Odc.4 nadal czekając na dragon show

Dzisiejszy dzień był OSOM 🙂

Po pierwsze, chyba przestaliśmy się pocić (termoregulacja się poddała, albo osiągnęliśmy stan komfortowegoodwodnienia ). Po drugie najedliśmy się J a kuchnia tajska jednak jest pyszna. Po trzecie… Bangkok jednak nie jest taki zły.

Oczywiście nic nam nie wyszło. Chyba nigdy jakiekolwiek zwiedzanie nie szło nam aż tak nieudolnie 😛

Obudziliśmy się skandalicznie późno. Był plan… poszliśmy do „dużego parku”, który znajdował się od nas ok godziny drogi pieszo, czyli był bardzo blisko.

Park zielenił się za wysokim płotem. Obeszliśmy jedną ścianę… i drugą… znaleźliśmy wejście, a liczna warta z hełmami i karabinami oświadczyła nam, że „no”, „no”.

Poszliśmy więc do pobliskiego ZOO. Zanim jeszcze zobaczyliśmy bramę, usłyszeliśmy muzę dudniącą za murami ogrodu, zagłuszającą ptaki, ulicę i nasze myśli. I entuzjastyczne wrzaski spikera. Uznaliśmy, że nie będziemy się dokładać do finansów instytucji torturującej zwierzęta, i poszliśmy dalej.

Może nawet niewiele straciliśmy, bo Bangkok sam w sobie jest trochę ZOO. Zarówno park, jak i ogród standardowo oblewały swą mętną wodą kanały. Nad kanałami latały i czatowały śliczne, białe czaple. W kanałach pływały i pełzały wielkie ryby.

P1020523

Na brzegach wygrzewały się wielkie żółwie, co najmniej dwóch gatunków.

P1020524

P1020525

A na kamieniach wylegiwały się wielkie warany.

P1020528

Taki wildlife. Wzdłuż płotu ogrodu zoologicznego kilku ludzi odławiało tą zwierzynę w sieci. I teraz już wiemy, skąd są te świeże ryby w garkuchniach :/

Poszliśmy więc do „jakiejś” Marble Temple, której nawiększą atrakcję stanowił kot.

IMG_3695

P1020553

IMG_3679

IMG_3682

IMG_3686

. Więc żeby było bardziej atrakcyjnie- kupiliśmy sobie kokosa, i piliśmy sok z kokosa z prawdziwego kokosa! I szczerze mówiąc nic specjalnego. Ale ładnie wygląda. No i życiowa jest życiowa satysfakcja J Kolejna fanaberia została zrealizowana!

IMG_3703

Na fali kokosowej mocy postanowiliśmy w końcu zwiedzić największe zabytki Bangkoku- czyli Świątynię Szmaragdowego Buddy i Pałac Królewski. Każdy szanujący się turysta najpierw odwiedza Wat Prakaeo, a potem Khaosan (lub na odwrót), a potem leci na rajskie plaże… a nie włóczy się po slumsach w poszukiwaniu smoków.

Łapaliśmy taksówkę bite 20 minut. Wszystkie były zajęte. Widać naprawdę autobusy nie dają rady. Ostatecznie zatrzymał się „przewóz skuterkowy”(tu istnieją też taksówki-skutery). No i pojechaliśmy. Dwóch pasażerów, kierowca, plecak i wielki aparat na ramieniu… Kolejna egzotyczna przygoda! Slalom gigant, need for speed i w ogóle Jackass. Oczywiście w Tajlandii kask to taki nieobowiązkowy dodatek, więc nasz kierowca nie inwestował w zbędne gadżety.

Tu nastąpił porażkowy ciąg dalszy, albowiem okazało się, że- nie stać nas na bilety, a autorka jest ubrana tak skrajnie nieprzyzwoicie, że za wypożyczenie jej odpowiedniego wdzianka należy zapłacić 400BTH depozytu. A gdy wróciliśmy z wizyty w kantorze okazało się, że na zwiedzenie pałacu, świątyni i muzeów została tylko godzina, i chyba już nam się nie opłaca wydawać tej bajońskiej sumy (całe 500BTH- czyli 50 zł) na bilety… Jutro drugie podejście.

Poszliśmy więc po raz kolejny szukać nabrzeża. To taka nasza zabawa- szukanie rzeki. Przez Bangkok płynie nieszczęśliwie Chao Phraya.  I tylko w bardzo nielicznych miejscach można zobaczyć  jej brzeg (zabetonowany). Ale w większości nad rzeką wznoszą się domy na palach i można sobie co najwyżej zobaczyć dachy statków przesuwających się nad ścianami ślepych zaułków… Tym razem poszliśmy szukać rzeki, i znaleźliśmy przystań. Wycieczkową (godzinne wypożyczenie łódki już za 1500BTH- czyli 150 zł, czyli podziękowaliśmy), i promową- przeprawa na drugi brzeg już za 3 BTH czyli 30 groszy. 3 razy nas odsyłali do innej bramki (były tylko 3 do wyboru), ostatecznie się udało.

IMG_3707

A drugi brzeg…. Inny świat. Kwitnące drzewa, śpiewak z „gitarą” (tzn. czymś strunowym i podobnym), ciszej, czyściej, spokojniej… Śmieszniej J Bo w Tajlandii praktycznie nie je się chleba. Przy naszej przystani zaś gnieździł się szereg babuszek, które sprzedają pulchne, gniotowate bochenki. Ludzie to kupują… i karmią ryby. Przy przystani kłębią się chore ilości wielkich, rzecznych potworów. Wszystkie jedzą chleb. A czasami gołębie pióra.

Dalej są „sklepy zoologiczne”, i to już nie jest zabawna historia, bo kobiety siedzą nad miskami i wiadrami pełnymi malutkich żółwików, górami, sumów, i innych rybek. Widzieliśmy gar pełen „małych muren” (może minogów jakiś) tak przepełniony, że wyglądał jak jeden wielki wijący się kłębek. Praktycznie w każdym „akwarium”  ”towar” się dusi.

P1020571

P1020572

Zwiedziliśmy kolejną „jakąś świątynię” gdzie akurat odbywały się „jakieś” obrzędy angażujące m.in. wianki z żółtych kwiatków których wielkie wory oglądaliśmy wczoraj. Zadbano by okolica świątyni była prawdziwą gipsową idyllą…

IMG_3715


IMG_3716

Wieczorem po raz kolejny ruszyliśmy szukać smoków. Po naszym wczorajszym marudzeniu, że smoków nie było Goy zapewniła nas, że smoki będą „tomoloł”. Dla pewności poszliśmy jeszcze do informacji turystycznej. Co prawda wczoraj tourist info twierdziło, że dragon show będzie wczoraj… dziś tourist info twierdziło, że będzie dzisiaj. Szliśmy przez Bangkok i oczom nie wierzyliśmy, jakie to miasto dziś ciche, puste i przestrzenne. Jakie spokojne. Jakie urocze. Minęliśmy grupkę ludzi ćwiczących aerobik do Waka Waka Shakiry, na wielkim placu, przed budynkiem z gigantycznym plakatem obecnego króla. Posiedzieliśmy sobie na wielkim trawniku (pierwszym zielonym miejscu w Bangkoku, gdzie mogliśmy wejść). Tomek udzielił fenomenalnego wywiadu Tajskim studentom anglistyki. Nasze  błędy gramatyczne przejdą do międzynarodowej historii lingwistyki. Znaleźliśmy naprawdę ładny park (drugie zielone miejsce w Bangkoku). Nadal nie wierzyliśmy jak jest cicho i pięknie…

IMG_3722

Przykład niekaralnego okrucieństwa- husky w Bangkoku

I wtedy dotarliśmy do Chinatown.

Na chodnikach setki straganów, na ulicy tłum świętujących, w czerwieni i złocie, przetykany stadami turystów w „byle czym”, w powietrzu tysiące lampionów i noworocznych wstęg. Ruch zamknięty, policjanci zagradzają wejście na jezdnię taśmami. Będzie się działo!!! To na pewno na smoki!!!

IMG_3738

IMG_3744

Czerwono-złote ubrania  mają zagwarantować szczęście w nowym roku. Co bardziej kochane pieski  wystąpiły więc w odpowiednich kreacjach.

Policjanci szybko i sprawnie zagoniła ludzi za prowizoryczne barierki. Stoimy. Czekamy…

IMG_3741

Tłum porozkładał kocyki i gazetki i przycupnął na asfalcie… czekamy. Kulturalnie. Spokojnie… minęło 15 minut. Czekamy… W górze unoszą się lampiony… Nawet nam się świątecznie zrobiło. Czekamy… w Polsce chyba niewykonalne, żeby „tłum” tyle czekał… Czekamy… Nic się nie dzieje… Czekamy…Poszliśmy coś zjeść. Wróciliśmy. Czekamy… Poszliśmy się przejść. Wróciliśmy. Czekamy…. Cała ulica czeka z nami. Przeszliśmy się kupić świeży sok z granatów (fantastyczny). Czekamy… Autroka zdążyła się zdenerwować, że tyle czeka. Tomasz zdążył się zdenerwować, że autorka nie umie czekać. Zdążyliśmy się pogodzić…. Czekamy. Autorka skapitulowała i poszła spać. I wtedy…. Po blisko dwóch godzinach czekania… JADĄ!!!!

SMOKI!!! Na pewno smoki! Bo któżby inny!!!

I przejechały…. Trzy otwarte autobusy z „bardzo ważnymi osobami w czerwieni” z czego pierwszą damą była królowa, lub matka króla, lub matka królowej, lub córka króla (nikt w naszej stłoczonej okolicy nie mówił na tyle dobrze po angielsku by nas uświadomić… choć próbowali 😛 ). Po trzech autobusach z załogą w czerwieni przejechały dwa eleganckie SUWy i ambulans…. KONIEC. Jednak gdy tylko samochody mijały czekających w tłumie sprzedawców, ci w mgnieniu oka porywali (chyba spod ziemi) stelaże i plandeki swoich straganów i gnali na środek jezdni prawie walcząc o najlepsze miejsce. To było niesamowite. Jak fala powodziowa J Żywioł. Może i warto było tyle czekać 😛

Gdy już wszyscy ochłonęli zapytaliśmy się, kiedy będzie dragon show, i usłyszeliśmy, że „tomoloł”

P1020623

W okolicznych świątyniach trwała zaś orgia masowego walenia w dzwoneczki, budowania girland z banknotów pieniędzy, i tłumnych modlitw wzmacnianych przez ozdoby z żółtych kwiatków. I wszystko byłoby super, gdyby tradycja nie angażowała również symbolicznego wypuszczania ptaszków. Handlarki trzymają w maleńkich klatkach nieludzko stłoczone mewki (albo mniszki jakieś), bez wody, bez jedzenia (na dobrą sprawę ptaszków w klatce jest tyle, że dwie miseczki już by się nie zmieściły. Klateczka z 5 ptaszkami- 100BTH, czyli 10 zł, czyli 2 zł za wolność. Autorka przez moment chciała nawet ocalić kilka mewek… ale wypuszczenie wszystkich w Bangkoku chyba jednak zrujnowało mój budżet… poza tym i tak niczego by to w ogólnej sytuacji ptaków nie zmieniło. Poza tym, te wypuszczone- przerażone, ogłuszone, zdezorientowane, głodne i zestresowane- krążyły chaotycznie nad placem świątyni wabione lub oślepiane wielkimi reflektorami. Naprawdę biedne malutkie mewki.

Wracaliśmy do domu tuk-tukiem. Niby już nic nowego. Wcześniej zatrzymało się dla nas kilka taksówek, i jakoś nikt nas nie chciał podrzucić za oferowaną przez nas cenę. Aż do owego wesołego kierowcy. Rozmowy w Tajlandii zwykle są eklektyczne i merytoryczne:

– Hello

– Hello

– Victory Monument- Tomek

– Ok.Ok :D- wesoły kierowca.

– How much?- Tomek

– Ok. Ok :D- wesoły kierowca.

– No, how much?- Tomek

– Ok. Ok. 250 BTH- wesoły kierowca.

– Nooooo, 80 BTH- Tomek.

– Nooo, no no….200 BTH- wesoły kierowca.

– Noooo, no no… 100BTH- Tomek.

– Noooo, no no… 150 BTH- wesoły kierowca.

– No, so thank you- Tomek, odwracając się. Autorka posłusznie zrobiła kilka kroków za Tomaszem.

– Ok, ok 100 Bath- wesoły kierowca. 100 bath, Ok.

Wsiedliśmy. Autorka przez pierwsze 30 sek myślała, że wesoły kierowca robi nam to za karę. Wyprzedziliśmy wszystko, prawą, lewą stroną, na trzeciego, czwartego, między poparkowanymi samochodami, skuterami, motorami… Światła nie światła! Nieważne! Żeśmy się musieli wychylać na zakrętach, żeby się nasza buda nie wywaliła. Autorka niechybnie bladła i zieleniała. Wesoły kierowca mrugał do niej w lusterku i śmiał się bezczelnie. Zarąbiście się bawił. Bawił się tak… że aż nas rozśmieszał. I wtedy tuk-tuk zaczał stukotać. Jedna przecznica… druga przecznica. Złapało nas czerwone światło. Wesoły kierowca wziął śrubokręcik i wpełzł pod podwozie. Pokręcił, pokręcił… długo kręcił bo światła były długie. Co jakiś czas krzyczał OK, OK. Ruszyliśmy. Stukot przerodził się w łomot. Kolejne światła. Wesoły kierowca pokręcił, pokręcił… efektu nie było. Więc  zaparł się i urwał. Jakiś metr rury wydechowej. Wrzucił nam to pod siedzenie, uśmiechnął się uroczo, powiedział OK. I ruszył. Z takim samym rykiem jak uprzednio. W tym samym stylu. Autorka kilkakrotnie pożegnała się z życiem, a raz była nawet bliska nawrócenia i żałowania za grzechy. Kierowca śpiewał i śmiał się z niej bezczelnie. Tomasz trzymał się kurczowo barierki, ale też się ze mnie śmiał…. Po czym wysiadł, i oświadczył, że zaraz się porzyga… oczywiście z przejedzenia, a nie z jazdy J


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s