Mad Med

Oczywiście nie samą weterynarią młody weterynarz żyje. Nawet najmniej refleksyjne dusze dopadają czasami egzystencjalne pytania typu: „być czy żyć”, „zdać czy chlać” tudzież „mieć czy umieć” i nawet najbardziej prawi, praworządni i sumienni dochodzą do wniosku, że akurat tego wyjątkowego wieczoru/dnia/tygodnia/miesiąca/sezonu nauka nie znalazła się na szczycie ich piramidy potrzeb. Niektórzy dochodzą do tego wniosku już w gimnazjum… ale oni rzadko radzą sobie z maturą, a jeszcze rzadziej z rekrutacją. Niemniej jak wiadomo „być lekarzem weterynarii” to „uczyć się całe życie”. Można to uznać za pewną definicję masochizmu.
Czasami jednak nawet na studiach można zdobyć informacje życiowe i praktyczne (co generalnie graniczy z cudem, i dlatego większość „praktycznych informacji” zdobytych na uczelni nie dotyczyła weterynarii). I tak odkryliśmy (nie upieramy się, że jako pierwsi i ostatni), że jeśli już ryzykować dozgonną nienawiść sąsiadów, zdemolowanie mieszkania i wytłuczenie połowy szklanek z okazji domówki, to najlepiej zrobić to w ramach świętowania urodzin, bo przy pewnej dozie naiwności i nieuzasadnionego optymizmu można liczyć, że ewentualne prezenty choć częściowo zamortyzują poniesione straty. Ponadto jeśli już robić urodziny, to najlepiej w kilka osób, dzięki czemu rachunek za chipsy i paluszki jest relatywnie mniej bolesny, a następnego dnia możemy choć spróbować zrzucić zdrapywanie tortu ze ścian i żyrandola na kogoś innego. Dlatego też jedną z nielicznych tradycji, która przetrwała katastrofę ukończenia przez nas studiów są poczwórne urodziny. Poczwórnym urodzinom nigdy nie udało się wpasować w datę czyichkolwiek urodzin, ale luty to jak najbardziej odpowiedni miesiąc by śpiewać sto lat zodiakalnemu Baranowi (oczywiście tylko zodiakalnemu). Tak było i w tym roku. Cykliczne imprezy z oczywistych powodów są skazane na porównania. Zawsze trafi się jakiś wnikliwy, prawie trzeźwy obserwator, który w zaciszu umysłu swego, wysunie wiekopomne wnioski albo dookreśli zmienne i stałe. U nas stałą zawsze jest skład solenizantów, kanapki z mielonką, wódka oraz liczba moich wiosen. Zmienną jest ilość gości, ilość zgonów, ilość osób pamiętających koniec imprezy i ilość rzeczy zaginionych, zostawionych, lub wyrzuconych przez okno. Wszystkie imprezy weterynaryjne mają też jeszcze jedną stałą. Jak przystało na wolny czas w gronie przyjaciół, w oparach sziszy i alkoholu, z dala od aul, kolokwiów, egzaminów i poprawek- zawsze powracającym tematem jest weterynaria. Weterynaria i… „mniej istotna reszta”. „Mniej istotna reszta” ciężko zniosła zakończenie edukacji. Jak smętnie zauważył kolega M:
– Ludzie…. Co się z nami stało… kiedyś gadaliśmy o kupie i seksie… a teraz tylko o pracy i pieniądzach.
Naprawdę, rozpoczęcie tzw „dorosłego życia” coś w człowieku gasi, i tym czymś nie jest wcale zacięcie do wysłuchiwania defekacyjnych kawałów. Na szczęście, mimo iż wypaczona przez niezwyciężony motyw finansowy, pozostał nam temat rzeka pt „weterynaria”. A że na imprezę zaplątał się też student medycyny mogliśmy rozwinąć żagle na wodach „ogólnie medycznych”.
Student medycyny musiał być człowiekiem bardzo odważnym lub bardzo nie myślącym, by dobrowolnie wejść do gniazda pijanych weterynarzy. Studenci medycyny nie mają lekkiego życia. Jak głoszą opowieści, oni też mają sporo egzaminów, i musze się trochę uczyć, a stado starych profesorów gnębi ich kolokwiami, wejściówkami, wyjściówkami, zerówkami i poprawkami. Wieść gminna niesie, że studenci medycyny nie mają czasu na nic poza nauką, tak ciężkie mają studia. Babcie załamują rączki i błogosławią pracowitego wnuka, który odkrył w sobie heroiczne powołanie i wysyłają mu słoiki z kompotem, licząc, że kiedyś jeszcze poświęci swoją szlachetną uwagę ich powykręcanym artretyzmem dłoniom. Rodzice chwalą się na grillach i imieninach, że ich dziecko zgłębia medycynę, nie śpi po nocach, żywi się kawą z ranigastem i będzie ratować życia innych ludzi… W tym czasie większość studentów weterynarii wie, że jeśli legendy o wielomiesięcznym zakuwaniu to prawda, to tylko dlatego, że przyszłe lekarzyki nie potrafią się uczyć. Prawdziwe demony intelektu poszły na weterynarię- to my wkuwamy całą anatomie 5 gatunków, to my znamy na pamięć cykl owulacyjny 6 gatunków zwierząt, to my przez pół roku uczymy się tylko i wyłącznie o antybiotykach a całą farmakologię poznajemy z uwzględnieniem różnic w dawkowaniu i potencjalnej toksyczności u różnych zwierząt; my też mamy neurologię i kardiologię, asystujemy przy operacjach i robimy sekcję, teoretycznie potrafimy wyleczyć konia, krowę, karpia i kanarka… a przy tym wszystkim znajdujemy czas na to, żeby nauczyć się jak się robi kefir i kiełbasę. My też oglądamy „Dr Hausa”! W tym samym czasie rodzice studentek weterynarii myślą, że ich córeczki na zajęciach głaszczą chore pieski i robią sobie sweetaśne foteczki z maleńkimi kiciusiami, a rodzice studentów myślą, że ich synowie wsadzają krowom ręce w dupę. Głównym zmartwieniem mojej babci było rozmyślanie, że jej drobna, niska wnusia będzie za słaba żeby dźwigać konie. W tym samym czasie również większość studentów stomatologii wie, że tak naprawdę to oni studiują najtrudniejszy kierunek w kraju, bo oprócz całej wiedzy którą muszą przyswoić lekarze mają dodatkowo niewyobrażalnie wiele do nauki w dziedzinach …zębologicznych… o których autorka ma mgliste pojęcie, niemniej lista deklamowana przez jej znajomych dentystów była imponująca… Stomatolodzy też oglądają „Dr. Housa”! Nie wiem co myślą rodzice i dziadkowie stomatologów, ale zapewne nie liczą na profesjonalną opiekę geriatryczną. W ogólnokrajowej licytacji na najtrudniejszy kierunek nie uwzględnia się studentów ‘fizyko-matematyko-inżynierii z elementami robotyki´’ bo nikt poza rzeczonymi studentami nie ma pojęcia czego dotyczy ich kierunek, a tym bardziej co mają przekazać lub opisać wzory z całym alfabetem symboli i niewiadomych. Niemniej, studenci medycyny nie mają najlżejszego życia… nawet jeżeli muszę wkuć anatomię tylko jednego gatunku.
Po skończeniu studiów jednakże są w nieco gorszej sytuacji od lek.wetów, ponieważ muszą zdać LEP. Oczywiście wszyscy stomatolodzy wiedzą, że LEP stomatologiczny jest dużo trudniejszy, a szarlatany z medycyny i tak wszyscy sciągają… W tym czasie młodzi weterynarze borykają się już z egzystencjalnymi problemami typu „jak wymodlić staż w urzędzie pracy gdy jestem ateistą” lub jeśli jakimś cudem staż dostaną –jak przeżyć za 700 zł miesięcznie (660 po zapłaceniu składki uprawniającej do wykonywania zawodu :P), gdy wstyd już używać wszechmocnego zaklęcia „mamoooo, proszęęęęęę….”. Po ukończeniu stażu, lub bez stażu (zwłaszcza gdy w swojej studenckiej nadaktywności i ciekawości spędzali więcej czasu w lecznicy niż na uczelni)- idą do pracy. Jeśli trafią do dużej, wielkomiejskiej lecznicy wspierani są przez zwykle pracocholicznych i oddanych techników (zwłaszcza jeśli technikiem jest student weterynarii), a po ustaleniu nowej hierarchii w lecznicy (zwykle nie ma co ustalać, bo lądują na końcu łańcucha) również przez „kolegów z zespołu”. Młodzi lekarze, po skończeniu swoich ciężkich studiów, których ani stomatologowie ani weterynarze nie uważają za ciężkie, idą na staż do szpitala, w którym najcięższą pracę wykonują pielęgniarki… Ciężki jest los lekarza.
Jak wiadomo na każdego, w jakimś mniej szczęśliwym etapie życia, czeka wizyta u lekarza. Nawet lekarze weterynarii, mimo domniemanego geniuszu i okazałego doświadczenia w samoleczeniu, muszą czasami zdecydować się na nawiedzenie placówki publicznej służby zdrowia. Spotkania takie wymuszają głównie imperatywy zakładu ubezpieczeń społecznych, nagła konieczność otrzymania L4 , albo naiwna nadzieja na receptę z choć częściową refundacją. Czasami więc przychodzi lekarz weterynarii do lekarza medycyny ludzkiej i… rzadko znajduje zrozumienie.

Historia sz.p.dr. Szefa

(nawiasem przypisy autorki- tu tłumaczki dziejów)

– Też mam historię z lekarzem… każdy ma jakąś historię z lekarzem. To jeszcze było na Grochowie (w zamierzchłych czasach, gdy po Kampinosie biegały ostatnie w Europie dzikie tury wydział med.wet był na Grochowie, a nie Ursynowie). Młodzi wtedy byliśmy… ambitni. Wszyscy chodziliśmy asystować na chirurgię… No i raz wieczorem, gdzieś tam się spotkaliśmy (niewątpliwie uczyć się chirurgii), kumpel się przewrócił, i tak jakoś nieszczęśliwie upadł, że rozbił barkiem butelkę (w rzeczonych zamierzchłych czasach mleko sprzedawano jeszcze tylko w szklanych butelkach). Strasznie się pociął. Strasznie… pojechaliśmy z nim na dyżur do szpitala na Pragę, bo było najbliżej. Facet go przyjął, oczyścił to, i zaczął szyć… tylko jedna warstwa szwów, a nić gruba… no dosłownie jak od snopowiązałki!!! 😀 Więc kumpel tak patrzy, a że sam przecież biegał na chirurgię, i zszywał te zwierzaki , to mówi tak nieśmiało: „Panie doktorze… a może by tak szwem kosmetycznym?” „A co ty kur*a, Marlin Monroe jesteś?”

Historia dr Hard
Dr Hard weszła do gabinetu. Kulejąc. Z rękami pociętymi aż do łokci.
– O Boże! Co się pani stało z rękami!- krzyknął zapewne bardzo wrażliwy lek.med.
– Dzień dobry! Jestem lekarzem weterynarii. Koty mnie podrapały.
– No to niech pani pokarze te ręce.
– Ale nie chodzi o ręce.
– Pies panią gdzieś też ugryzł?
– Nie.
– Krowa panią nadepnęła?
– Nie. Koń mnie kopnął.

Jest też wiele nieśmiesznych historii, dla których nie ma miejsca na blogu stworzonym, by śmieszyć.
Pomimo niebagatelnej wiedzy, która mimo wszystko chwilami staje się powodem do dumy, chwil wielkiej zawodowej satysfakcji, których nie można nie doceniać, i niemal codziennych absurdów, z których nie sposób się nie śmiać człowiek zastanawia się czasami, że mógł jednak wybrać inaczej. Zwłaszcza w dniach, gdy problemem ponad połowy pacjentów były przydługie pazurki, lub gdy pozornie kulturalna, dystyngowana i ucywilizowana właścicielka przeklina los, świat i wszystkie skoligacone ze mną kobiety do piątego pokolenia, ponieważ dziewczę weterynarzyk miało czelność do ceny preparatów leczniczych doliczyć koszt samej wizyty… Myśli się czasami o tym podszytym strachem usłużnym szacunku klientów-pacjentów, społecznym poważaniu, mirze przy rodzinnym stole jaki jest udziałem lekarzy medycyny ludzkiej… O perspektywach pracy i fakcie, iż mimo ciągłych strajków i narzekań jakoś tak lekarze szybciej sypiają we własnych domkach otoczonych ogródkiem. Czasami myślę, że mogłam iść na medycynę ludzką.

– Wiesz, czasami tak sobie myślę, że mogłam jednak iść na medycynę- marudzę MW wysysając wódkę z ogórków na dnie drinka.- Wiesz… łatwiej o pracę, lepsza kasa…
– Czy ja wiem-MW paluchem wydłubując swoje ogórki z wysokiej szklanki- ja tam bym się brzydził.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s