Odc.3 czekając na dragon show

09.02

To był straszny dzień. Choć zaczął się ładnie.

IMG_3609

śniadanko

Poniższa historia będzie ociekać malkontenctwem i zdegustowaniem, więc jeśli ktoś nie jest w stanie tolerować „brak zachwytu Bangkokiem” lepiej niech poczeka na odc.4. Szczerze pisząc, autorka również przeżyła wczoraj ciężkie chwile autonienawiści; bo jak można pojechać do Tajlandii, rzucić tango, pracę, całe życie, przepuścić połowę oszczędności na bilety i szczepienia i uznać, że jest obrzydliwie? Nie cierpi Bangkoku!!! Co z niej za podróżnik, turysta, odkrywca??? Skandal….

No ale tak…. Nie cierpię tego miasta.

Po Bangkok by night obudziliśmy się o 12. W piekarniku, bo ktoś nad ranem wyłączył klimę… Plan zakładał, że pójdziemy na „jakiś wyjątkowy” bazar, (na którym sprzedają zwierzątka), który odbywa się tylko raz w tygodniu; a potem pójdziemy do China Town zobaczyć smoki. Nie był to ambitny plan. Ale nie udał się. Nie udał się w 100%. Tak niezrealizowanego planu dnia autorka nie miała od czasów ostatniej sesji.

Z oglądania handlu zwierzątkami zrezygnowaliśmy po 2 godzinach marszu wzdłuż sześciopasmowej autostrady, gdy Tomek ostatecznie stracił nadzieję, że „skrót” doprowadzi nas na miejsce.

Wędrując uroczo w kurzu, pyłach i oparach Tomek doznał objawienia w nurtującej nas od pierwszych chwil w Bangkoku kwestii pt. „czym to miasto tak śmierdzi?”. Otóż, wg Tomasza, Bangkok śmierdzi Woodstockiem, czyli starym potem, brudem i błotem (autorka nie bywała, więc nie wie). Tak pachnie Bangkok za dnia. A nocą… żadne cenzuralne polskie słowo nie odda tego smrodu. Ulice zastawione worami gnijących śmieci, kanały cuchnącej wody, kałuże szczyn, a w powietrzu odór potu, padliny, jełczenia, fermentacji, psucia, rozkładu…A wszystko to na bazie spalin. Jedno wielkie, duszne, tropikalne szambo.

Tyle słowem zachęty.

Gdy już jednak przestaliśmy turpistycznie analizować nasze doznania węchowe, wycofaliśmy się z pobocza autostrady o temp ok 45 st i dobrnęliśmy do informacji turystycznej. Postanowiliśmy odnaleźć smoki. O dziwo po angielsku (a nie na migi), pani powiedziała nam z rozbrajającą szczerością, że do China Town jeździ autobus 204, ale transport publiczny w Bangkoku jest tak skomplikowany, że ona nigdy go nie używa. Poszliśmy na przystanek. Czekaliśmy. Tłum dookoła wsiadał i wysiadał. Czekaliśmy. Autobusy przyjeżdżały i odjeżdżały (autobusy w Bangkoku są dość leciwe, a klimatyzacja opiera się na nie zamykaniu drzwi). Czekaliśmy. Megafon obok nas darł się głośniej niż baby na targowisku za przystankiem. Czekaliśmy… Dodam jeszcze, że Bangkok jest większy nawet od Warszawy, i odległości między centrum a „nie-centrum” są naprawdę spore. Czekaliśmy. Autorka dosyć histerycznie i dramatycznie dała do zrozumienia, że nie przyjechała na wakacje po to, żeby spacerować wzdłuż autostrad, ani zaczadzać się na przystankach, i chce pojechać taksówką! Jak każda szanująca się zachodnia turystka z kraju kapitalistycznego dobrobytu. Żeby było egzotyczniej złapaliśmy tuk tuka.

IMG_3613

ilość taxówek i tuktuków na ulicy świadczy, że komunikacja publiczna nie radzi sobie najlepiej

IMG_3616

nasz kierowca, bez butów, ale w skarpetce z wentylacją

Tuk tuk jest tak skonstruowany, że światła stopu są umieszczone łukiem tuż przed oczami pasażerów, więc siedzi się trochę jak na karuzeli. Wszystko się świeci, wszystko się chwieje i trzeszczy, tylko zamiast słodkiej melodyjki słyszy się ryk katowanego silnika. Szczerze mówiąc nastawiałam się na jakieś mrożące krew w żyłach przeżycia, ale ruch uliczny widziany „od środka” jest jednak mniej przerażający, niż obserwowany z chodnika… Bo w Tajlandii obowiązuje coś w rodzaju „prawa szybszego”, albo „prawa zwrotniejszego”. Jest jednak w tym chaosie jakaś harmonia, i nie widzieliśmy jeszcze żadnego wypadku.  Przez ulicę również przechodzi się „gdy akurat się zachce”, bo pasy niby czasami się zdarzają, światła przy nich jeszcze rzadziej, ale dla kierowców są to tylko kolejne nieistotne mazy na jezdni (tak jak pasy ruchu).

W China Town trwały przygotowania, więc mieliśmy nadzieję, że coś się zadzieje.

IMG_3619

IMG_3632

Nawet rano nasi couch-surferowi współlokatorzy obudzili nas newsem, że Bangkok płonie od noworocznych ogni. Brzmiało to głupio i nietrzeźwo, bo kto by strzelał fajerwerkami w południe. Okazuje się jednak, że Chińczycy nie strzelają petardami tylko robią ogniska w koszach na śmieci. Palą tam rzeczy, które chcieli by przesłać swoim umarłym. Wg opowieści Briana siostra naszej gospodyni posłała w niebiosa nowego IPoda. Wychodząc z domu mieliśmy nawet nadzieję, że uda nam się jakiś cud techniki ocalić przed całopaleniem… ale było już za późno.

IMG_3628

Absolutny must have nowego roku- smok z bębenkiem.

IMG_3623

Czekając na smoki włóczyliśmy się po okolicy. Naszym głównym turystycznym problemem jest fakt, że jeden z naszych patronów medialnych obiecał nam przewodnik i mapę, po czym rozmyślił się nie informując nas o tym… a my ufni i idealistyczni, czekaliśmy do ostatniej chwili na paczkę książek. A teraz mamy tylko jakąś słabą mapkę z tourist info i 80% ciekawych budynków pozostaje „jakimś czymś”. Odwiedziliśmy więc jakąś świątynię buddyjską.

IMG_3659

Z jeźdźcem pilnującym kapci (do buddyjskich świątyń należy wchodzić boso).

IMG_3651

IMG_3660

Mnie zaskoczyły kryształowe żyrandole… ale jak się okazuje Buddę bardzo często oświetlają kryształy

I jakąś chińską świątynię. Większość wiernych zanim zacznie się modlić kładzie na ołtarzu jakiś „dar”- głównie wieńce z żółtych i białych kwiatków, albo owoce. Obok wejścia do świątyni zazwyczaj jest mały sklepik gdzie można się zaopatrzyć w świeczki, kwiatki i banany- taki zestaw modlitewny.

IMG_3663

IMG_3642

P1020482

Smoki!!!!

„Odkryliśmy” też nowy gatunek Bangkokowej fauny- szarorude wiewiórki.

P1020495

Wiewiórka w miejskiej jungle.

P1020498

A w zasadzie zdecydowanie „wiewiór”, lokalny rozpłodnik. (to Tomek robi takie paskudne zdjęcia)

Poza tym Bangkok ma fajne „uliczne dekoracje”. Zamiast wieszać doniczki z begoniami- pomagają epifitom.

IMG_3667

Donice zaś, oprócz tradycyjnego wykorzystania- a wybujałych roślin doniczkowych jest wzdłuż uliczek nie brakuje- stanowią małe akwaria. W donicach takich rosną lilie wodne, albo strzelają z nich pod niebo bagienne chwasty, a w wodzie uwijają się stada gupików czy mieczyków. Nie mamy zdjęć, bo nie udało się tego sfotografować, ale jest super. Estetyczny karmnik dla kotów.

P1020502

A pisząc o kotach… Koty w China Town wylegują się na ulicach z tak bezczelną bezwstydnością, i tak ostentacyjnie nie schodzą z drogi ani mieszkańcom, ani turystom, że chyba jednak w ulicznych szaszłykach nie serwuje się kociny. Co do przetrąconych ogonów zaś, to Grzegorz napisał mi, iż są to genetyczne mutanty, a nie ofiary przemocy… więc śledztwa nie będzie :/

P1020483

Znaleźliśmy też odstraszacz wampirów.

Długo czekaliśmy.  Ale wg Goy, informacji turystycznej i lokalnych Chińczyków wieczorem miały być smoki. Przeszliśmy przez dziesiątki bazarów i ulic „żywieniowych”. W Bangkoku wszędzie się handluje. Wszystkim i wszędzie. I je się wszystko. Również wszędzie. I wszyscy krzyczą. Sprzedawcy krzyczą, kupujący krzyczą, jedzący do siebie krzyczą (bo inaczej by siebie nie usłyszeli), samochody szumią, tuk tuki, motory i skutery ryczą, a ponad to zawsze skądś przebija się jakaś muza… Tzw „tło” na pewno przekracza 80 decybeli. Autorka naprawdę nie wie, jak w takich warunkach można żyć. Hałas i smród- kwintesencja Bangkoku.

IMG_3673

Jeden z wielu kanałów. Pływające wysypisko śmieci.

Ale że długo czekaliśmy i zwiedziliśmy wszystkie zagracone zaułki, Siedliszcza i bazary, trzeba przyznać, że Bangkok jest niesamowicie bezpieczny. Trafiliśmy nawet nad jakieś „targowisko-osiedle” które pochłonęło swoimi dachami mały cuchnący kanał… Wąsko, ciemno, brudno, wszystko się rozpada- żadnego oświetlenia poza światłami okien domeczków (baraków?) i pojedynczych jadłodajni… a w tym wszystkim dwóch turystów z aparatami na szyi. I nikt nas nie zaczepiał. Może poza dzieciakami.

Doczekaliśmy się zmierzchu. Doczekaliśmy się nocy. Trafiliśmy na targowisko kwiatów, gdzie „żółte kwiatki” (chyba aksamitki) sprzedawano w ogromnych worach, a wielkie pęki róż zawijano w gazety. Jeden jedyny raz Bangkok pachniał ładnie… Uznaliśmy, że skoro nagle naród rzucił się kupować kwiaty to „coś się dzieje”.

IMG_3675

Po czym nic się nie zadziało, a my wróciliśmy pieszo do domu.

Mijaliśmy fajny bar, i może powinniśmy byli z niego skorzystać.

IMG_3678

Był to też dzień, kiedy upadały mity i legendy:

1.- że Tajki są bardzo ładne- nie są (haha!!!). Zdecydowana większość urodą nie grzeszy. Często za to grzeszą z premedytacją nie golonymi nogami. Oczywiście zdarzają się i śliczne Tajki. Część najbardziej efektownych i rozebranych dziewczyn ma nienaturalnie sterczący grdyki…. Hmmm J

2.- W Tajlandii nie trzeba się targować i nikt Cię nie oszuka- niestety. Wsiadamy do tuk-tuka, pytamy „how much”; kierowca krzyczy „250”. Zeszłej nocy za podobną trasę nasi koledzy zapłacili 100 BTH. Więc mówimy „100”. Kierowca mówi „150” My mówimy „Nie”. Kierowca mówi „Nie”. Odchodzimy. Kierowca krzyczy „Ok.Ok.100”. Jak w Turcji. Albo i jeszcze gorzej.

3.- że w Tajlandii bez problemu dogadamy się po angielsku- zdecydowanie nie.

Advertisements

3 thoughts on “Odc.3 czekając na dragon show

  1. W Tajlandii jeszcze nie byłam, ale zastanawiam się skąd znacie mit 2 i 3? Trochę czytałam o BKK (np. skok w bok blog) i pierwszy raz trafiam na takie mity 😉

    1. Mamy sporo podróżujących znajomych, którzy mają swoich podróżujących znajomych, których znajomi również podróżują… i tak rodzą się plotki. Właśnie jakoś tak mam, że wierzę opowieściom, a nigdy nie zaczytuję się w forach i przewodnikach. Niemądre to, ale przynajmniej na miejscu ma się dużo niespodzianek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s