Kalinka submarine, kolorowe wydmy i święto dziękczynienia

ścieżka dźwiękowa http://www.youtube.com/watch?v=eJa4cHew2I0 (praca nad wersją born to drink wine w toku)

IMG_0636

Po czterech idyllicznych (a więc wypełnionych włóczeniem się po plażach i lasach, oraz picia alkoholu na śniadanie) dniach z Williamem, na wody naszego obopólnego entuzjazmu wypłynęły pierwsze egzystencjalne, ergo problematyczne kwestie.

IMG_0579

Po pierwsze, co niestety było do przewidzenia, mimo czarowania zwęglonymi ciasteczkami, skończyło się moje księżniczkowanie i chłopaki uznali, że dla równowagi potrzebują w Kalince jeszcze jednej kobiety. Najchętniej cycatej Maoryski; bo akurat w całym przeszerokim wachlarzu moich zalet i atutów biustu nie mogą się doszukać.

Po drugie, diata „wegańska minus kawa z mlekiem” (i nie jest to dieta lakto-wegańska; „lakto” insynuuje konsumpcję innych produktów nabiałowych, a na nie aktualnie nas nie stać) odpowiada tylko mi i nikogo nie potrafię przekonać, że fasolka jest lepsza od mięsa bo nie cierpi przed gotowaniem…

P1070163

Temat tubylczej seksbomby na tylnym siedzeniu pozostaje wciąż otwarty, choć kilka przezabawnych prób podboju maoryskich piękności z informacji turystycznych skończyły się druzgoczącą klęską („Dzień dobry! Jaki piękny dzień! Chciałem zapytać gdzie w „Waikikaitato” jest….. ten słynny wodospad?” „yyyyyy, nie mamy w okolicy żadnego wodospadu” (straszny pech, dotychczas myśleliśmy że w Nowej Zelandii wodospadów jak mrówek); „ah….. a toalety?” :D). Zdesperowani chłopcy uznali więc, że z braku laku dobra będzie i Niemka z backpackerskiego hostelu. Byle młoda. I szczupła. I z biustem. Nigdy nie widziałam i tak aktywnych i zorganizowanych. Przeczesali chyba wszystkie schroniska w kilku mijanych miasteczkach. W międzyczasie ustalili, że gdy już dojedziemy nocą na parking w środku ciemnego lasu powiemy jej, że zgubiliśmy wszystkie namioty oprócz iglo Williama, więc jeśli nie chce spać w pełnym krwiożerczych kiwi i komarów buszu muszą spać razem. Na szczęście wszystkie napotkane turystki miały na tyle szczęścia i zdrowego rozsądku, żeby grzecznie odmówić.

IMG_0607niebieskookie kormorany 🙂

Kwestia konieczności spożycia padliny rozwiązała się… sama. Z niewielką pomocą okrutnego palucha losu.
Najpierw jednak spotkał nas „piątek trzynastego” w środę jedynastego… Był to dzień pełny brzemiennych w skutki błędów. Toczyliśmy się przez północ Północnej Wyspy, w tempie który modni turyści nazywają „czilałtowym”, jednakże w hardkorowym słowniku opisującym hardkorowy świat podróży Marchewki nie ma miejsca na takie wielkomiejskie techniki relaksacyjne i hotelowe marnowanie czasu, więc nie powinnam go używać. U Tomasza jest porządek, musztra i terror (zwany dyscypliną).

P1070217

Odwiedziliśmy kilka smutnych, schorowanych fragmencików lasów, które ocalały z dziewiczych puszcz kauri, naoglądaliśmy się plaż, zatoczek i wysepek, nade wszystko zaś, zostaliśmy dosłownie przytłoczeni spóścizną historyczną tego regionu. Nordland to kolebka nowozelandzkiej cywilizacji 🙂 To korona wysadzana klejnotami wiekowych zabytków. To niemalże światowe dziedzictwo kultury UNESCO. Tu każda mieścina ma muzeum (napawdę! 500 mieszkańców, 1 sklep, 2 bary, 3 schroniska turystyczne i muzeum). Dzięki Williamowi odwiedzamy je wszystkie (a przynajmniej oglądamy z zewnątrz, bo nikt z nas nie postradał zmysłów i nie będzie płacić 10 NZD żeby zobaczyć stołową zastawę z początków XX wieku albo krzesła z 1890 roku). Zobaczyliśmy też najstarszy murowany dom, najstarszy drewniany dom, najstarszy pub, najstarszą tawernę, najstarszą podłogę, a nawet najstarszą stację benzynową!!!

IMG_0623najstarszy kamienny dom (wzniesiony na przestrzeni 1832-1836 roku!!!) Kerikeri

IMG_0621najstarszy drewniany dom (1822rok); wciąż Kerikeri

IMG_0619I najstarsze w nim podłogi! Pochylmy czoła i włóżmy filcowe kapcie w obliczu tego zabytku kultury. Gdyby Nowozelandczycy mieli bodaj jeden zamek z kilkusetletnimi podłogami turyści musieliby najpierw przejść jogińskie szkolenie „szybka lewitacja w 2 tygodnie”

IMG_0575Najstarszy kościół w Nowej Zelandii (1835 r), Russell. Miasteczko Russell swego czasu było miastem stołecznym, bo Nowa Zelandia, jak każdy szanujący się kraj o wiekowej tradycji, miała w swej historii kilka stolic. 

IMG_0567najstarsza tawerna; Russell

IMG_0566i…. gwóźdź programu!!!!! Najstarsza stacja benzynowa Nowej Zelandii, tratatatam!!!! 

Wciąż nie mogę się zdecydować czy tam duma z łyżeczek do herbaty praprababci mnie śmieszy czy wzrusza. Taka miłość do historii, która niemal nie ma.

W tle cały czas jechaliśmy w kierunku Cape Reinga; czyli miejsca, które absolutnie i koniecznie trzeba zobaczyć. Tak każe Lonely Planet. A Lonely Planet nie wystawia gwiazdek swoich nadaremnie.

P1070051Cape Reinga

Prawdopodobnie największym błędem, który spowodował piątek 13 w środę 11,  było upicie się kawą z Kahluą o 8 rano. W Nowej Zelandii kierowcy powyżej 21 roku życia mogą prowadzić z 0,8 promilami alkoholu we krwi i ten przepis kiedyś zamieni nas w dawców organów.

Pierwszy poważny błąd popełnił Tomasz. Kolejny William. Moim błędem było to, że żyję albo, że jestem jedyną kobietą w ekipie. W dni takie jak ten jedyna kobieta zmienia się w obozową czarownicę, albo kozę ofiarną. Tomasz na fali alkoholowego entuzjazmu ceremonialnie wręczył Williamowi klucz do Kalinki.Po trzech dniach znajomości Tomasz powinien był wiedzieć, że z Williamem jak z dzieckiem- dać mu coś, to albo zgubi, albo zepsuje. Kilka godzin później William odkrył ze wzruszającym smutkiem, że nie ma swojego klucza, ale w najbliższym mieście zapłaci za duplikat. A Tomasz odkrył, że duplikatu nie będzie, bo właśnie zgubiliśmy oryginał…

IMG_0625Kerikeri i nastarszy drewniany dom

IMG_0626szałas naczelnika maoryskiej wioski; w środku było nawet miejsce na kominek 🙂 

Szukaliśmy tego cholerstwa ponad godzinę… trawniki maoryskiej wioski i okolic najstarszego drewnianego domu w Nowej Zelandii nie mają przed nami tajemnic. Znalazł się 😀 Korzystając z okazji, że wódz i kierowca naczelny taki wzburzony skorzystałam z okazji szturmem zdobyłam miejsce za kierownicą. W końcu nic nie działa na chłopaków tak jednocząco jak wspólny strach przed śmiercią w górskiej przepaści. I modlitwa.Ruszyliśmy.

IMG_0588

Tomasza pochłonął wirtualny świat GPSów i ukrytych darmowych campingów. I tym sposobem przejechałam swój pierwszy „górski odcinek specjalny!” To był odcinek bardzo specjalny. William zdążył już wcześniej przyjąć stoicką filozofię, że skoro on siedzi z tyłu, a ja prowadzę, to i tak niczego nie może zmienić, więc nie ma sensu się bać i stresować 😛 Tym razem się bał 😛 Ja też się bałam. Ale było fantastycznie… Po czym Tomasz oderwał się od swojej stylowego smartfona, oblał zimnym potem, nakrzyczał i wygonił z fotela kierowcy. Kilka minut później dojechaliśmy na camping. Od toalet i przytulnej ściany lasu dzieliła nas rwąca rzeczka. Zapytałam się ostrożnie, czy aby na pewno Senior Marchewka jest przekonany, że Kalinka poradzi sobie z taką ilością wody… Mistrz off-roadu prychnął i ruszył. 3 sekundy później wisieliśmy na nierównym, kamienistym dnie, pośrodku lodowatego nurtu, a Kalinka mieliła kołami wodę rozpaczliwie usiłując poczuć grunt pod oponami.

(nie mamy zdjęć z akcji ratunkowej, bo było zimno, mokro i źle)
Biedna, biedna Kalinka!
Oczywiście udało nam się wypchnąć naszą niezniszczalną Toyotę na stały ląd. Umytą 🙂 Ale cemping stracił cały swój urok 🙂 Zwłaszcza dla Tomasza 😛

P1060874
Może to właśnie nocne koszmary o podstępnych rzecznych wirach i tonącej jak Tytanic Kalince kazały obudzić się Tomaszowi o 5 rano. A jak w każdym karnym i wychowanym stadzie, gdy nie śpi pan i władca, nikt inny też spać nie może. Biedny William wywlekł się wymiętolony i półprzytomny ze swojego namiotu. Zwinął cały dobytek w kulkę, władował na tylne siedzenie i zapadł w śpiączkę. Zawinięty w śpiwór, namiot i ręcznik jednocześnie.
A my jechaliśmy przez nudny choć zieloniutki półwysep pastwisk i gospodarstw. Pusta droga. Puste wioski. Szarosine puste niebo. Świt bez wschodu słońca. Rosa. Mgły. Mokre krowy żujące sennie trawę. Konie spacerujące w mokrych derkach. Na poboczach zabiegane króliki. Nigdy nie spieszące się bażanty. Nieostrożne kaczki.

IMG_0660
Rozprawialiśmy o tym, że odrobina gazu więcej i Tomasz miałby dużą szansę na rozjechanie bażanta na śniadanie. A także o tym, czy bezpiecznie byłoby przyjąć startującą kaczkę krzyżówkę na przednią szybę. I o tym jak zamienić Kalinkę w Deadproof 5 Killercar.

Na wąskim mostku minęliśmy się z dość nerwowo pędzącym wozem. Wjechaliśmy w dolinę a tam…. na samym środku drogi leżał………… INDYK! Prawdziwy, wielki indyk. Popatrzyliśmy na siebie i ostro hamując zjechaliśmy na pobocze. Droga była pusta. Indyk żył. Szamotał się rozpaczliwie, uziemiony zmiażdżoną nogą i połamaną miednicą. Tomasz wyciągnął swój jednonarzędziowy zestaw pierwszej pomocy. Tomasz- specjalista eutanazjator. Indyk wciąż bił skrzydłami gdy upychaliśmy go przed przednim siedzeniem. Bardzo niewygodna agonia. Odjechaliśmy. Na wzgórzu zatrzymaliśmy się by sprawdzić,czy nikt z okolicznych mieszkańców nie rusza w pościg z pochodniami i kosami na sztorc. Wioska spała. William też. Przez cały czas nawet się nie obudził.

P1070058

W stosownej odległości od miejsca zbrodni (w krzakach przylądka Reinga) dokonaliśmy trzeba przyznać bardzo profesjonalnej rozbiórki tuszy. Niesamowite, jak niewiele czasu potrzeba, by zmienić wielkie ptaszystko w półfabrykat do słynnych amerykańskich pieczeni. Zapakowaliśmy biedaka w stosowny dla zwłok czarny worek i ruszyliśmy oglądać Nordlandowe „musisz zobaczyć”.

P1070040
Cape Reinga jest maoryskim miejscem świętym, z czego niewiele dla turystów wynika oprócz zakazu picia i jedzenia. Cape Reinga wbrew pozorom nie jest za to najbardziej północnym krańcem Wyspy Północnej. Ma za to do zaoferowania coś ciekawszego. Jest miejscem, gdzie spotyka się morze z oceanem. Odkąd przylecieliśmy do NZ ciągle słyszeliśmy, że musimy tu przyjechać, zobaczyć jak morze Tasmana ściera się z Pacyfikiem. Jak wyraźnie i niesamowicie mieszają się ich wody. Słuchałam tego z wrodzoną ignorancją córki marynarza. Woda to woda i tyle, żadne tam cuda miksologii stosowanej. Tymczasem one naprawdę się spotykają! Choć może lepiej napisać, że Morze Tasmana biegnie na spotkanie oceanu.

P1070044Po lewej Morze Tasmana, po prawej Ocean Spokojny; jak widać- jest spokojny 🙂

IMG_0643

Oprócz tego Cape….. ma uroczą latarnię; oraz kilka kierunkowskazów przypominających, że jesteśmy bardzo, bardzo, bardzo daleko od domu.

P1070047
W okolicy jest jednak coś, o czym milczą przewodniki i nie wspominają informacje turystyczne- kolorowe wydmy!!! Nasze największe odkrycie! Wybraliśmy ten szlak przez przypadek… i był to najlepszy „przypadek” w naszej podróży przez Nową Zelandię! Przez 5 godzin marszu nie spotkaliśmy nikogo- poza rozrywkowymi byczkami z bagnistego pastwiska, i sieweczkami ozdobnymi.

Charadrius-bicinctus_12756sieweczka ozdobna (Charadrius bicinctus) nzbirdsonline.org.nz

Ścieżka zaś wił się przez wydmy, wspinał na pagórki przylądka Maria von Diemen i opadał na malownicze plaże. Gdzieś pośrodku katującego nas huraganowym wiatrem szlaku (a raczej bardzo umownej ścieżki) są- kolorowe wydmy! A raczej- bardzo ubita gleba, sypka skała…. w takich chwilach zawsze mi żal, że jestem geologicznym zerem. Bez względu na skład chemiczny, historię i pochodzenie- efekt jest fantastyczny! I bardzo dobrze, że nie dociera tu zbyt wielu turystów- szybko wszystko by zadeptali! Może więc brak informacji to sprytna polityka ochrony przyrody?

IMG_0690

IMG_0686

IMG_0669

IMG_0685

IMG_0674jestę arthystę

P1070095na tym zdjęciu oprócz tajemniczych malowideł naziemnych uwagę czytelników powinny przykuć stygmaty na stopach świętego Tomasza z Tobolic. Aczkolwiek pojawieniu się ich nie towarzyszyły grzmoty i pioruny, albo chociaż prozaiczna ekstaza; ani nie wonieją one fiołkami (ewentualnie cuchną płynem oliwkowa) wraz z nimi nabył Tomasz magicznej mocy zamieniania wina w wodę… Bynajmniej nie jest to mój ulubiony cud… ani WIlliama

P1070096nocne zabawy z Picassą

P1070087
Przylądek Marii von Diemen.

IMG_0665

Maria von Diemen była żoną gubernatora (? jeśli nie jest to poprawny tytuł- szefa szefów) Indii w czasach Abela Tasmana (czyt. odkrywcy Nowej Zelandii). Takiego newsa sprzedał mi William, który nie tylko nie brzydzi się książek i historii, ale nawet czasami je czyta.

-Ooooo, myslisz, ze była jego kochanką???? :P- zapytał Bunik, lubiący romantyczne historie o jurnych marynarzach.

– Nieeee, myślę, że była brzydką, próżną i rozkapryszoną babą, i jej mąż kupił Abelowi statek, wikt i opierunek i wysłał w świat, rozkazując tylko nazwać jakiś nowy kawałek ziemi imieniem jego paskudnej żony, żeby mieć przez chwilę spokój. (widać los pozbawił Williama złudzeń i fantazji)

IMG_0698widok z góry (wciąż przylądek pani Marii)

IMG_0655

IMG_0695kierunkowskaz; i ruchome wydmy

IMG_0694

IMG_0704Twighlight Beach; żadnych Patisonów, żadnych nadąsanych wampirzyc; może dlatego, że chłopcy zioną czosnkiem tak, że nawet ja boję się do nich zbliżać

To zaś, o czym głoszą informacje turystyczne, to srebrna plaża zatoki Spirit Bay!

Już dla samej nazwy chciałabym tam pojechać! Spirit Bay!

Na miejscu (30 km krętą, szutrową drogą) okazuje się, że plaża wcale nie jest srebrzysta- jest złotawo-brzoskwiniowa (co bynajmniej nie jest złym kolorem, zwłaszcza w zestawieniu z lazurowym oceanem).

IMG_0711

P1070204

IMG_0707

Jeśli jednak trochę się postaramy, i spojrzymy na nią pod odpowiednim kątem…. jest nieco srebrzyście! Musi być bardzo srebrzyście w świetle księżyca… ale nikt jakoś nikt z nas nie chciał czekać (zwłaszcza w okolicznościach posiadania stygnącego indyka pod siedzeniem samochodu).

Tajemniczym srebrem nie jest zaś ani piasek, ani kamienie, tylko maleńkie fragmenty wygładzonych przez fale muszelek.

P1070197

Wieczorem wróciliśmy na niezapomniany camping z podstępną rzeczką. Śmiertelnie głodni. I w świetle latarek rozebraliśmy ptasią tuszę.

Tego wieczoru zeżarliśmy ponad połowę indyka. Był bardzo wybiegany.

Nie wiem, czy istnieje jakiś odłam wegetarianizmu pozwalający na spożywanie własnoręcznie dobitych ofiar wypadków komunikacyjnych… i czy jest to nisza w której mogę rozwinąć się jako spirytualne guru, dietetyczna wyrocznia i autorka książek kucharskich… W sumie dalej mam wyrzuty sumienia.

P1070025Kalinka przyjaciółka ptaków, i przepióreczki

Indyk, albo jego marne resztki, podróżował z nami jeszcze kolejne 3 dni.  Po trzech dniach tylko Tomek mógł docenić (a także połknąć i strawić) białko zwierzęce w tak zleżałej i dojrzałej postaci.

Kolejne 3 dni walczyliśmy z trupim odorem Kalinki… a po gruntownym praniu i wietrzeniu wszystko szczęśliwie wróciło do czosnkowo-cebulowej normy.

A my pojechaliśmy do Caramandel. Wciąż szukając cycatej Maoryski, urodziwej Niemki, albo „kogokolwiek”.

Znaleźliśmy Daniela. Daniel po 2 dniach dosyć uciążliwej korespondencji zapytał się nas, czy myślimy, że skoro będzie spać w namiocie to potrzebuje kupić śpiwór… Więc nadal podróżujemy tylko w trójkę.

P1070075


2 thoughts on “Kalinka submarine, kolorowe wydmy i święto dziękczynienia

  1. ” Nieeee, myślę, że była brzydką, próżną i rozkapryszoną babą, i jej mąż kupił Abelowi statek, wikt i opierunek i wysłał w świat, rozkazując tylko nazwać jakiś nowy kawałek ziemi imieniem jego paskudnej żony, żeby mieć przez chwilę spokój. (widać los pozbawił Williama złudzeń i fantazji”

    Ach, ach Ci mężczyźni. Poniekąd wspaniale jest tego słuchać! 😀
    wspaniałej podróży 🙂

  2. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s