuszy. Ostatecznie postawiła na swoim- najprawdopodobniej będzie jedyną kotką, która po sterylizacji w naszej przewspaniałej lecznicy będzie miała na brzuchu wielką bliznę. Sznyciara.

W czasie gdy Milonga walczyła z procesami gojenia my wypełnialiśmy
wniosek adopcyjny. Nie każdy wie, że adopcja kota wymaga wypełnienia
rzeczonego wniosku i ujawnienia m.in. daty urodzenia i nr PESEL, przy czym
umowa nie ma żadnej gwiazdki chroniącej prywatność danych osobowych.
Prawdopodobnie nikt, poza specyficznym kręgiem kocich aktywistek, nie ma najmniejszego pojęcia o tym, jakie warunki bytowe musi spełniać mieszkanie, oraz jakimi zdolnościami psychofizycznymi musi się wykazać bogu ducha winny człowiek, który chce przygarnąć pod dach zapchleńca z ulicy. Na szczęście dr Hard Rock, jako wieloletni pracownik rzeczonego schroniska, jest ekspertem. Dlatego też piszemy, że Tomek posiada:
– Przestronną, własną, spłaconą już kawalerkę- jak przystało na ubogiego, małomiasteczkowego studenta (spłacone mieszkanie jest gwarancją, że przez najbliższe 25 lat kot nie dozna stresu związanego z przeprowadzką)
– Kawalerka jest na 9 piętrze (ponieważ mieszkańcy lokali od parteru do 4 piętra wykazują patologiczne chęci do wypuszczania kota na dwór)
– We wszystkich oknach są kraty (aby kot nie wypadł z okna w czasie drzemki na parapecie)
– Nie ma roślin doniczkowych (stanowiących zagrożenie toksykologiczne ze względu na liście, pędy czy kwiaty, nawozy, ryzyko wypicia wody do kwiatków lub zjedzenia gleby. Ponadto spadająca z półki doniczka może roztrzaskać kocią główkę… na śmierć)
– Nie ma wysokich mebli- aby kot nie połamał się spadając z wysokiej półki
– Nie ma niezabezpieczonych kontaktów (kot może wsadzić tam łapkę i doznać zagrażającego życiu porażenia)
– Nie ma innych zwierząt- zarówno psy jak i inne koty, papużki czy rybki w akwarium mogą zachowywać się agresywnie wobec przybysza, a niekorzystna hierarchia stada prowadzi do stresu socjalnego, będącego punktem wyjścia dla całego szeregu zaburzeń psychofizycznych
– Jest nienaganny porządek (bałagan to ryzyko połknięcia ciała obcego, zatrucia, zakrztuszenia, astmy wywołanej kurzem i roztoczami, chorób oczu i skaleczeń łapek)
– Tomek posiada stałą pracę (jak każdy porządny ubogi student), przynoszącą mu comiesięczny dochód powyżej średniej krajowej (jak każdy porządny ubogi student)- ponieważ płynność finansowa gwarantuje możliwość zapewnienia kotu opieki weterynaryjnej oraz karmy z najwyższej półki
– Tomek ma dobrą opinię wśród sąsiadów, nie imprezuje w mieszkaniu, rzadko miewa gości-kolejna rękojma ograniczania stresu w życiu kotka
– Tomek jest homoseksualistą- z bliżej nie wyjaśnionych nam przyczyn szefowa fundacji twierdzi, że związki młodzieży heteroseksualnej są znacznie bardziej niestabilne i krótkotrwałe niż homoseksualistów, co powoduje stres i tęsknotę kota po utracie „swojej pani”. Z również niewyjaśnionych przyczyn szefowa nie uważa aby ewentualna utrata „drugiego pana” była dla kota stresująca. Trudno nam ocenić czy to promowanie czy dyskryminacja.
– Tomek korzysta tylko z komunikacji publicznej, ponieważ najwięcej wypadków w czasie przejazdów, odjazdów i dojazdów dotyczy kierowców samochodów osobowych
– Tomek nie podróżuje, nie uprawia niebezpiecznych sportów, nie pije alkoholu, nie pali papierosów. Jego hobby to szachy (zestaw z na tyle dużymi pionkami, by kot nie mógł ich połknąć) i gra na skrzypcach (nie za głośna)
– Tomek nie był karany (ostatecznie nie wszystko co zeznaliśmy jest bujdą)
– Tomek nie zamierza opuścić kraju przez najbliższe 25 lat (jakkolwiek koty rzadko kiedy dożywają dwudziestki)
– Tomek zezwala na kontrolę warunków mieszkalnych przez oddelegowane fundacyjne wolontariuszki
Prawdopodobnie trwają próby nawiązania współpracy z lekarzami medycyny pracy, którzy będą potrafili zbadać delikwenta pod kontem zdrowotnych możliwości posiadania kota. Kilkugodzinna wizyta oprócz testów alergicznych przewidywać będzie również EKG, próbę wysiłkową, badanie krwi oraz przeglądowe USG jamy brzusznej w celu wykrycia wszystkich schorzeń mogących zagrozić życiu lub zdrowiu w ciągu najbliższego ćwierćwiecza. W przypadku zaburzeń rytmu serca lub podwyższonego cholesterolu niedoszły właściciel będzie musiał pożegnać się z kotem, gdyż w razie jego śmierci przed zgonem czworonoga zwierzak znów trafiłby na ulicę.
Wizyta i pozytywna opinia psychologa nie jest konieczna. Żaden psycholog nie może równać się bystrością, analitycznością oraz spostrzegawczością z sokolim wzrokiem oraz „trzecim okiem” szefowej fundacji. Absolutnie nic nie jest w stanie umknąć paranoicznej gonitwie jej myśli i obłąkańczych skojarzeń. Niemniej, dzięki rekomendacji dr H-R, moim oświadczeniom, że będę regularnie kontrolować dobrostan Milongi, i powyższemu wnioskowi jakimś cudem ją dostaliśmy. Dla wszystkich innych ludzi, którzy nie spełniają powyższych warunków, bezdomny kot jest w warunkach stołecznych zwierzakiem nieosiągalnie luksusowym..
Jak widać w Warszawie łatwiej jest adoptować dziecko, niż przygarnąć bezpańskiego kota.

W połowie grudnia podwórkowa banda Milongi ostatecznie wróciła na wolność. Według zeznań pani G.-bardzo entuzjastycznie. Tylko bury kotek zwany Jasiem nie chciał opuścić bezpiecznych krat klatki. Jak widać nawet młodym zwierzakom zdarzają się okrutnie pragmatyczne, filozoficzne wnioski, że ciepły kąt i stały dostęp do paszy są ważniejsze niż wolność i wiatr w futerku. Może to właśnie on był potencjalnie najlepiej przygotowanym do życia kotem i najszybciej odkrył istotę kociego szczęścia- pełny brzuszek i ciepłe łapki. Szkoda, że nie udało nam się znaleźć mu domu. Jak nikt potrafiłby to docenić.
Tymczasem ja po raz kolejny wpadłam w świat kociarstwa. Niespecjalnie się broniłam. Naprawdę cieszy mnie fakt, że mam pretekst żeby przez 15 minut zastanawiać się w sklepie czy mój tymczasowy kot wolałby na obiad tuńczyka w sosie krewetkowym czy może cielęcinkę w sosie własnym. Nieistotne, że nie pamiętam kiedy mi się zdarzyło jeść ostatnio cielęcinkę… jeśli gdziekolwiek, to na pewno na święta w domu. Kupuję więc płatki owsiane i jabłko dla siebie, oraz aromatyczne saszetki dla Milongi, po to tylko by odkryć, że ona akurat lubi tylko krowy stare i dojrzałe, a nie ich dzieci. Sos własny zasycha na cielęcince pękając jak spalona ziemia na zdjęciach z głodującej Etiopii. Jak każdy szanujący się kot Mila jest oporna na metody wychowawcze pt . „zgłodniejesz- zeżresz”. Dar mojego serca i portfela kończy w śmietniku a ona tryumfalnie chrupie suchą karmę, po czym ociera się czule o łydkę z mrukiem wbijając mi pazury w stopy. Kładę ją sobie na kolanach. Rozmruczany kot z zachwytem przebija się przez jeansy i entuzjastycznie produkuje zadziory na materiale. Od czasu do czasu udaje jej się podrapać udo. Myślę, że jest o krok od podboju łóżka i wywalczenia prawa spania pod kołdrą.
Nie wiem jak koty to robią. To na pewno tysiące lat wysublimowanego pasożytnictwa na Homo sapiens stworzyło takie potwory. Być może nawet ewolucja stoi za ich wrodzoną umiejętnością robienia „smutnych-niewinnych-skruszonych-ocząt-bezbronnego-kiciusia”. Z pewnością osobniki potrafiące zauroczyć ludzi epoki kamienia łupanego swoimi podstępnymi ślepiami dostępowały zbawiennego zaszczytu spania w ciepłym kręgu ogniska, a tym samym gwarancji przetrwania mrozów zimy. Nie sądzę żeby łowienie myszy faktycznie mogło dać im status zwierzęcia o użyteczności publicznej tudzież domowej. Jako potencjalne źródło estetycznej skórki również nie zaszły by tak daleko- króliki i szynszyle rzadko kiedy pełnią rządy w domu swych właścicieli. Gdy więc psy ostrzegały koczowników przed niebezpieczeństwem, tropiły sarny, ganiały za jeleniami, osaczały dziki, by z biegiem czasu przekwalifikować się na stróżów stad i domów, gońców, ratowników, opiekunów niewidomych i strażników celnych koty ćwiczyły wdzięk, grację i lenistwo. Los nie jest sprawiedliwy.
Niektórzy ludzie nie mają jednak złudzeń w ocenie kociej natury.
– To jakie imię mam ostatecznie wpisać w jej karcie pacjenta?
– No wie pani…. my tak na nią różnie wołamy… i tak nie reaguje  Ale niech pani wpisze Mila!
– Ooo! Też wołam na swojego kota Mila, w ramach skrótu od Milonga. U pana to też skrót od czegoś?
– Tak… od Resident Evil.

Mimo pełnej świadomości, że już w krótce Milonga wywalczyła by prawo do spania w szafie, podbiła moją jedyną poduszkę lub ostatecznie przerobiła przydługą zasłonkę w swoje legowisko i tak bardzo za nią tęsknię. Kot, zapakowany w mało świąteczny transporter, opuścił stolicę by pełnić rolę wigilijnego prezentu. Z kocim, niewymuszonym profesjonalizmem oczarowała nowych właścicieli. Ostrożnie i stopniowo podbiła nowy dom, zaczynając grzecznie od dywanika przed kominkiem by skończyć na kanapowych poduszkach. Dostała piłeczkę. Znalazła przyjaciela. Co prawda czarnobiała kotka Trójnóg darzy ją jedynie wyniosłą ignorancją, ale lekko szalony królik Frofro jest zachwycony. W końcu ktoś chce się z nim bawić w berka!
Teraz nazywa się Milenka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s