Germańskie dziewczęta

Wątek młodych Niemek, jakkolwiek ostatecznie okazał się być epizodycznym, snuł się niemal od początku podróży po Nowej Zelandii; regularnie generując ciche dni.

P1080194niestety nie mamy pamiątkowej foteczki z Julią i Kateriną…

Historia Julii i Kateriny zaczęła się gdzieś daleko na zielonych pastwiskach Nordlandu, kiedy to po dwóch dniach jeżdżenia z „oszczędnościowym Williamem” Tomasz doszedł do wniosku, że dzielenie kosztów paliwa na 4 osoby jest nawet lepsze niż na 3, więc powinniśmy wznowić poszukiwania towarzyszy podróży. William zaś, chluba Sorbony i matematyczny geniusz, uznał, że skoro Kalinka jest samochodem pięcioosobowym grzechem byłoby tego potencjały nie wykorzystać- potrzebujemy więc dwóch nowych pasażerów. W trosce zaś o moje kobiece potrzeby- takie jak towarzystwo do dyskusji o modowych trendach nadchodzącej jesieni i ploteczek o Justinie Timberlaku, a także- pomoc w zmywaniu garów i sprzątaniu Kaliny- chłopcy zdecydowali, że potrzebujemy dwóch dodatkowych kobiet. Decyzję swą dodatkowo zaargumentowali faktem, że kobiety z natury mniej śmierdzą (co po pierwszym tygodniu podróży ze Smeagolem nabrało szczególnego znaczenia), z natury też bardziej dbają o porządek, są również milsze (???? idiotyczny i naiwny stereotyp), oraz „przyjemniejsze dla oka” (tu potrzeby mojej zdecydowanie heteroseksualnej estetyki zostały brutalnie pominięte).

P1080188tomtit- czyli ptak Tomka; albo skalinek wielkogłowy

Krótki przegląd ogłoszeń na Gumtree rozwiał marzenia chłopaków o półdzikich (i półnagich) Maoryskach, a wszystkich utwierdził w przekonaniu, że to muszą być Niemki. Nowa Zelandia przeżywa turystyczną inwazję młodych Niemców, którzy z working holiday visa w kieszeni oblegają wszystkie możliwe atrakcje turystyczne, szlaki, bary i hostele, a także farmy, pola, sady, poręby i tartaki. Zarobią, wydadzą, znów popracują, przejedzą… szczęściarze.
Przy ilości internetowych ogłoszeń i łatwości, z jaką znaleźliśmy Smeagola sądziliśmy, że nic prostszego niż znaleźć ludzi do kompletu. Ba! Będziemy robić castingi, wywiady, czytać CV i bawić w lożę szyderców, a jedynym problemem będzie upchnięcie wszystkich plecaków w bagażniku. Nic bardziej mylnego! Po tygodniu poszukiwań pomailowaliśmy z Irlandczykiem,Włochem i Francuską którzy jakkolwiek gotowi „wyjechać już jutro” nie byli w stanie podać nam prawidłowych numerów telefonu, oraz Niemcem, który po 3 dniach dręczenia nas pytaniami, co musi i powinien spakować zapytał, czy do spania w namiocie wczesną wiosną potrzebuje śpiwora. William uznał, że możemy wziąć na pokład kolesia bez doświadczenia, ale nie bez mózgu… i Martin został w Auckland. Oprócz tego, jako Kalinkowa ekspertka od public relations wysłałam dziesiątki mejli i smsów do wszystkich szukających towarzystwa lasek- idiotycznie uczciwych i uprzejmych mejli- i żadna nie dała się skusić.
Williamowe rozterki, czy wszystkie Niemki potrafią robić to, co bohaterki raczej niskobudżetowych produkcji o niezawiłych fabułach pozostawało bez odpowiedzi.

P1080175
Dwie Niemki napatoczyły się dopiero w chwili, gdy ruszaliśmy aplikować o wizę dla pracowników sezonowych. Miały idealne wyczucie czasu, zadzwoniły 5 minut po tym, gdy rozstaliśmy się z Danielem i Williamem, na stacji benzynowej u stóp wulkanów.
Jedna rozmowa telefoniczna utwierdziła Tomasza w przekonaniu, że jest bardzo dobrym człowiekiem i ma najlepszą karmę na świecie. Oh jej! Są młode! „Młodsze od Ciebie nawet!” (wrrrrrrr….) I mają takie miłe głosy! I tak przyjemnie się z nimi rozmawiało! I chcą jechać tam, gdzie my! I są takie wesołe! I nazywają się Julia i Katerina… prawda, że ładnie? I mają tylko 25 lat! I chca przeżyć „przygodę”!(… no fantastycznie). Pomyśl, wymieniliśmy Smeagola na dwie pachnące Niemki. (no czad!).

P1060754
Kilkanaście godzin później okazało się, że nowozelandzki urząd imigracyjny postanowił w drodze zaskakującego wyjątku nie przyjąć naszych podać o wizę o pracę. Rozstaliśmy się więc ze Smeagolem i Danielem tylko po to, aby przejechać się do Palmerston North… i zabrać germańskie kozy. Podłość mojego losu nie znała granic.
Tomasz promieniał.

IMG_1451Tomek i jego ambitne zabawy… na trzeźwo

Spotkaliśmy się na tej samej stacji benzynowej u stóp wulkanów gdzie 2 dni wcześniej żegnaliśmy chłopaków. Wioseczka o mylącej nazwie „National Park” składa się z 2 domów, hotelu, stacji benzynowej i upiornego posągu kiwi zmontowanego z gnijącego drewna. Dziewczyny wysiadły ze swojego autobusu przed hotelem. My koczowaliśmy na stacji benzynowej. Po wymianie kilku SMSów i jednej rozmowie telefonicznej Tomasz uczynnie uznał, że podjedzie je odebrać… 300 m w jedną stronę.
Siedziałam na krawężniku pod sklepem, na wszelki wypadek ubrana w swoje najlepsze ciuchy, pomalowana jak na milongę i parzyłam kawę we włoskim eksprecie ustawionym na zdezelowanym palniku benzynowym. Nieliczni przechodnie uznawali ten widok za fascynujący. Ja zaś intensywnie myślałam, co to za przygodowe dziewoje, które nie są w stanie przejść 300 metrów, i znaleźć stacji benzynowej w wiosce, składającej się tylko ze stacji beznyznowej i hotelu (oraz pomnika kiwi). Poza tym, czy oby żadna z nic nie wygląda jak młodszy klon Heidi Klum.

1377583_10201822553556180_685799103_n
Tomasz postarał się, by zaparkować 5 cm przede mną. Po czym wyskoczył uszczęśliwiony. Za nim zaś wytoczyły się nieśmiało uśmiechnięte Julia i Katerina. Odetchnęłam z ulgą. 15 minut później Tomasz uznał, że Julia jest niczego sobie. Niewybredność Marchewkowego gustu, aczkolwiek znakomicie tłumaczy genezę naszego niby-związku, jest frustrująca.
Dziewczynki miały 25 lat, pochodziły z jednej wsi i obie zostawiły tam swoich ukochanych by przeżyć „przygodę życia na końcu świata”. Jak wiele spotkanych przez nas samotnych turystek zaczęły od kupienia biletu na objazdowy autobus kursujący po Północnej Wyspie na trasie zahaczajacej o wszystkie największe atrakcje. Autobus wydaje się być ciekawym rozwiązaniem, bo on-line można sobie wybrać ile w którym miejscu chcemy zostać, i gdzie pojechać dalej. W praktyce jednak nietani autobus szybko okazuje się dramatycznie drogi, bo podróżując nim zobowiązani jesteśmy spać w „zaprzyjaźnionych hotelach”, gdzie ceny noclegów nie spadają poniżej 30 NZD. Wyżywienie pozostaje we własnym zakresie. Czasu na zwiedzanie jest mało. Dziewczyny wydały 900 NZD (każda) na swój bilet i po 2 tygodniach miały serdecznie dosyć. Zaznaczmy tu, że Kalina kosztowała nas 1500 NZD, po ubezpieczeniu i wymianie oleju 1700.

P1080227
Zapakowaliśmy się do Kalinki wyprzątanej tak, jakbyśmy od tej pory wozić w niej mieli teściowe. Laski miały plecaki o jakich zawsze marzyłam. I ładne, nieskazitelnie czyste buty trekkingowe, nie pozostawiające wątpliwości, że w dylemacie „piękno czy wodoodporność” wygrał fikuśny krój. Skumulowałam w sobie cały swój optymizm i postarałam się je polubić. Na wypadek klęski powyższego planu użyłam wszystkich znanych mi technik ukrytej perswazji i pomogłam Tomkowi wpaść na genialny pomysł dołączenia do Daniela i Williama pod Mt Taranaki. Ostatecznie niezłym remedium na 2 młode Niemki jest młody Niemiec.

IMG_1006Daniel 😛

Tomasz zaś rozpoczął toki pod tytułem „podróż ze snów”.
Zaoferował dziewczynom kawę z ekspresu i ciasteczka (wzgardziły).
Zapytał o preferowaną muzykę- oświadczyły, że „lubią wszystko” (po czym zaaplikowałam im Slipknota :P)
Usiłował zabawiać rozmową, co skończyło się na monologu komentowanym speszonymi chichotami.
Ostatecznie zabrał je do informacji turystycznej, postawił przed mapą i zapytał świadomy swej półboskiej mocy sprawczej, co chcą zobaczyć. Julia dźgnęła paluszkiem zdjęcie monumentalnego wodospadu. „OK”- odparł Tomasz, „mówisz, masz” (boże, jak ja go czasami nienawidzę).

IMG_1293
I pojechaliśmy. „Autostradą przez zapomniany świat”- czyli ten sam kawałek Nowej Zelandii gdzie znajduje się Most do Nikąd; i Most Dokądś, a także jakaś wioskowa autonomia, gdzie kilkadziesiąt lat temu grupa szaleńców proklamowała niepodległość, wybrała prezydenta, wydrukowała paszporty i wystrugała pieczątki by stemplować dokumenty wszystkich przejezdnych. Dziś państwo to jest już tylko historią, wciąż jednak można zdobyć tam kolekcjonerską pieczątkę do paszportu, a także poznać dramatyczne losy tego kraju w lokalnym muzeum (wyciskającą łzy opowieścią jest dramatyczna śmierć pierwszego prezydenta, który zginął jedząc węgorza).

P1080037Most do Nikąd

Pomimo historycznych absurdów tego regionu Forgotten Land Highway jest drogą niewątpliwie piękną. I, jak cała Nowa Zelandia, bardzo bogatą w wodospady. My przyzwyczailiśmy się już, żeby się nie rozdrabniać- uznaliśmy więc, że zobaczymy je wszystkie. Zsumowane czasy szlaków opiewały na coś rzędu 3,5 godz. Uznaliśmy, że 2 godziny powinny nam spokojnie wystarczyć. Nowozelandzkie czasówki zwykle są dla wyliczane dla schorowanych emerytów i rencistów.
Nie wystarczyło. Ba! Zobaczyliśmy tylko 2 wodospady. A potem zrobiło się ciemno…

IMG_1297
Na tym etapie i Tomasz i dziewczęta uważali, że to kwestia rozchodzenia się i chwilowych trudności po 2 tygodniach spędzonych w autobusie. Ja podejrzewałam wrodzone lub nabyte kalectwo. Nigdy, nigdy w życiu nie widziałam tak wolno idących ludzi… Szczerze mówiąc nawet nie byłam w stanie iść razem z nimi, tempo było naprawdę mordercze.
Co więcej, przestały nas lubić zwierzęta. I był to bardzo zły znak, bo zwykle zwierzaki nas lubią, a przynajmniej tolerują naszą obecność. Drogę do pierwszego wodospadu skutecznie uatrakcyjnił nam ganiający po szlaku byk. Byki to niesamowicie skoczne zwierzęta. W Australii na jednej z farm mieszkał delikwent co dziennie skaczący przez płot, z którym nie radziły sobie półdzikie outbackowe konie. Ten byk porzucił więc pastwisko, by terroryzować nielicznych turystów. Młody był, głupawy, niepewny siebie… Tomasz szarżował przodem przekonany, że zaraz szczeniakowi pokarze, kto tu rządzi; ja czaiłam się z tyłu, udając (z umiarkowanym sukcesem), że wcale się nie boję i rozglądając za drzewami na które mogłabym zwiać- może byczek był młody i niezdecydowany, ale wciaż ważył coś koło tony. Dziewczynki szwargotały, piszczały i chciały wracać. Ostatecznie oczywiście Tomasz przegnał głupie zwierzę na pastwisko i w glorii chwały pomógł Julii i Katerinie przejść przez bagna i błota lokalnej drogi.

P1080191nie ma zdjęcia byka… byłam gotowa do uciekania na drzewo= ze schowanym aparatem 😉

Wracając bardzo agresywnie obszczekał nas pies gospodarza. To było już dziwne. Tutejsze psy zwykle bardzo nas lubią. Dziewczynki szwargotały, piszczały i z ulgą pozwoliły Tomaszowi, by je uratował.
W drodze do kolejnego wodospadu zaatakowała nas australijska sroka. I to był już szczyt wszystkiego bo osobiście uwielbiam te ptaki i nigdy w życiu nie żywiłam wobec nich żadnych złych intencji. Nawet Tomasz nigdy nie myślał, żeby jakąś upolować czy zjeść. Staliśmy na środku pastwiska, z daleka od drzew na których mogłaby mieć gniazdo, z daleka od gnijącej na trawie padliny (witajcie w Nowej Zelandii w czasie wykotów!) o którą mogłaby być zazdrosna, z daleka od wszystkiego, co mogłoby sprowokować ją do bawienia się w „Ptaki” Hitchcocka. Cholerne ptaszysko latało tuż nad naszą głową próbując nas drapać, dziobać, albo chociaż zaplątać się w moje włosy.

IMG_1927australijska sroka Cracticus tibicen to uroczy ptak, śpiewająco-gaworzacy  www.barryarmsteadphotography.com

W tym momencie zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy germeńskie dziewczęta nie były katastrofalną decyzją. Teraz mamy złą aurę. Złe wibracje. Zwierzęta nas nie lubią. Dodatkowo, drogę do fenomenalnego wodospadu wysokości ponad 70 metrów gęsto zalegały padłe jagnięta i ich matki. Nowozelandzkiej higienie hodowli oraz sposobach utylizacji odpadów poświęcę jeszcze całą notkę, ale spławianie trupów w rzekach jest zdecydowanie najpopularniejszą strategią na pozbywanie się padłych owiec.
Szlak który zrobiliśmy w 15 minut dziewczynki pokonały w 1,5 godziny. Sugerowany czas wynosił 40 minut. One też przeżyły atak sroki. Tym razem Tomasz-Wybawiciel nie czekał z pomocą. Nad „zapomnianym światem” zapadał zmierzch.

IMG_1379
Upewniwszy się, że w ciągu ostatnich 36 godzin chłopcom przytrafił się jakiś prysznic, albo chociaż strumyk czy toaleta dla niepełnosprawnych i Smeagol nie skrzywdzi dziewczynek samą swą zwierzęcą wonią, ruszyliśmy na ich spotkanie. Ciemną nocą. Chłopaki zatrzymali się w Stratford miasteczku skadającym się dla odmiany z 4 ulic, stacji benzynowej, wierzy ratuszowej i supermarketu, a także….kina. Tam też czekali. Koniec świata zbliżał się wielkimi krokami. Zadziorne byki, ładne Niemki, wściekłe sroczki… na koniec William, który jednego dnia wziął prysznic, a potem zapłacił za bilet!
Trzeba przyznać, że kino w Stratford jest przybytkiem tajemniczym i niszowym i gdyby nie zaparkowana przed nim Emma nigdy byśmy go nie znaleźli. Czekaliśmy cierpliwie, a Tomasz usiłował rozmawiać z coraz bardziej gasnącymi i milczącymi dziewczętami. Ostatecznie na pustą (22- w Nowej Zelandii nocne życie umiera o 20, czyli latem nawet przed zachodem słońca) ulicę wysypało się 5 widzów. William, nie tracąc czasu rzucił nam „cześć” i wśliznął się na tylne siedzenie Kalinki. Rozmawialiśmy z Danielem nad rozłożoną mapą o tym kto gdzie był, gdzie jutro będziemy i gdzie dziś przenocujemy, a z Kaliny dobiegały coraz głośniejsze chichoty.
– Co on tam do cholery robi?!- zdenerwował się ostatecznie Tomasz, bezskutecznie usiłując zobaczyć coś przez zaparowaną szybę.
– Nie wiem, może usiłuje być Francuzem…- odparł Daniel… a Marchewka na wszelki wypadek zaordynował wyjazd i bezpretensjonalnie wywlukł Williama z samochodu.
– William is cooooooool- poinformowała nas swoim uderzająco niemieckim akcentem Julia. Katerina zachichotała nerwowo. Kocham Williama!

IMG_1331-001
Tego wieczoru dziewczyny postanowiły, że pójdą na całość i przenocują w namiocie. Oddaliśmy im swój namiot. William nie mógł być gorszy, więc zaoferował im swój 5 osobowy pałac bez szpilek… chciał również zaoferować im siebie w roli materaca, ale Daniel i Marchewka obiecali mu lanie za tego typu oferty, więc skapitulował. Dziewczyny, popisując się absolutną ignorancją wobec zawiłych praw termodynamiki uznały, że w większym namiocie będzie cieplej. Poza tym igloo Williama jest kobaltowo-srebrne, a nasza Sierra tylko zgniłozielone. Chłopcy rozbili im namiocik, rozłożyli karimaty- po 2 na osobę, dziewczyny rozwinęły śpiworki, przykryły kołderką, i nie zapraszając nikogo do trójkąta poszły spać.

IMG_1314
A my do późna w nocy siedzieliśmy na maskach samochodów i zakładaliśmy się, ile z nami wytrzymają. Coś musiało być z nimi wyraźnie nie tak, bo nawet William nieco stracił entuzjazm rasowego uwodziciela. Tomasz dał im 2 tygodnie. Daniel uznał, że to zbyt duży optymizm, ale wstrzymał się od głosu. William dał im tydzień. Ja 5 dni. Wszyscy uznali, że jestem okrutną suką. Po czym wymamrotali, że mimo wszystko najładniejszą.

P1080238
To była ciepła, spokojna noc, po której wstał cudny, rześki poranek.
Wysypaliśmy się z namiotów, przygotowaliśmy śniadanie dla wszystkich i obudziliśmy panny.
Dziewczynki wypełzły półżywe na świat. Oświadczyły, że „to było straszne”. I że nie spały pół nocy (choć niosące się po okolicy chrapanie wskazywało na coś innego). I że upiornie zmarzły. I że wszystko je boli. Ostatecznie zaś, że najgorsze było to, że…. „ziemia była taka twarda”!!! Mój boże. To straszne.
Kolejnej nocy przejechaliśmy ponad 50 km specjalnie po to, żeby przekimały się w hostelu.
Po czym nas porzuciły.
😀

P1080196

Reklamy

4 thoughts on “Germańskie dziewczęta

  1. Świetnie napisane, jestem pod wrażeniem. Muszę jednak wsadzić w ten miód łyżkę dziegciu: Francuzka, a nie „Francuska”.
    Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na kolejne relacje.

  2. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s