Lanta cz1.

Minął nasz pierwszy tydzień na Lancie, w zasadzie sama nie wiem kiedy… Bardzo szybko mu się minęło. Czas więc najwyższy na pierwsze (i kolejne) wrażenia.

P1040329

Napisałabym je dużo wcześniej, ale (jak to w trzecim świecie bywa) zostaliśmy odcięci od internetu, a jak to u „południowców” – załatwienie czy naprawienie czegokolwiek trwa tu całe wieki, i nikt nie wie, kiedy los zwróci nam WiFi i Facebooka.

INTERNECIE!!!! Wróóóćććć!!!!! (póki co koczuję nocą na werandzie LAW menagera, karmię komary i oficjalnie „kradnę internet”)

Wylądowaliśmy na Lancie 27 lutego, po naszemu- czyli autostopem. Tym sposobem dojazd na wyspę kosztował nas całe 2 zł 30 groszy (2 złote- prom ze „stałego lądu” na Koh Lanta Noi; 30 grosze prom z KohLanta Noi) W biurze informacji turystycznej w Krabi pewien bardzo elokwentny pan, wyłożył nam, że na Lantę można się dostać na trzy sposoby, z czego najfantastyczniejszy busik (400 BTH od osoby) zabiera nas niemal spod biura informacji i mknie z nami prosto na wyspę („bilety promowe  wliczona jest w cenę”);  mniej fantastyczny (200 BTH) podwozi nas pod prom („i dalej musicie sobie radzić sami…”). Trzecim sposobem był tajski transport publiczny, ale gdy zasugerowaliśmy, że raczej nie podbijemy elokwentnemu panu prowizji od sprzedaży busikowych biletów, przestał się do nas odzywać i ostentacyjnie rozpoczął dłubanie w mangostanach… Dlatego też nie wiemy ile by nas kosztowało poznawanie lokalnych autobusów i ich standardów.

IMG_4430

mangostany

Pojechaliśmy  więc stopem, jak „plan i idea” nakazuje. Naprawdę długo to trwało. Niewiarygodnie rozwleczone, albo „ekspansywne” potrafią być tutejsze miasta. Człowiek idzie (lub jedzie) przez pola, nieużytki i bananowe chaszcze, cieszy się- że teraz to już tylko otwarta droga i nieistotne wioseczki na trasie… po czym wjeżdża pomiędzy zabudowania  i dowiaduje się, że nadal jest w Krabi…

Jakoś się jednak udało.

Nasza opinia o Lancie Yai w ciągu pierwszych 48 godzin na wyspie przeszła tak dynamiczną przemianę, że efekt końcowy jej ewolucji kompletnie nie przypomina pierwowzoru. Na szczęście!

Było to tak:

Dzień pierwszy.

Kierowca klekoczącego pick-upa podwiózł nas pod sam prom. Tomek kupuje bilety, Bunik taszczy cieknącą siatkę z wybitnie cuchnącym eksperymentem owocowym… zastanawiając się, czy aby na pewno wpuszczą nas z tym „cudem natury” na pokład, albo czy zaraz nie naleję sobie jego aromatycznych soków do buta (kiedyś….gdy wróci internet, poświęcę moim owocowym odkryciom całą notkę! Grożę, albo obiecuję… jak wolicie). Na szczęście odór naszego zakupu nie był wstanie wybić się ponad wyziewy wód cieśniny i smród promowego paliwa. Weszliśmy na pokład, a tam….. Poza wąską przystanią brzegi lądu gęsto zarastał las schodzący aż do samej wody! LAS NAMORZYNOWY!!!!! Po drugiej stronie- Koh Lanta Noi- ciemnozielona od lasów spływających ze wzgórz aż nad samą wodę! Wooooow!!!!! Będzie genialnie!

IMG_4419

IMG_4421

IMG_4424

Na promie złapaliśmy stopa bezpośrednio na Koh Lanta Yai (nie jest to rekordowy dystans, ale przynajmniej od razu trafiliśmy do samego centrum). Pożartował sobie z nas nasz kierowca. Pośmiał się. Pocieszył. Nie wiem z czego. Przejechaliśmy Koh Lanta Noi… wioseczki, chateczki, dziury, kury… Trzeci świat pod palmami. Po prostu super!

Wjechaliśmy na Koh Lanta Yai. Wjechaliśmy do „Saladan”. Wysiedliśmy…

I było strasznie.

Uciekać!!!

Ale pomyśleliśmy sobie… to tylko centrum. Weźmiemy mapę, znajdziemy LAW (Lanta Animal Welfare), sprawdzimy gdzie jesteśmy, i uciekamy pod dzikie palmy.

Wzdłuż uliczki o długości ok. 500 metrów znajdowało się z 8 informacji turystycznych. 7 z nich nie posiadało żadnej mapy wyspy, znaleźliśmy takową dopiero w ostatnim biurze.  Nie ma na niej skali, poziomic, lasów czy zabudowań. Jest 1500 nazw barów, hoteli i restauracji oblepiających główną drogę i wybrzeże. LAW również na niej nie było.

Ruszyliśmy szukać plaży. I jak się okazało, szukać plaży w Saladan, to trochę tak, jak szukać rzeki w Bangkoku. Niby wiadomo, gdzie jest… jest gdzieś za domami. Tu morze falowało łagodnie pomiędzy restauracjami na palach. Przestrzeń pomiędzy palami, oraz pomiędzy restauracjami wypełniały śmieci.

IMG_4599

(tutaj akurat aż tak brudno nie było… jakoś nie mam zacięcia do fotografowania śmieci)

Ostatecznie znaleźliśmy sobie szeroką, pustawą plażę o białym piasku. Po prawej wyrastały z niej pale eleganckiej restauracji. Za nią zielenił się trawniczek eleganckiego hotelu. Warto zauważyć , że kawał trawniczka pod palmami przeznaczono na bardzo ekspansywny skład śmieci.

Rozsiedliśmy się wygodnie. Zadowoleni, bo dziś „ryżem powszednim” miał być ryż dziki i czarny- a tutaj to naprawdę rzadkość i rarytas. Przez dłuższą chwilę byliśmy największą atrakcją turystyczną dla nieatrakcyjnie roznegliżowanych brunetów i blondynek, którzy widać odkryli coś fascynującego w palniku benzynowym i gotowaniu na plaży. Tomasz się trochę poirytował, Bunik zaszalał z „byciem zen”… a potem przyszła najprawdziwsza tropikalna ulewa, która zmyła z plaży obserwujących i obserwowanych.

Przez dobry kwadrans świat płynął i tonął.

A potem wszystko wróciło do upalnej, słonecznej normy.

P1040333

Spróbowaliśmy podkraść jakieś WiFi free, ale jak się okazało, na Koh Lanta Yai wszystko jest free, ale najpierw trzeba zapłacić. Prawdziwie free była jedynie lokalna gazetka o cudach i atrakcjach. Na Koh Lanta Yai jest wszystko- show z małpkami, show z wężami, nurkowanie z rybami i żółwiami, spacery z psami, jazda na koniach… jazda na słoniach też (jeśli się wykupi wycieczkę na stały ląd). Kursy pływania, kursy gotowania. Bary, puby, kluby, burdele, knajpy, kawiarnie, kawiarenki, restauracje, jadłodajnie… i wszystko jest cudowne, wspaniałe, tajskie lub nietajskie (zwykle jednocześnie), tradycyjne i zachodnie i specjalnie dla Ciebie. Dosłownie raj na ziemi.

IMG_4581

Ewakuowaliśmy się szukać dzikiej plaży.

IMG_4448

IMG_4431

nasz ulubione fotostory

I tu okazało się, że po ulicach… (w zasadzie po „ulicy”, bo dużego wyboru tras tu nie ma) jeździ więcej taksówek i tuk-tuków niż skuterów, motorów i samochodów razem wziętych. I wszystkie chciały nas podwieźć. WSZYSTKIE. Szliśmy eskortowani kolejką tuk-tuków, i każdy kolejny kierowca z tą samą troskliwą uprzejmością krzyczał „Taxi!”, „Tuk-Tuk!” „Gdzie idziesz?”. Żadne „zen”, mantry, ani wiązanki i przekleństwa nie były w stanie pomóc- zamknęłam się więc w sobie, zjeżyłam, i zredukowałam cały angielski do „no!”. I szłam… w tuk-tukowisku, przez „raj na ziemi”.

Tomek bawił się świetnie! (jak zawsze) Łapał stopa. Tudzież prowadził badania psychologiczne, nad reakcją lokalnej społeczności na pytanie „a za darmo?”. I, o zgrozo, chyba nawet wierzył, że w końcu coś złapie. Nie złapał. Odkrył za to genialny sposób na odstraszanie tuktukowców. Nasze dialogi wyglądały mniej więcej tak:

– Hello!

– cisza (czyli ja)

– Chcesz taksówkę?

– Nie.

– A dokąd idziesz?

-cisza

– Podwieźć cię?

– nie.

– A gdzie mieszkasz?

– cisza.

– Chcesz wynająć pokój?

– cisza

– Mam super pokój. Tanio! Podwieźć cię do pokoju? (naprawdę, na Koh Lancie nie da się zginąć)

– Nie.

– A jesteś głodna?

– nie.

– Podwieźć cię do restauracji? Tania!Super restauracja!

– Nie

– A gdzie chcesz iść?

(…) i tak ciągle. Z każdy. Non stop.

A teraz rozmowy Marchewki.

– Hello! Gdzie idziesz? Podwieźć Cię?

– Za darmo?! Jasne!

(tuk-tukowiec odjeżdża przestraszony)

Oczywiście mimo wszystko Koh Lanta jest zamieszkana przez Tajów, więc da się tu jeździć autostopem, tylko wyłowienie takiego kierowcy spomiędzy taksówek i tuk-tuków wymaga więcej czasu.

Raj na ziemi zabudowano. Nie ma miejsca na samotne namioty romantycznych bezdomnych. Jest za to dużo „wszystkiego innego”. Jest wszystko, oprócz dzikich plaż i dzikich polanek. A większość z tych rzeczy jest „freedom”. Są „freedom” hotele,” freedom” kawiarnie, „freedom” pokoje do wynajęcia, i „freedom” bary w ilości wymagającej pewnie dwucyfrowej numeracji (po kilku dniach doszliśmy do wniosku, że aż tyle freedom barów nie ma- tylko mają reklamę na co drugim drzewie… ale pierwszego dnia myśleliśmy, że to barowy odpowiednik „biedronki”).  Nie wiem na czym miałaby polegać ta „freedom” i ile by kosztowała, ale była wszechobecna. Tymczasem szliśmy wzdłuż głównej (i niemalże jedynej) drogi, a po obu stronach ciągnęły się „turystyczne atrakcje”. Pomiędzy atrakcjami (z ogródkami i lampionami) piętrzyły się śmieci. Nieliczne boczne dróżki prowadziły do dalej położonych „turystycznych atrakcji”. Wzdłuż plaży ciągnęły się bary, hotele i restauracje.

P1040332

Skapitulowaliśmy, i spytaliśmy, czy moglibyśmy rozbić się na tyłach „domku-garkuchni”. Kobietka skonsultowała sprawę z mężem, i wielkodusznie oświadczyła, że możemy przenocować za darmo, tylko musimy zapłacić za zużycie wody (toaleta+umywalka)- jedynie 100BTH… Widać wody oligoceńskie i mineralne tutaj w kranach mają. (Przypomnę jeszcze, że na stałym lądzie rozbicie się na polu namiotowym- a są one czyste, ładne, z łazienkami- kosztuje 40 BTH- za namiot, nie od osoby).

Poszliśmy więc dalej. Przez chaszcze. Weszliśmy w zarośnięty zagajnik (?) palmowy… i pod murem eleganckiego ośrodka wypoczynkowego- rozstawiliśmy nasz namiocik!!! W stosownej odległości od potencjalnego zasięgu spadających kokosów.

Kilka metrów dalej zaczynała się plaża… a w piasku bielały odłamki koralowców!

IMG_4433

Był odpływ.

Pomiędzy jasną plażą, a rozświetlonym zachodzącym słońcem morzem rozciągał się szeroki pas „czegoś”, co wyglądało jak ciemne, zaschnięte grudy błota, pomiędzy którymi migotały kałuże morskiej wody. „Coś” było pogrzebaną w piasku i mule, martwą rafą. Chrzęściła od butami i pękała z trzaskiem. Dziwnie się po niej szło.

IMG_4434

Obejrzeliśmy niebrzydki zachód słońca, zjedliśmy ananasa i  mangostany pod tropikalnymi gwiazdami, i poszliśmy spać słuchając szumu morza i palm… i nawet mieliśmy nadzieję, że jutro będzie lepiej… i jednak uda nam się przeżyć ten miesiąc.

Dzień drugi.

(w którym Tomasz spełnia wszystkie nasze życzenia :P)

To był zdecydowanie dzień Marchewki.

O świcie Tomek poszedł w krzaki (że tak dyskretnie napiszę) i wrócił z kokosem!!!

IMG_4439

I tu musimy przeprosić wszystkie kokosy świata, za nasz wpis z Bangkoku. Kokosy są OSOM. Sok z kokosa smakuje genialnie…  Zwłaszcza pity na pustej, rajskiej plaży o poranku. „Wiórki kokosowe” również są bardzo smaczne. I bardzo sycące. Także- picie soku z prawdziwego kokosa, naprawdę warto uczynić swoim marzeniem J Byle nie w Bangkoku, widać Bangkok jest tak paskudny, że nawet kokosy są tam niedobre.

IMG_4441

Najedliśmy się tym kokosem niesamowicie.

IMG_4445

I ruszyliśmy na poszukiwanie LAW. Minęło nas zaledwie kilka tuk-tuków. Kolejny kierowca krzyknął z uśmiechem „podwieźć was”, a my z uśmiechem odkrzyknęliśmy „Jeśli za darmo to jasne!” (potrafię się szybko uczyć);  i tak zautostopowaliśmy naszego pierwszego tuk-tuka! Zdarza się! Nie był to kierowca bezprecedensowy 🙂

W LAW przydzielili nam pokój, pozwolili zostawić rzeczy, i oświadczyli, że mamy wrócić jutro, albo zostać i  nie przeszkadzać.  Poszliśmy więc dalej zwiedzać „raj na ziemi”.

IMG_4452

IMG_4453

Pojechaliśmy na stopa na południe; przespacerowaliśmy się „drogą ewakuacyjną w przypadku tsunami”.

IMG_4570

Szosa aktualnie stanowi drogę dojazdowo-spacerową dla mieszkańców ekskluzywnych, cichych hoteli zagubionych w zieleni tropikalnych drzew. Ładna to droga. Obsadzona gęsto hibiskusami i innymi kolorowymi kwiatkami. I tu, i po całej wyspie (czyli kolejnych 6 drogach na krzyż) pomijając tuktuki głównymi uczestnikami ruchu drogowego są „western people”. Opaleni i spaleni, mniej lub bardziej pokracznie poczynają sobie na wypożyczonych skuterkach. Wszyscy z rozwianym włosem i wniebowziętym wyrazem twarzy. „Oh jej, jedziemy sobie na skuterku, kwiatuszki kwitną, motylki fruwają, wiaterek powiewa, zaraz usiądziemy sobie na piaseczku i poleżymy na słoneczku”. Świat jest taki piękny! Wakacje są takie cudowne! Życie jest tak miłe i spokojne. Słoneczko ciepłe. Wiaterek przyjemny… Być może to właśnie Lanta jest prawdziwą ojczyzną haiku 😛 Wszyscy są tak egzotycznie i leniwie zadowoleni. Just flow. Relax. Calm down. Don’t worry, be happy… i hakunamatata. I trzeba dodać, że to wszystko bez nawet grama marihuany 😛 Za zielarski dopping tajski rząd gwarantuje nam dożywotnie zakwaterowanie w więziennej celi, co jest chyba trochę mniej „hakuna matata”. Mimo takich barbarzyńskich przepisów Lanta trochę się na Jamajkę stylizuje. Ilość wizerunków i portretów Boba Marleya przewyższają tylko zdjęcia króla.

IMG_4450

Tego też dnia pierwszy raz poszliśmy pływać. I tu też zadziałała Tomka dobra karma (na pewno ten poranny kokos), i zanim zdążyłam się skląć i znielubić, bo idąc nad morze zapomniałam spakować okularów do pływania- Tomek wyłowił mi z morza prawdziwą maskę do nurkowania! A tutejsze morze naprawdę jest wspaniałe! Tu jest tyle ryb!!!! Tego się nie da opisać! (tzn. na pewno się da, ale ja i tak za dużo piszę). Dosłownie wszystko tu pływa, we wszystkich możliwych kształtach i kolorach, w tym wielkie, piękne meduzy (gorzej, jeśli się je najpierw poczuje, a dopiero potem zauważy). Aż chyba w końcu nauczę się  nurkować 😛

P1040331

A wieczorem poszliśmy na inauguracyjnego drinka… Trzeba przyznać, że choć ciężko jest znaleźć naprawdę dziki kawałek plaży, to nadmorskie knajpy są naprawdę klimatyczne i malownicze. Praktycznie wszystkie oświetlone lampionami lub kolorowymi światełkami, z klasyką rocka lub reagge w tle (rzadko z techno… ale jak puszczają techno, to wieczór nazywają „party”… nieważne, że praktycznie nigdy nikt nie tańczy). Ogólnie Lanta to bastion Pink Floyd’ów 🙂 Żeby kupić wypić sobie drinka z palemką odwiedziliśmy 3 bary. W pierwszym był alkohol, ale nie było menu… a nikt z barmanów (zwykle 3-4, za pustym stołem) nie mówił po angielsku. W drugim była lista drinków, ale nie było alkoholu. W trzecim była lista drinków, były alkohole, ale nie było „baristy”… ostatecznie ściągnęli chłopaka z „baru nr 2”. Mieszał te nasze mikstury całe wieki. Czekając zdążyłam się 15 razy pożałować wyboru (bo może jednak chciałam cos mniej słodkiego/bardziej orzeźwiającego/bardziej słodkiego/mniej kwaśnego/cos co znam/ coś bardziej dziwnego….), pożałować jeszcze niespożytych kalorii, porobić sobie wyrzuty sumienia, że miała być oszczędnościowa prohibicja a są kolorowe trunki przy świecach, aż w końcu uznać, że jest cudownie, bo w głośnikach „Hotel California” a ja sobie siedzę na kolorowych poduszkach i dywanikach, z Marchewką, na końcu świata… i pod palmami… więc jest wspaniale. Tomek zdążył się zaprzyjaźnić z karaluchem, który mieszkał w pęknięciu blatu naszego stolika, i w tym czasie zrobił kilka obchodów swojego terytorium.

Ostatecznie doczekaliśmy się- i naprawdę, był ekstra.

P1040329

Dni kolejne

Dni kolejne mijały nam głównie w LAW, i szczerze mówiąc tak jak myślałam, że „trochę sobie pooperuję, a poza tym to będą wakacje w tropikach, tango w tropikach, bieganie w tropikach i zarywanie nocy na necie”… to nic z tych rzeczy nie wyszło. Przez pierwszy tydzień ani razu nie pojawił się „szef szefów”, więc na stół operacyjny mogę co najwyżej popatrzeć… A w zasadzie mogłabym, gdybym miała czas. Jest jednak marzec, doroczny szczyt epidemii kociego kataru, izolatka pękająca w szwach, szpital pełen ran, grzybów, ropni i innych plag, a i pacjentów „z zewnątrz” również nie brakuje 😀 Efekt jest taki, że 8 godzin dyżuru to naprawdę 8 godzin pracy. Czyli- fantastycznie!!! (choć strasznie męcząco… zwłaszcza że od 2 tygodni lokalni magicy walczą z awarią klimatyzacji, i temperatura w gabinecie nie spada poniżej 35 stopni)

Może to zabrzmi chorobliwie lub fałszywie ale naprawdę- stęskniłam się!!!!

P1040326

O tym co i jak robią weterynarze w LAW napiszemy w następnym odcinku. Może do tego czasu zjawi się Dr. Tey i zacznę walczyć z kocią nadprodukcja skalpelem i haczykiem (haczyk akurat mnie przeraża… ale kiedyś trzeba się nauczyć).

Poza tym znaleźliśmy genialne miejsce do nurkowania, zaledwie 20 minut drogi od schroniska 😀 Więc o ile dyżur nie przeciąga się powyżej godziny (widać w Tajlandii też- jeśli dyżur trwa do 17, to z gabinetu wychodzi się najwcześniej o 17.30) spędzamy tam popołudnia.

P1040364

to nie jest photoshop- to był zachód słońca z fioletowym morzem

 Gdyby ktoś w Polsce wybudował mi gigantyczne akwarium z kolorowymi rybkami i pozwolił tam pływać po pracy to byłabym dużo lepszym człowiekiem 🙂 Pływa się, patrzy na piękne rzeczy  i zostawia w morzu wszystkie swoje stresy, frustracje, złości, żale, strachy….  Kilka dni temu widzieliśmy najeżkę;

kolezanka-najezka

(taką oto najeżkę, one potrafią zmieniać kolor jeśli wpływają nad inne podłoże- tzn nad piaskiem są piaskowe, a nad kamieniami brązowo-czarne; http://wd3.photoblog.pl)

już parę razy zdarzyło nam się przepływać przez wielką ławicę rybek. Rybki nie są jakieś spektakularne- srebrnoganatowe z wielkimi oczami… ale jest ich taka masa, rozbiegająca się i migocząca przed nami. I każdy zwrot, zakręt i nurkowanie robią symultanicznie. Jak na komendę. Całkiem jak ławice ryb uciekające na filmach przyrodniczych przed fokami czy rekinami 😛 Niesamowite wrażenie.

diver-and-fish_2034007i

o tak się czujemy wtedy, tylko nasze ryby są malutkie (http://i.telegraph.co.uk)

Mieliśmy już też pierwszy dzień wolny. Zasłużony. Przeautostopowaliśmy sobie Lantę Yai dookoła. Wschodnie wybrzeże w niczym nie przypomina naszej strony wyspy. Nie tylko plaże są kamieniste, a koralowce „bardziej żywe” (nasz kawałek rafy choć piękny, zdecydowanie nie ma się najlepiej), ale i wioski „nieturystyczne”!

IMG_4572

IMG_4576

IMG_4596

Wiele razy już przechodziliśmy przez takie „nieturystyczne” osady, i zwykle widok jest taki sam. Ludzie leżą. W cieniu, pod drzewami, na „werandach”, pod daszkami. Śpią, drzemią, „nic-nie-robią”. Leżą. Słońce świeci. I grzeje. Czas płynie. Oni leżą. Nie czytają, nie słuchają muzyki, nie oglądają TV, nie szydełkują…. Po prostu leżą. Ja bym umarła znudów… ale z drugiej strony, jak sobie przypomnę 13-godzinne dyżury w Warszawie + dojazdy do pracy, to możliwość „przeleżenia życia” nie jest aż tak zła.. Klimat sprzyja. Dom można wybudować z kilku desek i trzech palmowych liści (choć częściej widzi się w Tajlandii ekonomiczne dachy azbestowe), poleżeć można cały dzień, bo ciepło; wieczorem zerwie się bananów, które tu rosną jak chwasty- ani tego siać, ani podlewać czy okopywać nie trzeba… popije się sokiem z kokosa… i tak do następnego dnia. Może właśnie dlatego Tajowie nie potrafią się śpieszyć. Naprawdę, Tajlandia, to najpowolniejszy kraj na świecie. Tu wszystko trwa wieki. Nawet jeśli kupujemy jedną, drobną rzecz i mamy odliczoną kasę, to Taj poprzygląda się naszemu zakupowi z każdej strony, a potem pieczołowicie i niewiarygodnie wolno i niezgrabnie będzie wsadzać ją do siatki…. Gdyby polskie kasjerki Tesco zobaczyły nagranie, w jakim tempie pracują ich koleżanki w Tajlandii, to chyba wszystkie złożyłyby wnioski o wizę. Jeśli wszyscy Azjaci są szybcy, zdyscyplinowani i pracowici… to Tajlandia jest wyjątkiem.

IMG_4600

I tak mniej więcej się tutaj żyje. Weterynarze i wolontariusze LAW pracują, a wyspa, jej mieszkańcy i turyści dryfują sobie w słonecznym czasie i przestrzeni.

P1040340

 

 

galeria

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s