Bloody story

Dziś był dzień bezoperacyjny. Żadna kotka nie czekała na sterylizacje, łowca Kenneth nie upolował nam żadnego kundla, żaden tubylec nie przyniósł bodaj kocurka na kastrację… Co prawda koci katar szaleje, a nawozy fosforoorganiczne co dzień dostarczają niezapomnianych wrażeń…. ale trochę się nudziliśmy.

Chirurgii mi brakowało! Szycia! Wrażeń! Adrenaliny!

A że Tomek spełnia ostatnio wszystkie moje zachcianki… Szyłam Marchewkę.

P1040406

Niestety nie wyszedł z tego popis kunsztu i precyzji… ale nigdy wcześniej nie ćwiczyłam zszywania ukochanego na żywca.

I tak mieliśmy trochę szczęścia w tym, że Tomek pochlastał się w LAW, a nie na plaży. Tomek dobierał się do kokosa. Zamaszyście.

Zbiegliśmy z „naszej wieży” na psi wybieg, z psiego wybiegu do kuchni, z kuchni do lecznicy… Tomek uciskał rękę. I kapał. Dramatycznie.

W sali chirurgicznej pierwszy raz otworzył rękę…. i… wcześniej myślałam, że jego zapewnienia, że muszę go pozszywać to takie tam męskie pitolenie i dramatyzowanie… Ale jednak nie…

Nic nie przeraża weterynarza!

Krwawiło jak cholera. Opaska uciskowa- sznur do wywiązywania operowanych pacjentów. Jakby Tomek się w połowie zszywania rozmyślił i tak by nie uciekł. Nadal krwawiło. Tampony. Adrenalina. Jedna ampułka. Nic. Druga… jakby mniej. Znieczulenie nasiękowe… Ksylokaina- nie było wyboru. Tomek upiera się, że mam go szyć na żywca. Wytrzyma. Widać przygodę chce mieć hardkorową. Znieczulam brzegi… i tak podaję za mało, bo nie chcę weterynaryjnym preparatem wysłać swojego chłopaka z napadami arytmii na tamten świat. Krwawi. Nici. Prolen 3-0 na tnącej. Zszyję węzełkami- będzie szybciej i mniej boleśnie. Tomek upiera się, że chce szwem śródskórnym. Esteta. Gadający pacjent- taka nowość. Zszywam śródskórnym. Tomek jest dzielny. Rana krwawi. Głęboka jest. Boję się sprawdzać jak bardzo bo Tomek i tak chyba ledwo wytrzymuje dźganie igłą. Mięśnie też są przecięte. Skośnie. Nie zszywam, bo diabli wiedzą jak tam w łapach naczelnych biegną nerwy. Szyję. Krew się leje. Nic nie widać. Skóra gruba… nie jak na brzuszku kota. Zawija się. Nie układa. Pęseta wrzyna się w tkanki- boli. Ręka drży… chyba i moja, i Tomka. Masakra.

Zszyte.

Spoceni.

Na stole bloody story.

Tomek odwiązuje się od stołu 🙂 Nic już nie krwawi. O tyle dobrze. Zgina palce… wszystkie czuje, więc też dobrze. Trochę się szew rozłazi… W beznadziejnym miejscu się Tomasz przeciął. Skóra „pracuje”. Naprężenia są spore. Było zszywać węzełkami. Dokładam więc dwa sadystyczne krzyżyki i koniec.

10 minut później przyjechał 15letni pudel- cukrzyca, niedomykalność zastawki mitralnej, niewydolność serca, udar mózgu… Zaraz za nim przyjechał dr Tey.

Dr Tey pudla odesłał do Krabi; Tomka rękę obejrzał, pośmiał się i kazał mu założyć kołnierz, a mi pilnować, żeby nie lizał rany. Tabletki przeciwbólowe będziemy mu przemycać w pasztecie 🙂

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s