Tongariro crossing- odc. pierwszy

(Chciałabym dodać tą notkę w glorii i chwały naszych para-alpejskich zimowych wyczynów, popartych genialnymi zdjęciami, które tego dnia pstrykały się gęsto… ale widać nie można mieć w życiu wszystkiego, i WiFi nie dotarło jeszcze na stoki nowozelandzkich gór, ani w gęstwiny ostatnich pierwotnych lasów… Pozostaje mi liczyć, że zanim dorwę się do internetu na czas wystarczający do wklejenia tu wszystkich zdjęć, ktoś jeszcze wciąż będzie o naszym blogu pamiętać 🙂 )

IMG_0961

Park Narodowy Tangariro to miejsce, które na Północnej Wyspie Nowej Zelandii trzeba zobaczyć. Koniecznie. Ośnieżone wulkany dyszące gęstą parą, gejzery, doliny zjeżone grzywami magmowych skał i pustki księżycowego krajobrazu młodej ziemi. Ostatecznie- jak można być w Śródziemiu i nie wpaść do Mordoru?

Najciekawszym, najbardziej rozleklamowanym, zdecydowanie najpiękniejszym i ‚koniecznie do zobaczenia’ szlakiem jest ‚tangariro Alpine Crossing’. My, aby dostąpić pogodowej i organizacyjnej łaski umożliwiającej jego przejście czekaliśmy 4 dni, co jak się okazuje jest dobrym wynikiem i świadczy o dużym szczęściu. W Taupo spotkaliśmy ludzi, którzy na ten zaszczyt czekali ponad tydzień. O tej porze roku czynnikiem limitującym jest śnieg, deszcz, wiatr, mróz i inne sezonowe klęski atmosferyczne. Są też one największymi sojusznikami lokalnego przemysłu turystycznego. Wiatry i burze nad Tangariro usidlają w Taupo tłumy turystów. Turyści nudzą się, koczują w hostelach i przepijają majątek w barach (Nowa Zelandia jest prawdopodobnie krajem najdroższego tytoniu na świecie, z alkoholem nie jest dużo lepiej) . My, niereformowalni antyturyści, oczywiście rozwiązaliśmy ten problem sprytnie, oszczędnie, i z punktu widzenia nowozelandzkiego pkb absolutnie bezwartościowo. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności (a raczej tanią zagrywką „jestem małą zziębniętą turystką a wokół huragan i burze’) zostaliśmy zakwaterowani w domku dla sezonowyc pracowników niedalekiej farmy. Za darmo. Przez kilka dni mieliśmy do dyspozycji 4 prysznice, 2 kuchnie, bodaj 7 sypialni, a do tego kominek, billard i darty. Prawie jak Hilton (w sumie nigdy nie byłam, ale tak to sobie wyobrażam… choć w Hiltonie pewnie nie śmierdzi owcami ;P) Żywiliśmy się już dla nas tradycyjnie, czyli recyklingowo. Alkohol przynosili nam szef farmy i „specjalista od stawiania płotów” 😀 A zamiast „spędzać czas” w barach i lokalach- kilka dni z rzędu pławiliśmy się w publicznych gorących źródłach. Znów udało nam się wspaniale ustawić.

1prawdopodobnie jedne z najszczęśliwszych krów świata

Czekaliśmy więc na dobrą pogodę, szukając przy okazji zmotoryzowanego turysty który ułatwiłby nam rozwikłanie zagadki logistycznej „jak przejść Tangariro Crossing i wrócić do Kalinki” bo 7godzinny szlak kończy się na parkingu oddalonym ok 30km od punktu wyjścia, i wieczorem może być ciężko tam doautostopować (oczywiście jeżdżą tam autobusy, ale kosztują 40NZD, co zamyka wszelkie dyskusje o ich wykorzystaniu). Okazuje się, że najlepszą formą szukania znajomych w Taupo jest surfowanie po darmowym necie w publicznej bibliotece, albo moczenie tyłka w publicznych gorących źródłach.

2pierwsze wrażenie- masakra… później okazało się, że tłumy turystów przypływają i odpływają i czasami ma się całe źródełko dla siebie. Woda była niezdrowo gorąca= wspaniała

Gorące źródła działają lepiej niż Facebook, couch-surfing i gumtree razem wzięte. Po dwóch, niezdrowo długich sesjach chłopcy przygruchali sobie 2 Niemki, 2Francuzki, Holendra i Amerykanina (nie z Kaliforni! Ryan był pierwszym niekalifornijskim Amerykaninem, którego spotykam na tym wyjeździe). Tylko Ryan miał samochód. Pierwotnie więc rozwiązałoby to nasz problem, ale w sytuacji gdy wzbogaciliśmy się o 4 panny („co jedna to ładniejsza!”sic!) nadal brakowało nam jednego wozu. I wtedy, całkiem niespodziewanie, gdy grzaliśmy się dla odmiany przed kominkiem naszej luskusowej kwatery, napisał do nas Daniel (!love!), który bardzo dawno temu, w czasach „przed-Kalinkowych” przygarnął nas w Te Urewera National Park i razem przeszliśmy piękny, długi szlak, a potem przejechaliśmy bardzo wiele kilometrów przez pustki, lasy i deszcz. Daniel, germański drwal małolat, który chce zostać profesjonalnym fotografem przyrody! Daniel zapytał, gdzie jesteśmy i co robimy, bo on jest w Taupo i szuka kogoś, z kim mógłby przejść Alpine Crossing! Jupi! Problem transportu został rozwiązany! Poza tym, skoro los zesłał mi Daniela, przestało mnie obchodzić towarzystwo nimf z gorących źródeł. Daniel jest fajny!

3dość reprzentacyjny portret para-artystyczny 

Chcieliśmy jechać „już, zaraz, jutro”. Ale o 4 rano Tim, który miał widać problemy z bezsennościa, wysłał nam smsa, że był w informacji turystycznej i szlak znów jest zamknięty z powodu silnego wiatru. Uznaliśmy, że Kiwi strasznie przesadzają, nie mają „ducha przygody”, są beznadziejnie przewrażliwieni… i poszliśmy spać dalej.
Skoro zyskaliśmy dodatkowy dzień nic nierobienia chłopcy postanowili potraktować go jako dzień spa i relaksu- czyli przeleżeć dobę w gorących źródłach czekając na kolejne piękne Niemki i Maoryski. Plan ów musiał zostać przeze mnie storpedowany. Z kilku oczywistych przyczyn. 1- czekając odpowiednio długo Tomasz w końcu mógłby się doczekać odpowiednio pięknej i niedorozwiniętej umysłowo Maoryski, która zapragnęłaby uszczęśliwić go swymi egzotycznymi cyckami i kiwi-obywatelstwem; 2- całodniowe moczenie negatywnie wpłynęłoby na turgor i koloryt mojej skóry; 3- na boga! Ile można siedzieć i moczyć dupsko w ciepłej kałuży! Bez względu na walory estetyczne tego miejsca- czyli wodospad wpadający spienioną kaskadą do kameralnego, otoczonego ciemnymi skałami źródełka, o brzegach zieleniących się od mchów i paproci! Prawdopodobnie najpiękniejsze jackuzzi na świecie!
Nie zmienia to faktu, że miłość do moczenia się w gorących źródłach jest dla mnie taką samą abstrakcją jak uwielbienie do opalania się plackiem na plaży. Po 15 minutach zaczyna mnie nosić, a po 25 chcę uciekać. Jako że wciąż jestem jedyną dziewczyną w ekipie, dodatkowo wyposażoną w dwa „superskille” (czyli- kastracja i pieczenie ciastek) tym razem chłopaki zaszczycili mnie rozwiązaniem na swój sposób kompromisowym. Rano leżeli w gorących źródłach, po południu „wyprowadzili mnie na spacer”, na pobliską górę, wieczorem- zaopatrzeni w dwa kartony wina i zgrzewkę piwa (zakupy pod hasłem „nie opłaca się kupować opakowań o mniejszej objętości”) wrócili do gorących źródeł. Oni mieli się upić, ja miałam ich odwieźć do domu. Po czym obudzić o 4 rano.

4
Trzeba przyznać, że wyreżyserowali sobie perfekcyjny wieczór. Gwiazdy na niebie. Mgła unosząca się malowniczo nad gorącymi źródłami. Srebrzysty wodospad. Litry alkoholu. Opustoszały park. A w wodzie obok nich jedynie kobiety. Niemki, Austriaczki, a nawet piękna Maoryska. I kolejne skazane na sukces flirty.
– Może chcesz napić się wina?
– A jakie macie?
– Czerwone….. z kartonu.
Dobrze, że dziewczyny dość szybko uciekły, inaczej przyszłoby mi tam nocować. A tak chłopcy potaplali się, potarzali w żwirze, popili i poszli. Zanim jednak każdemu udało się (lub nie) znaleźć zostawione na brzegu buty, skarpetki i majtki na zmianę William złamał paznokieć u nogi. Nawet ja, nawet w szczęśliwych czasach ‚niekończącej-się-milongi” potraktowałabym to jako kosmetyczny defekt niegodny większej uwagi. Okazało się to jednak kontuzją brzemienną w skutki.

5
Plan zakładał szczęśliwy powrót do mieszkania (alternatywnie awaryjne parkowanie w rowie), spakowanie Kalinki, spakowanie plecaków, ugotowanie śniadania,zjedzenie kolacji i pójście spać. William umierał. Z powodu złamanego paznokcia. Szorstkość brudnej skarpetki, ucisk buta na ranę, a także brak fotela inwalidzkiego zmuszający go do okaleczającej aktywności fizycznej sprawiły, iż ból stał się nie do zniesienia. Jak i sam William. Daliśmy popis swoich kompetencji udzielając mu fenomenalnej interdyscyplinarnej porady z pogranicza medycyny ludzkiej, weterynaryjnej i kosmetycznej, karząc mu obciąć złamany paznokieć, resztę skleić super glue, a na koniec łyknąć niesteroidowy lek przeciwzapalny (Smeagolowi należy precyzyjnie dobierać leki; w swojej podróżnej apteczne ma nawet morfinę, i kto wie, może uznałby ją za lek z wyboru w przypadku urazów paznokci). William z namaszczeniem i sapaniem wykonał nasze instrukcje i jęcząc poszedł spać. Daniel i Tomasz nafaszerowali się kolacją i umarli bez farmaceutycznego wsparcia. O pakowaniu nie było mowy.

6to akurat Mt Ruahepu, i nie o świcie, tylko wieczorem…

Obudziliśmy się o 4.30. Z bólem. Kulawizna Williama godna była zerwania więzadeł krzyżowych, a jego wkład w choatyczne pakowanie Kalinki i sprzątanie chatki kwalifikowała go do uśpienia. Tim czekał na nas 45 minut. Nie mogliśmy się mniej spóźnić.
Ani Timowi, ani nam nic jednak nie mogło zepsuć humoru. Jechaliśmy przejść Tangariro Alpine Crossing, a nad świat lśnił od rosy w promieniach jutrzenki 😛 Na drugim brzegu jeziora, pierwszy raz od kilku dni rysowały się ośnieżone szczyty gór. W ciepłym blasku poranka stoki Mt Dum zaróżowiły się subtelnie, otulone lekkim woalem srebrzystych obłoczków. Na zachodzie piętrzyły się kłęby ołowianych chmur. Powiedzieliśmy ‚ah!” i „oh!”. Zanim dojechaliśmy na miejsce wszystko było w chmurach.

IMG_1174

W następnym odcinku jednak najpierw my wdrapiemy się ponad chmury i będziemy mieli dużo pięknych widoków.

Reklamy

One thought on “Tongariro crossing- odc. pierwszy

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s