„Operacja visa” odc I

Realizowanie esktrawaganckich marzeń to jedno, włóczenie po świecie drugie, ale od samego początku, głównym i najważniejszym celem przylotu do Nowej Zelandii, oraz późniejszego zakupu Kalinki było zarobienie kasy na ciąg dalszy zabawy(oraz znalezienie, uwiedzenie i poślubienie Aragorna). Ostatecznie nie zawsze udaje się człowiekowi złapać autostop z prysznicem i kolacją, nie do wszystkich supermarketowych koszy na śmieci można się włamać, a coś jeść trzeba. O piciu nie wspominając. I kremach przeciwzmarszczkowych. Oraz rytualnych poszukiwaniach przecenionych ciuchów w Red Crossie, będących smutną karykaturą „shoppingu w Arkadii” oraz rękojmą mojego i tak wątpliwego zdrowia psychicznego kobiety, która od 9 miesięcy chodzi w jednej parze butów i nie ma torebki.

P1050841
Nowozelandzkie przepisy dają Polakom mglistą szansę na znalezienie legalnego zatrudnienia w postaci SSE Visa (Supplementary Seasonal Employment Visa), oraz szczęśliwcom posiadającym Working Holiday Visa, choć limity ilości wystawianych w skali roku wiz tego typu sugerują, że łatwiej wygrać milion w totka niż dostać tą wizę… a kto chciałby zbierać jabłka na końcu świata po trafieniu szóstki? Rynek pracy wydaje się być więc dużo bardziej łaskawy niż legendarne zarobkowe Eldorado w Australii. W Australii legalnie pracować mogą bodaj wszyscy obywatele (do 30 roku życia) Europy, z wyjątkiem chyb tylko Polaków, Ukraińców i Białorusinów… choć Białorusini pewnie nie musieliby się wysilać w udowodnieniu, że są uchodźcami politycznymi, a wtedy obywatelstwo byłoby już tylko formalnością. Trochę przesadzam, ale niewiele. Naprawdę bycie Polakiem na antypodach to wizowa porażka. Co prawda kowbojska natura farmerów z „dzikiego outbacku” daje dużo możliwości pochałturzenia gdzieś na czarno, ale my np. od 4 miesięcy nie możemy doprosić się kluczowej dla naszego budżetu wypłaty, więc nasz entuzjazm do oszukiwania Urzędów Skarbowych krajów tego świata nieco osłabł.

IMG_8521
Aby legalnie pracować w Nowej Zelandii należy:
1. Złożyć podanie o Working Holiday Visa… pomodlić/podpisać cyrograf/czynić przez 29 lat dobro i mieć super karmę/być wybrańcem losu i dzieckiem przeznaczenia- i dostać tą wizę (przyznawane jest bodaj 100 rocznie).
2. Przylecieć do Nowej Zelandii.
– Sprawdzić na stronie internetowej Urzędu Imigracyjnego w jakim rejonie NZ potrzebują pracowników sezonowych i spisać numer oddziału pracującego w owym regionie.
– Zadzwonić pod rzeczony numer (przesłuchać 10 razy wszystkei 4 pory roku Vivaldiego) i dostać numery pracodawców aktualnie poszukujących pracowników.
– Zadzwonić do owych pracodawców, umówić się na spotkanie i dostać obietnicę zatrudnienia, najlepiej potwierdzoną na piśmie.
– Pojechać osobiście do Urzędu Imigracyjnego danego regionu, poinformować ich, że znaleźliśmy zatrudnienie, wypełnić wniosek o wizę, zapłacić 330 NZD i poczekać 1-2 tygodnie na, z założenia pozytywne, rozpatrzenie wniosku.
– Oczywiście na każdym etapie wszyscy są bardzo mili.
Proste.

P1070341
Czasami schemat ulega drobnym modyfikacjom, zwykle dotyczącym ilości odbytych rozmów telefonicznych z infolinią (i słuchaniem Vivaldiego) oraz wycieczek do urzędu.
Zabraliśmy się do szukania pracy i wyrabiania wizy ze skrupulatnością w naszym przypadku absolutnie bezprecedensową. Planowo. Metodycznie. Niewiarygodnie.
Nasza przydługa historia szukania pracy wygladała następująco.
1. Jeszcze w Australii ściągnęliśmy wszystkie możliwe informacje ze strony nowozelandzkiego Urzędu Imigracyjnego i szczerze usiłowaliśmy to przeczytać i zapamiętać, ale formalny bełkot zawsze mnie przerasta (Tomasza przerastają teksty jakiekolwiek powyżej 500 znaków nie przerwnanych obrazkami). Przeczytaliśmy też kilka blogowych relacji, treściwych i podnoszących na duchu.
2. W Auckland pierwsze kroki skierowaliśmy do Urzędu Imigracyjnego; wbrew obiegowym opiniom- nie było kolejki (tzn. czekanie w urzędzie jedynie 15 minut należy uznać za brak kolejki). Udzielono nam treściwej informacji na jedną z kilku kwesti wybitnie bełkotliwie opisanych w formalnym bełkocie strony rządowej i dano „specjalny numer” do rozwikłania innych wątpliwości.
3. „Specjalny numer” zgubiłam.
4. Kolejnego dnia odzyskałam specjalny numer; dobrze że urząd jest w samym centrum miasta dookoła relatywnie interesujących miejsc.
5. Specjalny numer okazał się zwykłym numerem infolinii podawanym w każdym miejscu strony internetowej. Pod owym numerem, po zapłaceniu kilku dolarów głównie za słuchanie Vivaldiego, dowiedzieliśmy się, że mamy sprawdzić na stronie internetowej w jakim regionie szukają pracowników, i zadzwonić pod wskazany tam numer.

IMG_0999
6. Na stronie internetowej, niezmiennie od kilku miesięcy widniało tylko Otago- centralna część Południowej Wyspy.
7. Po kilku dniach usilnych prób dodzwonienia się do Otago musieliśmy pogodzić się z faktem, że operator infolinii ogłuchł, lub umarł.
8. Poszukaliśmy dokładniej na stronie internetowej, i znaleźliśmy listę pracodawców uprawnionych do zatrudniania turystów z SSE Visa. Uznaliśmy, że w sumie najpierw sobie kilka tygodni pozwiedzamy, a potem znajdziemy sobie pracę.
9. Spędziliśmy 2 tygodnie na dosyć martyrlogicznej próbie autostopowania po kraju, gdzie ani kierowcy, ani pogoda nie mieli dla nas żadnej litości i nasza aktywność głównie ograniczała się do moknięcia i marznięcia, oraz prób suszenia ciuchów i znalezienia w sklepie czegoś do jedzenia za mniej niż dolara za 1 kg (i tym razem nawet marchewki nie były rozwiązaniem).
10. W akcie ostatniej desperacji dotoczyliśmy się do domu przyjaciółki naszej przyjaciółki z Australii i gdy już odtajaliśmy, umyliśmy, odpoczęliśmy i poczuliśmy trochę jak w domu, uznaliśmy, że przy takiej pogodzie i takim autostopowaniu lepiej zacząć tą pracę już teraz. Dzwoniliśmy dwa dni. Dwa bardzo długie, deszczowe poranki- wszędzie praca zaczynała się w listopadzie. Na szczęście w NZ rozmowy z telefonów domowych na inne „nie-komórki” są darmowe. Drugiego dnia trafiliśmy na Terry’ego, który zapytał, czy mamy samochód, żeby do pracy dojeżdżać i że gdybyśmy go nabyli on z pewnością nas zatrudni.

P1060383
11. Kupiliśmy samochód- Kalinkę, która do tej pory mokła cierpliwie w ogrodzie naszych przyjaciół. Odkurzliśmy. Dostaliśmy nowe radio. Nawet ją ubezpieczyliśmy (co nie jest w NZ obowiązkowe). Byliśmy gotowi!
12. Zadzwoniliśmy radośnie do Terrego z pytaniem, kiedy możemy zacząć, a Terry odpowiedział, że w połowie listopada. Był koniec sierpnia. Podziękowałam grzecznie za ofertę. Najpierw cicho, a potem głośno i niecenzuralnie pożyczyliśmy mu przymrozków, gradobić, gąsienic a najlepiej pożaru sadu, a także długiej i bolesnej śmierci, wrednej teściowej, zimnej żony i niewydarzonego syna… i jeszcze raz pożaru. Tym razem sadu, garażu i domu z ogródkiem.
13. W czasie gdy ja zaczynałam już przygotowywać się do powrotu córki i pracownika marnotrawnego do ojczyzny i snuć czarne wizje normalnego życia Tomasz uznał, że skoro mamy samochód, to teraz sobie wygodnie pozwiedzamy, a pracy zaczniemy szukać w październiku.
14. Po kilku dniach cieszenia się Kalinką i samotnego jeżdżenia uznaliśmy, że jeśli chcemy jeszcze trochę popodróżować to zdecydowanie potrzebujemy kogoś do towarzystwa, i dzielenia kosztów paliwa. Tomasz chciał dwie Maoryski, ewentualnie młode Niemki. Na szczęście znaleźliśmy Williama. Frrrancuza, ah! (który szybko okazał się niski, brudny, brzydki i złośliwy)

IMG_0616
15. W październiku temat szukania pracy powrócił z moją wzmożoną niecierpliwością- czyli terrorem. Zadzwoniliśmy do wszystkich pracodawców z Północnej Wyspy. Czasami nawet kilka razy. Ponad 100 rozmów. Kilka godzin. Kilkadziesiąt dolarów i wszystkie możliwe pakiety na darmowe minuty i rozmowy dostępne dla naszego planu taryfowego. „Dzień dobry, how are you, nazywam się Anna Bunikowska jestem turystką z SSE visa szukam pracy czy maja państwo aktualnie jakieś wakaty nie dziekuję za rozmowę oczywieście nie ma problemu oddzwonię w listopadzie”
16. Ostatecznie, po kilku dniach marnowania czasu i pieniędzy Tomasz dodzwonił się na farmę, gdzie wypytano go dość konkretnie i szczegółowo o życiowe umiejętności i jeżdżenie traktorem załatwiło mu pracę. Dla mnie „coś ewentualnie mogło się znaleźć”.

IMG_0686
17. Zadzwoniliśmy na infolinię zapytać, w którym biurze możemy składać podanie o wizę, bo główne biuro bardzo daleko, biuro odpowiadające za rejon z „naszą” farmą równie daleko, a my jesteśmy na drugim końcu wyspy i najbliżej mamy do Palmerston North, choć 200km w jedną stronę to nie jest dystans, który chcielibyśmy przejechać „w ciemno”. Tym razem słuchaliśmy czterech pór roku bite 25 minut, kłócąc się co jakiś czas czy „Wiosna” to na pewno „Wiosna” a nie „Jesień”. Na tym etapie odkryliśmy już, że rozmowy z budek telefonicznych na infolinie też są za darmo. Powiedziano nam, że mamy jechać do Palmerston.
18. Dźgnięty paluchem intuicji i dziwnym, ale jakże trafnym przeczuciem Tomasz zadzwonił do biura w Palmerston wytłumaczyć naszą historię i zapytać, czy aby na pewno możemy przyjechać złożyć wniosek o SSE wizę. Tak, oczywiście, mogliśmy.
19. Pożegnaliśmy się z Danielem i Williamem i zjechaliśmy z górskich wyżyn i wulkanów w dolinę Palmerston.

IMG_0636

20. Odnaleźliśmy czyste i schludne biuro w wieżowcu, w którego windzie można trenować odporność przyszłych astronautów na przeciążenia związane ze startem rakiety i osiąganiem pierwszej czy tam drugiej prędkości kosmicznej.

21. W przestronnej sali, o pastelowych kolorach i wielkich oknach czekało kilku Chińczyków i Hindusów. Urzędowe biurko ozdabiał subtelny, srebrny liść paproci; klamki drzwi coś na kształt artystycznych plemników. Chcieliśmy być sprytni i czekając wypełnić nasze wnioski, ale o dziwo na ścianie ze wszystkimi możliwymi rodzajami nowozelandzkich wiz nie było naszego SSE formularza.

22. Zdziwiliśmy się.

23. W moim na wskroś pesymistycznym umyśle… tudzież o realistycznie umiarkowanym entuzjazmie, zrodziło się podejrzenie, że może jednak nie można tu składać podania o SSE wizy, w sumie jest to wiza dla pracowników sezonowych, a sezonu najwyraźniej nie ma.

IMG_1340

24. Czekaliśmy. Za biurkiem na imigrantów czekała urzędniczka w średnim wieku, z firmowym „łagodnym i uprzejmym” uśmiechem na ustach, ubrana z międzynarodową nudą formalnej przyzwoitości. W tle kręcił się osobnik, którego ze względu na niebudzący wątpliwości fenotyp uznałam, za urzędowego nerda, specjalistę od zmiany tuszu w drukarce, albo resetowania routera… coś z tej kategorii.

25. Doczekaliśmy się. Podeszliśmy do biurka, a nerd uśmiechnął się szeroko i oświadczył „Hi guys, what are you up to?!” 😀 Jej! Pomyślałam elokwentnie. Co za wspaniały kraj wolnych ludzi! Nawet taki stwór, z tłustymi włosami, kolczykami (brwi, uszy,usta), tatuażami (przedramiona, palce, szyja) i wymiętolonej koszuli pamiętającej prawdopodobnie wczorajszą imprezę jest urzędnikiem państwowym! Lol! Chyba jednak polubię Nową Zelandię! „Hi!” wyszczerzyliśmy się, i powiedzieliśmy, o co cho. Koleś wyciągnął wnioski spod lady, i odesłał nas do wypełniania.

26. Tu nastąpiło nudne kilkanaście minut przepisywania różnych cyferek z paszportu i wczytywanie się we wszystkie drobniejsze druki formularza.

IMG_0128

27. Wróciliśmy z kilkoma pytaniami. Kluczowym było- czy SSE wizę można wyrobić tylko raz w życiu, gdyż jakiśtam punkt paragrafu F tak sugerował, a nigdy wcześniej o tym nie słyszeliśmy (co nie jest dziwne, bo jakoś nigdy nie słuchamy ważnych informacji z należytą uwagą). Nerd westchnął i zapytał, gdzie to wyczytaliśmy. Pokazaliśmy. Przeczytał, i uznał, iż faktycznie punkt ów jest mglisty. Odparliśmy, że tak, i czy mógłby go rozjaśnić. Nerd westchnął. Pobełkotał. „Tzn tak, czy nie?”, zapytał brutalnie Bunik, który dobrze zrozumiał niewerbalne „pojęcia nie mam” w powyższej wypowiedzi. Nerd westchnął, wziął mój formularz, i zaczął go studiować!!! Od samego początku!!!!! Popatrzyliśmy z Tomaszem po sobie! Do jasnej cholery! To jest bardzo proste i bardzo podstawowe pytanie, a oni mają w Nowej Zelandii raptem kilkanaście rodzajów wiz. To kto ma to wiedzieć jeśli nie urzędnik urzędu imigracyjnego!!!! Zapytaliśmy miłej pani obok, która dla zabicia czasu przysłuchiwała się całej naszej rozmowie. Pani rozejrzała się spłoszona po sali..!!!!!! I zaczęła wczytywać się w formularz Tomka!!!! BOŻE!!!! Uznaliśmy, że ułatwimy im zadanie i uznamy, że i tak nas to nie obchodzi, bo i tak musimy teraz popracować! Urzędnicy odetchnęli z ulgą. Po czym… znaleźli kilkanaście innych niegodnych wyszczególnienia problemów z którymi nie mogli sobie poradzić… Wytłumaczyliśmy im, skąd wzięliśmy ich adres (ich strona internetowa), i gdzie znaleźliśmy numery potencjalnych pracodawców (ich strona internetowa), ostatecznie pomogliśmy im wyszukać ową stronę w Google… Tomasz był miły, a ja chwiałam się gdzieś na granicy absurdu, wściekłości i niewiary w rzeczywistość. Ostatecznie spanikowani i wykończeni intelektualnie urzędnicy zadzwonili na wewnętrzną infolinię pomocniczą… i poinformowali nas, że nie możemy wrobić sezonowej wizy, bo to nie sezon!!!!!!!!!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Mój umysł odpłynął na spokojne wody spokojnego centrum wszechświata, gdzie nieprzerwanie unosił się najspokojnieszy na świecie kwiat lotosu.

Tomasza zalała krew, i wymagał szybkiego odcholowania do kosmicznej windy.

P1060345

Urzędnicy pożegnali nas miło. Cały czas byli mili. Nie da się ukryć, że bycie miłym jest główną cechą narodową kiwi i ich tajną bronią, bo ciężko jest wku*wić się poważnie na człowieka, który jest non stop przepraszająco uczynnie miły!!! Niemniej %^##@%@%&#@!!!!!!!!! Jak  można być aż tak durnym!!!!! Jak można nie mieć najmniejszego pojęcia na temat własnego miejsca pracy! Od kiedy bycie miłym jest jedyną liczącą się kompetencją!!!!

Byliśmy wściekli!

Byliśmy źli!

Chcieliśmy podpalić świat! (ok, tylko ja, i tylko Północną Wyspę Nowej Zelandii)

Przez nich straciliśmy oszczędnościowego Williama! (na tym etapie oczywiście William nie był już dla nas tylko gwarancją tańszej benzyny i ciastek ze śmietnika)

Straciliśmy Daniela!

Przejechaliśmy 400 km bez sensu i straciliśmy dzień pięknej pogody w Tangariro!

Poszliśmy na zakupy….

P1070887

Nie pisałam jeszcze, że drugą cechą narodowa kiwi jest absolutny brak znajomości matematyki (i języków obcych- nie są nawet obowiązkowe w szkołach). Dlatego też, gdy w RedCrossie znaleźliśmy półkę z książkami za dolara uznaliśmy, że zaszalejemy, i kupimy dwie. Jakie było nasze zdziwienie, gdy przy kasie usłyszeliśmy „4 NZD”. Wytłumaczyliśmy, że te książki są z półki za dolara, a Tomek na wszelki wypadek uznał, że nie chce swojej. „Oh jej, przepraszam- zapiszczało dziewczę- w takim razie 50 centów”. I bądź tu człowieku mądry.

P1060644

Wracając, Tomasz wciąż ziejąc ogniem i jadem, ja terapeutycznie nurkując w absurdach Świata Dysku odkryliśmy, że będziemy przejeżdżać przez wiochę z farmą, gdzie chcieli nas zatrudnić. Dzień był piękny, wieczór wczesny… uznaliśmy z głupia frant, że pojedziemy, pokarzemy się, zagadamy, wyjaśnimy nie płacząc, że przepisy i urzędy są podłe i złe, i zobaczymy co będzie. „Zobaczymy co będzie” zaskakująco często ma niewiarygodną moc sprawczą.

Pojechaliśmy. Pogadaliśmy. Simon zmiażdżył mi dłoń uściskiem, zostawił numer telefonu i powiedział, ze w przeciągu tygodnia oddzwoni. Wszyscy kiwi zawsze tak mówią. Kiwi nie mówią nie.

Tydzień później mieliśmy pracę.

Tymczasem jechaliśmy zaś z powrotem do Tangariro. Bez pracy. Bez Williama. Bez Daniela. Bezsensownie zużywając benzynę. Mknąc na spotkanie dwóch Niemek, które tego wieczoru zdecydowały się, że chcą do nas dołączyć i dzielić „koszty benzyny i przygodę”. Czy mogło być coś gorszego??????

IMG_1293

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s