Goodbye my LAW!!!

Skończył się marzec. Taka nieubłagana kolej rzeczy. I skończył się nasz wolontariat w LAW.

Bardzo, bardzo smutny był to dzień.

Nawet dla Tomka.

Strasznie to miejsce polubiliśmy. I zżyliśmy się. Z pacjentami, z wolontariuszami, z menagerami… może z Tajskimi nierobami się nie zżyliśmy (panom „konserwatorom” poświęcę jeszcze kilka zdań w opowieści o tym, ”dlaczego Tajlandia potrafi być piekłem na ziemi”). Dobrze nam tu było. Mieliśmy nasz pokoik, i znów można było się kłócić, kto więcej bałagani; był grafik- więc dzień miał rytm, i sens, i zapewnione atrakcje; znaleźliśmy swoją ulubioną plażę, i swój ulubiony stragan z owocami…  Zapuściliśmy korzenie. I trochę zaczęliśmy się czuć jak w domu. Znane twarze, znana kuchnia, znana okolica… Dobrze nam tam było. Będziemy tęsknić.

Co się za to przez te 4 tygodnie wydarzyło?

„2dni”

„2 dni” jest historią z naszego ostatniego tygodnia pracy. Wciąż jeszcze leczoną.

IMG_5168

Chyba już kiedyś pisałam, że w Tajlandii wszystkie choroby trwają 2 dni… nie więcej. Nie ważne, czy kot oślepł z powodu zapalenia spojówek, czy pies utopił się z powodu niewydolności serca- wszystkie zwierzęce przypadłości trwają dwa dni. Rany wyżarte przez dziesiątki much… skóra stoczona świerzbem czy grzybem… wszystko trwa dwa dni.

Oczywiście ta kotka też miała problem od dwóch dni, co więcej- „same same co 2 miesiące”- czyli taki zwykły, nawracający problem którym nie ma się co przejmować.

IMG_5165

Problem faktycznie jest banalny- kot jest trochę gruby, trochę leniwy, trochę niemotny-i nie potrafi zadbać o swoją sierść na grzbiecie. Właścicielce oczywiście na myśl nie przyjdzie, że skoro chciała mieć persa, to teraz powinna jego futro pielęgnować. Efekt jest taki, że co 2 miesiące robi się „same same kołtun”. Pod kołtunem robi się odleżyna, wszystko wilgotnieje i zbija się w ciężką mokrą masę, bakterie szaleją. W momencie kiedy spod kudłów zaczyna się lać ropa, a gorączkujący kot przestaje jeść pani przychodzi do nas po pomoc.

IMG_5167

 

IMG_5169

Jak tu nie kochać Tajskich właścicieli?

Miliard kotów pana „Ok, ok, no problem”

„Ok, ok no problem”, tak jak „Everything is no problem” nie jest złotą myślą naszego ulubionego klienta, to taki slogan ogólnotajski, ale akurat angielski tegoż obywatela ogranicza się do „better”, „I don’t know” i „ok, ok, no problem”.

IMG_5018

W ciągu tego miesiąca leczyliśmy bodaj 12 kotów z tego szczęśliwego domu.  Aktualnie „Drooling beauty” czyli piękna, choć dramatycznie zaśliniona trikolorka, pieni się w izolatce, a 8 pozostałych kotów przyjeżdża na zastrzyki. Nic tak nie wypędza lekarzy z ich klimatyzowanego azylu (sala chirurgiczna) jak przyjazd pana „Ok”. Nagle każdy ma jakąś hiperpilną sprawę, wstrząs w szpitalu, zapaść w izolatce, albo własny gwałtowny atak biegunki. Kto najwolniej ucieka, ten przyjmuje.

Nie chodzi nawet o to, że w gabinet konsultacyjny ma 2 metry kwadratowe i po 5 minutach pracy 8 kotów zużywa cały tlen i podgrzewa powietrze do 41 stopni. Ani nawet o to, że pan „OK” nie potrafi nawet wyjąć z klatki, ani przytrzymać swojego zasmarkanego inwentarza. Chodzi o pana „OK” w całości. O to, że się chichra jak idiota, przytakuje jak kretyn, nie słucha, i łże w żywe oczy.

Na szczęście (dla nas, nie dla kotów) pan Ok nie przyjeżdża codzienni. Czasami mu się zapomni. Nie zawsze też przywozi 8 kotów. Czasami uznaje, że któryś się poczuł na tyle dobrze, że można mu na 3 dni leczenie przerwać. A czasami jakiegoś sierściucha nie może znaleźć, bo widać powędrował gdzieś dalej, siać Herpesa po wsi…. Ale przecież „Everything is no problem”, i nie wysterylizuje swoich kotów, bo takie ładne są, kudłate, a tak szybko umierają, że trzeba je regularnie rozmnażać.

Mr. White

Nasz najgrzeczniejszy pacjent.

IMG_4619

O3 marca.

IMG_5162

I 29 marca. Brzuchol goi się pięknie, choć istnieje ryzyko, że do końca terapii Mr. White będzie cierpiał na poważną otyłość. W między czasie też Mr. White zaliczył wczasy w izolatce (nasze zabezpieczeni,a w postaci gumiaków, fartuszka z worka na śmieci i katowania dłoni spirytusem, odnoszą średnie sukcesy w ograniczaniu rozprzestrzeniania kociego kataru wśród pacjentów; za to mają spektakularną skuteczność w szerzeniu grzybicy stóp wśród wolontariuszy).

Margarita

IMG_4544

Bezimienne biedne kociątko z krzaków poczarowało, pokokietowało… i zostało. Nazywa się Margarita, i czeka na adopcję. Niewiarygodnie urosła.

Bródka.

Pamiętacie Bródkę?

IMG_4654-001

Tydzień po powrocie do domu (czyli ok 2 tyg od operacji) Bródka wróciła. Nie jadła od dwóch dni. Gorączkowała. Pozostawione dookoła kłów nici oblepiała gruba warstwa szarawego osadu nazębnego. Obok lewego kła rozwinął się lekki stan zapalny dziąsła.

Zdjęłam szwy, modląc się, żeby w tym samym momencie nie odpadła skóra brody. Nie odpadła. Przez bardzo, bardzo długie dwa dni bałam się, że gorączka i anoreksja to efekt zapalenia kości lub okostnej, choć smarkanie i kichanie sugerowałoby co innego. W.chłonne podżuchwowe były umiarkowanie powiększone, ale żuchwa była niebolesna. Po dwóch dniach leczenia stan Bródki jednak znacznie się poprawił i bez wkręcania sobie dramatycznych konsekwencji schrzanionej operacji, można było spokojnie stwierdzić, że ma „tylko” koci katar”, jak ¾ kotów na wyspie. Wyzdrowiała.

IMG_4778

Rude kociątko

IMG_4629

Najśliczniejsze na świecie całym. Właścicielce trochę się zapomniało, że posiada chore koty, i mimo naszych telefonów spóźniła się po odbiór mamy cały tydzień. W tym czasie czarny maluszek pochorował się i zmarł. Rudzielca oddaliśmy. Mamy nadzieję, że każdy inny opiekun będzie lepszy. Babie powiedzieliśmy, że oba kociaczki zginęły.

Ślepe kociątko

IMG_4662

Przeżyło. To jest największy cud miesiąca, ale mimo wysokiej gorączki przez ponad tydzień i ropy lejącej się z oczu żyje, i widzi. Co prawda cały czas mam wątpliwości, czy było warto- bo właściciel oczywiście o niej zapomniał, a faszerowany enrofloksacyną kociaczek już teraz zaczyna wyglądać jak niedorozwinięty, krótkołapy karzełek… ale mruczy, bawi się… kocha nas… Niektórzy twierdzą, że życie jest wartością samą w sobie.

Panna „Z-ogonem”

Panna z ogonem zamieniła się w kota bez ogona. Przyniesiono ją do nas z ogonem całkowicie obdartym ze skóry. Brudnym, cuchnącym, zaropiałym. Zaklęcie „Krabi” nie podziałało, więc uznałyśmy z Vicky, że spróbujemy opanować zapalenie, a potem ogon amputujemy; bo operowanie w takim paskudztwie, zwłaszcza że nie było żadnego zapasu skóry dla zasłonięcia kikuta, byłoby bardzo ryzykowne.

IMG_4866

Vicky wierzy w  „nowozelandzki miód”. Naprawdę. Vicky niemal modli się do jego słoiczka. Vicky była gotowa spać z tym słoiczkiem w łóżku, gdy dowiedziała się, że Marchewka ma jakieś plany konsumpcyjne z magicznym miodem związane.

Mnie tam smarowanie zaropiałych tkanek miodem nie specjalnie przekonywało, ale staram się być otwarta na nowe sposoby leczenia, więc nic nie marudziłam… zwłaszcza że klindamycynę kot i tak dostał. Uznałam, że poczekam i popatrzę….

No i teraz też należę do sekty „miód nowozelandzki wielbiącej”. Miód jest niesamowity. Już drugiego dnia ogon wyglądał niewiarygodnie lepiej. A po 3 dniach zaczęły się na nim pojawiać fragmenciki skóry. Co prawda wyglądały jak kolonie bakterii, i zanim by zarosły cały ogon minęłyby lata  świetlne, ale „magia miodu” jest niesamowita.

IMG_4869

Miód nowozelandzki tak naprawdę nie jest jakimś cudem produkowanym przez elfy na planie filmowym „Władcy Pierścieni”, ani nawet nie powstaje z jakiejś niesamowitej, magicznej rośliny. Jest „zwyczajnym” miodem zawierającym antybiotyk stosowany podczas hodowli pszczół. Dodatkowo zawiera peroksydazę, więc jego właściwości oczyszczająco-odkażające są jeszcze silniejsze.

Ostatecznie Panna „Z-ogonem” stała się Panną „Bez-ogona”… ale mówię Wam- wierzcie w miód 😛

Teraz tak patrzę, że nie mam żadnych zdjęć psów…

P1040326

Leczyliśmy też psy. Serio. Mamy wiele pięknych psich historii, był Brave, bezzębny staruszek bez nogi, i Charlie-James-Long młody i piękny i bez nogi, i Stupid-Clever-Trevor- któremu też chciano nogę amputować, ale się uparł, i zrósł (jak widać w nadawaniu psom imion nie ma pełnej zgodności między wolonatriuszami a weterynarzami). Była Skiny-Skin- zagłodzony, połamany, wyłysiały chudzielec, i „Neck-dog” z wielką raną szyi, i „Knifed-dog”- śliczna suka z ranami ciętymi głowy i szyi… Nie wiem, jak to się stało, że nie mają zdjęć.

Łapka

Był też oczywiście mój jedyny pacjent z rzędu naczelnych. Gdy tu jechałam naprawdę miałam nadzieję, że może trafi mi się jakiś chorylangurek, albo chociaż makak… no ale nie… trafiła się tylko Marchewka.

P1040406

Dla przypomnienia, po założeniu szwów rana wyglądała tak.

IMG_4864

Po 10 dniach wyglądała tak, i Tomek uparł się, że zdrowy już jest, i zdejmuje szwy. Zdjął jeden krzyżyk, i zaczął panikować, że nic mu się nie zrosło, i rana się rozjeżdża.

Tak naprawdę wszystko się zrosło, tylko Tomasz, jako doły kopiący i drewno rąbiący mężczyzna, ma pół cm naskórka na dłoni, i mu się te zrogowaciałe pokłady komórek nie skleiły… ale panika była.

IMG_4999

Po 18 dniach rana wyglądała tak. Szczerze mówiąc zdjęcie tego śródskórnego szwu było bardziej traumatyczne, niż jego zakładanie.

W międzyczasie Tomek zdążył wykastrować parę psów i wykopać dół pod nowe szambo, więc ręka działa. Nawet niewielka blizna po tym została.

I tyle.

Cały miesiąc pracy i zaangażowania, a potem trzeba to wszystko zostawić.

Dziwny ze mnie stwór, bo przecież wyjeżdżałam w tą podróż, żeby  „znów poczuć wolność” a po 4 tygodniach w LAW bardzo, bardzo bym chciała zostać dłużej i mieć swoje miejsce na ziemi.

Mam za to zaproszenie, żeby tam wrócić, i listę tajskich, chińskich i wietnamskich schronisk,  gdzie mogliby mnie przygarnąć… więc jest gdzie jechać i jest gdzie wracać… I jest dobrze 😀

IMG_5023

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s