Świecące robaki!

O świcie po przejściu Tangariro Crossing obudziło nas dzikie staccato gradu tłukącego w dach samochodu. 4 rano. Spaliśmy dalej. O 8 grad zastąpił deszcz. Ulewny. Znów. Ostrożnie zlustrowaliśmy najbliższe otoczenie, z nadzieją, że za zaparowanymi szybami Kalinki nie zobaczymy żadnych śladów życia. Nie zobaczyliśmy. Zdrzemnęliśmy się. Wypiliśmy kawę. „Spędziliśmy czas”, co czasami jest aktywnością nie przeznaczoną do opisywania na forum przed 22. Dobrnęliśmy do 10. Ulewa przeszła w monotonny deszcz. Ani my, ani mieszkańcy sąsiednich samochodów nie mogli dłużej udawać, że śpią. Tylko William nie udawał, w swoim „pałacu”, który to na skutek „złośliwych pieprzonych wiatrów” i „cholernych ulew” złożył się, zapadł i przeistoczył w nieco bezkształtny lej do zbierania deszczówki. Woda zbierała się w sypialni. Postronni obserwatorzy mogliby doszukiwać się przyczyn tego noclegowego kataklizmu w rozstawieniu namiotu na otwartym, nieosłoniętym polu, oraz tajemniczej awersji Williama do używania śledzi lub szpilek, lecz nie dajmy się zwieść pozorom- to była manifestacja jawnej wrogości Matki Natury przeciwko obywatelom Francji.
1
Spaliśmy na nieco zarośniętym parkingu przy głównej szosie biegnącej na granicy parku narodowego. Na terenie Tangariro National Park oprócz drogich górskich chatek i nieprzyzwoicie drogich turystycznych kwater znajduje się również camping Departamentu Ochrony Środowiska, stanowiący alternatywę w „przystępnej cenie”. Fakt, cenę można uznać za niewygórowaną. Już za 6 NZD (od osoby za noc) mamy do dyspozycji pole namiotowe, którego wyposażenie składa się z ziemi, źródła wody (zwykle strumień,albo beczka z deszczówką) i eko-szaletu (temat na osobną notkę). Zapomnijcie o prysznicu, zadaszonych wiatach, stołach, ławach, miejscach do gotowania, koszach na śmieci, o WiFi nie wspominając. To nie Tajlandia 😛 W książeczkach informacyjnych DOCu można znaleźć campingi,gdzie za cenę 10 NZD nie otrzymamy nic poza kawałkiem łąki w „spektakularnym otoczeniu” i ToiToiem. W takich wypadkach pobocza dróg i zapomniane parkingi są silną konkurencją. „Spektakularne widoki” nie są w Nowej Zelandii dobrem limitowanym.
2
W najbliższej wiosce o dezorientującej, oryginalnej nazwie National Park upewniliśmy się, czy długofalowe prognozy pogody z Taupo mają zamiar się sprawdzić. Najnowsze informacje nie pozostawiały żadnej nadziei. Świat miał zatonąć.
Ryan ewakuował się do Wellington.
My postanowiliśmy mimo wszystko przygotować się do wyprawy wzdłuż rzeki Wanganui,czyli dowiedzieć się dokładnie gdzie jest ta rzeka i gdzie jest ów szlak, obrabować śmietniki kilku supermarketów i pomarnować czas szpiegując znajomych na Facebooku.
3
Padło na Ohakune, jak później się okazało, miasto najbardziej nieuprzejmych, nieuczynnych, nadętych i paskudnych kiwi na Północnej Wyspie. Samozwańcza stoliczka narciarstwa- to zobowiązuje. W informacji turystycznej okazało się, że spośród wszystkich 65 tysięcy ulotek o Whanganui National Park żadna nie zawiera mapy, która oprócz kolorowych obrazków puchatych kiwi, mrocznych tuneli i wystylizowanych paproci zawierałaby jakieś typowe dla map informacje merytoryczne (typu- skala, północ, czasy przejść szlaków, o topografii terenu nie wspominając). Ostatecznie Daniel wkurzył się i kupił twór pretendujący do tytułu najlepszej mapy Whanganui. Podobne „mapy” na podobny sukces mają szansę chyba tylko w Nowej Zelandii.
Okazało się, że Ohakune posiada tylko jeden supermarket, którego śmietniki stoją za wysokim płotem zwieńczonym drutem kolczastym, a biblioteka w niedzielę nie pracuje. W tle- lało. To nie był nasz dzień… Przy okazji odkryliśmy jednak, że Ohakune ma jeszcze jedną, na wskroś nowozelandzką atrakcję turystyczną, a mianowicie „największą marchewkę w Nowej Zelandii”. Kiwi uwielbiają „ozdabiać” swoje miasteczka absurdalnymi „pomnikami”, które z estetyką, sztuką i atrakcyjnością mają mniej więcej tyle wspólnego co… chciałam napisać Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, ale w pałacu działa kilka fajnych teatrów, więc kategoria architektonicznych makabresek pozostaje otwarta Ohydztwa te rozwiązują jednak problem motywu przewodniego magnesów na lodówkę i breloczków, które turysta może nabyć w lokalnej informacji turystycznej. I tak Ohakune ma marchewkę, Taihape ogomnego gumiaka z blachy falistej (kalosz jest relatywnie fajny), Tirau budynek w kształcie psa, kilka miast ma wielką rybę. Każda mieścina musi mieć coś „wielkiego” (nie wierzycie?-http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_New_Zealand’s_big_things) . I minimum jedno muzeum oczywiście. Wszyscy (oprócz Tomasza) chcieliśmy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, ale Marchewka oświadczył, że to on jest największą Marchewką z największą marchewką w Ohakune… i chłopcy stracili ochotę do robienia pamiątkowych fotek. Ale nie ma co żałować, ohakuńska marchew jest naprawdę paskudna.
Ohakune(www.raycook.co.uk )

To był tragiczny dzień. Żadnych dramatycznych i mrożących krew w żyłach przygód, żadnych przepięknych widoków, wypacania ostatnich sił na szlakach, odkryć w galeriach sztuki (tak, niewiarygodne- ale regularnie odwiedzamy), nawet żadnych ciekawych spotkań… po prostu skrajnie bezcelowy dzień.
Jechaliśmy więc przez nieprzerwane strugi deszczu, w kierunku Mostu do Nikąd. Nudziło nam się nieco, więc dla odmiany patrzyliśmy na mapę. Nawet uważnie. I wypatrzyliśmy. Kakahi. Wioska niedaleko od naszej trasy. Z dopiskiem „świecące robaki”! Pomyśleliśmy „woooow”! Po czym kilka sekund radości i ekscytacji zgasiło wspomnienie ceny wejścia do jaskini Waitmo;  120 NZD od osoby. Jaskinia Waitomo jest najsłynniejszą nowozelandzką metropolią świecących robaków. Wygląda magicznie…. A przynajmniej tak wygląda na zdjęciach. Jak wygląda naprawdę sprawdzimy po wygraniu w totka. Może jednak świecące robaki z Kakahi będą tańsze?
waitomo-glowworm-caveswww.newzealand.com

WaitomoGlowwormsautor: Sean Jackson

jaskinia_nowa_zelandia1bardzo, bardzo niechętnie podchodzimy do wszystkich „musisz zobaczyć”, „musisz zrobić/przeżyć i kupić”… i black water rafting dla mas zdecydowanie  mnie nie przekonuje… ale Waitomo… chyba zrobimy wyjątek :D; choć przeliczając cenę biletu na obowiązującą nas aktualnie walutę- będzie nas to kosztować uzbieranie 214kg szparagów ;/ (od osoby :P)

William wertował swój nowy przewodnik. Przewodnik na temat K… milczał, ale w jego przypadku znaczyło to niewiele. Williamowy przewodnik rozwodzi się tylko na temat starożytnej architektury i niesamowitych kolekcji sztućców i serwetek z początku XX wieku, które można podziwiać w muzeach wiosek których nie ma na mapie. Daniela przewodnik również milczał (jak można się domyślić- nikt z nas nie posiada ‚Biblii- Lonely Planet”).
Skręciliśmy na lokalną drogę. Żadnych kierunkowskazów na świecące robaki. W informacji turystycznej też nie wpadliśmy na żadną wzmiankę o tym miejscu.
Wioska była mała, biedna, nedzna i jak na nowozelandzkie standardy paskudna. I wciąż nie widzieliśmy żadnego znaku kierującego do świecących robaków. Główna (jedyna) ulica była pusta. Po obejściach pałętały się wychudzone psy. Okna jedynego sklepu szczelnie zasłaniały rolety.
6wielokrotnie spotkaliśmy się już z oświadczeniem „nikt nie przylatuje do Nowej Zelandii dla architektury”. I błąd! Powyżej- RATUSZ!!!! Nowa Zelandia usiana jest architektonicznymi perełkami! Gierkowski styl i gomułkowskie zrozumienie potęgi bryły i betonu nie przeminęły! Znalazły kontynuatorów za oceanem.

Zasadzka- pomyślałam i podzieliłam się tą teorią z chłopakami. Dojedziemy do końca drogi, być może wpadniemy na pomysł przenocowania gdzieś na skraju gęstych cieni zdziczałego sadu i nikt nigdy nas nie odnajdzie. Nasza śmierć będzie długa i bolesna. Nasze krzyki rozpaczliwe. Nasze nerki zostaną sprzedane na eBayu, a Kalinka i Emma utopione w rzece… Chłopcy zgodzili się z tą teorią, a potem wyrzucili mnie z samochodu na poszukiwanie tubylców.
Uroczy dziadek pilnujący „chrześcijańskiego pola namiotowego” uraczył mnie 15minutową opowieścią jak dojechać do świecących robaków, spuentowaną stwierdzeniem, że nie był tam od kilkunastu lat i nie wie, czy jeszcze świecą. Instrukcja dojazdu była długa i zawiła, z dokładnością do umaszczenia krów na poszczególnych pastwiskach i składu gatunkowego drzew w mijanych ogrodach, czyli- nie mogłam tego zapamiętać.
7
Przejechaliśmy wąską, genialną drogą w wysokim tunelu zielonym od paproci i mchów, i wylądowaliśmy na brzegu rzeki. Na łączce ocienionej kwitnącymi jabłonkami (a może czymś innym). Trochę skonsternowani uznaliśmy, że to świetne miejsce na nocleg (wg mnie idealne na zasadzkę :P) i pojechaliśmy szukać dalej.
Tym razem oddelegowaliśmy Williama. William zapukał do pierwszych lepszych drzwi i rozpromienił się dobrodusznie na widok otwierających je kobiety. „Hello!’ Zakrzyknął William. „Czego, kurwa?” warknęła kobieta 😛 Biedy Smeagolek. Okazało się, że świecące robaki żyją w tunelu który właśnie przejechaliśmy, ale ona nie wie, czy dalej świecą, bo nie była tam od kilku lat.
8
Wróciliśmy na łączkę. Czekać. Tomasz tradycyjnie wprowadził terror pracy przy ognisku, na którym tylko mu tak naprawdę zależało. Daniel pognał popluskać się w rzece, przy której nawet lodowata mżawka wydawała się być przyjemna jak ciepły letni deszcz z przedpotopowej reklamy Nivea. Tomasz nie mógł być gorszy. Pomaszerował nad wodę zostawiając w powietrzu pełne podłej presji „a wy się nie myjecie?” Wy, w osobie mojej i Williama wymieniło udręczone spojrzenia. Ja z jękiem poszłam na brzeg, William z dumą oświadczył, że jest asertywny. Przede wszystkim- był śmierdzący. Wieczór jak wiele innych.

nz121864d6 (1)svpow.com

Nocą zostawiliśmy żarzące się węgle dogasającego ogniska. Niecierpliwi. Podekscytowani. Oczekujący. Prawie biegiem. Zatrzymaliśmy się u wejścia do tunelu. Daniel streszczał nam wrażenia i informacje z wycieczki po Waitomo. Nie można włączać latarek, bo świecące robaki się peszą, płoszą i gasną. Należy być ciszo, i mieć przy sobie urządzenie do wydawania niskich, ‚wybuchowych dźwięków”- wtedy robaki świecą bardziej (William zasugerował zgazowane jelita, ale propozycja ta pozostała bez odpowiedzi). Zajrzeliśmy do tunelu. Ciemno, że oko wykol. Gdzieś daleko w górze, ponad sylwetkami drzewiastych paproci migotały gwiazdy. Wiatr przegonił chmury. Ruszyliśmy ostrożnie. Cicho, żeby żadnego robala nie przestraszyć. Powoli, bo totalnie nic nie było widać. Od czasu do czasu ciszę przerywał chlupot kałuży i ciskane w ciemność przekleństwa. Nic. Żadnych robaków. Ciemność. Czerń. Atrament. Dobrze, że chociaż klimatycznie, i droga za dnia jak z bajki, więc nie ma co żałować. Ale ani jednego glowworma… I wtedy Daniel oświadczył, że jak to? Przecież kilka jest, wysoko nad naszymi głowami.
Były śliczne. Błękitne. Zimne, ostre światełka.
A dalej… z każdm krokiem było ich więcej… aż stanęliśmy wśród gwiazd…. Były wszędzie wokół. Wisząc na ścianach tunelu w niebieskich, migoczących konstelacjach. Niebo lśniło tysiącami srebrzystych gwiazd, droga mieniła się ich odbiciami w jeziorach kałuż, a my szliśmy przez nieziemską galaktykę szafirowch świateł. Było zbyt ciemno, abyśmy mogli się zobaczyć. Byliśmy tylko czarnymi sylwetkami na tle gwiazd. Ktoś wyszeptał, że to tak, jakby chodzić po niebie. Nikt go nie wyśmiał. Wszyscy czuliśmy się tak samo.
To był magiczne.
9
A gdy już do naszych prywatnych światów bezgłośnego zachwytu i uwielbienia wdarły się kolejno aparaty (wraz z paletą uniwersalnych problemów dotyczących nocnych fotografii), przemoczone buty i zimno… dotarło do nas również, że nikt z nas nigdy nie pofatygował się, by sprawdzić co to świeci i jak to świeci. Oczywiście obejrzeliśmy świecące robaki z bliska- były obrzydliwe i do niczego nie podobne. Jedyne, co było pewne- nie były urodziwą odmianą błękitnych świetlików. Nie są też robakami.

Nowozelandzkie glowwormsy to owady. Należą do gatunku Arachnocampa luminosa i są muchami żywiącymi się grzybami (Wikipedia milczy, czy również świecącymi), a w zasadzie będą muchami bo to co świeci i zachwyca to ich larwy.
10
Świecą odwłokiem, a dokładniej organem będącym odpowiednikiem ssaczej nerki. Reakcje chemiczne powodujące bioluminescencję pochłaniają duże ilości tlenu, więc ‚nibynerka” otoczona jest czymś na kształt worka powietrznego. Grzybowe muchy świecą przez całe swoje życie (z wyjątkiem etapu-„jajko”), ale to larwy świecą najmocniej i tylko na tym etapie świecenie ma wymierne znaczenie. W przeciwieństwie do świetlików,larwy nie świecą by zbawić partnera swojego życia(albo przynajmniej jednej letniej nocy)- one polują. Siedzą zawieszone na lepkich nitkach czegoś na kształt pajęczyny i wabią ofiary- czyli drobne muszki, pajączki, i wszystko inne co się nawinie- wystarczająco małe by je zjeść bez ryzyka zostania zjedzonym. Rzekomo dorosłe osobniki nigdy nie wpadają w sidła swoich potencjalnych dzieci- są zbyt duże, a zbyt duże ofiary larwy miłosiernie odcinają od lepkich nici zasadzki.
11
Arachnocampa luminosa do szczęśliwego życia= skutecznego konstruowania swoich lepkich pułapek potrzebują miejsc gdzie powietrze pozostaje wilgotne i bez ruchu- takie warunki idealnie spełniają więc jaskinie czy stare kopalnie. W lasach larwy trzymają się urwisk, choć zdarza się im żyć na pniach starych drzew, głazach czy pod ławkami (szukaliśmy ich w podobnych miejscach w Te Urewera National Park- i nic nie znaleźliśmy). Głoszone przez przewodników jaskiń bajki, że trzeba zachowywać się cicho i ostrożnie bo inaczej „robaki” się speszą i zgasną nie są do końca prawdziwe. Przestraszone larwy „gasną”- bo wycofują się w bezpieczne zakamarki swoich mrocznych kryjówek, całkowite zgaszenie światła zajmuje im kilkanaście minut. Nie niepokojone larwy zwykle świecą całą noc.
To było najbardziej niezwykłe miejsce, jakie przydarzyło nam się dotychczas odwiedzić w Nowej Zelandii. I dla mnie chyba jedno z najbardziej niesamowitych miejsc na Ziemi. Kosmos na leśnej drodze.
glow-worm-2thomasgoestojapan.wordpress.com

Reklamy

One thought on “Świecące robaki!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s