Most do Nikąd

-To ile ma ta trasa, co ją teraz wymyśliliście? Napradę jest aż dwudniowa? – zapytał dziarsko Smeagol.
– Nie wiem… ma 80 km, więc zależy od Ciebie 😀
-Ile???? Czy was powaliło? Przez las??? I co tam ma być na tej drodze?
– Most do nikąd 😀
– Aha.
1
Most Do Nikąd nie był naszym kolejnym podstępnym planem torturowania Williama (zmuszanie go do umycia się w zupełności nam wystarcza, choć częstotliwość tych okrutnych praktyk wciąż pozostawia wiele do życzenia). Most Do Nikąd jest miejscem słynnym i uparcie przez informacje turystyczne promowanym, choć przed staniem się kolejną mekką turystów skutecznie chroni go nie tylko nazwa, ale i położenie. Jest naprawdę pośrodku nigdzie. Łączy brzegi rzeki Whangarei, w samym sercu dzikiego lasu, dziś parku narodowego. Według niektórych przewodników prowadzi do „doliny zapomnianych marzeń”, lub tym podobnych pretensjonalnych opisów upadłego przyczółka nowozelandzkiej, pastwiskowej cywilizacji. Bliżej prawdy byłby tytuł „doliny niespełnionych obitenic rządu”, ale kto by się zagłębiał w nieromantyczne szczegóły historii kolejnego raju na ziemi i krainy elfów!
2dla tych, którzy nie doceniają wartości estetycznej wybujałych porostów- to znaczy, że oddychamy naprawdę CZYSTYM powietrzem

Historia Mostu Do Nikąd zaczyna się po I wojnie światowej, kiedy to weteranom wracającym z frontu rząd szczodrze i wspaniałomyślnie podarował fragmenty ziem w regionie, gdzie tylko dzikie kiwi i dzikie lasy, sugerując jednocześnie, że chciałby, aby teren ten zamienić w kwitnący, oraz mlekiem i miodem płynący obszar rolniczy. Wystarczyło spakować swój marny dobytek, przespacerować się górską ścieżką- kilka dni w jedną stronę, położyć kamień węgielny pod nowy wspaniały dom i zacząć gospodarować. Politycy postarają się, by już wkrótce do nowozelandzkiego końca świata zawitał postęp i infrastruktura w postaci porządnej drogi i transportu publicznego. Byli żołnierze być może ochoczo przystali do realizacji planu; wycinając na wstępie najcenniejsze drzewa, karczując lasy pod pastwiska i sprowadzając na farmy stada kóz. Droga asfaltowa nigdy nie powstała. Kryzys gospodarczy z lat 30 XX odciął ostatnie środki finansowe przekazywane na utrzymywanie dotychczasowej drogi gruntowej w stanie umożliwijącym przejazd. W tym klimacie, i w tym rejonie znaczyło to tyle, co odcięcie osadników od świata zasiekami powalonych drzew i murami skalnych osuwisk. Kolejni gospodarze, jedni po drugich opuszczali swoje wymarzone, wydarte lasom farmy i wracali do rmiast. W 1942 roku w dolinie mieszkały już tylko 3 rodziny. Po zakończeniu II wojny światowej nad Wanganui szumiały już tylko lasy. Po osadnikach pozostały tylko kozy. I most.
3
Most do Nikąd tytułowany jest także „pomnikiem ku czci nowozelandzkich żołnierzy walczących w I wojnie światowej”. Przy całym pięknie tej konstrukcji, i niezaprzeczalnym romantyzmie miejsca, chyba nie sposób nie dostrzec cynizmu i bezczelności polityków. Jakby nie patrzeć, ten most to wspomnienie ludzi oszukanych.
4należy zaznaczyć, że Most do Nikąd nie jest konstrukcją oryginalną i unikatową; w tej okolicy, przy drodze nazwanej „autostradą przez zapomniany świat” (ehhhh) znajduje się również „Most dokądś” (bridge to somewhere… pochylmy czoła nad nowozelandzką kreatywnością) i wygląda tak samo…

Aby dotrzeć na granice „nikąd” najpierw należy pokonać kilkadziesiąt kilometrów niewiarygodnie krętą drogą szutrową. Miniemy nią kilka niezabezpieczonych urwisk, ślady po lawinach błota, rajdowe serpentyny i niezliczoną ilość dezerterów z pastwisk- krowy, owce, jagnięta, cielaki… wszystko paraduje po i tak wąskiej jezdni. Zadaniem specjalnym jest jednak nie dojechanie do celu, tylko odnalezienie celu. Zarówno bowiem wejście na szlak, jak i strzegący go camping DOCu oznaczone są „po nowozelandzku” czyli absolutnie kretyńsko (tu np. nazwa campingu oparta jest to tylną ścianę biura- nie, że jest nieprzygotowana, po prostu nikomu nie chciało się jej wkopać, albo oprzeć o płot w bardziej widocznym miejscu niż zaplecze. Efekt jest taki, że nazwy tego przybytku nie widać z drogi, tylko z trawnika posesji; jeśli nie włamiemy się na jej teren coby nakraść na zapas papieru toaletowego, to nie zobaczymy gdzie jesteśmy, a jest to kluczowy punkt orientacyjny). To jednak nie wszystko. Jakieś 100 metrów za campingiem stoi kierunkowskaz, że „camping 150 metrów w prawo, cośtamcośtam 400 m w lewo”. Po jakiś 75 metrach błota i kałuż mamy skrzyżowanie w którym główna droga skręca na lewo, a na wprost odbija jeszcze bardziej (to osiągnięcie) błotniska ścieżka. Pomyśleliśmy, że prosto wciąż jest bardziej na prawo niż ewidentny skręt w lewo, i tamże pojechaliśmy. Na końcu dróżki była przystań dla łódek i zdezelowany szalet, i nie… tym razem nie był to camping. Wycofaliśmy się, i potoczyliśmy się na lewo. Tym sposobem my pojechaliśmy o jeden most za daleko, i…. zakopaliśmy się totalnie.
5
Czterema kołami. Dobrze, że Kalinka znalazła sobie nową koleżankę… i dobrze, że Daniel w przeciwieństwie do nas nabył kiedyś zapobiegawczo linę holowniczą 😀 Akcja ratunkowa była krótka, sprawna i skuteczne. Po czym „dirty Kalinka” wróciła do ślizgania się na glinie. Jakież było nasze „zdziwienie” gdy rewers znaku „camping 150 metrów na lewo” głosił, że…. „camping 150 metrówn na lewo, cośtamcośtam 400 metrów na prawo”!!!!!!! Whanganui National Park- pierwsze miejsce zapętlające czasoprzestrzeń na Ziemi. Dżizas! Naprawdę cała nasza czwórka coraz więcej czasu poświęca na odkrycie przyczyny tej ogólnonarodowej niemocy intelektualnej (i abstrahując nawet od mojej niechęci do tego przeuroczego kraiku- głupota większości kiwi jest niezaprzeczalna i uderzająca); może to ołowica spowodowana nadmiernym spożyciem owoców zanieczyszczonego morza; albo zatrucie rtęcią.
6
Po długim grzebaniu się, pakowaniu i przepakowywaniu i czekaniu na Williama ruszyliśmy. Plan zakładał wyjście o 7 rano… udało nam się wystartować o 9. Standard.
7
Oczywiście Marchewka nie byłby Marchewkowym Superbohaterem, gdyby od czasu do czasu nie zorganizował mi spektakularnej akcji ratunkowej, a ja nie byłabym Bunikiem, gdybym od czasu do czasu nie wymyśliła jakiejś spektakularnej głupoty. Jako że od dłuższego czasu podróżowaliśmy bez większych dreszczyków emocji albo manifestacji umysłowego upośledzenia- czas był najwyższy aby coś takiego wymyślić.

8
Najpierw jednak maszerowaliśmy sobie dziarsko gruntową drogą ślizgając się po błocie, i czasami lądując w kałużach. Smeagol dywagował nad naszym szaleństwem i sensem łażenia „do nigdzie”; Daniel bezskutecznie próbował podjąć filozoficzną dyskusję rozważającą problemy czasoprzestrzeni, „bo most do nikąd poniekąd prowadzi dokądś”. Dobrze się szło. Dobrze jest iść z kimś. Minęliśmy pastwiska. Doszliśmy do granicy Parku Narodowego Wanganui. Droga zmieniła się w wąską, błotnistą ścieżkę. Zaczęło padać. Żaden tam wielki deszcz, tylko mżawka. Drobna, nudna, monotonna mżawka. Zbyt delikatna żeby wyciągać z jej okazji przeciwdeszczowe kurtki, na tyle uparta, że po godzinie na pewno przemoczy nam ciuchy. W porównaniu z deszczową apokalipsą zapowiadaną w prognozach pogody taki deszczyk był drobnostką. Szliśmy dalej. Mżawka niewiele zmieniała, i tak byliśmy mokrzy od potu. Było gorąco. Obrzydliwie duszno. Mokro i bezwietrznie. Zza zakrętów szlaku przyglądały nam się dzikie kozy. Uciekały raczej dla zasady, niż ze strachu.
9
Minęliśmy pastwiska ze szczęśliwymi krowami.
10
I kilka łąk, pośrodku których stały samotne, kamienne piece.
11
Znów znaleźliśmy się na starej, zniszczonej drodze. Zaczęliśmy wspinać się pod górę. W moim świecie szlaki „wzdłuż rzecznej doliny” nie zdobywają okolicznych szczytów. W krainie kiwi widać jest inaczej.
Lunęło.
I tu zrobiłam bardzo poważny taktyczny błąd, bo w czasie gdy Tomek z Danielem pakowali się w przeciwdeszczowe kurtki ja uznałam, że zaoszczędzę swoją na później. Decyzję ową argumentował fakt, że moją przeciwdeszczową kurtkę charakteryzuje absolutny brak wodoodporności, poza tym wciąż było mi zbyt gorąco, żeby bardziej się ubierać. Jako że moja kurtka przeciwdeszczowa w kontakcie z deszczem błyskawicznie wchłania ogromne ilości wody, a potem schnie całe wieki uznałam, że lepiej przemoczyć to co mam już na sobie (nota bene i tak już mokre) niż dorzucać ulewie kolejne ofiary. Było to przemyślny i sprytny plan.
12
Tym razem naprawdę padało. Lało. Ulewnie. Szliśmy chlupiąc mokrymi butami w potokach spływających drogą. Deszcz zalewał oczy. Woda spływała strumieniami po plecach. Impregnowane bródem i łojem włosy błyskawicznie straciły wodoodporność. William umierał gdzieś na końcu peletonu, regularnie przeganiając dzikie kozy z ich kryjówek pod drzewami i odpoczywając tam choć chwilę. Trzeba Smeagolowi oddać sprawiedliwość- tym razem kozy śmierdziały bardziej niż on. Szliśmy. Uznaliśmy, że na szczycie zrobimy postój, popatrzymy na mapę, policzymy jak wolno idziemy i poodpoczywamy. Brnęliśmy dalej. Po godzinie uznałam, że już chyba nie potrzebuję prysznica (czyt. strumienia).
Na szczycie lało równie zawzięcie. I wiało. Przenikliwie zimno. Nie były to okoliczności nastrajające do odpoczywania. Gapiliśmy się na mapę chłostani strugami lodowatego deszczu i pierwszy raz od wyjścia zrobiło mi się zimno. Ruszyliśmy dalej. Już nie przez las, lecz skrajem górskiego stoku, z pięknym widokiem na góry ginące za ścianą deszczu i chmur. Tylko William cykał zdjęcia. Cała reszta szanuje swoje aparaty.
13rudzik… nie rudy, bo nowozelandzki 

Padało już ponad 2 godziny. Morale spadły. Wszyscy mieliśmy dość. Trochę się pozłościłam i powygrarzałam chmurom, co zawsze rozgrzewa, ale niekoniecznie działa. Próbowałam być zen. Próbowałam być pogodo-szamanką. Próbowałam być absolwentką Hogwartu….Posłałam w niebo cały znany mi arsenał zaklęć, próśb, gróźb i modłów… Nic. Jedna, wielka, miarowa, lodowata ulewa. I my, jak zwierzęta. Jak przemoczone krowy na tutejszych pastwiskach. Moknące i cierpiące cierpliwie, absolutnie bezsilne w obliczu siły wyższej. Bierne. Nieszczęśliwe. Bezbronne. Zawsze bardzo im współczuję z suchego wnętrza Kalinki. Tym razem byliśmy w takiej samej, beznadziejnej sytuacji. Czekając na koniec… Woda sciekająca z przemoczonych spodni lała mi się prosto do butów. Teraz już nawet chciałam założyć swoją kurtkę, ale żal mi było mojego suchego plecaka… Zanim wyciągnęłabym przeciwdeszczówkę cała ta cholerna ulewa zalałaby mi suche ubrania. Szliśmy. William trząsł się w swoich przemoczonych dwóch bluzach i symbolicznej chińskiej przeciwdeszczówce, równie skutecznej jak moja. Chłopakom też było zimno. To było dziwne. Tylko mi było …. nijak. Ani ciepło, ani zimno. W moim ciężkim od deszczu krótkim rękawku. Niby wiało, niby lało… A ja szłam jak automat marząc, że kiedyś ta ulewa musi minąć. Oto nadszedł mój moment mocy! 2 dni temu zdobyłam Mt. Ng…..; wczoraj wykąpałam się w górskiej rzece, a dziś maszaruję w lodowatej ulewie, pierwszy raz w życiu odporna na zimno. W końcu obudziły się we mnie jakieś supermoce! Wytrzymała i niezawodna. Jak Lara Croft,albo Jacek Pałkiewicz! Ah!
14
A potem popatrzyłam ze współczuciem na swój aparat, i dotarło do mnie, że czerwono-fioletowa masa oparta o torbę Eoska to moje własne ręce. I że na dobrą sprawę chyba od dawna ich nie czuję. Choć nadal raczej nie było mi zimno.
Podzieliłam się swoim spostrzeżeniem z Tomaszem. Bo przecież nie można sobie nic odmrozić w temperaturze +10 st C. Nie można, nie?
I był to znak, który przeistoczył Tomasza w Super-Marchewkę! Jak nietoperz na niebie Nothingam; albo sygnał Kapitana Planety. Tomasz zawsze powinien nosić pod ciuchami pomarańczowy kostium Super-Marchewki 😀
Bez zbędnych szyderstw- Tomasz oddelegował Daniela i Williama do najbliższego miejsca campingowego, rozbił w rekordowym czasie namiot, władował mnie do środka, przebrał w swoje ciuchy (dokładniej w swój strój przerośniętego elfika, co było tym bardziej urocze i karykaturalne), podgrzał namiot palnikiem i wlał we mnie litr „herbaty z cukrem i cytryną bez herbaty”. Kochany! Tak naprawdę zimno zaczęło mi być dopiero w suchych, ciepłych ubraniach. Dramatycznie zimno.
Zanim jeszcze Tomasz przywrócił mnie do grona istot stałocieplnych przestało lać.
15kwiatki paproci 🙂

Zwinęliśmy więc namiot i poszliśmy spacerkiem w dół stoku. Dookoła parowały lasy. Popołudniowe słońce złociło konary mokrych drzew. Paprocie lśniły rosą. Pocykałoby się zdjęć, ale Eos niezmiennie pływał w przemoczonej torbie do aparatu. Pomyśleliśmy, że zgarniemy chłopaków i pójdziemy na dalszy camping. Pochodzimy aż do zmierzchu.
16
Chłopaki czekali w najładniejszej z mijanych dolin. Dokładniej- czekał Daniel. Ponad paprociami i zaroślami wznosiła się ogromna śliwa (a może grusza, albo wiśnia, albo kto-wie?), obsypana kwiatami. Spod niej wznosił się niebieskawy dym. A dookoła krzątał Daniel, niezmiennie w krótkich spodenkach. Nieopodal w namiocie umierał William. William nie wziął żadnych ciuchów na zmianę. Bo nie przewidział, że pogoda w górach może być nieprzewidywalna, a prognozy mogą się sprawdzić. Nie wziął też karimaty, bo nie przewidział, że może mu być zimno od ziemi. Zawsze wydawało mi się, że skoro ja dużo podróżuję, to znaczy, że każdy może, bo jestem ewidentnym przykładem, że „świat” i „zagranica” to przyjazne i bezpieczne przestrzenie, w których nawet tak nieogarniętej sierocie jak ja ciężko zginąć… Naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, że William jeszcze żyje. Ale on na pewno nie umrze śmiercią naturalną. Może nawet dostanie nagrodę Darwina. Tak czy inaczej nawet Marchewka nie miał serca przeganiać towarzystwa na kolejny camping 8 km dalej; nie był to akt łaski dla dogorywającego Smeagola, nieeeee… Tomaszowi żal było wzorowo rozpalonego ogniska z mokrego drewna.
18] 17 19 20 21 22 23 24
Siedzieliśmy przy ognisku do północy. Tomasz zdążył w tym czasie wysuszyć swoje buty, ja dwie pary spodni. William swoje buty nadtopił, a spodnie nadpalił. Nie byłoby w tym wieczorze nic nadzwyczajnego, kolejne na tym wyjeździe piękne ognisko pozbawione tak elementarnych składowych jak wino, kiełbasy i śpiew, gdyby nie nasze towarzystwo. Całe popołudnie krzątał się przy nas mały, niepozorny rudzik (rudziki w Nowej Zelandii są grafitowoszare, z białym brzuszkiem i nie mają nic rudego). Po zachodzie słońca w krzakach pojawiły się szczury. Całe stada szczurów. W ogóle się nie bały. Były tak bezczelne, że podchodziły nawet do ogniska. Im też musiało być mokro i zimno. Ładne były, popielatoszare. Wielkie. Puszyste. Bezczelne. Nie dające żadnych złudzeń, że w tym lesie mogły przetrwać jakieś kiwi.
18]
Obudziliśmy się w nowym wspaniałym świecie. Na szafirowym niebie szybowały delikatne chmurki. Świeciło słońce. Pachniało sosnowym lasem. Rzeki szumiały w dolinach. Tomasz maszerował dziarsko w kierunku Do Nikąd….
19
…a ja umierałam. Czułam się tak, jakby zainstalowano mi nowy program do utrzymywania równowagi, którego mózg nie nauczył się jeszcze obsługiwać i nawet najmniejszy nieprzemyślany ruch powodował niewiarygode zawroty głowy. Całe ciało wyporzyczono mi od jakiegoś manekina, było obce, sztywne i niekompatybilne z motoneuronami. W skrócie- kac gigant. Jakże niesprawiedliwy, po tylu dniach abstynencji! Ale szłam. Zawzięcie. Miarowo.Bardzo uparcie.
20

21pracownicy Whangarei National Park w pewnym momencie wyznaczania szlaków mieli zdecydowanie zbyt wiele desek i wolnego czasu- mosty linowe są wszędzie- nawet jeśli 10 metrów dalej znajduje się „normalne” przejście. Trzeba jednak przyznać, że mosty linowe są fajne. I przepaście pod nimi również 

IMG_1271takie kwiatki 😛

22na tym etapie Whanganui płynie w bardzo malowniczym kanionie; brzegi są „gliniaste” i wciąż ulegają erozji

23

24bardzo fajny szlak. Osypujący się. Niezabezpieczony. W najwęższym (trochę ponad pół metra) i najbardziej „sypiącym się” miejscu William stał, i pstrykał zdjęciasiatkowej barierce która runęła w przepaść… William nie umrze ze starości 😛

Doszliśmy do Mostu Do Nikąd, na którym spotkaliśmy stado turystów, którzy w mniemaniu Williama kwestię dotarcia do celu rozwiązali sprytnie i nowocześnie- tzn przypłynęli tu wynajętą łódką i w ten sam sposób mieli powrócić do cywilizacji. Szybko, drogo i wygodnie. Poza tym,czy pozwala to poczuć klimat „drogi do nikąd”? Popstrykaliśmy obowiązkowe fotki i przeszliśmy się „na drugą stronę”. „Nigdzie”, jak można było przypuszczać, niczym nie różniło się od „gdzieś”. W lasach rosły takie same sosny i paprocie, a w krzakach hałasowały skalinki (bardziej nam znane jako tomtity- czyli ptaki marchewki) i riroriro.

imagestomtit (www.flickr.com )

A ja w chwili krótkiej przerwy odkryłam, że dziwnym trafem akurat wczoraj moje dokumenty nie podróżowały spakowane bezpiecznie w plastikowej torebce… Tym sposobem dowiedzieliśmy się, że ze wszystkich krajów jakie odwiedziłam ukraińscy celnicy mają najmniej wodoodporne pieczątki 🙂 Poza tym mój paszport dorobił się kilku dodatkowych znaków wodnych. Żółta książeczka szczepień ma teraz znaczenie jedynie symboliczne. I pamiątkowe :/

25
Wracaliśmy nieco skonfliktowani, bo William chciał spędzić kolejną noc pod kwitnącą śliwą (albo gruszą, brzoskwinią, wiśnią), Tomasz chciał wrócić do Kalinki, a Daniel i ja chcieliśmy spać gdzieś po drugiej stronie góry, choć wędrowanie z moim idiopatycznym kacem było zadaniem ambitnym i niszczącym. Jak wiadomo w naszej demokratycznej drużynie zdanie Tomasza liczy się potrójnie, moje w porywach do 1,5, Daniela w porywach podobnie, a Williama niezmiennie wcale. Tym razej jednak William zagrał swoją ulubioną kartą „odnowiona kontuzja ścięgna Achillesa”, demonstracyjnie pokuśtykał ostatnie kilka metrów do swojego namiotu, gdzie padł i umarł. Daniel o dziwo przygotował swój nowoczesny swag (nie znamy polskiej nazwy tego australijskiego wynalazku- ale jest to cos na kształt wodoodpornego śpiwora), przejrzał zdjęcia… i też umarł. Tomasz biegał po okolicznych łąkach marudząc, że dziś przeszliśmy tylko 28km i brakuje mu ruchu. Ja bardzo chciałam umrzeć, ale jak wiadomo głupoty na bloga nie napiszą się same… więc pisałam, napędzana kawą. Nie było w tym popołudniu nic ciekawego. Ot,leniwy wieczór. Prześliczne tui i szmaragdowce 😀 buszujące w kwiatach śliwy nad głową. A potem przyszła noc…
26

Bellbirdszmaragdowiec, bellbirdem zwany. 

A z nocą przyszły szczury. Słyszeliśmy je niemal non stop. Skrobiące w tropik. Piszczące w przedsionku. Bijące się na progu namiotu. Wdzierały się do naszych snów. Wyrywały z najciekawszych marzeń. Piskiem, wrzaskiem i chrobotem. Mieliśmy wrażenie, że zaraz zaleją nasz namiot. Kilka razy w nocy sprawdzaliśmy, czy ugotowane za wczasu śniadanie jest bezpieczne. Było. Mamrocząc, że podłe stworzenia, szliśmy spać dalej… Rano odkryliśmy, że garnki i plecak Tomka są we krwi. Na szczęście nie naszej. Potem odkryliśmy wielką dziurę wygryzioną w ścianie namiotu. A na koniec… puste opakowanie po ciasteczkach!!!!! Zeżarły nasze dwa rezerwowe ciasteczka zachowane na powrotną drogę!!! Śmierdzace skurwysyny! Tyle Tomasza kosztowało zostawienie tych dwóch ciastek na później! Tylko po to żeby skarmić nimi cholerne gryzonie…. Tym razem poważnie obudziły w nas łowców. I rzadzę zemsty. Chcieliśmy napisać do DOCu podanie o posadę szczurołapów 😀
27
A całkiem szczerze, te chordy szczurów to klęska ochrony przyrody. Jak można oczekiwać kiwi, i silnych populacji innych ptaków, w parku narodowym, gdzie szczury kompletnie nie boją się nawet ludzi?
Wracało się cudownie. Zwłaszcza, że bez marudzenia Williama. WIlliam wyżebrał od mijającego nas pracownika parku podwiezienie ponad 7 km i porzucił nasze urocze towarzystwo. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy Williama pakujacego się szybko i sprawnie- żeby tylko „kładostop” mu nie uciekł 😛
28
My zaś wędrowaliśmy w idealnej, wiosennej pogodzie. I tylko Tomasz martwił się, że wpuszczenie Williama do samochodu pełnego ciastek to tak, jak wpuszczenie do Kalinki stada szczurów- my załapiemy się tylko na śmieci i szczatki. Na szczęście udało nam się Smeagola dogonić, a nawet przypilnować, gdy żucił się na rzer przy otwartym bagażniku Kalinki.
29
A potem, gdy już wymieniliśmy się muzyką, zdjęciami i mejlami, na stacji benzynowej z fenomenalnym widokiem na szczyty wulkanów, musieliśmy się rozstać. IMG_0760Było to wydarzenie rozdzierające serce (Daniel) i paraliżujące nabłonek węchowy (William). Nawet jednak nam (tzn Tomaszowi i mi), kilka razy do roku zdarza się pomyśleć, a nawet zachować rozsądnie. Gdy więc Daniel ruszył wędrować sobie dla odmiany po stokach Mt Taranaki, a my pojechaliśmy zdobywać wizę o pracę w Palmerston North. Zmaltretowany wszesnym wstawaniem i emanującą testosteronem i domniemaną wspaniałością Marchewką, Smeagol również uznał, że skoro my wchodzimy na nudne ścieżki wędrówek po urzędach on woli przeprowadzić się do Emmy. Tak też uczynił.

Smutno mi bez Smeagola.

Reklamy

One thought on “Most do Nikąd

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s