Autostopowanie w Australii, czyli Francuzom i Chińczykom niech będą dzięki!

IMG_8283

Zanim jeszcze wylądowaliśmy w Australii na kilku blogach, które cenię i lubię, przeczytałam, że „Australia zmusiła ich do zakupu samochodu”… Z całym szacunkiem i sympatią do autorów uznałam, że „cieniasy”, mnie tam Australia do niczego nie zmusi! Nic mnie nie zmusi do zdrady autostopowania!
Otóż…. niestety nie… nas Australia też pokonała. Nie kupiliśmy jeszcze samochodu tylko i wyłącznie dlatego, że nas nie stać. Nędza jest wspaniałą strażniczką ideałów.
Autostopowanie w Oz jest możliwe, na zachodnim wybrzeżu funkcjonuje nawet sprawnie i przyjemnie. Na wschód od Albany kończy się jednak idylliczna, zieloniutka i przytulna kraina farmerów, a zaczyna busz, dzicz, pustki… a także wielogodzinne spacery poboczem. W naszym przypadku wyglądało to tak.

IMG_8256
4 czerwca
Susie odwiozła nas na skrzyżowanie z szosą prowadzącą do Nannop. Zaliczyliśmy dość łzawe pożegnanie, co zawsze wpędza mnie w wyrzuty sumienia, wyciągnęliśmy harmonijkę i fałszując na zmianę ruszyliśmy optymistycznie przed siebie. Przez 3 godziny pokonaliśmy 20 km, z czego ok 15 pieszo… Pozostałe 5 przejechaliśmy z 90 letnim weteranem wojennym-farmerem, i jego równie starą, niemal zmumifikowaną żoną. O zmierzchu, gdy uznaliśmy, że jeszcze 5 minut czekania, a potem rozbijamy namiot zatrzymała się dla nas para francuskich studentów-biologów-podróżników, którzy- jak cała reszta europejskiej młodzieży z krajów cywilizowanych (ergo posiadających working holiday visa) zwiedzali Australię jeżdżąc, śpiąc, jedząc i myjąc się we własnym samochodzie. Po kilkunastu kilometrach zjechaliśmy na darmowy parking i umówiliśmy się, że kolejnego dnia o 7 rano ruszamy dalej. Rozbiliśmy się na cudownie płaskim klepisku, ze zdziwieniem odkrywając wśród traw kilka rosiczkopodobnych roślin. W nocy okazało się, że klepisko jest terenem bezodpływowym, który deszcze zamieniają w kałużę. Lało dość intensywnie.

P1030442
5 czerwca
Miło, sprawnie i ciekawie dojechaliśmy do Albany, gawędząc z reżyserem filmów alternatywnych, psycholog pracującą w rejonowym psychiatryku, a także panią w czerwieni pędzącą na pogrzeb.W Albany zapukaliśmy do drzwi „szalonej babci Ethanea’y”. Warto zauważyć, że gdy my trzęśliśmy się z zimna w swetrach, bluzach, czapkach i kurtkach babcia Ethnea dreptała po ogrodzie w klapeczkach na bosych nogach, spódnicy i T-shircie. Spędziliśmy kolejny wspaniały wieczór grając w Take2 i pijąc wino. Świat znów był cudowny, a my pełni optymizmu.

IMG_8246
6 czerwca
Stanęliśmy na poboczu autostrady nr 1 (która tu, na przestrzeni ok 1800 km, albo i dłużej, jest dwupasmowa szosą) nie czując nic, poza ekscytacją. Najbliższe „większe” (prawie 10 tys mieszkańców) miasto leżało niemal 500 km przed nami. Setki kilometrów „nieznanego”! Prawdziwy dziki busz! Prawdziwe pustki! Witaj przygodo!!!!! Słońce świeciło, kropił deszczyk, nad pastwiskami zawisła tęcza, Tomek znalazł na poboczu „szczęśliwą wróżkę” (99% prezentów jakie otrzymuję od Tomasza jest „poboczopochodna”)…. Ah! Tylko podróżować!!!

IMG_8245
Tego dnia pokonaliśmy 55 km, z czego 15 km pieszo. Zatrzymał się dla nas tylko jeden kierowca. Na wszelki wypadek, gdyby to plastikowe stworzenie było źródłem pecha, wyrzuciłam „wróżkę szczęścia” w krzaki. Wieczorem zatrzymała się dla nas para Francuzów-włóczęgów, zwiedzających Australię własnym rozklekotanym dostwaczakiem. Ruszyliśmy szukać rajskiej plaży, która okazała się być zasłaną wodorostami, cuchnącą rybami zatoczką, nad którą wyrosło kilka niepozornych domków.

IMG_8217

Spędziliśmy kolejny polsko-francuski wieczór integracyjny. My mieliśmy sheeshę, oni papierosy i ciasteczka, wszyscy mieliśmy ochotę na alkohol, ale piliśmy tylko kawę, bo ceny innych napojów sprzyjają jedynie abstynencji. Wszyscy mówiliśmy niegramatycznie i z koszmarnym akcentem. Tak się bawi unijna bohema w krainie Oz! O 6 rano, w porannej mgle plaża wyglądała nieziemsko!

IMG_8220
7 czerwca
Razem z Sylivi i Pierem dojechaliśmy do Esperance! Jechaliśmy cały dzień. Ponad 400 km. Na trasie minęliśmy tylko 3 „miasteczka” składające się głównie ze stacji benzynowej i motelu. A poza tym pastwiska i busz. Busz po horyzont.

IMG_8222

Wydawać by się mogło, że nuda nie z tej ziemi, bo ile można gapić się na krzaki i kangury- uciekające bądź rozjechane. Tymczasem okazuje się, że busz to nie „suche krzaki”, ale bardzo zróżnicowana formacja roślinna. Jest busz bardziej trawiasty, bardziej krzaczasty, bardziej drzewiasty, piaszczysty, kamienisty, srebrzysty, szarawy, zielony bądź zielonkawy; z drzewiastymi trawami, miedzianymi drzewami, fioletowymi jeziorkami. Nie da się nudzić 😛

IMG_8249
Esperance uważane jest za urocze miasteczko, i być może w świecie, gdzie gęstość zaludnienia wynosi „jedną rodzinę na kilkadziesiąt/kilkaset km 2” 10 tys wioseczka jest tętniącą życiem metropolią. My jednak nie znaleźliśmy tam nic ciekawego (poszukiwania głównie dotyczyły taniego jedzenia i pracy), tak więc tego samego dnia ruszyliśmy w stronę Parku Narodowego Cape le Grand, gdzie wg. informacji turystycznych- plaże jak śnieg białe, skały jak węgiel czarne, a woda szafirowo-błękitna.

IMG_8224

 

Esperance

Zapadał zmierzch- w Oz najlepsza pora do autostopowania (dumni czy nie, musimy pogodzić się z faktem, że litość kierowców jest ważnym sojusznikiem desperackiego autostopowania). Zgodnie z naszymi skrytymi marzeniami- nie zautostopowaliśmy transportu do parku, ale gorący prysznic i noc pod dachem irlandzkiej matematyczki.
7 czerwca
Czyści, pachnący i wyspani po raz kolejny ruszyliśmy w stronę rajskich plaż Cape le Grand. Przeszliśmy parę kilometrów, podjechaliśmy za obrzeża miasta, ruch jak na warunki australijskie był duży. Przeszliśmy 3 km by dotrzeć do drogi docelowej, ruch nadal był duży, weszliśmy na wąską szosę do parku… samochody mijały nas regularnie… Droga wiodła przez bagna i rozlewiska. Szliśmy. Na wodzie kołysały się dostojnie czarne łabędzie. Szliśmy. Pomiędzy karłowatymi krzakami człapały czaple. Szliśmy. Stado czarnych łabędzi przeleciało z łopotem nad naszymi głowami. Szliśmy…. Przeszliśmy 7 km (pozostało nam jednie 23 km do granic parku, i parę kolejnych do plaży), i zawróciliśmy.

IMG_8235
Tego dnia szliśmy jeszcze długo. Bardzo długo. W coraz większym poczuciu beznadziei. Dobrze, że jest co w Australii fotografować, bo inaczej byśmy zwariowali, albo pozabijali się nawzajem.

Tak naprawdę nie chodzi o to, że trzeba tyle chodzić… Nie trzeba. Zawsze można te 5 godzin sterczeć w miejscu, prawdopodobnie z tą samą skutecznością złapania okazji. Nie chodzi również o to, że autostopować się nie da- bo przecież sukcesywnie zbliżamy się do Sydney i choć nie jest to Turcja, gdzie można sobie w ciągu jednego dnia przejechać 1500 km zmieniając wozy jak rękawiczki, mimo wszystko toczymy się na wschód. Chodzi o to, że Australię na stopa cholernie ciężko zwiedzać. Bo wszystko jest daleko.

IMG_8276

Australia jest daleko. Więc gdy już się tu przyleci, z 3- miesięczna wizą w kieszeni, to chciałoby się zobaczyć wszystko, co tylko nas interesuje. Wykorzystać ten czas maksymalnie. Spędzić go w buszu, lasach, górach, plażach…gdziekolwiek! Ale nie na poboczu… Tymczasem większość atrakcji znajduje się min. 30 km od głównej drogi, i jest to dystans do przejścia, ale żaden upór czy kondycja nie odda nam czasu straconego na włóczenie się przy drodze szybkiego ruchu. Żal. Naprawdę żal, że nie mam samochodu! (potencjalnym sponsorom wozu, których wzrusza moja historia, gwarantuję dozgonną wdzięczność, ładną pocztówkę z Australii i osobiste podziękowania wraz z notką hagiograficzną na blogu :P)

IMG_8290
Tego dnia pierwszy samochód zatrzymał się dla nas po 16. Na kolejny niemal nie musieliśmy czekać. W międzyczasie zaszło słońce, więc wysiadając myśleliśmy już tylko o tym, czy rozbijanie się parę metrów od tawerny jest bezpieczne… nie sprawdziliśmy tego jednak, bo zatrzymał się dla nas surfer Mat… i odwiózł do Norsemen, czyli 200 km dalej.
Świat znów był cudowny.
W Norsemen z rozpędu popróbowaliśmy poautostopować nocą, ale udało nam sie tylko upiornie zmarznąć.

P1030477
8 czerwca
Rano przy śniadaniu okazało się, że podstępnie i niespodziewanie skończyła nam się pasza, musimy więc opuścić nasze wspaniałe miejsce przy drodze wylotowej i podreptać do bliżej niesprecyzowanego centrum „miasta” (857 mieszkańców)  kupić ryż powszedni. Zakupy zawsze nas w Australii bolą. Zanim to jednak nastąpiło, w czasie gdy Tomasz zwijał namiot, Bunik poszedł wyrzucić śmieci, a tam… na dnie wielkiego, pustego, żółtego jak słońce kosza leżały….. Ziemniaczki!!!! I dwa kilo cebuli!!! Słodkie ziemniaki!!! A nawet dynia!!! Przez moment czułam się jak wiewiórka z „Epoki lodowcowej”, która dotarła do żołędziowego raju. I tak staliśmy się freeganami. Na widok ziemniaczków i cebuli Marchewka nagle zapomniał o wszystkich swoich wcześniejszych obiekcjach z tym tematem związanych.
Informacyjnie i ciekawostkowo należy napisać, że Australijczycy mają obsesję nie tylko na punkcie gleby w protektorach butów i nasionach w plecakach przylatujących tu turystów. W obrębie samej Australii istnieje ścisły zakaz przewozu warzyw, miodu, owoców z Zachodniej Australii (województwa/prowincji) do części wschodniej i z powrotem. Ma to chronić rolnictwo przed rozprzestrzenianiem się chorób i szkodników. Wszystkie stacje benzynowe w pobliżu granicy (czyli w promieniu ok 800 km) oklejone są plakatami przypominającymi, że dary natury należy zjeść, oddać lub wyrzucić. I stąd w parkingowym śmietniku tyle dobra.

P1030511
Obciążeni dwudniowym zapasem wody i cebulami ruszyliśmy przed siebie. Jak już pisałam, świat był wspaniały, choć Marchewka bardzo chciał to zmienić katując na harmonijce „lulajże Jezuniu”. Szliśmy przez buszo-las. Drzewa miały gładkie pnie, lśniące jak miedź, lub białe jak kość. Pomiędzy nimi srebrzyły się „zamszowe krzaczki”. Było gorąco. Od czasu do czasu z furkotem mijały nas stada papużek falistych. Dzikie papużki są niesamowicie szybkie. Szliśmy….. I szliśmy…. I szliśmy… Tomek „grał”. Słońce paliło. Mijaliśmy fioletowe jeziora i rdzawe, skaliste wzgórza. Papużki zastąpiły ostroloty. Szliśmy…. po południu zaczęliśmy robić coraz dłuższe przerwy.

P1030524

 

Red Mellee (Eucalyptus socialis- strasznie mądrze, ale nie mogę się doszukać po polsku…. na wypadek gdyby kogoś zaciekawiło)

 

IMG_8260

 

White Mallee (E.gracilis)

IMG_8272

P1030507

godz +/- 11

P1030486

godz 15 (pojęcia nie mam co Marchewka zrobił ze swoim obiektywem. Może płakał z rozpaczy)
P1030492
 
godz 16

O 17 uznałam, że nie ma sensu iść dłużej. Dotoczyliśmy się do najbliższego parkingu z miejscami na ogniska. Poczekaliśmy do 18. I rozbiliśmy namiot.

P1030527

(to akurat zdjęcie o wschodzie słońca)

Australijskie noce są fantastyczne. Są czarne. Gdy nie ma księżyca jest przeraźliwie ciemno. Żadnych łun na horyzoncie, żadnych świateł na drodze. Mleczna droga rozlewa się od horyzontu po horyzont, a na niebie migoczą miliardy gwiazd.
Rozpaliliśmy ognisko. Zjedliśmy słodkie ziemniaki… I kilo cebuli. Cebulę gotowaną, cebulę z popiołu, cebulę z patyka, cebulę z solą, cebulę z cukrem, cebulę z węglem…. Przez następne 3 dni bolał mnie żołądek.
9 czerwca
O 6 rano zwinęliśmy namiot i ustawiliśmy się przy drodze. Śniadanie jedliśmy na poboczu, usiłując złapać okazję na wschód. Nie złapaliśmy. Poczekaliśmy trochę, pomarudziliśmy…. i ruszyliśmy z powrotem w kierunku Norsemen.
O 10 zatrzymał się dla nas Tan Wei , ustanawiając tym samym nasz nowy rekord czasu oczekiwania na autostop. 36 godzin . Tan Wei był Chińczykiem z Tajwanu. Przyleciał do Australii 4 miesiące temu, nie znając ani słowa po angielsku. Przez te 4 miesiące nauczył się mówić komunikatywnie, kupił samochód i znalazł pracę. Samochód miał 20 lat. A praca była w Melbourne!!!!! Byliśmy uratowani!!!!! Przez moment zastanawialiśmy się, czy nie jechać z nim aż do Adelaide… ale skoro Tom kusił nas możliwością pracy w Mundrabilli uznaliśmy, że nie można takiej okazji przegapić i po 600 km wspólnej podróży, przerywanej równo co godzinę postojem na wietrzenie silnika i obserwacje wyciekającego oleju, wysiedliśmy na stacji benzynowej Mundrabilla.

IMG_8278

 

tą oto Toyotą pokonaliśmy najdłuższą prostą w Australii, 148 km bez zakrętu

 

Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się czegoś na kształt wioski, ale jak wszystkie tutejsze wioski i ta składała się jedynie z dyspozytorów benzyny, baru i motelu. Kasjerka i kelnerka grały w billard. Okazało się, że zjazd do farmy naszych gospodarzy minęliśmy dawno, dawno temu… Było ciemno,wiało jak cholera, nie mieliśmy jedzenia. Marchewka pomarudził chwilę na temat autostopowania w zaistniałych warunkach kulturowo-pogodowych,wyskrobał z kieszeni drobne i wysłał mnie do budki telefonicznej. Nasze komórki oczywiście nie miały zasięgu. W pełni świadoma swej misji, wykręciłam numer. Jakby tu zapytać,czy aby na pewno możemy przyjechać w sposób, który skłoni obcych ludzi, żeby zimną nocą wybrali się na ponad 100km przejażdżkę samochodem po to, żeby nas do siebie przywieźć?

IMG_8284

 

(ta część Australii kiedyś była dnem oceanu)

Kilka godzin później jedliśmy kolację w niewielkim domku, na wielkiej farmie. Znaleźliśmy tu wszystko- przyjaciół, ciepły prysznic, rodzinne kolacje, pracę, orły, kangury, wombaty, głupiego szczeniaka, grubego kota, internet… Mamy nawet własny domek!!! Z salonem! Z TV i nieziemskim wyborem filmów 🙂

P1030555


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s