Odc.1. Bardzo początkowe początki

„Weterynarz bez granic” w pierwotnym założeniu miał być stroną na której będę dzielić się ze światem relacją z mojego „nowego, wspaniałego życia” pełnego skomplikowanych operacji w świetle czołówki, sweetfoci z lwiątkami i opowieści z dżungli, pustyni i puszczy. W międzyczasie oczywiście nie wyszło Co więcej, niemal udało mi się rozmyślić z wielkiej wyprawy… bo „tango”, bo „nowa praca”, bo „lodowiska”, bo bezrobocie, bo kryzys gospodarczy, bo może akwarium sobie kupię… bo znów tango…
Na szczęście, lub nieszczęście, co roku przychodzi wrzesień, a z nim „krzyki siewek o brzasku, nad zamglonym brzegiem Wisły”, kwitnące wrzosy, migrujące ptaki i „niepokój wędrówkowy” autorki, który kompletnie uniemożliwia normalne życie. Do tego dołączyć należy Tomasza, czyli ponad metr dziewięćdziesiąt odwagi zewnętrznej. Dlatego też… jakoś tak niedawno (daty i jubileuszu nie będzie)… ostatecznie podjęliśmy decyzję, znaleźliśmy lot i… pojedziemy. W styczniu.
Aktualnie jesteśmy w fazie przygotowań. Dotychczas nasze przygotowania polegały na tym, że w wolnych chwilach jechałam do Empiku, oglądałam kolorowe przewodniki (czyli takie, których nigdy nie kupuję) i wypisywałam nazwy miejsc, które mi się podobały. W tym czasie Tomek, ku zachwytowi poniektórych dziewoi, „ćwiczył sztukę przetrwania” rozpalając kabackie ogniska przy użyciu hubki i krzesiwa, oraz zalewając hepatocyty wszystkim, co się do ogniska doturlało. Raz na jakiś czas „coś” trzeba było kupić lub zmienić, więc robiliśmy rekonesans forumowo-sklepowy, by z lękiem i nadzieją wydać kasę na nowy sprzęt… Trochę się biegało, trochę się ćwiczyło, trochę się szczepiło. Trochę się „jadło na zapas” (tzn Tomek jadł za trzech, a ja udawałam, że „nie mogę przytyć” :P… było to w pięknych czasach „silnej woli”). Przed wyjazdem pedantycznie wybieraliśmy mapę „kraju docelowego”, która na miejscu zawsze okazywała się straszną fikcją geo-literacką… i jechaliśmy.
Nigdy jednak nie jechaliśmy tak jak teraz. Zawsze miało się tą „przeszkadzającą i ograniczającą”, ale jednak bezpieczną świadomość, że za 2-3 miesiące zacznie się rok akademicki i trzeba będzie wrócić do szarej, śmiesznej rzeczywistości uczelnianej. Taką zamkniętą w przedziale czasu podróż można sobie wyobrazić. Nawet jeśli przejdzie nasze oczekiwania ma swoje ramy i granice. Tu ograniczać ma nas kasa… ale ją przecież można po drodze zarobić (lub chociaż próbować zarobić), i zdrowie (a mam nadzieję, że czeka nas jeszcze z ćwierć wieku w dobrej formie)… Więc ile zejdziemy szlaków? Ile odwiedzimy krajów? Ile nowych smaków nas czeka? Ile nowych „najwspanialszych miejsc na biwak”? Więc skoro zawsze chciałam pojechać w podróż dookoła świata, to czemu teraz cenzurować własne pragnienia do Azji Południowo-Wschodniej/Azji Południowej/całej Azji… skoro można zrobić zamach na „cały świat”.
Dlatego też postanowiliśmy poszukać sponsorów. Nasze dotychczasowe wyjazdy skatowały nasze plecaki, sponiewierały namiot, nadwyrężyły cud-buty… „odzież podróżniczą” nabywaliśmy dotychczas „na szmatach”, więc dawno już jest w tekstylnym niebie… Może ktoś podarowałby nam namiot, albo chociaż karimatkę
Zrobiliśmy listę życzeń, którą ostatecznie przedstawimy pewnie św. Mikołajowi na gwiazdkę. Pisanie listy życzeń jest fantastyczną zabawą. Siedzieliśmy sobie boso przy ognisku, miodowe piwo popijając winem i bredząc o sprzęcie, o którym zawsze marzyliśmy, i firmach, które mogą go nam podarować. Odpowiednia ilość promili we krwi i wszystko jest możliwe
Wczoraj postawiliśmy pierwszy krok w przerażającym labiryncie krainy „współpracy”. Zaczęliśmy szukać patrona medialnego. „Zaczęliśmy” jest formą grzecznościową, ponieważ Tomek ukrył się w oborach Podlasia, i ograniczył się do „duchowego wsparcia”.
Jak się okazało wciąż potrafię przesiedzieć 2 godziny przed pustą kartką i nie napisać nic ponad „dzień dobry!”. Niby to takie popularne. Niby „każdy ma sponsora”. Niby „wystarczy chcieć”. Niby wyłączyło się wszystkie rozpraszające urządzenia łącznie z radiem i Facebookiem, a na kartkę i tak nie chciała spłynąć żadna zjednująca nam serca mądrość…
Po kolejnych dwóch godzinach w bólu i strachu tworzenia, oraz 100% poczucia żenady, bo mimo wszystko Buniki nie potrafią o nic prosić (wolą żądać :PPP) rozbiłam się o akapit najbardziej merytoryczny… a mianowicie, czego mogę chcieć i co mogę za to dać… Mimo przejrzenia pobieżnie dziesiątek stron podróżników na przemian ze złotymi radami marketingowo-promocyjnymi wciąż jest to dla mnie zagadka. Być może to jednak nie dla mnie. Może „nie umiem się sprzedać”… może jednak bardziej powinnam się zastanowić nad tym, czy ja naprawdę „chcę się sprzedać”?
Ostatecznie, gdzieś w okolicach 2 w nocy wysłałam ostatni z 30paru emaili… Pozostaje cierpliwie czekać na odpowiedź. Po 15h czekania odpowiedzi są 2… więc może jednak nie było to totalnie zmarnowany wieczór.
Szukanie patrona medialnego uświadomiło mi jednak jedną, bardzo ważną rzecz. „Piękne oko” nie wystarczy- musimy mieć jakieś ładne logo wyprawy. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Marchewką, wyrywając go ze „wspierania mnie duchowo” w fazie nREM, i mimo zapewnień, że „coś wymyśli”, też zajęłam się wymyślaniem. Zawsze to przyjemniej bazgrolić głupoty na kartce (czyt. projektować logotyp wyprawy) niż pisać niechciane mejle do obcych osób. W południe, dość usatysfakcjonowana, zadzwoniłam ponownie:
– Cześć kochanie! Możesz rozmawiać?- zapytałam przeuprzejmie, bo może akurat ukochany stał po łokcie w krowie.
– Oczywiście kochanie! (ostatni, krótki wyjazd na kajaki wywarł porażający wpływ na naszą wzajemną komunikację… wciąż mam wrażenie, ze to kolejny rodzaj szyderstwa) Co tam?
– Myślałam nad naszym logo! (…) i wymyśliłam np., że to może być marchewka opleciona przez węża (tego weterynaryjnego eskulapa) na tle mapy świata! Albo kompas z marchewką, zamiast igły magnetycznej!… tratam!!! Podoba Ci się?
– Yyyy, no fajne…. Ale to by było tak, jakby to była moja wyprawa? A gdyby zamiast węża zaplątać tą marchewkę w hydrę? Albo Bunika?
– Noooo, hydra to już raczej przeszłość…. A Bunik… to ani nikt nie wie, jak to wygląda, ani nikt tego nie zrozumie…
– No ale mimo wszystko trochę bez sensu z samą marchewką…
– Czy ja wiem… poza tym taki problem można łatwo rozwiązać…
– Że niby jak?
– Ożeń się ze mną! :DDDDD
– Ekhm…- zakrztusił się Marchewka- Krowa mi się cieli!!!!
A to takie piękne, wegańskie nazwisko 😛

Reklamy

One thought on “Odc.1. Bardzo początkowe początki

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s