Malezja autostopem odc3, nieróżowy, niewesoły i niefajny

Nie zawsze jest różowo.

IMG_5593

Już do Kuantan jechało się dosyć opornie, jednak zafundowana nam przez panią Nancy noc w hotelu wymazała wszystkie nasze gorsze wspomnienia. Noc w hotelu z klimatyzacją! Ta noc przekonała nas, że naprawdę podróżujemy po raju na ziemi… i to przekonanie nas zgubiło.

Kolejnego dnia sprawnie wymaszerowaliśmy z miasta, wystawiliśmy kciuki- i przez cały dzień autostopowania przejechaliśmy 50 km!!! Fakt, że dzień zaczęliśmy koło 11 (wszystko przez tenhotel z klimą 😛 ), ale tak beznadziejnej przydrożnej passy nie mieliśmy od lat (czyli od czasu, gdy spędziliśmy całą dobę łapiąc okazję na rumuńsko-bułgarskiej granicy).

P1010526

Przespaliśmy się na trawniczku hotelu, na skraju rzekomej „plaży żółwi”. Pobliska rafineria pluła w niebo niegasnącymi płomieniami. Czerwona łuna jak nad Tolkienowym Mordorem. Na plaży „zakaz kąpieli”- wschodnie wybrzeże na tej wysokości nie zachwyca.

Rano uznaliśmy, że śniadanko po pierwszym autostopie. Trochę poczekaliśmy, mocno się wygłodziliśmy, ale nasz kierowca nadrobił dla nas ponad 100 km. Jechał do swojego biura „robić swój biznes” i ewidentnie się tam nie spieszył. A szybkie rozmowy telefoniczne świadczyły, że nic miłego go tam nie czeka. Chyba potrzebował popędzić sobie trochę bez celu po autostradzie… na nasze szczęście.

P1010703

W miasteczku …. rozłożyliśmy się w parku, z widokiem na rzekę, gotować ryż nasz poprzedni. Ściągnęliśmy naszym widokiem jedynego spacerowicza. Pogadaliśmy. Skąd jesteśmy, kim jesteśmy, co robimy, gdzie jedziemy?

– A co gotujecie?

– Ryż.

– W Polsce też ludzie jedzą tak dużo ryżu?

– Nie, trochę; głównie chleb i ziemniaki (tu się co niektóży zbulwersują :P)

– To czemu tu nie jecie chleba?

– Bo strasznie drogi (a poza tym wszystko w postaci tostowych śnieżnobiałych gniotów z 3letnią datą ważności).

…..

Po paru minutach pan wrócił z bochenkiem morelowej drożdżówki, i paczką spirali na komary, bo wg jego obserwacji moje są nieskuteczne 😀 Kochany! I tak, wśród hibiskusów zjedliśmy drożdżówkę, popijając ją „kakałkiem” (jak to mówi Marchewka, i wkurzam się na niego za to  :P).

Świat znów był cudowny.

IMG_5867

Wytoczyliśmy się obrzarci na ulicę, i niemal od razu złapaliśmy rozklekotanego „ogórka”. W między czasie uznaliśmy, że nie jedziemy na wyspę Perhentian bo nie stać nas na kolejny prom, tylko nad Kenyir; największe w Malezji, sztuczne jezioro.

Dziadki z ogórka szczerzyły się szczerbato, chichrały, zrozumiały tylko „Kenyir”, oświadczyły, że OK, OK… i tyle. Jedziemy. Za oknem kolorowe wioseczki, spokój i idylla. Chatki w rozmaitym standardzie, ale przed każdą hibiskusy i krotony, każdy kwiatki w doniczkach hoduje- ślicznie.

P1010608

Odwieźliśmy jedną parę dziadków do domu, kierowca podjechał po swoją córkę. Wybiegło rozczochrane, ospowate dziewczę robić za tłumacza… pouśmiechała się, „poOKejowała”, wróciła do domu założyć chustkę na włosy (co trwało całe wieki) i uznała, że jedzie z nami.

Ona trzy słowa na krzyż po nagielsku- „bjutiful”, „OK” i ,że przeprasza, że tylko tyle. My, że to „inaf”, i że super, że nas podwiozą, bo jezioro takie „bjutiful’ i ileż to my już na stopa i za „fri” po Malezji nie przejechali.

Jedziemy jakieś 20 km. Nad jeziorem malowniczo wybudowano kameralny kurorcik. Droga zjeżdża serpentynami nad taflę jeziora, wokół ozdobne palemki, kolorowe kwiatki, w dole jezioro po poszarpanym brzegu i zielone wyspy ponad niebieskawą wodą. Pięknie. Cudownie. Idealne miejsce na dłuższy postuj i pranie namiotu!

P1010694

Zajeżdżamy na parking. Kierowca gasi rzężący silnik. Usiłuje wysiąść. Kostropate dziewcze mówi mi, że zaraz mnie wypuści, ale najpierw musimy zapłacić 2 tys ringitów (czyli 2 tys zł).

Pytam głośno „Słucham?” chociaż doskonale usłyszałam, i już wiem, że będzie problem, ale może baba się opamięta, i chociaż zrobi porządek z zerami w swojej sumce.

„You have to pay 2 000ringit, because we drove you here” mówi dziewczyna, która nagle sobie przypomniała, jak się mówi po angielsku.

Staramy się na spokojnie. Że mówiliśmy, że autostop, że nikt nigdy nic nie mówił o pieniądzach, że gdybyśmy wiedzieli, że chcą nas za ten przejazd policzyć, to byśmy do tego klekoczącego wraka nie wsiedli, wreszcie, że nie mamy tyle pieniędzy przy sobie… w końcu, że nasz bilet z Warszawy do Bangkoku kosztował 1500 ringitów, i chyba ją porąbało, że za 20 km jazdy zapłacimy 2 tys.

Udaje nam się wysiąść z samochodu i wywlec plecaki na parking. Przez moment zastanawiamy się, czy nie uciekać, ale dziewczynka o urodzie goblina szybko organizuje sobie dwóch kolegów, którzy również po angielsku niby nic, ale postoją, popatrzą, „pomogą”.

Stoimy, i z bardzo niepokojącym spokojem analizujemy swoja sytuacja, nakręcając się, że w życiu tej suce nic nie zapłacimy. Ojciec stoi gdzieś z boku, zbyt stary i zbyt głupi, żeby wnieść coś do sprawy.

IMG_5876

Dziewczynka z chłopaczkami uznaje, że na pewno mamy jakaś karta kredytowa (nie mamy), i że podwiozą nas do banku.  Chłopaczki ochoczo ładują się do samochodu. Mówimy, że nie wsiadamy, i nigdzie już z nimi nie jedziemy. Oni, że musimy. My, że nic nie musimy + cała litania wspomnianych już argumentów. Oni, że musimy. Jeszcze tak nie zdurnieliśmy, żeby się ładować do samochodu z 4 wkurzonymi Malezyjczykami. Niby przy wstępnej ocenie wyszło mi, że na miękkich łapkach dwóch chłopaczków mięśni mniej niż na jednej kończynie Marchewki, ale nie będziemy ryzykować żadnych wyhowawczych postojów w lesie.

W takim razie, proponuje dziewczę, możemy jej oddać całą kasę jaką mamy, i „to wystarczy”. ???!!! Genialny pomysł- wywieźć kogoś na totalne zadupie, zabrać mu wszystkie pieniądze i łaskawie zostawić. Mówię jej z najbardziej lodowatym spokojem na jaki mnie stać, że nie.

Towarzystwo skapitulowało. Odeszli na bok, wszyscy smsują z superpłaskich smartfonów (koniecznie muszę zweryfikować swoje granice „trzeciego świata”).

Cały intelektualny potencjał naszych nowych znajomych obrabia kwestia odebrania nam kasy. W ogóle mowy nie ma, że nie zapłacimy. A nie zapłacimy.

Zaczepiłam jakąś przechodzącą grupkę chłopaków, żeby skokietować jakieś fizyczne wsparcie naszej strony (tak jakbym w wytartych spodniach i pokudłanych włosach była w stanie kogokolwiek skokietować). Oświadczyli, że oni to słabo po angielsku (jakaś malezyjska enklawa nieudanej edukacji)ale zaprowadzą mnie do kogoś, kto umie. Tomek zostaje jako strażnik plecaków i zakładnik, ja idę… do kucharki tutejszej restauracyjki.

Po raz 50 tłumacze kobiecie tą samą historię. Rozumie wszystko. Kiwa głową, pyta, czy naprawdę nie mam przy sobie żadnych pieniędzy. Rozmawiamy szczerze, więc mówię szczerze, że 2 tys ringitów nie mam nawet na koncie, a to co mam w portfelu, mam na jedzenie. Gdyby mnie było stać na szastanie tysiącami, to jednak nie spałabym non stop w namiocie i myła się częściej. Kobieta bardzo spokojnym i smutnym głosem mówi mi, że rozumie, i że mi wierzy, ale to jest bardzo trudna sytuacja, bo nikt inny nie uwierzy mi, że nie mam przy sobie pieniędzy, bo jestem białą turystką z zachodu… a ona mi nie pomoże, bo jest „tylko kobietą” (sic!!!!).

Wracam do Tomka. W międzyczasie dookoła pryszczatej baby, jej ojca i ogórka zgomadziło się pół lokalnej społeczności. W roli gapiów… zapewne skłonnych do pomocy w przymusie bezpośrednim.

Zdaję relację, i idę szukać dalej. Wszystkie tourist info, budki wycieczkowe, sklepiki z lodami i inne atrakcje pozamykane. Pusto. Dobrze, że jestem jednak białą turystką z pokudłanymi włosami nie zakrytymi żadną hustką czy hidżabem- wszyscy się na mnie gapią. Podbijam do najpoważniej wyglądającego pana i najgrzeczniej jak potrafię zaczynam moją historię. Pan grzecznie przerywa, i mówi, że słabo mówi po angielsku (wtf!!! chyba wszyscy niedouczeni malezyjczycy żyją nad jeziorem Kenyir), ale zna panią, która mówi. Pani! Ja potrzebuję faceta! Najlepiej w mundurze! Albo z jakaś wielka, pretensjonalna odznaką! A nie wrażliwą, empatyczną „tylko kobietę”. Niemniej zaczynam tłumaczyć naszą sytuację, po raz 52, bardzo urodziwej i poważnej kobiecie. Pani mówi, że sytuacja jest bardzo trudna. I że nikt mi nie uwierzy, że nie mam pieniędzy. I że mogę spróbować zadzwonić na policję.

P1010277

Oceniam z dystansu rosnący tłumek dookoła Tomasza i naszych plecaków. Nie da się potajemnie wezwać policji. Pytam, czy pani nie mogłaby spróbować pomóc nam wyjaśnić tej sytuacji. Pani jest bardzo niechętna. I jeszcze poważniejsza niż przed chwilą. Konsultuje ten pomysł z poważnym panem, organizuje sobie niewielkie wsparcie liczebne, i w orszaku z 4 chłopa rusza na nieszczęsny parking. Jej zielonkawe szaty powiewają malowniczo na tle zielonego cienia ogromnych drzew. Idzie bardzo wolno. Zdążyłam wytłumaczyć Tomkowi całą sytuację, i- korzystając z chwili dezorientacji gapiów- wynieść plecaki spomiędzy samochodów na otwarty plac parkingu (lepsza pozycja strategiczna) zanim piękna pani dotarła do parchatej smarkuli.

Stoimy z boku i czekamy. Pani rozmawia cicho i spokojnie. Ojciec i gówniara wrzaskliwie. Tłum milczy. Gapi się. Czekamy. Nie zapłacimy, chyba ich powaliło.

Pani wraca, zdenerwowana i bledsza, i mówi, że jeśli zapłacimy 50 ringitów, to będzie po sprawie. Mówię jej, że ja nic nie zapłacę, bo to jest nieuczciwe, i to jest oszustwo i wyzysk, i ja nie chcę płacić!

– Ale musisz. Musisz zapłacić- pani mówi szeptem.

– W takim razie dzwonię na policję.

– Uwierz, że nie chcesz zadzwonić na policję- mówi mi pani. Ma czarne oczy z granatową obwódką. I trochę się boi.

Robimy szybką naradę z Tomkiem.

– Zapłacimy 25 zł (i niech spierdalają-to cichutko, bo przecież jestem kulturalna)- zawsze trzeba choć spróbować się targować. Pani wzdycha, i odchodzi.

– Zapłaćcie 30, i będzie załatwione- mówi po chwili.

Oddajemy 30 zeta, równo tyle, ile zostało nam z hotelowego depozytu. 5 dobrych obiadów (dla dwóch osób), albo 5-6 dni jedzenia.

Daje kasę ojcu. Ospowate dziewcze uśmiecha się do mnie radośnie, niemal chce mnie przytulić i zaczyna szczebiotać, że miejsce jest bjutiful, i że już wszystko jest ok, i znów jesteśmy przyjaciółkami.

Mówię jej, że mam nadzieję, że zdechnie w piekle i sczeźnie tam po trzykroć… i powiedziałabym więcej, ale Tomek odciąga mnie i karze mi się zamknąć, bo zaraz dostaniemy przeze mnie wpierdol.

Jeszcze raz dziękuję pięknej, poważnej pani. Pani klepie mnie po ramieniu, mówi, że wszystko jest załatwione, i pociesza, że tak naprawdę nic się nie stało. Odchodzi, powiewając zielonkawymi szatami.

Nic się nie stało. Straciliśmy darowaną kasę, ponad 2 godziny, i możliwość spokojnego noclegu w pięknym miejscu… W sumie nic się nie stało, mogłam stracić aparat, laptopa, plecak albo  zdrowie. Po prostu nienawidzę, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza.

Tłum rozchodzi się. Koniec ulicznego teatrzyku. Chłopaczki gdzieś znikają. Na koniec odjeżdża ojciec z córeczką. Czekamy jeszcze chwilę i odchodzimy.

IMG_3871

15 po południu. Zero cienia. Zero wiatru. Pot zalewa oczy. Jest tak gorąco, że ciężko oddychać. Idziemy pod górę, do głównej drogi. W moich myślach ospowata dziewczynka kona w torturach godnych japońskich i amerykańskich horrorów. Nad nami latają żołny.

5 km dalej, niemal ugotowani, łapiemy pierwszego stopa. Ładujemy się na pakę z babuszkami w kolorowych chustach. 2 km dalej oni skręcają na palmową plantację, my wysiadamy.

Przez 3 godziny pokonaliśmy jakieś 20 km. Większość pieszo. Przynajmniej droga była piękna. Przez dżunglę. Zrobiło się nieco chłodniej.

P1010696

Wieczorem znaleźliśmy miejsce na namiot. Uznaliśmy, że ostatnie 15 minut łapania (przy pustej drodze) i zaczynamy się rozbijać. Po 10 minutach zatrzymał się samochód…. do Cameron Highlands.

Uratowani!!!

Jechaliśmy przez noc, i deszcz, rozmawiając o palmach, straży pożarnej, drogach i wyborach, jedząc słodkie bułki z nadzieniem o smaku słodkiej kukurydzy (w Malezji wszystko jest możliwe). I znów było cudownie 🙂

P1010144

Oczywiście jest w tej historii sporo naszej winy. Bo zbyt się Malezją zachwyciliśmy, i straciliśmy czujność. Przestaliśmy się pytać, czy autostop za darmo- co niby jest pytaniem absurdalnym, ale tak naprawdę np. w Rumunii kluczowym. Przestaliśmy się pytać, bo 2 tyg temu, w Cameron Highlands pewien kierowca zrobił nam wielki wykład o tym, że to nie kulturalne,bo jeśli ktoś oferuje nam podwiezienie i pomoc, to dlatego, że chce nam pomóc, a nie dlatego, że chce zedrzeć z nas forsę, i takie sugestie są dla Malezyjczyków bardzo obraźliwe… jak widać, nie dla wszystkich. A na wschodnie wybrzeże już chyba nie wrócę.

 

Reklamy

One thought on “Malezja autostopem odc3, nieróżowy, niewesoły i niefajny

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s