Perfect day!

(nie jestem fanką anglojęzycznych tytułów, które zwykle mają sugerować, że autor jest światowym demonem intelektu, tudzież artystą o niekonwencjonalnym spojrzeniu na świat, a okazuje się być infantylnym grafomanem… ale to był perfect day, i nic na to nie mogliśmy poradzić!)

P1080368

Ludowa mądrość głosi, że nie można mieć wszystkiego. Że albo można być, albo można mieć, że albo kariera, albo czas dla siebie, w końcu albo rybki, albo akwarium, a życie to kwestia dramatycznego wyboru. Otóż nieprawda. Czasami można mieć wszystko. O ile nie nie mamy zbyt wygórowanych wymagań. I tak nam przytrafił się dzień z przyrodą, sztuką i nauką, dzikimi kiwi, małym rabunkiem, winem i śpiewem (choć niestety bez tańców i Maorysek)… a przy okazji odkryliśmy najpiękniejszą plażę Północnej Wyspy. 5 października bieżącego roku, tuż przed kolejnym nieistotnym (8 miesiąc) jubileuszem naszej wyprawy wydarzył się „perfect day”, i nic nie byliśmy w stanie na to poradzić.

IMG_1013Mt Taranaki ze szczytu Mt Ngauruhoe. Maoryska legenda głosi, że kiedyś dwaj „panowie wulkany” byli bliskimi sąsiadami. Bliskie mieli również gusta, bo swoje uczucia ulokowali w jakiejś leśnej nimfie, bogince czy rusałce. Legenda milczy, czy owa eko-panna była zainteresowana ziejącym siarką, ogniem i popiołem kochankiem, ale na wszelki wypadek chłopaki postanowili rozwiązać problem w uczciwej walce na plucie lawą i niszczenie świata. Wygrał Mt Ngauruhoe; a Mt Taranaki musiał opuścić góry i wynieść się na skraj świata… i do dziś sterczy samotnie na równinie zachodniego wybrzeża.

Ranek wstał rześki i słoneczny, a huraganowy wiatr pozwalał żywić nadzieje, że ostatecznie uda nam się zobaczyć Mt Taranaki (dotychczas widzieliśmy ją tylko ze szczytu Mt Ngauruhoe, i znad chmur… czyli z dystansu jakiś 170 km0. Żywienie nadziei ostatecznie okazało się być marną inwestycją, ale dla zdjęć i całokształtu dnia nieistotną. Istotna zaś okazała się wiadomość wysłana przez nasze „młode Niemki”. Dziewczęta, nocujące w „pobliskim” (kilkadziesiąt km) hostelu uznały, że przeżyły już aż nadto „szalonych przygód” (tu zamyśliliśmy się nad graniczącym z nudą spokojem naszych ostatnich dni i relatywizmem rzeczywistości… bo nam żadne przygody się nie przytrafiły; nawet Williamowi, choć tak bardzo się starał) i niestety muszą zrezygnować z dalszej wspólnej podróży, bo po kilku kolejnych dniach „umarły by ze zmęczenia”. To był wstrząsający SMS. 2 dni!!! Wytrzymały z nami TYLKO 2 dni! A to znaczyło, że nikt nie wygrał zakładu, i nie mamy żadnego poważnego powodu by kupić flaszkę wina!

IMG_1340-001
Z dojmującego smutku tego,jakże nowoczesnego rozstania przez SMSa najszybciej otrząsnął się Daniel, dla którego z przyczyn narodowościowych „młode Niemki” nie stanowiły żadnej atrakcji. Daniel uznał, że to cudownie,bo teraz będziemy mogli „normalnie” pochodzić po górach, po „prawdziwych” szlakach, a nie tylko dreptać po deptakach dla niepełnosprawnych. Zabrzmiało to groźnie. „Normalne” tempo Daniela i Marchewki jest w stanie zabiegać na śmierć dziką kozicę. William na wszelki wypadek oświadczył, że odświeżyła mu się kontuzja nogi i nigdzie nie idzie, a ja, że nie zależy mi na zdobywaniu żadnych szczytów i dziś to ja będę się ciągnąć rekreacyjnie (sive kaleko). Wybraliśmy szlak na jakąś małą górkę u stóp wielkiej góry Mt Taranaki- wyrastającej z płaskiej jak stół równiny. Przewodniki obiecywały spektakularny widok na cudownie symetryczny stożek wulkanu.

P1080263
Zanim jednak pokarzemy, co odkryliśmy ponad piętrem lasów, wczorajszy kierunkowskaz, który zmusił nas do bodaj godzinnej debaty na egzystencjalny temat „którą wybrać drogę”. Nikt nie chciał wziąć na siebie ciężaru odpowiedzialności za tą decyzję. 800m- 20 minut, 900 m- 25 min, 2 km-2h. I nie… nie była to ścieżyna przez bagna i rozlewiska, poręby, wiatrołomy, albo skały ze ściankami wspinaczkowymi. To była najzwyklejsza droga przez las!
IMG_1320

A to już górskie atrakcje turystyczne- Hooker Shelter!

IMG_1294-001

Turystycznym sercem Parku Narodowego Mt Egmont są wschodnie stoki góry. Tam właśnie znajduje się kilka punktów informacyjno-pamiątkowych,wielkie parkingi, oraz gęsta sieć szerokich szlaków w większości o pretensjonalnych nazwach w klimacie „zaczarowany las”. Północne stoki na tym tle wyglądają na zaniedbane i zapomniane- czyli kusząco. Nasz okazał się być wąską, błotnistą ścieżyną o wątpliwym oznaczeniu, która po wejściu w skarłowaciały las wyższych partii góry zamieniła się w stromy tor przeszkód z pni i korzeni. Dodam do tego, że my z Tomaszem, omijając kilka zwalonych drzew najpierw zgubiliśmy szlak, a potem szukając szlaku zgubiliśmy siebie, a wzajemne odnalezienie się w czasie i przestrzeni zajęło nam blisko godzinę 😀 Czad!

IMG_1322-001
Trzeba też przyznać, że choć uwielbiane przez nowozelandzczyków, pseudopoetyckie i elfickie nazwy ‚zaklętych ścieżek” i „zaczarowanych lasów” brzmią infantylnie i kiczowato, to są jednak jak najbardziej adekwatne. Te lasy wyglądają naprawdę magicznie. I czasami brakuje w nich tylko kłusującego między drzewami jednorożca. Albo kucyka pony…. choć w Nowej Zelandii można liczyć tylko na dzikie kozy 🙂 przy odrobinie szczęścia jelenie. I dziki.

P1080256
Gdy zaś miniemy ostatnie, zmaltretowane wiatrem drzewa i wyjdziemy na otwartą przestrzeń, trafimy w…. Bieszczady! 🙂 Może trochę bardziej strome 🙂 Oczywiście Bieszczady w październiku są najpiękniejszymi górami na świecie i Mt Taranaki nie może się do nich umywać, ale przez moment poczuliśmy się trochę jak na połoninach 🙂 Z widokiem na ocean 😛

P1080283

P1080278

P1080276

IMG_1333
Myśleliśmy, że zdobycie tej góry zajmie nam cały dzień, tymczasem nawet z danielowym czekaniem na dobrą wolę wiatru, i rozgonienie chmur (a jest Daniel bardzo cierpliwym człowiekiem, potrafi czekać) okazało się, że mamy jeszcze dużo czasu i żadnych planów na jego zagodpodarowanie.

P1080277

Zanim całkiem pożegnamy się z Mt Egmont National Park mapka, bo wygląda naprawdę zabawnie 🙂

map
Ruszyliśmy więc do New Plymouth, miasta którego nazwy nikt z nas nie potrafi wymówić (a przynajmniej jak byśmy nie próbowali, zawsze nas poprawiają), ściągnąć długi od niemieckich dziewczynek, które najwyraźniej postanowiły zniknąć z naszego życia bez uiszczenia opłaty za benzynę. Po drodze okazało się, że New Plymouth posiada muzeum (co nikogo nie zdziwiło, gdyż-napiszmy to jeszcze raz- w Nowej Zelandii KAŻDA wiocha ma min. 1 muzeum) oraz galerię sztuki nowoczesnej.

IMG_1357

Jednogłośnie (tym razem nasza demokracja” nie uwzględniła Daniela) stanęło na galerii. Jakkolwiek niewiarygodnie by to nie zabrzmiało (zwłaszcza w przypadku Tomasza- w końcu weteryniorza z Ostrołęki) od czasu wizyty w Australii namiętnie odwiedzamy wszystkie galerie. Po kilku miesiącach podróży z niesatysfakcjonującym dostępem do internetu człowiek naprawdę zaczyna doceniać wszystkie DARMOWE możliwości kontaktu ze sztuką. Głównie chodzimy się pośmiać 😀 Ale zawsze znajdzie się w nich coś naprawdę ciekawego. New Plymouth zaś rokowało obiecująco- interesujące murale, niebanalne kawiarnie, a nade wszystko gigantyczna, i nieprzeciętnie szpetna czerwona lampka na nabrzeżu sugerowały, że to miasto ma potencjał. Okazało się jednak, że remont chodnika przed wejściem jest dobrą wymówką do zamknięcia całej galerii… i na wyobrażeniach się skończyło.

NewPlymouth_WindWand (1)Promenada ‚czerwonej latarni”. Powyższa czerwona latarnia jest rzekomo dizajnerskim dziełem sztuki, pełnym symboliki i ukrytych znaczeń 🙂 Próbowaliśmy je rozszyfrować. Może ktoś po prostu miał jakiś kompleks.. Choć teoria, że to zbroczona posoką wędka mająca upamiętniać przelaną krew wszystkich delfinów zamordowanych w czasie połowu tuńczyków też jest prawdopodobna 😉

Zawróciliśmy więc do muzeum, które składa się z części przyrodniczej i historyczno-kulturowej. Jak można się domyślić-również jest za darmo (mimo wszystko w Nowej Zelandii wciąż jest wiele rzeczy, których nie można nie lubić).
Zaczęliśmy od zgłębiania wiedzy na temat fauny, flory, geologii i wulkanów.
Trzeba uczciwie przyznać, że całość jest świetnie zaaranżowana, i człowiek błąka się po wielkiej sali, pomiędzy plakatami, eksponatami i makietami czując się jak w jednej, wielkiej opowieści o cudach świata i przyrody. Jest wspaniałe! Można tu zobaczyć kompletnu szkielet moa- a jest na co patrzeć; i spróbować wyobrazić sobie, że w środku lasu stajemy oko w oko z ptaszyskiem, któtre patrzy na nas z wysokości ponad 3 m (i nie, nie siedzi na gałęzi drzewa).

Moa

Można też obejrzeć wszystko to, czego już nie zobaczymy w naturze, lub ewentualnie mogłoby nam się przydarzyć przy gigantycznm szczęściu. Za szkłem kurzą się więc martwe kiwi (akurat trupów kiwi jest w Nowej Zelandii pod dostatkiem i można je zobaczyć w wielu siedzibach parków narodowych), ogromną kakapo, a nawet kurobrody różnodziobe, które wytłuczono mniej więcej w 60 lat po zainteresowaniu się nim „kolekcjoner ów z całego świata”. Kurobrody wymordowano głównie dlatego, że były ładne.

Heteralocha_acutirostris

Całość kolekcji uzupełniają nietoperze, a także trupki całej reszty nowozelandzkiej awifauny- czyli w ogromnej części ptaki europejskie. Można się nie interesować ornitologią- ale jednego nie da się przeoczyć- preparacja zwierząt nie jest mocną stroną nowozelandczyków!!!

IMG_1350riroro, albo krzakówka popielata 😛 (Gerygone igata)

gw-whatipuriroriro- oryginał 😀

IMG_1353-001pihoipihoi, albo świergotek nowozelandzki (Anthus novaeseelandiae)- bałwanek

7123986869_41b872ee9b_hpihoipihoi-pierwowzór

 

Nie możemy sobie wybaczyć, że nie sfotografowaliśmy kota. Kot, jako podły drapieżnik czaił się w wyjątkowo ciemnej gablotce. I był to niezwykły kot. Początkowo myśleliśmy, że to jakaś wybitnie szpetna pałanka. Albo jakiś mały rosomak. Może upośledzona kuna… Ale podpis głosił „Cat, felis domesticus”… Czego to człowiek się po 1,5 roku anatomii i kilku latach studiów i pracy nie dowie 🙂 Nie rozpoznać kota 😛
Z innych przyrodniczych kuriozów- ponad głowami zwiedzających unosi się pełnorozmiarowa replika gigantycznego rekina, który miliony lat temu polował w okolicznych wodach oceanów na ichtiozaury. Dla podkreślenia grozy sytuacji, oraz upewnienia się, że naród nie zapomni, że to pradziad rekinów „ludojadów” i zamiast zachwytu i zdziwienia odczuje tylko podszyty nienawiścią lęk- rekinowi wsadzono w paszczę malutki klapek.

IMG_1349-001

Oprócz tego pracownicy muzeum postarali się przybliżyć zwiedzającym bogactwo rodzimej nowozelandzkiej flory… ale trochę im nie wyszło. Naprawdę fakt, że Nowa Zelandia nie jest „doliną krzemową Pacyfiku” ani wylęgarnią Noblistów nie jest przypadkiem.

IMG_1355którą roślinę autor miał na myśli?

IMG_1356-001najbardziej artystyczna tablica do rozpoznawania roślin jaką widziałam 🙂

Można za to zdobyć tu bogate informacje na temat zawleczonych  z najróżniejszych części świata chwastów i ich niszczącego wpływu na naturalne (hmmm… takie też ciężko znaleźć) ekosystemy i jakość pastwisk (to Kiwi z pewnością boli). My dotychczas żyliśmy w błogiej niewiedzy i naiwnym przekonaniu, że tylko trawa pampasowa jest (co prawda piękną) plagą tego kraju… Tymczasem okazuje się, że praktycznie wszystko co „pospolite” jest zawleczonym z zewnątrz chwastem. Smutne.

Żeby jednak szczęśliwi zwiedzający nie poddali się depresyjnemu nastrojowi- temat roślin wieńczy jak najbardziej nowozelandzka ściana chwały gdzie można poczytać o…. największych cebulach, największych burakach, śmiesznych ziemniakach i niewyobrażalnych rzepach, oraz ich hodowcach! Niewiarygodne, ale prawdziwe!!! Oni naprawdę piszą o tym w muzeach! Że Marianowi Bożydarowi obrodziła brukiew!!!

Pozwiedzalibyśmy jeszcze dłużej, ale wybiła 5 i grzecznie nas wyproszono….

P1080262

Spacerując kulturalnie po wybrzeżu obejrzeliśmy całkiem za darmo spektakularny popis lotów synchronicznych „małymi samolotami”, który składał się niemal wyłącznie z „beczek’, dziwnych zwrotów i „korkociągów” 😀

P1080338

A potem pojechaliśmy w kierunku Mokau. Dlaczego? „Bo tak”. Bo dopisek na mapie głosił „białe klify” i wymyśliłam sobie, że to może być ładne miejsce na nocleg i poranny spacer, a raz od święta (zwykle, gdy chłopcami brutalnie wzgardzą piękne Maoryski, albo młode Niemki) moje życzenie bywa rozkazem 🙂 I tak trafiliśmy na plażę „Trzy Siostry”! I naprawdę uważamy ją za najpiękniejszy kawałek wybrzeża w Nowej Zelandii!!!!!!

IMG_1381

IMG_1389

Jest zachwycająca.

P1080366

IMG_1408

 

IMG_1434

I byliśmy tam sami. Tylko my, i romantyczny do granic zachód słońca nad falami przypływu….

IMG_1379

IMG_1435

IMG_1448

W ciągu kilku minut przestaliśmy rozumieć turystyczne gusta i fenomen Caramandel! Ale to tylko powód do radości 🙂 Niech sobie tłumy oblegają bramy Narni, a Trzy Siostry zostawią w spokoju 🙂

IMG_1433

P1080347

IMG_1440

W tym momencie los mógł już śmiało zakończyć nasz „dzień dziecka” i niezasłużonych prezentów. I tak zapobiegawczo kupiliśmy na wieczór wino- co prawda nikt nie wygrał zakładu, ale na drodze aklamacji chłopcy zadecydowali, że w takim razie mogą oblać rozstanie z  młodymi Niemkami. Jeździliśmy więc okolicznymi uliczkami szukając zacisznego, uroczego, malowniczego miejsca na kulturalną libację…. po jakimś czasie zawęziliśmy poszukiwania do zacisznego miejsca… ostatecznie do kawałka prostej ziemi. Dzień dziecka widać się skończył, bo błąkaliśmy się między skarpami, płotami i lasami, a wszystkie mijane zabudowania wyglądały wybitnie niepokojąco i paskudnie. Ostatecznie trafiliśmy na dróżkę zamienioną w wysypisko samochodowych wraków. Jechaliśmy wolno, światła samochodów ślizgały się po roztrzaskanych maskach rdzewiejących wozów. Za zwieńczonym drutem kolczastym płotem błyskały oczy czuwających krów.

– Spadajmy stąd- rozkazał Bunik, któremu przestało się podobać.

– Nie, nie… może tu sobie przenocujemy między samochodami!

– No chyba zwariowałeś!!!! Uciekamy stąd!

Toczyliśmy się dyskutując zażarcie co mi się niby nie podoba w roztrzaskanym złomie na bocznej drodze, i już, już miałam użyć niepodważalnego argumentu, że to miejsce ma złą energię, gdy światła Kalinki padły na rozbitą Emmę, a w zasadzie Emmy sobowtóra (czyli Subaru Daniela). To był koniec! Tomasz stał naprzeciwko darmowego składu części zamiennych i kalkulował w głowie ile to żaróweczek, lampeczek, kabelków i bezpieczników możnaby z tego wraku wyciągnąć! Co można by wymienić! Co zabrać na zapas! Co udoskonalić! „Może by tak wymienić w końcu opony????”

Ostatecznie nocowaliśmy kilka kilometrów dalej. William i ja zostaliśmy opiekować się winem; Tomasz z Danielem ruszyli na łowy. O dziwo wrócili. Nikt ich nie napadł. Nikt ich nie zamordował. Nikt nie wyciął im nerki. Marchewka zaś wrócił z… zarąbistymi głośnikami samochodowymi! (oraz siatką żaróweczek, kabelków,drucików i „cosików”). Po kilkunastu minutach nie słuchaliśmy już krzyczących w ciemności kiwi 😀 Hałasowaliśmy naszym nowiutkim stereo sound system 😀

P1080367


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s