Tongariro Alpine Crossing- odc 2

(w związku z tymczasowym pobytem na końcu świata i chronicznym brakiem internetu, ewentualnych czytelników wyrwanych z kontekstu informuję, iż część pierwsza znajduje się jakieś 1650 zdjęć poniżej. W poprzednim odcinku;

– dołączył do nas Daniel (♥!!!!!!!!!)

– padało

– umyliśmy się

– chłopcy znów próbowali poderwać Maoryskę

– William złamał paznokieć)

IMG_0947

Pierwotny plan zakładał, że wystartujemy na szlaku o 7 rano, czyli godzinę przed czasem, gdy turystyczne busiki wypuszczą w góry tłumy turystów. Na miejscu wylądowaliśmy równo o 8. Ryan czekał. Sam. Żadna piękna Niemka ani Francuska nie zaszczyciła chłopców swoją obecnością. Oh jej!
Tym samym Drużyna Pierścienia zapakowała się w stuptuty (kto miał), zarzuciła plecaki, poczekała na Tomasza który dla odmiany pakował się pół wieku, i ostatecznie ruszyła… „przez krainę Mordor, gdzie zaległy cienie.”

2

Smeagol z połamanym pazurkiem został w Kalince. Spał. Może faktycznie znieczulił swój paznokieć opioidami.
Pogoda była „niezdjęciowa”, my wypoczęci, szlak…. łatwy. Przeraźliwie łatwy. Po wszystkich zapewnieniach i opowieściach serwowanych nam w informacjach turystycznych, że musimy poważnie zastanowić się, czy jesteśmy wystarczająco sprawni, przygotować się kondycyjnie, pilnować czy idziemy zgodnie z czasem, zaopatrzyć w dobre buty, zapas wody i kanapek, a najlepiej wynająć przewodnika i wykupić dodatkowe ubezpieczenie… czegośtam się po tym szlaku spodziewaliśmy. Przygody jakiejś. Trekingu. W końcu góry! „Alpine crossing”. Tymczasem szliśmy autostradą. A potem drewnianą estakadą nad podmokłą „łączką”. Niby estakada była w porządku, bo chroniła tutejszą nędzną, pionierską florę przed zadeptaniem, ale spodziewaliśmy się czegoś innego, mniej przypominającego nadmorski deptak… (Później spodziewaliśmy się ruchomych schodów i wind ;))
3
„Szliśmy” nie jest najlepszym określeniem. Chodzenie po górach z trzema patykowatymi, długonogimi chłopakami i germańskim krasnoludem nie do zdarcia,dla dziewczyn takich jak ja (czyli nieszczęścnic których matka natura nie obdarzyła odnóżami Anji Rubik) oznacza, że gdy oni idą szybko, ja biegnę. Mijaliśmy więc turystów w spodniach trekingowych, jeansowych, dresowych, narciarskich zimowych, izotermicznych rowerowych… Turystów w dresach mijaliśmy szybko, coniektóre turystki w legginsach i przykusych tunikach tak jakby wolniej. Znaczna część mijanych osób rozprawiała o Frodzie.
4
Ostatecznie nie doczekaliśmy się żadnych ruchomych schodów, trafiliśmy za to na mordorskie toitoi’e 😉 Były to przybytki podłe i podstępne, żeden z nich nie posiadał działającego zamka, ani chociaż klamki, a nawet papieru toaletowego 😛
5
Tu uznaliśmy, że skoczymy sobie dodatkowo do pobliskiego wodospadu.
6

7

8
W czasie gdy my taplaliśmy się w Soda Springs do podnóży Tangariro dotarło całe, wyprzedzone przez nas uprzednio towarzystwo, gdy więc znów trafiliśmy na szlak po raz kolejny byliśmy na szarym końcu peletonu.
9
Zanim rozpoczniemy kolejny etap wędrówki, czyli najbardziej strome podejście „Tangairo Alpine Crossing”, musimy odpowiedzieć sobie na kilka poważnych pytań, m.in. czy po dotychczasowym specerku po deptaku wciąż mamy siłę, by chodzić kolejne 5,5 h, oraz czy zostały nam jeszcze w plecaku kanapki. Oczywiście my nigdy nie bagatelizujemy żadnych gór (przynajmniej w teorii, a później mamy ”przygody”), i te pytania poniekąd mają sens, ale ten szlak jest naprawdę bardzo prosty. A wybudowane wokół niego mity i legendy śmieszne. Naprawdę, bez kompleksów. Niemal każdy szlak w Tatrach jest dużo bardziej wymagający.
10
Podejście na przełęcz jest relatywnie strome, ale niedługie. Przy czym podzielono je z myślą o treningu interwałowym i efektywnym spalaniu tłuszczu odłożonego w taupowychbarach- trochę schodów-płasko- kilka schodów-płasko… i tak aż na samą górę. Tu już praktycznie wszyscy mijani przez nas turyści sapiąc rozprawiali o tym, że Frodo miał ciężko.
11
Na górze były pustki, i mgła. A w gęstym woalu chmur zamajaczył przed nami kierunkowskaz na szczyt Mt Ngauruhoe, czyli Mt Dum. 3 godziny w dwie strony.

12
To nie jest część składowa Tangariro Crossing. W sumie tego nie planowaliśmy. Rzekomo o tej porze roku można wejść tylko w rakach, z czekanami i przewodnikiem oczywiście (każde z nas usiłowało dowiedzieć się, czy można zorganizować sobie prywatą wycieczkę na Mt Ngauruhoe bez obecności przewodnika, i każda próba uzyskania konkretnej odpowiedzi rozbijała się o monolog o zdrowym rozsądku, rozwadze, bezpieczeństwie i śmiertelnych zagrożeniach… ostatecznie więc zapytaliśmy, czy wchodzenie bez przewodnika jest karalne- nie jest, więc luz). Chwilę podebatowaliśmy nad tym, czy warto wspinać się kilkaset metrów w chmurach i czy na pewno damy radę bez raków… raczej grzecznościowo i dla czystego sumienia… po czym skręciliśmy w kierunku Mt Dum. Wszyscy chcieli spróbować.

13
I tak zaczyna się historia zdobywania najtrudniejszego szczytu w moim życiu(co na dobrą sprawę niewiele znaczy). Mt Dum nie jest spektakularnie wysokie, jedynie 2391mnpm; czyli mniej nawet niż Rysy, ale wdrapanie się na nią kosztowało mnie więcej wysiłku niż przebrnięcie przez wszystkie studenckie sesje razem wzięte. Nigdy w życiu nie wspinałam się na żaden wulkan (o ile odbierzemy ten zaszczytny tytuł… Łysej górze???), ale coś sobie na ten temat wyobrażałam… uczciwie pisząc wiele sobie wyobrażałam. Zawsze chciałam zajrzeć w jakiś dymiący krater, zawsze chodzenie po wulkanach wydawało mi się niewiarygodnie magiczne i przygodowe. Żywioł. Potęga natury! Czad! (tlenki siarki… myśląc realnie i chemicznie). To podejście totalnie mnie zaskoczyło.
14
Zdobywanie Mt Ngauruhoe (możecie być pewni, że nikt tej nazwy nie używa)  jest jak forsowanie gigantycznej ruchomej wydmy z drobnymi elementami wspinaczki na końcu. Z tą różnicą, że zamiast w złocistym piasku brniemy po kostki w wulkanicznym pyle. Pył wygląda i śmierdzi jak proch strzelniczy (opinia mojej międzynarodowej bandy kolegów). Zachowuje się zaś jak ruchome piaski całego świata- zsuwa się, zjeżdża i osypuje. Jeśli idziemy wolno- stoimy w miejscu, jeśli stoimy w miejscu- to się cofamy. Gdy przebieramy nogami zalewając się litrami potu- wolno brniemy na szczyt. Było tragicznie gorąco. Powietrze stało. Zero wiatru. Niby chmury i mgła, ale wystarczył krótki przebłysk słońca i pył od razu jest ciepły. Pełzliśmy po stoku z ogrzewaniem podłogowym. Nie wiem jak ludzie zdobywają tą górę latem.
15
Było ciężko. Bardzo. Nie trzeba było dużo czasu, by moja kompromitująca podświadomość wyzwoliła „mechanizm zdobywania szczytów”, działający na osi ‚marudzenie-zwątpienie-katowanie-zdobycie’. Wbrew pozorom jest to bardzo skuteczna strategia, choć o ile ja traktuje punkty ‚marudzenia i zwątpienia’ raczej rytualnie i bez większego przekonania (bo przecież nie odpuszczę sobie tak łatwo byle szczytu) Tomasz wciąż nie może się do nich przyzwyczaić. Tego dnia jednak magiczna moc była po mojej stronie, i gdy oświadczyłam światu, że nie idę dalej bo i tak nic w tych chmurach nie widać, a droga bez pstrykania fotek jest drogą bez sensu… wiatr momentalnie rozproszył chmury a naszym oczom ukazał się taki oto widok…
16
To był argument. Sens. I motywacja. Chłopcy uznali, że muszę marudzić więcej 😛
17
Gdzieś daleko przed nami, na tle kobaltowego nieba wznosił się szczyt.
18

19

20
Szliśmy dalej. Ryan, Tim i Daniel gdzieś tam daleko z przodu. Hałaśliwa ekipa radosnych Niemców gdzieś tam daleko w dole. Tomasz o dziwo nie bił rekordów prędkości tylko bawił w psychologiczne wsparcie. A ja brnęłam i zjeżdżałam po stoku myśląc, że Frodo faktycznie miał cholernie ciężko. 100 kroków do przodu- przerwa. Zdjęcia. 100 kroków do przodu- dłuższa przerwa. 80 kroków… dla niepoznaki zdjęcia. 100 kroków- przerwa. Dobrze, że tak pięknie dookoła i faktycznie jest co fotografować. 60 kroków… zaraz mi coś eksploduje w płucach…. dwadzieściapare lat i nie wyrabiam pod górkę, porażka! 120 kroków- Mój boże, ja pewnie jestem ledwo w połowie, a Tim już schodzi! Tim faktycznie schodził. Bladozielonkawy. Powiedział, że dopóki szedł i patrzył na szczyt, było spoko, ale w którymś momencie, przy okazji robienia zdjęć spojrzał w dół, i odkrył, że to nie jest zwykły stok. I zwykła górka. Tylko bardzo strome osuwisko kamieni. Bardzo wysokie. I bardzo ruchome. Można nawet rzec, rozruszane spuszczanymi przez nas regularnie niewielkimi lawinami kamieni. Więc Tim pożegnał się z Drużyną Pierścienia, i zaczął ostrożnie zjeżdżać w dół. Ja też popatrzyłam w dół. I trochę zakręciło mi się w głowie. I trochę zrozumiałam, dlaczego idzie mi się aż tak ciężko 😉
21.0

21.01

21
Nawet nie zorientowałam się, gdy wspięliśmy się na ostatnie skałki pod szczytem. Tomasz triumfalnie oświadczył, że udało się! Kilka ostatnich kroków, wyprostowałam się zachwycona i… podmuch wiatru prawie mnie przewrócił, co w tych warunkach znaczyłoby strącenie ze stoku… i wspinaczkę od nowa (albo lot helikopterem). Czerwone, gorące od słońca skały zastąpiły matowe, czarne kamienie, skute lodem. Wiatr szalał. Miałam wrażenie, że zapocona bluzka zamarza mi na plecach. Kilka kroków, i totalnie inne warunki.
23

24

25
Byłam przekonana, że jeśli w ogóle dopełznę na szczyt, to ‚kamienny szczyt” w zupełności mnie usatysfakcjonuje. Raki rakami, ale chodzenie po oblodzonych stokach, katowanych huraganowym wiatrem, w butach o podeszwach, z których zdarto ostatnie ślady po protektorach nie jest najlepszym pomysłem. Było to zaskakująco rozważne postanowienie. Ale na szczycie dopadł mnie przypływ euforycznej energii 😀 I bonusowo zrobiliśmy sobie spacer wokół ośnieżonego krateru wulkanu! I wspięliśmy się na „wszystkie szczyty Mt Ngauruhoe”, bo w sumie nikt nigdzie nie postawił żadnej flagi, słupka, ani płonącego oka, i nie wiedzieliśmy gdzie szczyt tak naprawdę jest. Tak samo zresztą jak wszyscy nasi znajomi, i cała ekipa zabawnych Niemców. Tego dnia na Mt Dum weszło ok 15 ludzi. I w ramach autolansu dodam, że byłam jedyną dziewczyną w tym towarzystwie 😛
26

27

28To podejście wydawać się może poważne i „prawdziwie alpejskie”… najpopularniejszą techniką zejścia był zjazd „dupolotem” 😀

30krawężnik na brzegu krateru
31
Naprawdę bałam się zejścia, tymczasem okazało się dziecinnie proste. Pokonaliśmy je „metodą człapania”, jak to pięknie określił Marchewka. Można było zaryzykować zbiegnięcie na dół, ale nikt się nie pokusił. Być może przewodnicy potrzebni są właśnie do asekuracji przy człapaniu, czyli ryzykownie szybkim marszo-ślizu w dół, w którym to z każdym krokiem pchamy przed sobą większą stertę sunących w dół kamieni, okazjonalnie posyłając w dół kilka pędzących odłamków i drąc się, aby ostrzec tych, co na dole. Dobrze, że nie jest to zbyt często uczęszczany szlak, bo inaczej Mt Dum z każdym dniem byłby niższy 😉 a tak jest tylko coraz bardziej stromy.
32

33

34poszczytowe debilizmy i zabawy w Smeagola

Schodziliśmy pół godziny. Trochę zastanawiając się nad tym, po co mieliśmy wypożyczać raki i czekany. Wyszło nam, że raki po to, żeby było nam ciężej pod górę, a czekany, żeby zrobić sobie krzywdę. Nikt nie znalazł żadnego zastosowania dla przewodnika, widać w świecie chłopaków przewodnik nie może być piękną Maoryską, wtedy na pewno znaleźli by dla niej jakieś zastosowanie. To zaś, co na szlaku naprawdę się przydaje nie jest w informacjach turystycznych nawet wspomniane. Stuptuty. Oczywiście bez nich też wszędzie wejść można, ale tu dużo ułatwiają. Przy zejściu brnie się w stosach kamieni sięgających ponad kostkę. Tomasz stuptutów nie miał, bo gdzieś kiedyś swoje w afekcie wyrzucił, i zejście kosztowało go kilka pamiątkowych skaleczeń (kamienie są ostre). O tonie kamieni w butach nie wspominając.
35
Kolejną rzeczą są rękawiczki. Niby oczywiste, że w wysokich górach jest zimno, więc się przydają. Tu przydają się także przy podejściu. Skały są ostre (znów), i podciągając się na nich zostawia się na pamiątkę nie tylko odciski palców. Mi raz coś się podstępnie osunęło pod nogami, i gdy zjeżdżałam w dół usiłująć się złapać czegokolwiek pocięłam sobie ręce na tyle, że później zostawiłam krwawe ślady na szlaku. Tyle wynurzeń praktycznych. Mt Ngauruhoe jest fantastyczny!
36
W dolinie zaś świeciło słońce, było cieplutko, milutko, pięknie, a my czuliśmy się jak na spacerze na wakacjach.
37

38

Minęliśmy  zielonkawe jezioro, idąc przez nieustannie parującą dolinę; kolejne miejsce w ogrzewaniem podłogowym.
39

40
Weszliśmy na kolejną przełęcz…. A tam znów czekał obiecujący kierunkowskaz. Tym razem na Mt Tangariro. Tomek oświadczył, że idzie. Marchewka żyje w świecie „wszystko, albo…. wszystko”, więc tego dnia przeszedł Tangariro Alpine Crossing oraz zdobył wszytko co mógł- Mt Ngauruhoe, Mt Tangariro, milion fotek i pamiątkową bliznę. Reszta ekipy tym razem potraktowała propozycję z mniejszym entuzjazmem, ale i tak wszyscy postanowili spróbować. Nawet ja. Ja szczerze mówiąc miałam nadzieję na jakiś ambicjonalny wyrzut adrenaliny, albo inny przypływ mocy, ale tym razem nic takiego nie nastąpiło, i skapitulowałam.
41
Wróciłam na główny szlak. I nie mogłam tego żałować.
Szlak mijał Czerwony Krater.
42

43

44

45
W następnej dolinie zaś lśniły Szmaragdowe Jeziora.
46

47
Są absoolultnie przecudne… Na wypadek gdyby jednak ktoś właśnie postanowił wybrać to miejsce na oświadczyny, albo chociaż skazaną na sukces randkę, uczciwie ostrzegamy- to przeurocze ma jedną, drobną wadę, totalnie dyskredytującą je jako scenerię romantycznych wydarzeń. Cała dolina klepie siarkowodorem. Obezwładniająco.
48

49prawie jak gorące jezioro w Yellowstone…. a może nawet lepsze.

50

Opuszczając cuchnące szmaragdowe jeziorka schodzimy do kolejnej doliny, z kolejnym, lecz już nie tak spektakularnym jeziorem.

51

W tym miejscu zaczęłam już poważnie zastanawiać się, jakim cudem moja sprinterska ekipa Aragornów i Legolasów jeszcze mnie nie dogoniła, skoro ja co trzy kroki robię postuj na pstrykanie fotek. Poczekałam na nich. Poopalałam się. Zmarzłam. Zaczęłam wspinać się na podejście do kolejnego jeziora, wypatrując ich na odległych stokach po drugiej stronie doliny. Nic. Zero. Dwie grupki ludzi, i pusty szlak. Nawet trochę zaczęłam się martwić. I gdy całkiem serio pomyślałam, że może faktycznie tym razem potrzebne były raki, i coś im się stało, nad moją głową przeleciał ratowniczy helikopter… i wylądował w dolinie u stóp Mt Tangariro. Byłam ugotowana. Stało się. Któryś poleciał. Byle nie Marchewka… w końcu miał w plecaku mojego laptopa 😛
52
Ostatnie na szlaku jezioro (tu każda szanująca się dolina ma własne jezioro, najlepiej w nietypowym kolorze) to Blue Lake . Jest bardzo eleganckie. Tylko woda, niebo, skały i wiatr. „Mniej znaczy więcej” jak powiedział sławny architekt… albo projektantka mody, albo może któraś z naczelnych któregoś „Vogue”.
53

54
Tu również poczekałam, zmarzłam i poszłam dalej. Zmarzłam, bo po raz kolejny popisaliśmy się z Tomaszem strategicznym geniuszem. Pakowaliśmy się oddzielnie. Każdy zabrał to, co uważa w górach za niezbędne (czyli Tomek pół kilo ciastek i butle z gazem (o dziwo tym razem nie zabrał alkoholu), a ja laptopa ;P). Podczas podejścia na Mt Ngruruhuhucośtam Tomasz wspaniałomyślnie oświadczył, że pomoże mi, i mnie odciąży. Przepakowaliśmy więc do jego plecaka mój sweter, wodę, komputer itd… Po czym przy Mt Tangariro się rozstaliśmy. I zostałam w górach wieczorem, bez ciepłych ciuchów i bez wody.
55
Brak wody w Nowej Zelandii zwykle jest najmniej martwiącą kwestią, tu każda górka, farma, lasek, dolinka, łączka czy polanka ma swój strumień. Zwykle z niebrzydkim wodospadem. Tym, jednym jedynym, wyjątkowym razem po stokach nie płynęło nic. Szlak trawersował kilometrami po nudnych do granic górskich możliwości łączkach. Minęłam dwa potoki. Oba z tabliczkami zakazującymi picie wody. Pierwszy strumień cuchnął; drugi był szary. Jak beton.
56

57Prawie Bieszczady, tylko w tle dymi wulkan.
58

Obszar ten jest strefą aktywną sejsmicznie i wszyscy powinni starać się skrócić pobyt na szlaku do niezbędnego minimum (ponad godzina :P). Wulkan wciąż jest aktywny (co widać i czuć). kilka lat temu zdarzyło mu się nawet wypluć z siebie kilka kamieni. Jeden, którego trajektorię lotu zdeterminowały widać prawa Murphiego, trafił w turystyczną chatkę Departamentu Ochrony Środowiska. Zrobił dziurę w dachu i podłodze jednocześnie.
59 (1)

60
Chłopaki dogonili mnie w lesie. Razem z nimi kulał Smeagol, który o 12 w południe uznał, że może szkoda rezygnować ze szlaku z powodu pękniętej płytki paznokcia u najmniejszego palca u nogi. Nie żałował. Żałował, że przez 3 dni czekania na pogodę nie naładował sobie zapasowych baterii do aparatu. Te które miał wystarczyły mu na pierwsze 10 minut szlaku ;P Smeagolek!

Ze zdjęciami czy bez, to był genialny dzień! Że tak popiszę się tu zaskakującym i literackim zakończeniem.

P1070809


One thought on “Tongariro Alpine Crossing- odc 2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s