O ripoście niewypowiedzianej

O ripoście niewypowiedzianej
Lekarz weterynarii musi mówić. Musi mówić płynnie, poważnie, rzeczowo, pewnie, uprzejmie i z lekkim poczuciem humoru. Większość właścicieli z odgórnym, niepoprawnym optymizmem zakłada, że mówimy całą prawdę i tylko prawdę opartą na nieporuszonych fundamentach naszej przeogromnej wiedzy. Większość właścicieli z męczącym uporem zakłada również, że wsadzenie w tyłek termometru i spojrzenie kotu w oczy to procedury diagnostyczne o tak wysokim stopniu zaawansowania, że jakiekolwiek dalsze badania są zbędnym generowaniem kosztów i katowaniem zwierzaka; dlatego też niejedno pobranie krwi okupione zostało wykładem godnym uniwersyteckiej auli. Niemniej, bez względu na okoliczności: czy wiemy, czy nie wiemy, czy tłumaczymy jak będziemy leczyć, czy tłumaczymy dlaczego „się nie leczy”, czy zabijamy czas przy podawaniu kroplówki, czy osładzamy wysoki rachunek pogadanką o nadchodzącej wiośnie- musimy mówić. I, bez względu na niekończącą się listę zarzutów co do poziomu kształcenia na naszej najwspanialszej w Warszawie, Polsce, Europie i świecie Alma Mater- akurat tego nas uczą. Parafrazując ludową mądrość „Mowa jest złotem, a milczenie poprawką”. Nikt z pewnością nigdy nie liczył, jak wiele osób zdało, bo mówiło nie na temat, ale liczba ta z pewnością jest gorsząca. Natomiast mówiło się „co się wiedziało” licząc, że:
– zakuta wiedza w którymś momencie sama potknie się o zadane pytanie…
– wkucie wszystkich nikomu niepotrzebnych nazw handlowych preparatów z ryfampicyną tak wzruszy profesora, że uzna, iż niewiedza jak ryfampicyna działa wcale nie dyskredytuje nas jako przyszłego weterynarza
zmyślając odpowiednio długo i uparcie w końcu zmyślimy prawdę (sytuację tą z pewnością opisuje któryś ze wzorów prawdopodobieństwa opierającego się na wariacjach bez powtórzeń, a skoro taką sytuacją zajęła się matematyka to bynajmniej nie jest to zjawisko totalnie abstrakcyjne, niepotrzebne i odosobnione; ponadto- co roku kilka osób wygrywa w totka)
– prowadzący, zalany potoczystością naszej wypowiedzi zapomni o co pytał
– prowadzący, usiłując sprowadzić nas na temat pytania nieumyślnie nam podpowie
– kolega obok nam podpowie
– sufit, ściany, dywan i Duch Święty nam podpowie
– prowadzący znudzi się/zirytuje/rozbawi na tyle, by po kilku minutach dydaktycznego pastwienia się nad „ignorantem niezdolnym do przyswojenia elementarnych wiadomości” wpisze nam w indeks trójczynę i wieszcząc tragiczny koniec zawodowej kariery wyrzuci z gabinetu.
Wiele lekarzy weterynarii ma na koncie tróje, których naprawdę się wstydziło. Tróje, które trzeba było okupić najszczerszym zażenowaniem z nietrafionych strzałów i pieprzenia głupot. Nie będę ryzykowała, że każdy kiedyś zrobił z siebie idiotę, bo mimo wszystko to kierunek bogaty w geniuszy 😛 Na szczęście jednak ktoś tak skonstruował ten świat, a przynajmniej piwo, że już przy drugim kuflu w jakiś magiczny sposób nieistotnym staje się fakt, że dr W ma mnie za debila, a jedyną liczącą się w życiu kwestią jest to, że mam już ferie. Naprawdę niewielu jest prowadzących, którzy za brednie wywalali z sali z wrzaskiem „Heretyczka!!!!”
Tak przygotowany młody lekarz weterynarii rozpoczyna pracę z myślą, że może i nigdy nie cewnikował kotki ani nie leczył gekona, ale mówić potrafi o wszystkim. Komunikatywność to as w rękawie jego białego, lekarskiego fartucha (biały kolor= większy szacunek właściciela i większy stopień zestresowania psa…. Decyzja należy do nas… czasami do szefa). Po czym okazuje się, że wiele jest sytuacji, w których nie wiemy, co powiedzieć.

Fantazja i Finezja
Nie wiem jak wielu lekarzy weterynarii dopatrywało się w syberyjskim wyżu sojusznika w biznesie. Osobiście przyjęłam prognozy pogody wieszczące -20 st. C bez większego entuzjazmu. Nie żebym żywiła historyczne tudzież prywatne urazy do wszystkiego co wschodnie, ale akurat nie przepadam za atmosferycznymi rekordami. Niemniej, odkąd nad stolicą rozlał się blask arktycznego słońca i zapanowała pogoda, której nie można się oprzeć, w połączeniu z mrozem, w którym nie można oddychać, w lecznicy lawinowo i radośnie wzrosła ilość przeziębionych kotów, które widocznie na własnej tchawicy chciały się przekonać, że -20 to nie jest to, co ich drogi oddechowe lubią najbardziej. Eksperyment taki przeprowadziły także Fantazja i Finezja, trójkolorowa mama i trójkolorowa córeczka. Kotki grzejące się nawzajem w ciepłym transporterku eskortowała zawsze miła Pani, eskortowana przez swojego tatę. Tata jak się okazuje pełnił głównie rolę szofera, ponieważ zwolnienie lekarskie zapewniło mu nieprzyzwoite ilości wolnego czasu. Fantazja zdrowiała szybko i efektownie, co zawsze mnie cieszy i satysfakcjonuje, a większość właścicieli uspokaja, że przy całej swojej gimnazjalnej fizjonomii coś tam jednak potrafię. Tym razem zachwytu i radości Pani nie przyćmiewał nawet fakt, że Finezja leczyła się opornie… żeby nie powiedzieć wcale. Jak się jednak okazuje nadmierny entuzjazm i zaufanie właścicieli nie jest sytuacją komfortową i bezpieczną.
– Pani doktor, może mi pani powiedzieć, czy to jest prawda, że weterynarze leczą też ludzi?- niespodziewanie i niewinnie zastrzeliła mnie Miła Pani.
– Mamy takie niebezpieczne skłonności- uśmiechnęłam się z nadzieją, że zgasiłam temat.
– Bo ja słyszałam, że właśnie weterynarze leczą bardzo dobrze. Moja koleżanka mi opowiadała, że jej znajoma miała znajomą, która miała koleżankę, która długo chorowała… i jak weterynarz poradził jej inne leki, to od razu wyzdrowiała. (Dexafort?-wyświetlił mi mój wypaczony umysł, i przez sekundę chciałam się zapytać czy koleżanka znajomej znajomej przez kolejny tydzień nie cierpiała na poliurię i polidypsję)
– Czasami nam się udaje. Ale głównie leczymy tylko siebie i bardzo bliskich znajomych- w końcu 625mg Augmentinu jeszcze nikogo nie zawiodło.
– A skonsultowałaby pani mojego Tatę?
Tata zakaszlał znacząco… prawdopodobnie gdzieś z głębi oskrzeli…
Uśmiechnęłam się najpiękniej jak potrafię, choć to i tak nigdy nie działa na kobiety i zaczęłam merytorycznie mętny wywód o różnicach anatomicznych i metabolicznych różnych gatunków ssaków oraz kluczowej roli wątroby w detoksykacji organizmu i usuwaniu leków z ustroju. Jak się okazało „sprzęganie z kwasem glukuronowym” przydaje się nawet po toksykologii… Bardzo ciężkie działo  Niweluje nawet nielogiczność argumentu, bo niemożność glukuronizacji jest w końcu problemem kotów, nie ludzi. Po tak elokwentnym wstępie płynnie przeszłam przez temat odpowiedzialności zawodowej i etyki lekarskiej… i jakoś udało mi się odmówić. Niech żyje asertywność!
Pani milczała, zatrzymawszy się pewnie gdzieś w cytoplazmie hepatocytów. Pan spojrzał na mnie smutno.
– To jak mi się przez tydzień nie poprawi, to może mnie Pani chociaż uśpi?
– Oooo, proszę Pana, tak bezprecedensowych przypadków nie chcę mieć na swoim koncie.
– Ale usypiała już pani zwierzęta?
– Tak. Zwierzęta.- z bardzo silnym naciskiem na „zwierzęta”.
– Czyli pani potrafi.- upewnił się i ukontentował pan.- Pani powinna to zrozumieć… z biologicznego, czy etycznego punktu widzenia, co w tym za różnica- człowiek czy pies. Zwierzęta też trzeba traktować dobrze.
– Myślę, że w obliczu polskiego prawa moje własne poglądy mają niewielkie znaczenie.
-Czyli nie uśpi mnie pani?
– Nie uśpię.
– A gdybym coś wymyślił? Gdybym oszukał prawo?
– To pewnie też pana nie uśpię. Ale może pan myśleć.(- o ja łaskawa!)
Na wszelki wypadek, gdyby kreatywność Pana przeszła moje najczarniejsze oczekiwania, wypisałam kotom tabletki i umówiłam na kontrolę za kilka dni, z nadzieją, że i Finezja i Pan zdążą przez ten czas ozdrowieć. Jak można było przypuszczać, oboje charczeli nadal i tylko Fantazja ratowała mój lekarski honor. Nikt jednak nie chciał mnie uratować od Pana. Pan wszedł do gabinetu defiladowym krokiem z miną zwycięzcy „Milionerów”, i już na progu oświadczył, że wymyślił.
– Ale co Pan wymyślił- zapytałam z uprzejmym zainteresowaniem udając, że kompletnie nie pamiętam naszej ostatniej rozmowy. Z cieniem nadziei, że to Pana zniechęci.
– Wymyśliłem, dlaczego może mnie Pani uśpić!- rzucił Pan tryumfalnie. Cień mojej nadziei uciekł pod biurko. Skulił się i zasłonił uszy.
– Może mnie Pani uśpić, bo kobiety mówią do mnie „Ty zwierzaku!”
……………………………………
Finezja, korzystając z niespodziewanie otrzymanej wolności czmychnęła pod biurko, przeganiając cień nadziei. Powietrze przeszył wybawiający mnie jęk. Jęk zwalniający mnie z obowiązku jakiegokolwiek komentarza. Pełen bezsilnej, zażenowanej rozpaczy jęk wszystkich córek, których ojcowie w którymś momencie swojej trzeciej młodości przesadzili z dowcipaskowaniem.
Wyłowiłam Finezję zza komputera, przedłużyłam antybiotyk i w ciężkiej ciszy wydeklamowałam standardowe zalecenia. Kontrola za kilka dni.
– Ty tato już nie przyjeżdżasz.- odcięła się miła Pani, wciąż czerwona jak jej szminka, i wyszła na syberyjski mróz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s