Sex, drugs and rock&roll!

Sex, drugs and rock&roll! Czyli wszystko to, co na wakacjach lubimy najbardziej 🙂 …. I poza wakacjami też 😛

Jak się więc sprawy mają na boskiej wyspie Lanta, turystycznym raju pod hasłem FREEDOM?

Szczerze mówiąc- słabo.

PARTY!!! PARTY!!!

P1040379

Wjeżdżając na Lantę, oprócz morza tuktuków zalewają nas plakaty i reklamy imprez. Kowbojki wynurzające się z morskiej piany, full moon party, half moon party, every-theursday beach party, korner party, freedom party… co dzień. Co noc, wszędzie, chyba na każdej plaży- PARTY do rana!

Naprawdę wierzyłam, że to właśnie na Lancie pierwszy raz w życiu pożałuję trochę, że zamiast salsy czy kizomby tańczę „tylko” tango. Trochę się martwiłam, że gdy zawiesimy na czas imprez naszą oszczędnościową prohibicję, drinki z palemką pochłoną pół budżetu dalszej wyprawy. Już czułam te imprezy! Szum muzy, fal i promili w uszach! Już tańczyłam na plaży do rana! Już bolał mnie dzień kolejny i kac z nim związany…

P1040381

Ohhhhh, mieliśmy sobie na Lancie pobalować. Odkuć sobie wszystkie milongi, które pozostały w Warszawie.

Nic z tego.

Nie da się.

Próbowaliśmy.

Wszystkie imprezy związane z każdą możliwą fazą księżyca, piątkiem, środą czy niedzielą, wolnością czy szaleństwem… dosłownie wszystkie są takie same. W klimatycznym i niewątpliwie ładnym barze, pod kolorowymi światełkami siedzą popijające grupki turystów, a DJ katuje świat techno, którego żadne ilości alkoholu nie są w stanie zmienić w muzykę taneczną. Parkiet, jeśli w ogóle istnieje, świeci migoczącą od lampek pustką. Czasami rozpalą na nim „klimatyczne” ognisko z desek szczodrze polanych benzyną, czasami dadzą pokaz „tańczący z ogniami” (i przez moment naprawdę jest na co popatrzeć). Zwykle jednak nie dzieje się nic. DJ przysypia nad konsoletą, turyści sączą drinki. Czasami jakaś desperatka próbuje wywabić swoje towarzystwo zza stolika, ale nie da się… naprawdę nie da się tańczyć. Można poflirtować z kelnerem, bo zwykle jakiś jeden wyjątkowy się trafi (a w Tajlandii atrakcyjny autochton to naprawdę atrakcja), można poflirtować z Anglikami czy Niemcami, można się upić w samotności, ale absolutnie nie da się tańczyć.

P1040382

Nawet „Święto Lanty” nic w tym temacie nie zmienia. Dni Lanty wypadają akurat w marcu, więc strasznie się ucieszyliśmy! Dni rajskiej wyspy! Będzie się działo! Ja się spodziewałam czegoś w rodzaju „dni Malagi”, albo „dni Walencji” (Mam siostrę w Hiszpanii, i mam wrażenie że co miesiąc świętują tam dni jakiegoś miasta; co polega na tym, że wszyscy mają wolne, i spędzają ten czas pijąc i puszczając fajerwerki od rana do nocy). Tomek wyobrażał sobie coś w rodzaju Juwenaliów, tyle że zamiast mrocznego metalu i młodzieży w czarnych łachach, tłum z kwiatami we włosach miał tańczyć do pozytywnych dźwięków. Wiele sobie wyobrażaliśmy. Wiele nam obiecywano- 3 sceny, milion atrakcji, impreza do rana. Nawet emergency phon’a upchnęliśmy dr. Teyowi 😛 Żeby tylko się pobawić. Choć raz!

I co? Jak wyglądają dni Lanty?

Jak jeden wielki, wyjątkowo tłoczny bazar. W Tajlandii chyba wszystkie święta i obchody wyglądają jak europejska poświąteczna wyprzedaż. Święto handlu.

IMG_4767-001

Jeszcze jedna okazja by kupić kolejne niezbędnie-niepotrzebne graty. Z „dni Lanty” można było wyjść z nowym tasakiem, zegarkiem (Kelvin Clain, ten sam model w cenie od 150 do 850 BTH, w zależności od stoiska), fartuszkiem, telefonem (być może i do niedawna własnym), portretem króla, Buddy lub Mansona. Można było wyjść w nowych butach, nowej bluzie i nowej fryzurze. Ostatecznie można było wyjechać nową furą, lub chociaż skuterem. Można też było zjeść… chyba wszystko, co tajska kuchnia oferuje… I tym też się zajęliśmy. Żarciem eksperymentalnym.

P1040392

Idealna pamiątka z egzotycznych wakacji- piła łańcuchowa 🙂 Promocyjna cena, niezapomniane wspomnienia.

P1040390

 

 

zakład fryzjerski

P1040397

Zestaw kuchenny

P1040397

P1040375

Król, Bob Marley, Dalaj Lama… i Manson.

A co się działo na scenach? Scena główna pokazywała lokalne tańce, tradycje i atrakcje. Cierpliwi mogli się doczekać wyborów miss wyspy, mistera wyspy, i …najpiękniejszej (najpiękniejszego?) lady-boy’a wyspy. Nas jednak pokonały przaśne żarciki i lekkość konferansjerki prowadzących, i nie doczekaliśmy się parady najpiękniejszych mieszkańców Lanty. Obejrzeliśmy tylko pokaz „sztuk magicznych”. Kulminacyjną sztuczką było wywołanie na scenę bogu ducha winnego turysty z Ameryki, i w czasie „swobodnej rozmowy” obrabowanie go z paska, telefonu i zegarka… Turysta uprzejmie wyraził zdziwienie sprawnością manualną czarodzieja, tłum uprzejmie bił brawo… osobiście nie jestem pewna, czy był to dobry repertuar na wsypie pretendującej do tytułu turystycznego raju.

Kolejne sceny były taneczno-muzyczne. W stosownej odległości, żeby sobie nie przeszkadzać, ze stosownym gronem widzów, żeby nie przypuszczać, że artyści grają na darmo.

Scena reagge- pozytywnie, przyzwoicie, kolorowe światełka, kolorowe dźwięki. Widownia siedzi, paczy, kiwa głowami. Od czasu do czasu grzecznie zaklaszcze.

Scena „dance” (?)- DJ wygina się za konsoletą, jest bicik, są jakieś dźwięki poboczne (czyli jak na Lantę szał i supermuza), jest mgła, ultrafiolet i laserki. Parkiet jest. Na parkiecie lokalny wodzirej miota miejscową entuzjastką „sado-maso-dance”. Tłum dookoła siedzi, paczy, kiwa głowami. Tyle.

Sobie potańczyłam.

Trzeba jeszcze w temacie rock&roll dodać, że tutejsze kluby zwykle grają naprawdę fajnie i picie drinków przy Pink Floyd czy Red Hot-ach nie jest okolicznością nadzwyczajną. W „dni powszednie” muzyka jest świetna. Na czas imprezy zamieniają ją w dramat.

DRUGS

A jednak! W tym przypadku myślałam, że co jak co, ale w kraju gdzie za posiadanie bodaj listka albo grama traci się wolność na wieki, nikt nic i nigdzie nie będzie sprzedawać. Nieprawda.

IMG_5127

Freedom bar pozwala Ci „feel free”. Mong Bar jest „your ticket to the moon”, inne bary nie są gorsze. Nie chcę tu nikogo reklamować, po prostu w tych byłam.

Freedom Bar jest tak bardzo free, że z (nielicznych) ścian nie patrzy na nas król z małżonką, tylko Bob Marley w 150 ujęciach, i Che Guevara- w ujęciu jednym, lecz kultowym. W tle reagge, nieagresywny rock, zapach orchidei, morza i zielska. I nikt nie pali pod stołem, w krzakach czy toalecie. Nikt nie udaje, że to takie nowe, aromatyczne papierosy. Chyba nawet nikt nie przynosi tu własnego materiału. Joincika można sobie kulturalnie kupić w barze, za 300BTH. Niby nie ma go w menu, ale „przecież wszyscy wiedzą”.

P1040386

 

(to nie jest ani Freedom, ani Mong… ale ładny był)

Dla tych, którzy by się w niewiedzy i naiwności uchowali Mong Bar oferuje „weed drinks”, którego można sobie zamówić w postaci „jar”, albo „joint”(gdyby wcześniejsze „bucket drinks” absolutnie pozbawiły nas zdolności kojarzeniowych). Można też kupić mushroom drink, ale nikt z naszych szalonych general volunteers nie był na tyle szalony. Linda zamówiła za to mashroom shot’a- ku ogólnemu zaskoczeniu na dnie nie pływały grzyby, śmierdział za to benzyną, a smakował jak hon-tong (najohydniejsze (tajskie) brandy jakie w życiu piłam) z wódką. Dla oszczędnych, a rządnych wrażeń zawsze pozostają „bucket drinki” czyli wiaderka, w których nigdy do końca nie wiadomo co jest, ale barman gwarantuje promile i „kick’a”. „Kick’a” rzekomo dość często zapewniają, powszechnie uznane za toksyczne, środki grzybo- i owadobójcze. Przed naszym przyjazdem przez chwilę dość głośno było o europejskich turystkach, których młodziutkie wątroby nie poradziły sobie ze wzmacniaczem wiaderkowego drinka, i prosto z rajskiej wyspy przeniosły się na tamten świat. Widać barman polał im „od serca”.

P1040396

Jeśli ktoś nie lubi za to tłumów, kolorowych światełek i hałasu, i chce się zjarać w zaciszu swego bungalow’a to również można. Zielsko w hurcie kosztuje 200-300BTH od grama. Nasi „tajemniczy informatorzy” twierdzą, że towar dobry, „nie chemiczny”. Sporo palili, i nie umarli, więc pewnie bezpieczny.

Spotkaliśmy turystów, którzy opowiadali nam, że na Koh Samui policja przeszukała ich plecaki. Pojęcia nie mam dlaczego lantowa policja nie wybierze się do Freedom B, gdzie opary marihuany wiszą w powietrzu jak wieczorna mgła… może policjanci po godzinach nie pracują 🙂

Jeśli ktoś mimo wszystko nie chce ryzykować dożywocia, zawsze może sobie strzelić „małą buteleczkę”. Małe buteleczki są wszędzie, w każdym sklepie, na każdej stacji benzynowej, w każdym „Seven-Eleven” (czyli najlepszym sklepie w Tajlandii bo jest tani i klimatyzowany). Ogólnie zwane są „Red Bullami”, choć wybór jest szeroki. Są buteleczki z tygrysami, orłami, rekinami- ogólnie- jest moc. I w cieczy, i na etykiecie. Niektóre są podpisane jako środki farmaceutyczne. Zawartość smakuje jak zagęszczony, odgazowany Red Bull, albo popularny (niegdyś… a może ciągle) syrop oficjalnie przeciwkaszlowy, nieoficjalnie odchudzający. Po „małej buteleczce” wzrok się wyostrza, tętno wzrasta, senność znika. Wraca radość życia, świat wydaje się piękniejszy, nie czujemy głodu i pocimy się tak jakby trochę mniej. Bardzo, bardzo popularny to napój. Mamy nadzieję, że na bazie efedryny, a nie amfetamino-pochodnych 🙂

IMG_3720

SEX

Jak wszędzie na wakacjach 🙂

Nie ma za to na wyspie żadnego sławnego „ping-pong show”, więc jeśli ktoś chciałby podziwiać siłę i precyzję tajskich mięśni kegla, to musi wybrać się na stały ląd. Żeby jednak nikt nie pomyślał, że opuścił Tajlandię- z prostytutkami nie pa problemu. Co prawda raczej nie mają 15lat i nie spacerują po wszystkich ulicach, ale są. Rzekomo na Lancie działają 3 burdele. Jak na tak niedużą wyspę, to chyba sporo.

IMG_5133

Jeśli więc skuszą Was śliczne zdjęcia, kolorowe reklamy i „gwiazdka z Lonely Planet”, i zapragniecie wydać oszczędności życia na niezapomniane wakacje na rajskiej wyspie Lanta, to… można tu pojeździć na słoniu, ponurkować na rafie, wytatuować sobie wszystko i nauczyć się gotować tajski phat thai… ale nie da się tu poimprezować i wytańczyć!

Advertisements

One thought on “Sex, drugs and rock&roll!

  1. Eeeeey, petardy to tylko w Valencii, w marcu ;)!! Ale wszedzie mozna sie wytanczyc i napic (choc bez kicka), i jointy palic mozna (tzn. nie mozna niby ale mozna), a mashroomsa tez idzie zalatwic ;)!! Pozadro sis :*!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s