Outback

Outback to „po australijsku” wszystko, co znajduje się poza cywilizowanym światem miast, miasteczek i wioseczek, których mieszkańcy oprócz rodziny, owiec i kangurów regularnie widują również nieskoligaconych (oficjalnie) sąsiadów, a nawet obcych ludzi; zaś odległość do kolejnej osady nie przekracza 200 km. Jako, że do powyższego opisu „cywilizacji” pasują niemal wyłącznie wybrzeża i wschód kraju- cała reszta Australii to outback. Południowe wybrzeże Australii to w dużej części również outback.
Outback to pustynie, busz, półputynie i farmy. Pustki. Orły, kangury, wombaty. Czasami owce. I dzikie wielbłądy.

P1030529
* powyższa definicja outbacku jest tworem subiektywnym i niepopartym żadną literaturą naukową, wszelkie uwagi można umieszczać w komentarzach
Mieszkamy na farmie pośrodku nigdzie. Pośrodku nigdzie jest pojęciem względnym, więc aby uniknąć nieporozumień- jesteśmy tutaj:

mapa australi

Blisko mamy tylko do oceanu 🙂 (blisko, czyt. 40 km) A także Eucli, tak zwanego miasta. Eucla ma nieco ponad 80 mieszkańców, stację benzynową i motel, bar z restaurację, bodaj trzy ulice, kilka domków, w jednym z których mieszka „nawet pielęgniarka” czyli jedyny pracownik służby zdrowia w promieniu 600 km, dom kultury, a także plac zabaw i własne muzeum. Historia Eucli sięga 1885, więc do muzeum zostałam zaciągnięta niemal siłą, ponieważ, w opinii naszych znajomych, nie mogłam przejść obojętnie wobec przybytku zachowującego całą wiekopomną spuściznę euclowych dziejów. Na szczęście wszystkie skarby zmieściły się w jednym, niedużym pokoju. Eksponaty obejmowały zakurzone butelki po whisky i winie, kilka starych zdjęć, czaszkę wielbłąda,parę „tajemniczych kości” i wrotki 🙂

IMG_8353-001
Plac zabaw jest za to fenomenalny 🙂 Pomijając absurdalny pomnik wieloryba pośrodku wyschniętego buszu (naprawdę łatwo tu zapomnieć, że bądź co bądź jesteśmy nad oceanem), mają tu chyba najwyższą huśtawkę na świecie 😀 Australijskie wymogi BHP widać zakładają, że jeśli dzieciak uchował się wśród outbackowych węży i pająków to nawet plac zabaw go nie zabije. Bujaliśmy się. Ja się bałam 🙂

IMG_8354
Mieszkamy na farmie! Mieszkamy- to znaczy śpimy pod dachem, a nie pod tropikiem, ubrania trzymamy w szafie, a nie upchnięte w plecaku, jemy trzy posiłki dziennie i nie jest to wyłącznie ryż z solą :)(!) a nasz dzień toczy się w rytmie zbliżonym do rytmu życia gospodarzy (ok…. śpimy dłużej). Kot zaczął nas traktować jako kolejne mobilne dyspozytory karmy, pies słucha się nas bardziej, niż całej reszty domowników razem wziętych, konie nas nienawidzą (po próbie opatrzenia ich pociętych pęcinek)… Jemy codziennie rodzinne kolacje, mamy swoje dyżury przy zmywaniu stosów naczyń, Tomasz stał się ulubionym towarzyszem zabaw Kevina (lat 4)… biedne dziecko 🙂 Kevin wita Tomka okrzykiem „nie jestem krową w ciąży!”, a za domem bawią się w „chomika w kołowrotku”… jeden polski weterynarz-turysta, i psychika spaczona na całe życie 🙂 Ja plotkuję w Carol, oglądam sukienki na e-Bayu z Jenny, obserwuję skomplikowane życie towarzyskie i emocjonalne kobył z Perth, które usiłują się odnaleźć w buszu i stadzie koni miejscowych (i są to historie naprawdę fascynujące… melodramaty na poziomie niejednego serialu :P).

IMG_8495

Poza tym oczywiście pracujemy, bo na farmie trzeba pracować. Praca jest zawsze, pracy jest zawsze zbyt wiele… a elementarną składową życia na farmie jest nieustanna praca. Carol i Russel nie mieli urlopu czy wakacji odkąd kupili tą farmę… czyli od kilkunastu lat 🙂 Tak więc i my- turystycznie i krajoznawczo- pielimy, grabimy, szlifujemy i malujemy. A w okół pustki, busz, wiatr…. orły i kangury.

IMG_8426

P1030878

obwoźna ekipa remontowa- Bunik z Marchewką

IMG_8424

a to „nasza ścianka”- żałuję, że nie zrobiłam zdjęć przed malowaniem i zalepianiem dziur tynku 🙂

IMG_8428

przed było pomarańczowo-zielono, i paskudnie 🙂

IMG_8422

a to buszowa rabatka przed

IMG_8481

i po- tak więc”Studenci weterynarii! Nie olewajcie „roboty na ogródkach”- w tym jest wasza przyszłość 😛

IMG_8432

a to atrakcje, jakie czyhają na zdrowie i życie pracujących. Ogrodnik w Australii- zawód wysokiego ryzyka 😛 (tak naprawdę ten pająk, jak i większość naszych pająków prysznicowo-pokojowych nie jest groźny)

IMG_8435

a to wg znawcy :P- Scolopendra morsitans, samiczka. Nie pytajcie, skąd on to wie… ja nie wiem, pod ogon jej nie zaglądałam 🙂 To rzekomo bardzo ciekawe stworzenie żyjące w niemal całej Afryce, Azji i Australii…. (a ja myślałam, że jeśli coś żyje pod australijskimi kamieniami to na pewno jest gatunkiem endemicznym :P) I pająk, i skolopendra zostali ostrożnie przesiedleni na inną rabatkę 🙂

Pobyt na australijskiej, outbackowej farmie nie ma nic wspólnego z europejską agroturystyką czy wakacjami u babci na wsi. Australijskie farmy niewiele mają wspólnego z polskim wyobrażeniem o rolnictwie. Wszystkie różnice determinuje przestrzeń. I pustka. Outback jest ogromny, dziki i jałowy. Farmy są ogromne, i często nazywane tu „stacjami”. Średnia powierzchnia australijskiej farmy (wg danych ministerstwa rolnictwa Oz) wynisi 3,300 tys ha, jednak gospodartswa o powierzchni 30, 40 lub 60tys ha nie są żadkością.
(dla tych, którzy podobnie jak ja znajomość z arami i hektarami skończyli wraz z ostatnią lekcją matematyki,a teraz mają jedynie mgliste wyobrażenie, że hektar to dużo- 10 tys ha, to 100km2).

IMG_8449
My mieszkamy na farmie o wymiarach ok 110 na 150 km! Wyobrażacie sobie? Teren prywatny wielkości sporego powiatu??? A parterowy domek z wyschniętym ogródkiem, kilka szop, stodół i baraków, oraz parę pustych domków dla robotników to cała zabudowa znajdująca się na tej powierzchni. Co więcej- przez większą część roku pięcioosobowa rodzinka + guwernantka to jedyni jej mieszkańcy (oczywiście poza wombatami i kucykami).

IMG_8304

Najbliżsi sąsiedzi- na farmie obok, czyli minimum kilkadziesiąt km stąd. Jak sobie tu żartują- „dwa dni drogi na południe od tamtej góry na horyzoncie”. Najbliższa szkoła- w Kalgoorlie- czyli 800km stąd. Najbliższy sklep- w Ceduna- 600km stąd. Krowy? Konie? Owce? Z całego przybytku najłatwiej znaleźć kota (przy misce), i kulawego byka przy (stogu siana), reszta błądzi gdzieś po dziesiątkach kilometrów swojego monstrualnego pastwiska… Teren jest ogrodzony 😛 Pierwszego dnia, włócząc się po gospodarstwie posiadającym bądź co bądź ok 3 tys sztuk bydła widzieliśmy tylko 2 zabłąkane cielaczki… i całe stada kangurów, a przecież gdzieś tam pasło się też parę setek owiec i tabuny koni…

IMG_8332

upaćkane cielątko

Jak to wszystko upilnować? Nie da się. Zwyczajnie się nie da. Dlatego zwierzęta pilnują się same, pasą się same i mnożą się same. I o dziwo radzą sobie z tym zadaniem 😛 Mimo tak ujmującej wspaniałomyślności matki natury, człowiekowi i tak pozostaje bardzo wiele do zrobienia. W buszu, zwłaszcza tak jak tu- od kilku lat nękanym suszą, elementarne jest dostarczenie stałej ilości wody. Tu wypompowywana jest woda głębinowa. Praktycznie cała farma zasilana jest energią wiatrową i słoneczną lecz pompy pracują na deaslu, rachunek za tą przyjemność opiewa na 80 tys AUD rocznie. Russel co dwa dni wyjeżdża sprawdzić 1/3- 1/4 terenu, poidła, płoty i stan zdrowia stad przy okazji.

IMG_8333

Przy takim systemie chowu oczywistym jest- że dla lekarzy weterynarii pracy za wiele tu nie ma. Russel i Carol, podobnie jak lwia większość outbackowych farmerów hoduje bydło mięsne- nikt nie odbierałby przecież baniek mleka „z pośrodku nigdzie”. Buhaje wędrują sobie swobodnie wraz ze stadami krów (krowy trzymają się w wielopokoleniowych grupach rodzinnych- Carol była zszokowana, że o tym nie wiedziałam… ale ilu polskim krowom dane jest paść się na pastwisku w towarzystwie własnych wnuczek i prawnuczek?).

IMG_8329

Kastracje, kolczykowanie i dekornizację farmerzy wykonują sami. Inseminację załatwiają byki 🙂 Bilansowanie diety- co w buszu wyrośnie, to zjedzą. Korekcja racic- choroba „cywilizacyjna”. Szczepienia- w tak czystym środowisku, z dala od oparów oborowego amoniaku, odizolowane od innych krów- mają małe szanse na masowe zachorowania. Leczenie- jeśli coś jest chore- albo wyzdrowieje, albo zdechnie, albo upolują je dingo… O ile nie rozchoruje nam się nagle połowa stada raczej przeoczymy jedno,słabe, pokładające się w buszu cielątko, albo stareńką krowę. Zdarza się, że krowy zdychają ze starości (fakt, że jest to zjawisko w Europie niesłychane chyba nie najlepiej o nas świadczy).

P1030544

Lekarze weterynarii specjalizujący się w bujatrii ogólnie mają w Australii opinię fanaberycznego dobra luksusowego,którzy za sam dojazd inkasują więcej, niż wart jest chory cielak, a koszty leków, wizyty, opinii i porady przekraczają wartość cielaka razem z matką 🙂 Dlatego tu, opieka weterynaryjna w głównej mierze polega na sprzedaży leków zamawianych przez telefon- dobieranych na podstawie wywiadu, życzeń farmera, albo MMSa. Raz na jakiś czas (bardzo, bardzo rzadko) weterynarz z Kalgoorlie wybiera się na objazdową wycieczkę krajoznawczą, i wtedy sterylizuje i kastruje wszystkie psy i koty pałętające się po obejściu, tarnikuje końskie zęby i przycina pazurki.
Za to na terenach z wielkimi farmami mlecznymi są lekarze weterynarii przylatujący na wizyty własnym samolotem!!!! Uwierzycie!!!? To jest dopiero praca 😀 Strasznie bym chciała być weterynarzem w Australii 😀 Ciekawe czy wysiadają z tych swoich pięknych awionetek w gumofilcach 🙂

IMG_8342
My póki co leczyliśmy dwie wielkomiejskie kobyły, które zdecydowanie wciskają swoje kopytka nie tam gdzie trzeba. Jedna praktycznie odcięła sobie piętkę, druga oskalpowała śródstopie… Nie było to leczenie godne pieśni i gratulacji. Charlie szybko i ładnie wyzdrowiała, Lyric galopuje po padoku powiewając ochłapem obumierającej skóry…, ale widać maść i antybiotyki trzymają zakażenie w ryzach, bo nawet nie kuleje.

IMG_8518

nieliryczna rana Lyric

Opatrywanie obolałych, przerażonych koni, gdy ma się do dyspozycji tylko przeterminowaną 10 lat acepromazynę oczywiście nie próbowaliśmy jej użyć) , oraz „sianko, jabłuszko, marchewkę”, właściciele nie zgadzają się na założenie dudki, a koń usiłuje zabić siebie i wszystkich wokół przy próbie wywiązania mu jednej z nóg, jest zajęciem raczej kaskaderskim, niż weterynaryjnym. Jednak mimo nieudolnego leczenia. pacjentki wracają do zdrowia. Dużo lepiej poszło nam z Buddy’im.

IMG_8477

Buddy 🙂 pełnia szczęścia, klepią po brzuchu!

Buddy to szalony szczeniak z grzybicą 🙂 Po trzeciej kąpieli nawet pogodził się z losem, i przestał udawać, ze ma wodowstręt i jest pierwszym w historii Australii przypadkiem wścieklizny.

IMG_8480pierwsze co Buddy robi po uwolnieniu z leczniczej kąpieli to: pędzi wytarzać się w końskiej kupie 🙂 Ale i tak jest kochanym misiaczkiem 🙂

Tak wygląda praca farmersko weterynaryjna. A teraz- jak wygląda praca „od kuchni”? W końcu farmerzy nie żywią się tylko i wyłącznie swoimi cielakami i kangurami.
Zakupy robi się raz w tygodniu. Przez telefon. Żadnych wycieczek pomiędzy regałami supermarketów, żadnych spontanicznie-idiotycznych decyzji, kupowania w afekcie, „niewiarygodnych przecen” i „super promocji”. Raz w tygodniu trasę 1500 km między Ceduną a Norsemen pokonuje specjalny TIR z zakupami. Gdy przejeżdża w okolicy danej farmy centrala dzwoni do zainteresowanych rodzin i mówi im, o której godzinie powinni wyjechać na autostradę odebrać swoje paczki. Jeśli czegoś zapomnimy- mamy poważny problem 🙂 W TIRze można jednak kupić wszystko. Alkohol i papierosy zamawia się legalnie, telefonicznie, marihuanę bezpośrednio u kierowców… Naprawdę, tam gdzie są ludzie, tam są narkotyki….

IMG_8344
Poczta również przyjeżdża raz w tygodniu, w wielkim, stylowym worku wielorazowego urzytku. Carol romantycznie mówi, że „w ten sposób otrzymują listy”, Russel mruczy, że „wory z rachunkami”. Mnie najbardziej cieszą całe stosy prenumerowanych gazet. Mają tu np. magazyn „Outback”, traktującym niemal wyłącznie o życiu w outbacku właśnie, nie jest jednak czasopismem farmerskim, radzącym jak mordować króliki, tylko eleganckim magazynem „life stylowym”. Widać w buszu też można, i należy żyć modnie, pięknie i stylowo, ćwiczyć jogę, gotować karczochy i hodować frezje 🙂 Australijska wersja „National Geographic” zaś nie ma żółtej ramki! Ma za to logo z dziobakiem 🙂

IMG_8346
Dzieciaki uczą się oczywiście przez internet. A żeby nie rozpraszało ich „domowe życie” i TV- chodzą do szkoły 😛 O 7 rano (nieludzko) marudząc wychodzą z domu i idą do położonego kilkadziesiąt metrów dalej baraku-szkoły. Nawet 4letni Kevin musi się uczyć (co jest wg mnie mocną przesadą, ale australijski rząd uznał, że lepiej żeby dzieciaki siedziały przed komputerem, niż telewizorem). Każdy ma swoje biurko, na drewnianych ścianach wiszą dyplomy, plakaty, tablice edukacyjne i ich rysunki. A co najwspanialsze- mają całe stosy kredek, bloków, wycinanek, kolorowych papierów, farb do szkła, akwareli, pasteli…. Mają wszystko! (i wieczorami entuzjastycznie te skarby urzytkuję!) Internetowo-barakowa edukacja trwa do 14 roku życia- później toczy się w szkołach z internatami.

P1030885
Dzieciaki z buszu zasługują na osobny post, ale że ja się z natury boję dzieci, na bloga również ich nie wpuszczę. Dobrze jest jednak być dzieckiem z buszu. One nie mają rybek, czy chomików- mają własne konie. Siadają za kierownicę gdy tylko są w stanie jednocześnie patrzeć na drogę i wciskać pedał gazu. Jeżdżą na crossowych motorach częściej, niż na rowerze. I są bardzo samodzielne. I bardzo wytrzymałe. Kilka dni temu Kevin wywalił się na rowerze tak, że mnie zabolał sam tego widok. Mały wstał, otrzepał się, i z piskiem zawołał, czy widzieliśmy jak fajnie przeleciał nad kierownicą 🙂

IMG_8447
Gdyby jednak latanie nad kierownicą, jeżdżenie crossem na przełaj przez busz, albo galopowanie na oklep dookoła podwórka skończyło się poważniej niż paroma siniakami- interwencja lekarza zabolałaby firmę ubezpieczeniową. Outbackowe wypadki leczą „latający lekarze”. I, wg. Carol, tendencja jest taka, aby wyposażać samoloty „we wszystko”. Tym samym kiedyś lekarze latali awionetkami zdolnymi wylądować niemal wszędzie, a teraz kolubrynami, które bardzo często nie są w stanie wylądować tam, gdzie są akurat potrzebne i super nowoczesna akcja ratunkowa kończy się tak, że ciężko rannego wiezie się podskakującym pickupem kilkanaście kilometrów przez busz do samolotu. Zwykle jednak ludzie ratują się sami. Carol nie czuje prawego kciuka, bo kiedyś zbyt zamaszyście kroiła kolację. Nerwy zniszczyła nieodwracalnie, ale trzeba przyznać, że pięknie się pozszywała. Sama. Bez znieczulenia. Russel ma gigantyczną bliznę na nodze, bo kiedyś wbił sobie w udo maszynkę do golenia owiec. Podobno krwawiło i bolało jak cholera, ale że wciąż mieli dużo owiec do ostrzyżenia to zrobił sobie ze spodni opaskę uciskową i golił dalej. (jeśli więc któraś czasami zastanawia się „gdzie ci mężczyźni… prawdziwi tacy…”- w outbacku :D)

Do Eucli lekarz przyjeżdża raz w miesiącu. Jeśli któryś z farmerów nie wstrzeli ze swoją chorobą w ten termin… leczy się sam 🙂 To bardzo samodzielni ludzie 🙂

IMG_8456

Wydawać by się więc mogło, że każda farma jest prywatną bezludną wyspą, gdzie nawet diabeł nie mówi dobranoc, bo mieszkańcy to zbyt mała grupa docelowa by sobie ich duszami głowę zawracać. Otóż nie! Oczywiście nie wierzyłam, gdy Carol marudziła, że „ciągle tylko goście i goście… ile można pić kawy i siedzieć w kuchni?!”. Bo jacy goście? Skąd niby? Tymczasem praktycznie codziennie ktoś wpada na krótszą lub dłuższą wizytę, bo…. są jedynym znanym miejscem, gdzie można zajechać, usiąść i pogadać, odpocząć podczas przejeżdżania 1500 km piekielnie nudnej drogi. Tym sposobem nawiedzają ich znajomi, znajomi rodziców, znajomi znajomych, znajomi znajomych rodziców, znajomi znajomych znajomych z Facebooka… Pewnego dnia przyjechało do nich 18 niezapowiedzianych gości 🙂 Kto w Warszawie ma tak kwitnące/dreczące życie towarzyskie? Mi zwykle zgranie grafików umówienie się z kimś na kawę zajmowało 2 tygodnie 😛 (chyba, że ktoś tańczył tango- wtedy 2 dni :P).

P1030555
Wychodząc z domu niemal zawsze widzę orły australijskie kołujące ponad naszym domem- orły walczące z porywistym wiatrem pod kłębami ołowianych chmur, lub szybujące majestatycznie na lazurowym niebie.
Pierwszego dnia jadąc na rowerze spłoszyłam stado kangurów. Uciekały wzdłuż drogi. Więc trochę się pościgaliśmy 🙂 Oczywiście kangury wygrały! Ale to było „coś”! Pędzić na rowerze przez busz, goniąc ogromne, kosmate, szare kangury!
Najwspanialsze są jednak konie. Wyłaniające się nagle z buszu, w pełnym galopie, mknące przez płaską jak stół równinę. Z rozwianymi grzywami. Wolne, swobodne, półdzikie. Silne. Niezależne. W takich momentach zwykle na niebie pojawia się tęcza 😀 Kto by szukał kiczu jak z obrazka, na tej jałowej, wyschniętej ziemi?

IMG_8522

Reklamy

2 thoughts on “Outback

  1. niesamowicie pozytywny blog:-)
    świetnie tak podróżować bardziej spontanicznie, ‚nieturystycznie’ (te hotele, wymyślne wymagania żywieniowe, ćma turystów ‚guglających’ co warto zwiedzić na rynku… – to chyba wszystko zabija tę magię prawdziwej przygody, prawda?)

    konie:-)

  2. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s