O tym gdzie może nas zaprowadzić couchsurfingowanie, czyli o australijskich dzieciach-kwiatach, życiu w komunie, Nowej Erze, przewodnikach duchowych i spirytualnych odkryciach ostatnich dni

Zawsze myślałam, że jestem urodzoną hippiską. Ja, ideowa pacyfistka, pragnąca pokoju na świecie i powszechnej tolerancji; fanka Led Zeppelin, wegetarianizmu, radosnych libacji w plenerze i długowłosych chłopaków z gitarami. Wszystko w klimacie lat 60 zawsze wydawało mi się fantastyczne.
Pierwsze 15 minut w hippisowskiej komunie na obrzerzach Sidney anihilowało wszystkie moje dotychczasowe złudzenia. Doszczętnie.

IMG_9675
Aby zrozumieć mój dramat i bezmiar, absolutny bezmiar druzgoczącego zawiedzenia 😛 trzeba zdać sobie sprawę z realiów autostopowania po Nowej Południowej Walii zimą. 3 dni w deszczu i lodowatej wichurze. Temperatura w ciągu dnia +3- +6 st C.Maksymalny czas oczekiwania na autostop- 6 godzin, średni- ponad godzina. Noce w cieknącym namiocie, w śpiworku z komfortem cieplnym do +15 st C. Dni w przemoczonych butach i wiecznie wilgotnych spodniach. Non stop zmarznięci. I bez prysznica od 5 dni.

P1050604(tu jeszcze nie padało… ale wiało. I było pusto. I szaro. Nudno. I brzydko)

W takich sytuacjach couch-surfingowy gospodarz to 8 cud świata. Zbawiciel. Kocha się go, zanim jeszcze się go zobaczy. Dach nad głową, SUCHE i CIEPŁE łóżko, GORĄCY PRYSZNIC i internet. Raj na ziemi!
I przyjechaliśmy, na posiadłość pośrodku nigdzie, w wioseczce której nie ma na mapie. I oczy nasze ujrzały prastarą ziemiankę z przegniłych desek, o ścianach, sufitach i podłogach wyłożonych zatęchłymi dywanami i indyjskimi, batikowanymi płachtami. I usłyszeliśmy głos naszego gospodarza, Spirytualnego Mistrza i lokalnego guru, a potoczystość jego mowy jednoznacznie świadczyła o nieleczonym ADHD i postępującej degeneracji neuronów, najprawdopodobniej na skutek nadmiernego wdychania substancji psychoaktywnych. Następnie zaś poznaliśmy dwóch członków nowo powstającej komuny. Bernard i Leo kopali w twardej jak kamień, wyschniętej ziemi grządki, sadząc obok siebie tytoń, aloes i uschnięte już fikusy. W tle zaś wznosiło się dzieło ich życia w postaci nowej kuchni, powoli budowanej z przegniłych podestów i zmurszałych desek… Efekt końcowy ich działań, jak i sprawność, tempo oraz organizacja pracy nie pozwalała żywić złudzeń, że da się z nimi ciekawie pogadać.

P1050695
Na koniec zaś ujrzeliśmy prysznic- doklejoną do „domu” budkę z dykty i plastiku. Z ledwie letnią wodą. Dwa ogromne okna wychodziły na „busz”, czyli kilka zdziczałych krzaczków i podwórko.
Internetu nie było… a przynajmniej był tylko w pokoju guru, którego wolałam o nic nie prosić.
Aaaaaaaaa!!!!!!!!!
Oczywiście w pewnym stopniu była to wina moich marzeń i wygórowanych oczekiwań. W końcu dostaliśmy całkiem ciekawy pokój z wygodnym łóżkiem, i wielkim, zatęchłym akwarium z samotnym węgorzem. Zawsze to cieplej i wygodniej niż w cieknącym namiocie. Prysznic był letni, a nie lodowaty… i tak naprawdę to raczej 10 obrzydliwych, nadprogramowych kilogramów dzieli mnie od radosnego kontemplowania buszu z kabiny prysznicowej, a nie purytańskie obiekcje przed robieniem striptizu kolegom z komuny.

P1050690nasz pokój. Z kolekcją niemieckich strojów ludowych 😛

Tomasz był zachwycony. Prysznic, kibel w kwiatach, z gigantycznym oknem na busz i muzyką klasyczną przez całą dobę, domek z kotar, płacht, dywanów, kurzu i roztoczy, plac budowy z gnijacych dech i zardzewiałych gwoździ, pozostałości minionej hippisowskiej osady, wizje i plany guru- wszystko było cudowne. I wspaniałe. Jeden wielki, wspaniały, wolny i nieskrępowany plac zabaw, z operami niemieckich romantyków w tle.

P1050683absolutny nr 1 na marchewkowej liście okolicznych atrakcji, i bezapelacyjnie najczęściej fotografowane miejsce- Hippi-Kibel

P1050684i w środku. Parkiet. Okno na busz. Morze kwiatów. Rękodzieło w postaci kobiety o potężnej piersi i jeszcze potężniejszej żółtaczce. A w tle- Shumann, Brahms, czasami Bach…

Chaosie!!!! Tyle zachwytu z zabawy na wysypisku śmieci zarastającym buszem, w towarzystwie przejaranych czubków, z wizją przymusowego ekshibicjonizmu na dobranoc.
Oczywiście nasz Duchowy Mistrz z marszu zaprzągł nas do pracy… Tomasz ruszył na plac budowy… a ja uciekłam.

IMG_9762alpaki były jedyną atrakcją tego miejsca; początkowo

Wieczorem jednak usiedliśmy wspólnie do kolacji, przy otwartym kominku, buchającym cudownie ciepłym ogniem i po drugim kieliszku wina jednak zaczęłam rozumieć przykurzony urok tego miejsca, i wszystkie batikowe oczy tysięcy Buddów, indyjskich, egipskich i bóg wie jakich kapłanek patrzące na nas ze ścian i sufitów zaczęły wydawać mi się mniej psychopatyczne.Nasz samozwańczy Duchowy Guru zaczął zaś swój nieskończenie długi wykład na temat życia, śmierci, dusz, Nowej Ery, energii, świadomości, galaktyki, czarnych dziur, protonów, układów słonecznych, podświadomości, LSD i innych.

P1050693salon/jadalnia/czytelnia/biblioteka

Trzeba przyznać, że A., czyli guru, ma niewątpliwy dar. W ciągu pierwszych 45 minut kolacji zdążył wygłosić więcej głupot, niż Radio Maryja potrafi wyemitować przez tydzień nadawania. Guru jest wegetarianinem, dlatego przed zjedzeniem mięsa zamienia je błogsławieństwem w warzywo. Oczywiście różnica nie jest widoczna dla oczu i kubków smakowych, ale krowie tkanki w równoległej rzeczywistości spirytualnej stają się bakłażanem. Cud. Prawie jak z Kany Galilejskiej, tyle tylko że nikt by pewnie Chrystusa nie polubił, gdyby zamienił stek z barana w marchewkę z groszkiem. Guru nauczył się również od japońskiego doktora Imito (albo Mito, albo Mugimako…) zmieniać brudną wodę, w czystą i pitną, i radośnie to praktykuje (to jest moment w którym herbata przestaje nam smakować). Guru radośnie daje się lizać swojemu psu, prawdopodobnie wszędzie, bo to najlepszy sposób na zachowanie zdrowej cery (guru mógłby się dogadać z fankami kremu z oślej kupy).Guru nie myje się cały, i robi to oszczędnie, żeby nie zmyć ze skóry bezcennej witaminy D. A oprócz tego guru jest oczywiście specjalistą od astronomii, medytacji, medycyny naturalnej, budownictwa, ogrodnictwa, ekologii, zmian klimatu, psychologii i uwodzenia dziewczyn. Guru w swojej duchowej doskonałości osiągnął już taką wprawę, że jeśli zamanifestuje absolutowi swoje pragnienia, i zwizualizuje sobie, że w czasie wakacji w Singapurze chce poznać długonogą, chińską stewardessę, to na pewno na jego drodze owa stewardessa stanie, i entuzjastycznie rozłoży przed nim swoje długie nogi. Tak! Większość uczennic guru kończy w jego łóżku. Co jest bardzo pozytywnym i rozwijającym je doświadczeniem. Guru poprawia ich energię, samoświadomość oraz wibracje ich aury.

Guru jest idiotą. Proste.

P1050738
Po tej litanii mądrości guru strzelił nam wykład o duchowości, świadomości i podświadomości. Nie wnikając w przydługą, astralną genezę cykli życia naszej planety Duchowy Mistrz uważa, że ludzkość ma za sobą bodajże 20tys. lat życia w nieświadomości, a aktualnie znajduje się w czasie przełomu, który całkowicie zmienią oblicze Ziemi. Przy całej mojej gigantycznej niechęci nie sposób nie zgodzić się, że ogromna rzesza ludzi żyła i żyje w absolutnie bezrefleksyjnym kieracie pracy i egzystencji przed kompem czy TV, w imperatywie „zarób pieniądze-wydaj pieniądze”/ kup to, kup tamto. Bardzo też trzeba się upierać, aby nie dostrzec zmian klimatu,czy rosnącej ilości protestów ludzi na całym świecie. W końcu- aktualne tempo wymierania gatunków jest szybsze, niż podczas wielkiego wymierania dinozaurów, i nawet czyjaś awersja do „biologów-oszołomów” nie wygra z matematyką, i rosnącymi kolumnami nazw zwierząt, których już nigdy nie zobaczymy.

P1050626
Duchowy Mistrz ma także swoją własną teorię na temat „zła całego świata i nieszczęść, które nas spotykają” i o dziwo teoria ta w 100% pokrywa się z założeniem mojej znajomej psychoterapeutki, która uważa, że wszystkie traumy i złe doświadczenia z wczesnego dzieciństwa kształtują w naszej podświadomości schematy zachowań, które w dorosłym życiu skutkują powtarzaniem tych samych błędów i ściąganiem na siebie stanów/uczuć i sytuacji, których tak naprawdę chcielibyśmy uniknąć. Różnica między moją znajomą psychoterapeutką a guru jest taka, że guru oświecał nas przez bite 2,5 godziny za darmo, a ona kasuje 100 zł za 45 minut 🙂

IMG_9676
Kolejnego dnia o świcie pojechaliśmy do Sydney. O Sydney opowiem w kolejnym odcinku. Nas nie zachwyciło.
Wieczorem zaś okazało się, że Bernard, fransucki podróżnik, który nie dokońca radzi sobie z grządkami tytoniu i aloesów, musi sobie fantastycznie radzić w podróżach. Wędruje od 2 lat. Wędruje jest chyba najwłaściwszym określeniem. Bernard przeszedł z Włoch do Kazachstanu. Pieszo. (!!!!) Trochę autostopował w Turcji, bo w Turcji ciężko nie autostopować (kto był, ten wie, że tam nie trzeba sterczeć na poboczach i wystawiać kciuki- tam ludzie sami zatrzymują się, i oferują, że gdzieś nas podrzucą). Potem przeautostopował do Chin, i znów podróżował pieszo. Następnie poleciał do Japonii, i maszerował dalej. Później poleciał do Wietnamu. Trochę pochodził po Tajlandii i Malezji. Na farmie A. chciał spędzić kilka dni, ale siedzi już ponad miesiąc. Wczoraj myślałam, że świadczy to o umysłowej niemocy. Teraz go rozumiem. Po tylu kilometrach samotnej włóczęgi dobrze jest posiedzieć w miejscu, pomieszkać w porzyczonej przyczepie kempingowej, powbijać trochę gwoździ, popracować. Bernard jest niesamowity. Bardzo spokojny. Bardzo pokorny. Inny niż Tomek i ja. My szukamy wrażeń. On wędruje. Może spotkamy się w Nowej Zelandii.

IMG_9760
Tej nocy Duchowy Mistrz rozwijał wątek medytacji oraz naszego (znaczy mojego i Tomasza) zacofania, niedoświadczenia i „nie-życia” wynikającego z ubogich doświadczeń w paleniu kwiatów, pędów i łodyg egzotycznych roślin, bez których, jak wiadomo, jedyny sposób by przenieść się na inny poziom i doświadczyć wzbogacającej nas jedności z absolutem jest osiągnięcie nirvany w czasie medytacji. A że my medytować też nie potrafimy, pozostaje nam jedynie wiara w opary tropikalnej flory. Guru ma zapasy, które pozwoliłyby mu na oświecenie połowy mieszkańców Sydney.

IMG_9757normalny świat”

Kolejnego dnia, z niezmierzoną ulgą obudziliśmy się na planecie Ziemia… i uznaliśmy, że jednak nie chce nam się jechać do Sydney, szukać „czegoś ciekawego”. Podreptaliśmy do pobliskiego miasta, kupić ciepłe ciuchy na nowozelandzkie śniegi, wysłać kartki do znajomych i obczaić co znajomi robią na Facebooku. Wszystkie sklepy były zamknięte. Poczta była zamknięta. Bibliotekę (darmowy internet) zamknęli nam po pół godzinie. Kupiliśmy więc sobie słodkie winko za 4 AUD i podreptaliśmy do komuny. Wcale nie jesteśmy hippisami. My po prostu lubimy sobie zrobić 20 km poboczem, pijąc wino i jedząc gruszki w ciepłym, zimowym słońcu Australii. Ja się czułam jak na majówce. Co prawda ciągle zastanawiałam się, czy nie uciec z tego czubkolandu i nie przespać się gdzieś pod namiotem, wśród kangurów… ale wróciłam.

IMG_9756nas ten znak nieustannie cieszy… może niesłusznie

Wieczorem po raz kolejny usiedliśmy przy wspólnym stole, pod zakurzonymi kotarami, guru poinstruował nas jak zarabiać 100AUD na godzinę, ratując ludzkie zdrowie i komfort życia (w skrócie, nauczył nas „leczyć wszystkie rodzaje bólu kręgosłupa”; tak więc drodzy czytelnicy- pisze dla Was oświecona chiropraktykantka o bezgranicznych umiejętnościach. Pohejtowałabym i więcej, ale zaczęliśmy z Tomaszem te sztuczki na sobie ćwiczyć… i jednak osobiście czuje się po nich trochę lepiej). Guru popierdzielił głupoty maści wszelakiej, a potem my siedzieliśmy sobie z Bernardem nad wielkimi kubkami herbaty, i było super.

P1050715wciąż nie mogę uwierzyć, że Tomasz ją sfotografował. Przed Państwem – Nimfa Klozetowa… tudzież WC Rusałka; strażniczka ścieżki do sracza

Ostatniego dnia mieliśmy wyjechać rano… szukać ciekawych rzeczy w Sydney. Ale nam nie wyszło. Tego dnia dotarło do mnie, i że fajnie jest brać chłodny, poranny prysznic patrząc na dziecko-alpaczkę brykającą po trawniku, że lubię Bernarda odprawiającego o świcie pokraczne Tai-chi, i że super jest pomalować sobie kiczowate akwarelki, mając do dyspozycji profesjonalny zestaw pędzli i porządny papier.

P1050731

Tomek budował gnijącą kuchnię z kącikiem SPA, i bawił się z zachwyconą kaczką-cudaczką, ja gotowałam lunch (nie wiem jakim cudem w Oz ludzie podchodzą do mojego gotowania z tolerancją, w porywach z entuzjazmem) i usiłowałam oswoić małą alpaczkę (alpaczka była chętna, jej matka zdecydowanie przeciwna)… a poza tym siedzieliśmy na trawniku, rozmawialiśmy, słońce grzało, był piękny, gorący, zimowy dzień i świat był cudowny.

P1050703
Późnym wieczorem Duchowy Mistrz podwiózł nas do Sydney. Dalej uważam, że jest egocentrycznym czubkiem i hipokrytą, marnującym koszmarne ilości jedzenia i prądu, pod sztandarem ekologicznego życia i wegetarianizmu, ale mimo wszystko jest całkiem ciekawym i raczej dobrym człowiekiem. I o zgrozo podobał mi się czas u niego spędzony. Co więcej, faktycznie wyjechaliśmy stamtąd bardziej optymistyczni, z lepszą energią (choć nikogo z nas guru nie próbował zaciągnąć na terapię indywidualną z poprawianie aury i wibracji). A żeby śmieszności stało się za dość, jeśli w grudniu znów będziemy w Australii, to Sylwestra spędzimy razem, na jednym z największych hippisowskich festiwali na świecie… jak wszystko pójdzie dobrze, wejdziemy tam jako pomoc jednego z organizatorów, a nie goście 🙂
P1050736

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s