Mistrzowie rzeźbienia

12.02

Uciekliśmy z Bangkoku!!!! 😀

Może w nienajlepszym stylu, bo busikiem spod Victory Monument, czyli chyba największym dworco-bazarze w stolicy, ale biorąc pod uwagę ilość tuk-tuków i taksówek patrolujących ulice BKK, a także przeogromność miasta, przedmieść i okolicznych terenów zabudowanych, wyjazd na stopa byłby gehenną lub porażką.

Kupiliśmy więc bilety do Kaczanaburi, ok 60 km na zachód od Bangkoku. Jechaliśmy 2 godziny. Bilet kosztował 110 BTH, czyli byłoby super, ale z powodu braku bagażnika nasze plecaki zostały uosobione, i musieliśmy kupić im dodatkowy bilet. No i już nie było tak super, ale chyba wciąż do przyjęci. Czekając na bilet kupiliśmy ostatnie potrzebne nam rzeczy (typu repelent na komary- repelenty są raczej drogie- za buteleczkę 125 ml zapłaciliśmy 7 zeta… ale skuteczny jest. I ładnie pachnie). Poza tym autorce wczoraj było bardzo smutno, że zniszczyła swoje chińskie okulary przecwsłoneczne z Hiszpanii, za całe 2 euro… ale szybko się pocieszyła kupując nowe okulary za 39 BTH (czyli 3,9zł).

No i pojechaliśmy. Autorka bardzo chciała gapić się cały czas przez okno i „obserwować Tajlandię”, ale po 3 dniach bezsenności w Bangkoku dostała totalnej narkolepsji i mimo usilnych prób nic z „obserwowania” nie wyszło. Tomek mówi, że przez te 2 godziny praktycznie non stop jechaliśmy przez miasto. A poza tym widział 3 krowy- miały wielkie głowy, duże rogi i ogromne paleary.

Wysiedliśmy w Kaczanaburi. Dopytaliśmy się którędy na „Erałan łoterfols”, nikt tam zbyt dobrze nie mówił po angielsku, ale wszyscy nas wyśmiali, że chcemy pokonać 70 km pieszo i stopem.

Odmaszerowaliśmy stosowną odległość od centrum, żeby zmniejszyć zagęszczenie taks i busów na drodze, i zaczęliśmy łapać stopa.

Czekaliśmy (idąc, jak to my. My nie potrafimy stać i czekać) jakieś 5 minut. Tomek rozpoczął pantomimę pt. „Erałan, waterfalls, no monay”- Tomek jest autentycznym mistrzem w dogadywaniu się bez jakiegokolwiek rozumienia języka. Kierowca popatrzył, popatrzył, pouśmiechał się, bąknął na próbę „OK” po czym zadzwonił do pani mówiącej po ang. Jechaliśmy, Tomek rozmawiał przez komórkę, pani kilkakrotnie zapytała się, czy skoro nie mamy kasy na autobus, to nie chcemy jechać na policję… Do końca nie byliśmy pewni, czy nas zrozumiano, ale wysadzono nas bez rachunku za kurs, jakieś 20 km dalej; przed jednostką policji. Wciąż byliśmy w Kaczanaburi.

Tomek odstawił przedstawienie „Erałan, waterfalls”, policjant kazał nam usiąść i poczekać. Po paru minutach przyjechał anglojęzyczny kolega z drogówki. Wytłumaczyliśmy mu, na czym polega autostop, a uprzejmy policjant odparł, że „ok, ok, please wait” i sam zaczął nam łapać transport. Chyba nie bardzo boją się tu drogówki, bo mało samochodów się dla niego zatrzymywało, a te nieliczne i tak nas nie zabrały. Pan z drogówki poszedł po wsparcie kolegi z dyżurki. Koledze również nie wychodziło. Słońce zaczynało się chylić ku zachodowi :P, że tak walnę romantycznie- ale chodzi o to, że w Tajlandii nie ma zmierzchu- jest zachód słońca, i niemal od razu jest noc.  Zaczęliśmy więc pocieszać się planem B, że niedaleko jest buddyjska świątynia. Rzekomo jeśli pójdzie się do mnichów i poprosi o nocleg, to zawsze pomogą. Podobno często nawet nakarmią J Nie wiem jak to by było dla samotnej kobiety, ponieważ w kilku świątyniach widzieliśmy już napisy, że babie nie wolno odzywać się bezpośrednio do mnicha, albo podawać im czegoś bezpośrednio… no ale gdybym była dodatkiem do Tomasza chyba nie byłoby problemu.

W tym czasie jednak policjantom znudziło się bawienie w autostopowanie,  i pomachali nam, że możemy sobie już iść. Praktycznie natychmiast zatrzymał się dla nas pick-up z paką w panterkę, a kierowca zapytał „where do you want to go?” Jechaliśmy dyskutując o Tajlandii i ucząc się mówić „hello”, „dziękuję” i „chcę pojechać do…, bez pieniędzy” (strasznie trudne) czyli w sumie wszystko co autostopowicz umieć powinien. Aż zatrzymaliśmy się przed wjazdem do Salakphra Wildlife Sanctuary, a Mr. Kay oświadczył, że tutaj pracuje, i dalej nie może nas podwieść, może nas tu za to przenocować!!!

No i nocowaliśmy…. W bambusowym zagajniku (z łazienką, prysznice i wifi :P);  w kwaterze głównej Salakphra Wildlife Sanctuary, jedząc kolację z „szefem szefów” i rozmawiając o słoniach i tygrysach.

Mr. Kay powiedział nam, że na terenie Salakphra żyje aktualnie ok 220 słoni, i ich największym problemem jest właśnie liczebność, oraz, oczywiści, ludzie. Gdy zakładano ten „chroniony obszar” (trochę nie wiem jak to nazwać, bo park narodowy to odrębne tereny) żyło tam 75 słoni. Teraz  jest ich prawie 3 razy tyle, a lasów nie przybyło. Co więcej ludzie wciąż masowo wycinają tam bambus, który w tym regionie (a może i wszędzie) jest głównym pożywieniem słoni. Takie wycinanie bambusa jest nielegalne, ale wciąż wiele ludzi żyje z „rabowania lasów”. Słonie w odwecie plądrują arbuzowe czy melonowe pola, oraz inne uprawy. Pracownicy parku próbowali nawet grodzić co bardziej zagrożone poletka płotami pod napięciem, ale słonie są zbyt cwane. Okoliczne słonie błyskawicznie nauczyły się, że muszą wyłamać z lasu jakiś badylek, zmasakrować nim ogrodzenie, a droga do mango i melonów stanie dla nich otworem J

Słonie potrafią też ludzi atakować, i taki wypadek miał miejsce 10 dni temu. Jeśli więc spotkamy w lesie słonia powinniśmy stać spokojnie, i spokojnie odejść, a jeśli słoń ruszy w naszym kierunku uciekać. A jeśli spotkamy słonicę ze słoniątkiem, najlepiej uciekać od razu. Mr Kay mówi, że on sam boi się nocować pod namiotem w lesie właśnie z powodu słoni. I nawet gdy chodzą patrolować teren, czy pomagać naukowcom z uniwersytetu w badaniach śpią w domach poza lasem.  Tygrysów w Salakphra jest bardzo niewiele. Podobno kłusownicy chętniej trują tygrysy, niż do nich strzelają… wtedy mają skórę bez dziury po kuli.

Dowiedzieliśmy się też, że pod Salakphra podlega ośrodek dla starych słoni, i jest tam baaardzo dużo wolontariuszy. Trochę się najpierw zapaliliśmy do tego pomysłu, ale Mr Kay uświadomił nam, że to taka ściema dla „ludzi z zachodu”, żeby sobie podtykali słonie i mieli o czym opowiadać.  A tak poza tym, to słoni udomowionych jest w Tajlandii ok 2,2 tys, czyli tyle samo, co dzikich.

Ostateczne wnioski są takie, że Salakphra Wildlife Sanctuary raczej nie potrzebuje wlontariuszy z polski, ale być może udałoby się nam podczepić do jakiejś badawczej ekspedycji uniwersytetu. Mr Kay twierdzi, że jest to możliwe 😀

Spało się dziś genialnie. W tle niemal calą noc rozbrzmiewała radosna, pogrzebowa muzyka z niedalekiej świątyni. Wśród drzew darły się jakieś nocne ptaki.

Czasami sobie myślę, że Paulo Koeljo jednak miał rację 😛

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s