Odc 2

Nie ma to jak po 23 godzinach lotu dotoczyć się do couchsurfingowego domu, i uznać, że skoro wszyscy idą na imprezę, to my też. Poszliśmy. Wróciliśmy po 4 nad ranem. Wycieczka „Bangkok by night” zaliczona.

Ale, żeby było po kolei i literacko (z retrospekcją i retardacją), to najpierw o lataniu.

P1020402

Kiedy już pożegnaliśmy się z Ewką, pod pomnikiem „Skrzydła wolności”, który kompletnie nie przypomina czyichkolwiek skrzydeł  (za to bardzo płetwę wieloryba) polecieliśmy do Berlina.  W Berlinie oczywiście musieli się przyczepić, że mi przez 8 lat trochę włosy urosły, ale ostatecznie pozwolili mi zwiedzać świat dalej.

Lotnisko w AbuDhabi jest mega! (że tak elokwentnie wyrażę) Ogromne, jasne, eleganckie, i świetnie oznaczone… Co prawda nie starczyło nam czasu na zakup bezcłowych apaszek w Hermesie (w zasadzie starczyło nam czasu tylko na przemarsz do naszej bramki), ale i tak było fajnie. I co najważniejsze, nikt nie chciał już oglądać mojego paszportu 😛

W końcu też doczekaliśmy się dnia, więc zamiast oglądać „Epoki lodowcowe” i maltretować komputer „tryktrakiem”  mogliśmy gapić się przez okno 🙂 AbuDhabi ma kilka ekscentrycznych budynków (typu Oko Saurona, albo Róg Nosorożca), poza tym jest jednak chyba nudnym miastem z większą ilością rond niż Ostrołęka 🙂 Za to dalej!!!! Góry, wyschnięte rzeki, płowe pustynie, szare pustynie, żółte pustynie i…. czerwone wydmy!!!! (a potem nas olśniło, i wyciągnęliśmy aparat).

Minęliśmy więc wielkie, martwe, słone rozlewiska gdzieś pomiędzy Pakistanem a Indiami.

P1020420

W których ktoś powycinał poldery (?), do pozyskiwania soli, być może.

P1020427

I nad cudownymi bagnami na południe od Rangoon, zbyt mglistymi, by dać się sfotografować.

I nad dziwną, malowniczą rzeką.

P1020424-001

I nad malowniczymi chmurami.

P1020432

Latanie jest genialne! Człowiek siedzi sobie spokojniena wys. ponad 10 tys m.p.m, mknie z prędkością 1000km/h, za oknem mróz -40 (wszystko dane z komputera samolotowego- true story więc :P) a słońce przygrzewa lekko przez okienko.

Po czym wylądowaliśmy w Bangkoku  i było +30 stopni!!!!

  • Dla zainteresowanych (a chyba wszyscy się nas o to pytali)- taka wycieczka (z dwoma obiadami, podwieczorkami, winem, spritem i gorącą czekoladą, stoperami i skarpetkami (urocza inicjatywa)- a gdyby ktoś się uparł to i z dwoma kocykami) kosztowała nas 1550 zeta (w tym wszystkie opłaty lotniskowe, i 30 kg bagażu na osobę). Lecieliśmy linią AirBerlin, a z AbuDhabi Etihatem. Cena biletów jest stała (od listopada do stycznia się nie zmieniała). Jakby ktoś chciał być sprytny, to lot tą samą trasą i linią z Berlina do Bangkoku jest ok 300zł droższy.

Dotarliśmy do naszego „hosta” tak, jakby jeżdżenie po mieście, które ma ponad 6,5 miliona mieszkańców było najprostszą rzeczą pod tropikalnym słońcem 🙂  Po czym okazało się, że nie jest to byle jaka meta, ale raczej prywatne, charytatywne schronisko dla couchsurferów z całego świata, i w „naszym” pokoju nocuje też 3 Kalifornijczyków, Anglik i Rosjanka. I że wszyscy idą „poznawać miasto” bo „Daydreamer” obiecała im pokazać największe atrakcje.

No i nam pokazała.

Zaczęliśmy kulturalnie od kolacji przy ulicy (w Bangkoku chyba wszystko dzieje się przy ulicy). Na wąskich chodnikach, przy czteropasmowej jezdni, między przystankiem dla autobusów, a postojem taxi i tuk-tuków….jeśli zmieści się kuchnia na kółkach i kilka stolików, to jest OK. Zjedliśmy więc zupę z kociołka. (Dostaje się kociołek na „piecyku”; i do wrzątku wrzuca się to, co uprzednio dostało się na talerzach- czyli ryżowy makaron, jakieś kiełki, jakieś liście, jakieś łodygi, jakieś macki, ośmiornice i coś, co mogło być jakimś wynaturzonym owocem morza, albo czyimś przedżołądkiem). Składniki łączy się, gotuje, miesza i już. Zupa była smaczna.

IMG_3555

Poza tym zdegustowaliśmy sobie kilka tragicznie ostrych sałatek, które jakoś nie rozpaliły w autorce entuzjazmu do tajskiej kuchni.

Po czym pojechaliśmy na Khaosan. Jechaliśmy taksówką. Gdy kilka godzin później udało nam się zlokalizować na mapie Khaosan i miejsce wyjazdu, to okazało się, że Bangkok musi być  pełen nieoznakowanych objazdów, i zaminowanych ulic, bo nic innego nie wytłumaczyłoby meandrów tego przejazdu (mimo swej domniemanej nieuczciwości kierowca „zdarł” z nas 10 zł, czyli po 2,5 na osobę… więc jakoś radzimy sobie z tym traumatycznym przeżyciem).

Znajomi „którzy byli” mówili mi, że „Khaosan to taka tajska ulica, gdzie Taj czuje się jak turysta”.

Nie wiem kto byłby w stanie czuć się na Khaosan inaczej niż „turysta”. Khaosan jest takim tworem…., że naprawdę trzeba to zobaczyć. Tego się chyba nie da opisać. Po Khaosan się nie idzie, tylko dryfuje z prądem. Tak jest bezpieczniej, bo jeśli się zatrzymasz, to zaraz wpadnie na Ciebie kilku turystów zbrojnych w alko, skorpiony na patyku albo inne trofeum; albo otoczy Cię wataha sprzedawców alkoholu, skorpionów na patyku lub innych atrakcji. Khaosan to taki monstrum zlepionym  z targowiska, disco, barów, deptaku i ulicznej parady. A wszystko to pod oślepiającą iluminacją z miliarda podświetlonych szyldów. I wszystko to w ogłuszającym bicie dancu… co 3 metry inny kawałek (czyt co 3 metry inne drzwi do klubu).

IMG_3562

(iluminacja)

IMG_3571

(i trudności techniczne z nią związane)

Ogólnie nie ma sensu rozmawiać, można ewentualnie próbować wywrzeszczeć komuś coś do ucha. A dookoła dziesiątki języków, i setki ludzi… Tłumy sprzedających, pijących, tańczących, kupujących, dryfujących…..  W zasadzie można kupić „wszystko”: sukienkę, masaż stóp, sznurówki, prostytutkę, drinka, szarańczę, kwiaty, sheeshe, owoce, tatuaż, kapelusz, amulet, karalucha, filmy, gazety, sandały…. Wszystko.  A w tym tłumie chaosu, radości i konsumpcji żebrzące kaleki bez rąk, nóg, oczu….

Wszyscy się cieszą, bawią, tańczą, krzyczą, każdy coś pije, pali, kupuje, ogląda, zaczepia, zamawia…. Naprawdę straszne 🙂 Albo może (dla elementów nie-aspołecznych) wspaniałe 🙂

Khaosan naprawdę rozszerza wyobraźnię. Wcześniej człowiek nigdy by nie przypuszczał jak wiele rzeczy można  nabić na patyk i zjeść (skorpion, karaluch, kurza stópka, kurza macica); lub ile straganów można upchnąć na 1 m2.

My kupiliśmy sobie sok z mangostanów (ekstra), a potem sprawdziliśmy jak to jest z tym jedzeniem chityny…

P1020440

I jest to jadalne, ale serio żadnego szału. Poza tym drogie, a ostatecznie i tak niestrawne 😛

A potem poszliśmy na drinki „w  jedynej słusznej objętości”.

IMG_3570

Nie pamiętam jak to się nazywa, ale w tym wiadrze jest wszystko- oprócz jakiejś „tajskiej whisky”, cola, fanta, red bull, sok z mango, sprite… i inne.

A potem poszliśmy do klubu… ale żadne z nas (czyt. Tomasz i autorka) nie było na tyle pijane, by odnaleźć się w ultrafioletowej mgle pełnej fluorescencyjnych bransoletek  i rękawiczek… i uciekliśmy. Uciekła z nami też Swietłana, widać słowiańskie dusze- to zacofane dusze. Dla naszych bardzo „amerykańskich” kolegów z Ameryki wszystko było OSOM.

A my zrobiliśmy sobie wycieczkę Bangkok by night.

IMG_3606

I okazuje się, że Bangkok też jest miastem, które nigdy nie śpi, choć pewnie Nowy York nie śpi w trochę lepszym stylu 🙂 W Bangkoku non stop się je i handluje… 3 w nocy- na ulicach zatłoczone stragany- owoce, szaszłyki, słodycze, spinki do włosów, pendrivy, zegarki…. Wszystko. Dwie przecznice dalej- znów wszystko.

IMG_3582

(tu Świątynia Szmaragdowego Buddy… a na pierwszym planie bazar)

IMG_3592

(tu Świątynia Szmaragdowego Buddy bez dodatków handlowych)

 Trzy przecznice dalej- „chodnik garkuchni”. Cztery przecznice dalej- ciuchy z secondhandu…. Jakiś stragan się zwija, metr dalej rozwija się kolejny. Na ulicach ruch, na targach ruch, przy stolikach ruch… Mniej oblegani sprzedawcy śpią na swoich stołkach, krawężnikach lub trawnikach…. W ogóle doszliśmy do wniosku, że gdybyśmy w przyszłości mieli problem z couchsurfingiem, to w Tajlandii nie będziemy żadną sensacją. Ludzie potrafią spać tak jak polegli…

P1020453

na środku chodnika (nawet pod portretem królowej);

choć zazwyczaj śpią w bramach, zaułkach i pod drzewami.

Trzeba jednak przyznać, że gdzie by się nie poszło, nawet w najwęższy i najbardziej zaśmiecony zaułek, jest bardzo bezpiecznie.

A poza Homo sapiens nocą wyłażą na ulice Bangkoku i inni mieszkańcy. Bangkok ma przebogatą faunę… Jest bardzo dużo psów (weterynarze mieliby co sterylizować). I sporo kotów. Wiele kotów ma skrócony lub obcięty ogon. Ktoś nam powiedział, że ktoś mu powiedział, że koci ogon jest w Tajlandii amuletem szczęścia… jeszcze nie widzieliśmy straganu z kocimi ogonami, ani szaszłyków z kocich ogonów- ale jest zagadka do rozwiązania 😛 A poza tym szczury… I karaluchy (ogromne)… i gekonki 😛

P1020464

Długi wpis, bo to był długi dzień.

Wszystko fajnie i ciekawie…. Ale naprawdę, nie wyobrażacie sobie nawet, jak miasto potrafi śmierdzieć!

Advertisements

2 thoughts on “Odc 2

  1. Niesamowita ta „srebrna rzeka” i Gekon jest milusi. Widzę tam pracę dla siebie jako elektryk :). Fajnie, że już jesteście na miejscu. Mocnych kwasów żołądowych życzymy. Ogólnie to OSOM 🙂

  2. Etihadem. z tego co wiem to teraz i Qatar Airways i Emiraty robia promocje typu 1500zl do tokio w dwie strony, ze tak dorzuce swoje trzy grosze.
    a Indie gorzej smierdza 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s