Strzygi i upiory

„Zgroza” ma swoje ulubione pory. Pomimo żelaznej zasady, by z pieczołowitą starannością wybrać najgorszy moment.
Schnie pedantycznie wyszorowana podłoga. Komputer z optymistycznym rzężeniem zamyka ostatnie karty pacjentów. Pojemniki na igły i strzykawki jeżą się świeżo uzupełnionym zapasem narzędzi tortur. Za pięć minut kończy się dyżur. Elektronika pozbawiła nas metronomowego tykania wskazówek zegara, ale każda sekunda przemija obciążona naszym oczekiwaniem. Setny raz poprawiam farmindeksy na biurku… Nie zdejmujemy fartucha „żeby nie zapeszyć”. Za pięć minut koniec dyżuru. Za pięć minut zacznie się wiosenna sobota! Za pięć minut WOLNY WIECZÓR!
Suchy chrzęst klamki przerywa odliczanie. Trzask. Drzwi. W korytarzu stoi właściciel z psem w ramionach.
Zegar staje.
Cisza.
W ułamku sekundy wolny wieczór anihiluje się z naszej życiowej perspektywy. Źrenice rozszerzają się narkotycznie w filmowej wizualizacji czujności i zagrożenia. Gnana wyrzutem adrenaliny krew uderza falą wysokiego ciśnienia w tętnice otępiałego mózgu. Żołądek w przypływie oktopowej inteligencji przestaje syntezować grelinę… obiad i tak będzie późną kolacją.
Różne są jednak oblicza grozy. I nie zawsze przychodzą wieczorową porą.
Panie K. były przykładem karykaturalnym aż do granic rzeczywistości. Panie K. leczyły Misię z ramienia charytatywnej fundacji, co w przypadku pacjentów(lub właścicieli) z gatunku „trudnych” samo z siebie jest klęską, ponieważ ciężkich minut obcowania z delikwentem nie osłodzi najlichsza, miedziana prowizja. Niestety są ludzie, w obliczu których gaśnie powołanie. Panie K. biadoliły gdzieś na granicy mojego zakresu tolerancji.
Miłosiernie i zapobiegawczo ostrzeżona przez dr Hard Rock starałam się przygotować psychicznie na ich wizytę, jednak rzeczowa charakterystyka „stare baby” nie oddawała pełni ich baśniowo-malowniczej fizjonomii. Starsza pani K. była krągła, niska, i kudłato-wyłysiała. Dreptała z laseczką, patrząc na świat przez okulary w monstrualnie szerokich oprawkach i uśmiechając się perłową protezą z odpryskami. Młodsza pani K. byłą wysoka, koścista i garbata; w szerokim uśmiechu demonstrowała światu dwie potężne dwójki- jedyne ocalałe z kompletu uzębienia. Misia była rozhisteryzowanym, agresywnym pudelkiem noszącym na sobie połowę dermatologicznych patogenów strefy klimatu umiarkowanego. Ktoś pokusił się nawet o pełną diagnostykę (być może w ramach łowienia rekordów Guinessa). Misia miała świerzba, nużycę, grzybicę oraz pchły. Nieliczne fragmenty sierści, walczące w rzadkich kępach o zapcholny byt pomiędzy placami wyłysień, przeczosów i zliszajowaceń tonęły w łupieżu. Babcie Zgrozy zgodnie twierdziły, że nie wiedziały, że piesek jest chory… wszak na starość wszystko traci wdzięk.
Jedyne czego Misia nie straciła, to zębów, tkwiących gdzieś na cuchnącym murem z kamienia…
Pierwsza wizyta u mnie była dla Pań K. sporym zaskoczeniem. Zakasałam rękawy, naciągnęłam rękawiczki aż po łokcie i zawiązałam Misi pysk.
– Ojojojojojjjjj- jęknęła Babcia…- Pan doktor tak jej nie robił.
W przeciwieństwie do szarmanckiego Dr Szefa wątpię w swój dar zaklinania psów.
– Ojojojojojjj- jęknęła druga Babcia- Pani będzie badać Misię w rękawiczkach? Doktor nie zakładał…
Trening immunologiczny czyni cuda. Bez problemu mogę sobie wyobrazić Dr Szefa, jak gołymi rękami podrywa ziejącą całą mikloflorą Eurazji Misię z podłogi, przytula do swej mężnej, szerokiej piersi, stawia na stole i głaszcze świeżby i grzyby wielu gatunków. Osobiście jednak wolę nie sprawdzać granic możliwości mojej bariery naskórkowej.
– Ojojojojojjjj- jaka ona biedna.
– Ojojojojojojjjj- jakie my biedne.
– Ojojojojojjjj- jak to człowiek na starość siły nie ma.
– Ojojojojjjj- jaka to pani doktor młoda, a starość taka zła ją czeka…
I tak wśród jęków i narzekań Misia powoli zaczęła porastać matowymi kudłami, ja przestałam traktować każde zaczerwienienie skóry jako młodziutkiego Trychophytona, a babcie Grozy bez względu na czas i pogodę biadoliły energicznie o braku sił witalnych.
Ostatnia wizyta zbiegła się z szumną akcją-sterylizacją, co oznaczało, że w lecznicy przebywał cały zespół (co brzmi dumnie, ale liczbowo wypada niepozornie). Każdy znał Misię. Na jej widok wszyscy rzucili się do mycia narzędzi. Nie, żebyśmy Babć Gróz nie lubiły. Tak naprawdę były bardzo sympatyczne w swej szczerbato-garbato-reumatycznej zawodzącej dwój-osobie, szurającej butami i smarkającej siarczyście w rękaw swetra. Nic to, że stroniły od wody i wyrzekły się mydła oraz proszku do prania… Postrachem była Misia.
Ostatecznie honory czynił Dr Szef.
Gdy Grozy odeszły wychyliłyśmy się zza blaszanej bramy chirurgii ponaglane podejrzanie radosnym głosem Szefa. Rzuciły urok? Zamieniły się w księżniczki?
Szef stał na środku gabinetu głupawo uhahany i dusząc się własnym śmiechem wykrztusił:
– Dziewczyny!!! Dostałyście prezent!- i demonstracyjnie podniósł reklamówkę.
Ze swojskiej siaty marki Tesco wystawała czekolada. Wzruszyłyśmy ramionami. Od czasu przecen słodyczy po Dniu Kobiet regularnie dostawałyśmy słodycze z różami albo innymi chwastami na opakowaniu. Zastanawiałyśmy się nawet nad umieszczeniem na tablicy ogłoszeń bezinteresownej podpowiedzi, że wolimy bakaliową niż mleczną.
Szef niemniej zastygł w długodystansowym uśmiechu.
– Oh, czekolada. To miło- zauważyłam w końcu z umiarkowanym entuzjazmem, wzbijając się na wyżyny swojej empatycznej domyślności.
Dr Szef na to czekał.
– To jeszcze nic!!! – zawołał.- Jest i ważniejsza część prezentu!!!
I gestem cyrkowego magika wyciągającego królika z kapelusza wyłowił z siatki… ćwiartkę czystej!!! Po czym zgiął się w pół i zaniósł uszczęśliwionym rechotem.

Staropolska wdzięczność. Może nieelegancka i z tesco, ale szczodra i praktyczna

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s