Niezwykłe przypadki Anbeliwejbyl Williama i Tomasza Miguta, czyli jak tanio najeść się w Nowej Zelandii

 

 

Próżne to nieprzyzwoicie, ale szczerze mówiąc, z perspektywy wszystkich moich i Tomasza wyjazdów, myślałam przez chwilę, że w temacie taniego podróżowania jesteśmy już takimi ekspertami, że żaden nowy patent nie może nas olśnić ani zaskoczyć. Myślałam też, że jeśli po kupnie samochodu nie znajdziemy od razu pracy w Nowej Zelandii czekać nas będzie tylko głód, abstynencja, nędza, smutek, rozpacz i bankructwo. Tymczasem dzięki Williamowi i Kalince bijemy rekordy oszczędności… i konsumpcyjnej rozpusty jednocześnie. Nie wiem, jak mogliśmy nie wpaść na ten pomysł wcześniej! Zanim jednak napiszę jak zmieniliśmy naszą napędzaną ryżem włóczęgę na cuchnącą idyllę zagryzaną truskawkami- krótka historia ewolucji naszych pomysłów i kilka innych żywieniowych spostrzeżeń.

P1060300piękna, zdrowa i kolorowa pizza vegetariana… czyli dawno, dawno temu w Matamata

Ameryki ani Nowej Zelandii nie odkryję, pisząc, że najtańsze są supermarkety. Im większe, tym tańsze. Jakkolwiek więc wszyscy w ekipie wierzymy w piękny slogan „myśl globalnie kupuj lokalnie”, życzymy producentom ekologicznej żywności samych sukcesów, a wobec skumulowanej tandety stworzonej by wykończyć regionalny rynek ziejemy czystą nienawiścią- na zakupy wiernie jeździmy do Pack’nSave czy Countdown… jest jeszcze New World, ale New World jest znacznie droższy, więcdo zakupów go nie polecamy. Albo pieniądze, albo ideały. Wszyscy jesteśmy już na tyle starzy, że przestał nas ten dylemat moralny boleć. Jesteśmy już też na antypodach na tyle długo, że nawet nawet ceny przestały nas szokować, choć nowozelandzkie „tanio” to dla Polaka wciąż bardzo drogo. Jedzenie jest nawet droższe niż w Australii, a to prawdziwe osiągnięcie. I pewnie jedyne, o którym nie wspominają turystyczne przewodniki. O cenach alkoholu (przed przeceną) i tytoniu lepiej nie wspominać. William oblepił się plastrami Nicorette i rzuca palenie. A w chwilach słabości recyklinguje tytoń z kiepów znajdowanych na parkingu. William- francuski wstyd na nowozelandzkiej ziemi… 😀

IMG_0842martwa natura na plaży pomiedzy Napier a Wairoą

Z hipermarketowymi cenami wiążą się dwie, nieustannie nurtujące nas zagadki. William twierdzi, że tutejsze ceny są porównywalne, natomiast minimalna stawka za godzinę (ok 10NZD netto) niemal o połowę niższa niż we Francji. W związku z tym William pojęcia nie ma jak kiwi z nizin społecznych potrafią w tych warunkach doczekać „do pierwszego”. Za co tu pić? I za co palić? „Jak żyć?” Nas oczywiście te dylematy nie dotyczą. W końcu, jeśli na zakup nowego aparatu, laptopa czy samochodu nie trzeba oszczędzać przez pół roku, to później się nowego nabytku nie docenia 😀 A towary luksusowe wcale nie są lepsze, są tylko droższe 😛 Ostatecznie, może nie jestem warta Loreala, i tyle 🙂

IMG_0743to pomniejsza zagadka sklepowo-logistyczna. Nowozelandzki supermarket, hiszpański wosk do depilcji, reklamowany przez blondynkę; wszystko pod tytułem „Marzena”! 😀 Nie możemy sobie darować, że nie wypytaliśmy kupujących jak to wymawiają 😛

Moja zagadka to ceny mleka. Północna Wyspa to jedno wielkie pastwisko. Hodowla bydła i owiec to podstawa gospodarki rolnej. Prawdopodobnie podstawa całej gospodarki. Co dziennie produkowane są hektolitry mleka zdajanego z tysięcy holsztynek i jerseyek ❤…. W „sąsiedniej” Australii krów mlecznych jest jak na lekarwsto. Farmerów z krainy Oz wykończyły sieci supermarketów importujących mleko tańsze niż cena australijskiego mleka w punkcie skupu. Wciąż- w Nowej Zelandii mleko kosztuje minimum 1,5 NZD za litr, a w Australii 0,9 AUD. I, żeby absurdowi stało się za dość- najtańsze mleko z Australii pochodzi z Nowej Zelandii!!!!! Jak to jest możliwe, że ten sam produkt za oceanem, po wszystkich kosztach związanych z eksportem i transportem, jest tańszy niż w kraju producenta????

P1070451Hardrokowa krowa i pysk roku!!!! 

Pytałam o to kilku kiwi-farmerów i wszyscy kiwając głowami przeklinają były, obecny i przyszły rząd, oraz wszystkich polityków wraz z rodzinami do 5 pokolenia(tradycyjnie już, z naciskiem na linię żeńską :P). Pozostaje nam połączyć się w bólu znanym wszystkim inteligentnym obywatelom krajów demokratycznych, zachłyśniętych wolnorynkowym dobrobytem. Cieszmy się, że my chociaż możemy naszych deputowanych krytykować 😛

P1070263takich widoczków mamy tu na pęczki

Mimo wielu radości jakie przynosi podróżowanie z naszą Śpiącą Królewną- Smeagolem, sytuacja była ciężka. Praktycznie żadnych szans na znalezienie pracy sezonowej przed końcem października. Nieustannie zaskakujące nas rachunki za telefon. Kalinka, którą poić trzeba… Tragiczna pogoda. Musieliśmy opracować nowy sposób oszczędzania. Dotychczasowa strategia martyrologi żywieniowej (ryż z solą/ ryż z cebulą) została storpedowana przez bunt Williama (natychmiast entuzjastycznie poparty przez Marchewkę). Jako że my wymyśliliśmy dobijanie i zjadanie ofiar wypadków komunikacyjnych(indyczek!) tym razem wykazać musiał się Smeagol. Podszedł do sprawy metodycznie. Poszukiwania rozpoczął od przejżenia lokalnej prasy… I tak odkrył magazyn PigHunter!

IMG_0742kilka osób pytało się już nas, czy twarz Williama objęta jest cenzurą. Nie jest. A powinna 🙂

Byliśmy wstrząśnięci. I zmieszani! Absolutnie cała, gruba gazeta poświęcona mordowaniu dzikich świń! Cała! Od początku do końca. I nie jest to wydanie specjalne czasopisma łowieckiego! To dwumiesięcznik o wieloletniej tradycji, tysiące numerów wydawanych niemałym nakładem! Jeśli można znaleźć go w supermarkecie, to znaczy, że ktoś go kupuje! Jeśli ma czytelników, ma też pewnie prenumeratorów! Jak można co dwa miesiące przeglądać dziesiątki stron o szlachtowaniu dzików, loch, prosiaczków, oraz paskach i skarpetkach które warto na podobne wyjście założyć? I to wszystko za kilkanaście NZD!

IMG_0741

Mimo wszystko chłopcy byli zafascynowani. Przed Kalinka Team majaczył nowy, cuchnący etap podróży! PigHunters. Kilkanaście zdjęć umazanych posoką facetów maszerujących przez las z truchłami świń na plecach i już Tomasz z Williamem byli łowcami, taplali się w krwi i żuli ścięgniste mięcho na kolację. Już zastanawiali się, jakby tu spakować Kalinkę tak, żeby zmieścić w bagażniku dzika… Oczywiście, zgodnie z piramidą męskich potrzeb, zaraz po zaspokojeniu marzeń o jedzeniu przyszedł czas na marzenia o seksie. I okazało się, że dzika świnia jest kluczem do raju. Chłopcy postanowili, że tym razem nie będą marnować czasu flirtowanie z maoryskimi bździągwami z informacji turystycznych, tylko rozwiążą sprawę po męsku, i tradycyjnie. Dziką świnią. Nowy genialny plan zakładał zapukanie do drzwi wodza wioski, rzucenie dzikiej świni pod nogi, i wyskandowanie wolno i wyraźnie „Twoja córka bardzo piękna. Dzika świnia za twoja córka. Dzika świnia- kolacja dla cała wioska”. Nowy genialny plan najwyraźniej pomijał fakt, że 99,9% nowozelandzkich marysów posługuje się płynną i poprawną angielszczyzną (czego nie można powiedzieć o „anbeliwejbyl” inglisz Williama, albo „posibabli” korrekt narzeczu Marchewki); nie było w nim jednak miejsca na odmowę. Gdyby wódz chciał się targować, a cycki maoryski były tego warte, chłopcy byli w stanie dorzucić do oferty indyka. A nawet indyka i dwa króliki.
O dziwo…. plan się nie powiódł. Jedynie z powodu deficytu dzikich świń rzucających się pod koła samochodów.

IMG_0450dream team

Jako że byliśmy wybitnie zdesperowani(William i Tomasz-żywieniowo, ja- higienicznie) przejrzeliśmy nawet lokalne oferty woofingu (czyli pracy w niepełnym wymiarze godzin za wikt, lokum i opierunek, czasami nawet za WiFi :P). Obdzwoniliśmy wszystkie numery. Nikt nas nie chciał.
Marzenie o cycatej Maorysce odeszło w cień. Świat męskich pragnień znów zawęził się do tony żarcia i przepełnionego żołądka. Byli zdesperowani. Zdesperowany Tomasz, to niebezpieczny Tomasz. Kilka godzin głodu i mógłby zabić za kilogram golonki; porwać, dla kilku siatek jedzenia. Nowy plan zakładał porwanie. Siedzieliśmy w Kalince. Nad parkingiem Pack’n’Save zapadał zmrok. Oficjalnie Tomasz przeglądał mapy. Oficjalnie William czytał „Rok 1984”. Tak naprawdę skanowali okolicę w poszukiwaniu ofiary. Miała mieć pełny wózek żarcia. I miała być kobietą w przedziale +20-+40. Niekoniecznie Maoryską. Mieli ją porwać, objeść, oddać za okup, a ów okup przepić. Plan był przaśny, lecz niezgorszy. W takich chwilach jednak mózgiem operacji staje się Smeagol. Smeagol uznał, że po co porywać i marwtić się o okup, w końcu zawsze można trafić na taką hydrę jak ja, za którą nawet dopłącą, żeby pozbyć się mnie na dłużej. Kobiety są po to, żeby je uwodzić. Można więc ją uwieść, objeść, wykorzystać a potem zostawić. (Francuzi to widać podła nacja). Plan został entuzjastycznie zaaprobowany przez Tomasza i uznany za nawet lepszy niż „operacja dzika świnia”. A potem błyskawicznie przeewoluował do hasła „seks za jedzenie”, co o dziwo chłopcy uznali za świetny biznes, fair trade, nowy sposób podróżowania i czystą przyjemność. Taki woofing! (potem jednak okazało się, że Północna Wyspa to nie Warszawa i akurat takich ofert na gumtree ani helpx’sie nie ma 🙂 oh jej. Okrucieństwo losu nie zna widać granic).

IMG_0819
Marzenia marzeniami, głupota głupotą, ale nawet ryż z cebulą I PRZECIEREM POMIDOROWYM powoli zaczął nam stawać w gardłach. I wtedy William po raz pierwszy błysnął prawdziwie życiową strategią i objawił się w blasku chwały jako żywieniowy zbawiciel i specjalista od pozyskiwania surowców wtórnych. W Europie Zachodniej i na antypodach nazywa się to dumpster-divingiem. Czyli stylowo i modnie. W Polsce nazywa się to grzebaniem w śmieciach; ewentualnie freeganizmem.
Tomasz nie był przekonany (być może dlatego, że w tym planie pominięto wątek seks-turystyki), ja zachwycona (być może z tego samego powodu).
Inauguracyjny wspólny wypad na łowy rozwiał wszelkie Marchewkowe wątpliwości. Pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy jedliśmy PRAWDZIWY chleb. Nie śnieżnobiałe, cuchnace chemią tostowe gnioty, kupowane przez wszystkich naszych znajomych (nota bene jedyne twory w relatywnie przyzwoitej cenie- 1,5NZD). Od tamtego czasu pieczywo na stałe wróciło do naszego menu. Znajdujemy je praktycznie za każdym razem. Prawdziwe, razowe bochenki przygotowywane na zakwasie, wieloziarniste wypieki ze szwajcarskich piekarni, chlebki lebańskie, pity czosnkowe, kminkowe, oliwkowe i kardamonowe… Pieczywo sprzedawane za 6-9 NZD za sztukę! Nie macie pojęcia ile chleba co dziennie trafia na wysypiska śmieci! Niekoniecznie po przekroczeniu daty ważności.
Wieczorem objechaliśmy śmietniki kolejnych supermarketów. Na kolację jedliśmy sałatkę z papai i truskawek.

IMG_0845
W Nowej Zelandii nie mamy żadnej lokalnej konkurencji więc dumbster-diving jest zwykle prosty jak konstrukcja cepa; zwłaszcza że kiwi-strażnicy to ludzie z reguły nieuważni, opieszali i/lub tak zaskoczeni tym co się dzieje, że i tak nie wiedzą jak zareagować.
Zaczęliśmy wg. instrukcji Williama „lege artis”, czyli nocą, po zamknięciu sklepów, w ciemnych ciuchach, z podziałem na role. Tomasz nie umie się bawić, bo najpierw dorobił się stygmatów i może chodzić tylko boso (a włażenie boso do kontenera na śmieci nawet w jego hardkorowym świecie wydaje się głupim pomysłem), a potem chodząc tylko boso wybił sobie (albo pękł, kto wie) palec i nie może biegać, a bieganie jest elementarną składową rabowania śmietników. Jest więc „tylko” kierowcą. Tak naprawdę Smeagol jest specjalistą nie potrzebującym pomocy, ale ja jestem zwiadowcą i asystentem. Akcja wygląda następująco.
1. W cieniu w rogu parkingu zatrzymuje się Kalinka. W odpowiedniej odległości od zaplecza sklepu. Nie za blisko. Nie za daleko.
2. Wychodzę w swojej stylowej kurteczce „winter is coming”, z rozwianymi włosami, i kręcąc opłotkami podchodzę na zaplecze. Gdyby ktoś pytał, uciekła mi fretka, albo piesek. Może widzieli to paskudne stworzenie. Nikt jednak nigdy nie pyta. Sprawdzam gdzie są śmietniki, gdzie kosze na warzywa, czy jest coś wystawione na paletach i czy i gdzie kręci się ochrona.
3. Wracam. Zdaję relację. Zmieniam kurtkę na ciemna bluza, upycham włosy pod czapkę, biorę wór na śmieci i razem z odzianym w spraną czerń Smeagolem idziemy rabować śmietniki. William jest gentelmenem więc zawsze on „eksploruje”” kontenery, a ja zgarniam rzeczy z palet, albo łapie to co on wyrzuca ze śmietnika. Idzie nam sprawnie. Ale wciaż nie jesteśmy parą idealną… m.in nigdy chyba nie pamiętaliśmy o tym, żeby wziąść latarki… później wiele nam to utrudnia.
4. Zarzucamy wory na plecy i uciekamy.
5. Pakujemy wszystko do przygotowanej uprzenio Kalinki.
6. Odjeżdżamy. Przydałby się gangsterski pisk opon, ale mamy tak łyse koła, że nie możemy sobie na takie atrakcje pozwolić.
7. Zatrzymujemy się przy źródle wody lub toalecie (nie w najbliższym sąsiedztwie sklepu). Robimy selekcję i mycie warzyw i piszczymy z zachwytu 😀

P1070245głuptaki

Tak wyglądały nasze pierwsze wypady, dzięki którym obłowiliśmy się w 6 kilo ziemniaków, 4 kg brukselki, siatkę pomarańczy, pęki selerów naciowych i niepoliczalną ilość pit w 4 smakach. Jedyny problem w dumbsterowaniu z Williamem polega na tym, że znajduje tyle żarcia, że potem nie jestem w stanie swojego worka dźwignąć, nie wspominając o tym, żeby z nim biegać. Po pierwszych wypadach postanowiliśmy też zostać nowozelandzkimi Robin Hoodami- czyli zabierać jedzenie złym śmietnikom złego systemu i rozdawać ubogim autostopowiczom… ale żadnych autostopowiczów dotychczas nie spotkaliśmy, więc musimy radzić sobie z tym dobrobytem sami.

IMG_0135
Kolejnym problemem tej strategii był fakt, że sklepy zamykają późnym wieczorem, a my późnym wieczorem zwykle staramy się być już w bezpiecznej odległości od miast, z przygotowaną kolacją i rozbitym namiotem. Tą kwestię William rozwiązał z wrodzoną sobie bezczelnością… i zaczęliśmy grzebać w śmieciach w biały dzień. A w zasadzie on zaczął, bo za dnia jednak ilość pracowników szlajających się po zapleczu sklepów nie pozwala na grupowe wycieczki. Czasami jednak spotkania wcale nie są groźne. W Wairoa William został „złapany”. Nie mogło być inaczej, bo kontener był tak zapełniony, że nawet Smeagol nie był w stanie wleźć do środka i zamknąć za sobą klapy. Stał więc w blasku słońca i grzebał w śmieciach pod budką strażników. Wg. jego relacji rozmowy brzmiały następująco:
I strażnik: Dzień dobry!
William: Dzień dobry!
I strażnik: Co pan tu robi?
W: A grzebię w śmieciach.
I: Ale dlaczego?
W: Czasami można znaleźć coś dobrego do jedzenia, supermarkety wyrzucają dużo dobrych rzeczy.
I: Ale dlaczego nie pójdzie pan do środka kupić jedzenia?
W: Bo jestem ubogim turystą, a Nowa Zelandia to bardzo drogi kraj. Zresztą, widzi pan to różowe ciasto? Myślę, że jest bardzo chemiczne. Osobiście nigdy nie kupiłbym tak chemicznego ciasta. Ale za darmo mogę je zjeść 😀
I: Aha!
Koniec.
Szybko jednak pojawił się drugi strażnik
II strażnik: Dzień dobry!
William: Dzień dobry!
II strażnik : Co pan tu robi?
W: A grzebię w śmieciach.
IIs: Wie pan, przykro mi, ale to chyba nie jest dozwolone, bo na ten teren wstęp mają tylko pracownicy, a pan nie jest pracownikiem.
W: Aha (nie przerywając grzebania; na tym etapie miał juz pół worka produktów)
IIs: Choć nigdy się z nikim takim jak pan nie spotkałem… A skąd pan jest?
W: Z Francji.
IIs: We Francji to bardzo popularne? (William- idealny ambasador i reprezentant kraju)
W: Hmmmm… nieeeee, raczej nie bardzo.
IIs: U nas chyba też nie powinno. Wie pan, ja pójdę teraz porozmawiać z szefem, zapytać, co ja w zasadzie mam z panem zrobić
I poszedł. William spakował ostatnie jagodzianki z bitą śmietaną i spokojnie wrócił do Kalinki. Chemiczne różowe ciasto było paskudne, ale za darmo chłopcy są w stanie zjeść wszystko 😛

IMG_0085
Żeby rozwiać tu wątpliwości, że wcinamy tylko przeterminowany chleb i przywiędnięte warzywa- lista zdobyczy z ostatniej Smeagolowej eskapady obejmuje- 2 kilo sera (w tym parmezan), kilka kilo boczku i szynki z miodem pakowanej hermetycznie (wciąż nie wiemy dlaczego je wyrzucili, ale chłopaki już to jedli i wciąż żyją); hawajskie pizze, organic-humus, jogurty (nie jadłam jogurtów od… ponad roku, i 2 kartony owsianych ciasteczek z żurawiną i białą czekoladą (nie opakowań- kartonów- 2 razy 12 opakowań!)… i wiele innych. William, nasz żywiciel 😀

P1060346
Świętym Graalem poszukiwań pozostaje czekolada. William twierdzi, ze w Australii poznał ludzi, którzy znaleźli w śmieciach kilka kilogramów czekolady.
Co prawda William był Smeagolem jeszcze zanim zaczął nurkować w kontenerach, czyli jest małym, brzydkim, wiecznie mlaszczacym i śmierdzącym stworem na wpół zagrzebanym w pierdolniku tylnego siedzenia, z zaawansowanym wodowstrętem i mydłofobią. Teraz jest super-Smeagolem-Fetorem. Ale i tak jest kochany i „anbeliwejbyl”.
Od dwóch tygodni nasze zakupy ograniczają się niemal wyłącznie do kawy i mleka. A koszty życia niemal wyłącznie do opłat za paliwo (czyli średnio 3 NZD za dzień na osobę). Wciąż nie jest to azjatycki bezcen, ale jest dobrze. Jest nawet wspaniale 😀

P1070341

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s