Inny system

Historia ta wydarzyła się już dawno, dawno, czyli ponad dwa miesiące temu, w miasteczku na rubieżach Northlandu. Z miejsca uznana została za „temat na bloga”. Po czym zostawała ustawicznie spychana w cień przez ciekawsze i bardziej fotogeniczne wydarzenia.
Ostatecznie jednak napisanie tego posta skatalizowała rozmowa z
Jindřich’em, naszym nowym kolegą, team-mate’m od pakowania szparagów i towarzyszem niedoli z grządki obok.

P1080446Jindřich i ja- tu udajemy, że pracujemy 🙂

Przez te wszystkie miesiące autostopowania i rozmawiania z ludźmi z najróżniejszych krajów wypracowaliśmy sobie z Tomaszem zestaw pytań, które zadajemy praktycznie zawsze, trochę jak wędrowni ankieterzy. Jednym z nich jest „Czy lubisz swój kraj?” i, co dla nas osobiście było wstrząsającym odkryciem, okazało się, że większość ludzi naprawdę lubi swoje ojczyzny! Jindřich nie jest wyjątkiem, a pochodzi z mało egzotycznych Czech, przez co przy okazji obalił moją hipotezę, że zażenowanie sytuacją w kraju jest typowe dla obywateli postkomunistycznych państw środkowoeuropejskich. Pomijając moje mało patriotyczne dywagacje,
Jindřich, pakując szparagi w pęczki, żarliwie zapewnił, że bardzo lubi Czechy, a im więcej jeździ po świecie tym bardziej je docenia i tym więcej rzeczy mu się w nich podoba. Popatrzyliśmy z sobą na Tomasza z mieszaniną smutku, zazdrości i zdziwienia.

„Oczywiście są rzeczy, które mi się nie podobają- ciągnął Jindřich- ale wtedy też zawsze myślę, że przecież w innych krajach widzę inne rozwiązania danych problemów i może jak wrócę do Czech, to spróbuję wprowadzić te pomysły w życie i zmienić coś na lepsze!”
Jakież to piękne! W moim przypadku zwiedzanie świata kończy się raczej odkrywaniem, że rzeczy, których dysfunkcyjność i/lub obleśność uznałam za konieczną wcale takimi być nie muszą.

P1080518
W poniższej historyjce nie chcę szkalować polskiej służby zdrowia jako takiej. Jakby nie patrzeć mam „nowy kręgosłup” i „nowe oczy”(trochę jak cyborg) i uważam, że sektor prywatny pełen jest dobrych i uprzejmych specjalistów . Przygodę z przychodniami publicznymi zakończyłam, gdy jedna z lekarek „punktu wystawiania zwolnień lekarskich dla studentów SGGW” zdiagnozowała u mnie świńską grypę na podstawie kierunku studiów i oględzin z odległości kilku metrów (po odsiedzeniu kilku godzin w poczekalni szpitala chorób zakaźnych na drugim końcu Warszawy, pełnej ludzi potencjalnie smarkających tropikalnymi wirusami zakaźnych gorączek krwotocznych, odesłano mnie do domu z najzwyklejszą anginą, oraz przekazaniem mało kulturalnych pozdrowień dla lekarki prowadzącej).

IMG_3695
Prywatnie wyznaję „realizm pesymistyczny” dlatego w tą podróż wyjechaliśmy z zapasem leków „na wszystko” w ilościach hurtowych. Szczerze wierzyłam, że to kasa wyrzucona w błoto, bo prędzej nam się ta chemia przeterminuje, niż zdążymy ją zużyć. Po 3 miesiącach zostały nam tylko nawilżające krople do oczu (których nota bene nie opłaca się wieźć z Polski do Malezji, bo można je nabyć w każdym supermarkecie). Ewidentnie przeceniałam wydolność swojego systemu immunologicznego, a Tomek tradycyjnie wierzył, że jest niezniszczalny.

P1030769
Nie będziemy tu poruszać wszystkich grzybic, ran ciętych, kłutych i kąsanych, nowo nabytej alergii na komary i mojej tajskiej „sraczki życia”. Problem, który ostatecznie zmusił nas do odkrywania działania nowozelandzkiej służby zdrowia był bardziej prozaiczny. Zaraz po pzyjeździe do Malezji „przeziębiłam sobie pęcherz”. Autostopowania to nie ułatwia, ale „zdroworozsądkowo” postanowiłam sprawę olać, ewentulnie w geście dobrej woli pić nieco więcej(wody). Nie zadziałało. Dwa dni później nocowaliśmy na pięknej plaży w parku narodowym wyspy Pahang. Gwiazdy i statki migotały na spokojnych wodach zatoki, za moimi plecami dżungla darła się wrzaskiem tysięcy cykad i innych insektów, a ja, okadzana dymem antykomarowych kadzidełek umierałam, mgliście wkręcając sobie, że jestem sikającym struwitami kotem w ogromnej, egzotycznej kuwecie. Rozmiary kuwety gwałtownie zmiejszył przypływ, który niespodziewanie zapluskał nam w przedsionku namiotu. Ja zaś, w przebłysku światła latarki zobaczyłam, że mam krwiomocz. I nagle struwity zmieniły się w złośliwy nowotwór pęcherza, albo ławicę pasożytniczych ryb, które sforsowały moją cewkę moczową (choć chyba rybki te żyją w Ameryce Południowej; poza tym musiałyby być bardzo skoczne, sprytne i inwazyjne, bo nigdzie się w żadnych malezyjskich słodkich wodach nie pławiliśmy).

IMG_5593
Na szczęście „nowotwór” ładnie zareagował na mój ulubiony lek „z wyboru na wszystko” (amoksycylina z kw. klawulonowym). Brałabym go pewnie grzecznie 2 tygodnie, ale tabletek starczyło mi tylko na tydzień, a bez recepty nikt nie chciał mi więcej sprzedać. Malezja to jednak nie Tajlandia gdzie w sklepach zoologicznych można kupić niemal wszystko (a na pewno antybiotyki). Poza tym i tak zdążyłam już wyzdrowieć.
Po miesiącu okazało się, że chyba jednak nie wyzdrowiałam do końca. Odkryłam jednak cudowną terapię opartą na No-Spie, ignorancji, przeklinaniu i autosugestii. Zadziałało.

IMG_7036
W Australii wróciło. A wraz z ostatnią tabletką No-Spy ignorowanie sprawy przestało wchodzić w grę. Nasza apteczka świeciła pustkami, ja najchętniej nie wychodziłabym z kibla, albo krzaków… uznaliśmy, że wizyty w aptece nie da się uniknąć, w pełni świadomi, że zakupy będą bolały bardziej niż objawy. W końcu wszystko w Australii jest najdroższe na świecie. Farmaceutka oczywiście również nie dała się namówić na sprzedanie mi antybiotyków bez recepty(i nic nie pomogło zaklinanie się, że jestem lek. wetem :P), poleciła za to „bardzo skuteczne chińskie tabletki”. Byliśmy w małej aptece, w małym miasteczku i tak naprawdę był to najtańszy dostępny preparat na zapalenie pęcherza. Tabletki oparte na magicznej mocy ziół i placebo. 35 AUD. Ponad 100 zł za słoiczek tabletek zawierających japoński mech i chińskie paprotki!!!!! Z sugerowaną dawką 5 tabletek 3 razy dziennie!!!

P1060126
Niewiarygodne, ale prawdziwe- japoński mech zadziałał. Na tyle szybko, że nie zużyłam go do końca, tylko zostawiłam na ewentualne „później”.
Ewentualne „później” nastąpiło po miesiącu.
I z regularnosią godną księżycowego cuklu po kolejnym miesiącu.
Japoński mech skończył mi się w Auckland, a ławica tropikalnych rybek, albo cholernych egzotycznych patogenów rozszalała się na dobre. Po raz kolejny pokuśtykałam do apteki, tym razem już nie w celu zakupu żurawiny, ale japońskiego mchu. Farmaceuta indyjskiego pochodzenia przeprowadził ze mną szokująco dokładny wywiad, chyba niespotykany w polskich przychodniach. Po czym oświadczył kategorycznie, że muszę iść do lekarza. I koniec. Żadne mchy czy żurawiny- tylko lekarz.

Ostatecznie, pod groźbą szantażu, że zaraz umrę, sprzedał mi musujące tabletki z żurawiną.
Tabletki zadziałały, więc wizyta u lekarza straciła sens. (ta przypowiastka dobitnie ukazuje, że wiedza medyczna działa tylko „na zewnątrz”; i mojego stanu zdrowia nigdy nie dotyczy)

P1060735
Tym razem miałam mocne postanowienie, że wezmę je do końca. Ale, że poprawa nastąpiła relatywnie szybko, a i ten preparat tani nie był, postanowiłam zaoszczędzić go sobie na kolejną czarną godzinę. I tym sposobem odkryłam, że tym razem się nie da. Tropikalna zaraza widać zmutowała albo się uzłośliwiła, bo mogłam normalnie funkcjonować tylko pijąc do śniadania żurawinową orenżadkę. Nie było to aż tak złe… ale jednak nie mogłam przecież do końca życia egzystować na żurawinie. Trochę jeszcze podrożniczych planów mamy, i w Kirgistanie mogą nie mieć tak dobrze zaopatrzonych aptek.
Poza tym Tomasz mi kazał.
I William też.
I tak, w miasteczku Kavakava, nie wyróżniającym się niczym, poza przyjemną nazwą, poszła baba do lekarza.

P1060822
Nie bardzo wiedzieliśmy gdzie się udać, żeby zasłonić się przed kosztami kartą Euro 26, więc pojechaliśmy do szpitala.
Chłopcy zostali na parkingu, z zamiarem zabłyśnięcia ulubionym performacem „gotuj na krawężniku”. Wszyscy zakładaliśmy, że będą mieli baaaardzo dużo czasu.
Była godzina 13, i absolutnie żadnej kolejki w recepcji. Wyjaśniłam co się dzieje, a pani, z bardzo szczerą przykrością wytłumaczyła mi, że nawracające zapalenie pęcherza niestety nie jest dolegliwością kwalifikowaną na ostry dyżur i muszę iść do jednej z przychodni. Zapytałam, czy mogłaby podać mi jakiś adres albo numer telefonu. Kobieta zadzwoniła do dwóch przychodni, wybrała tą, w której mogli mnie przyjąć najszybciej, umówiła na wizytę, po czym narysowała mapkę dojazdu i kwieciście wytłumaczyła, jak tam trafić.

P1060816
Tym razem chłopaki odeskortowali mnie aż do poczekalni. Wkroczyliśmy razem, trzech wspaniałych- oni boso, ja w swoim kosmatym kożuszku pod wezwaniem „winter is coming”. „Dzień dobry! Pani musi być tą turystką z Polski!”- przywitała mnie radośnie recepcjonistka. Moi bodyguardzi uznali, że jestem bezpieczna i ulotnili się smażyć „makaron z cebulo”, radząc złośliwie, żebym postarała się być grzeczna i nikogo nie zbiła. Faktycznie, było to miejsce wysokiego ryzyka. Poczekalnia była niewielka, a wszystkie ławeczki okupowane przez maoryskie matki z ryczącym przychówkiem. Oprócz tego dwóch emerytów i babuleńka. Łącznie z 9 osób (pomijając wijące się, biegające, ryczące i pełzające maorysiątka). Zarejestrowałam się, przestudiowałam pobieżnie cennik dla pacjentów prywatnych(wizyta 50 NZD, wystawienie recepty 10 NZD, analiza moczu 20 NZD, porada specjalisty 110 NZD, USG…. NZD) i pomyślałam, że to będzie długie, długie czekanie. Na szczęście w poczekalni zgromadzono solidne zbiory kolorowej makulatury o trendach w modzie, urodzie i ogrodzie, więc zapowiadało się nawet przyjemnie. Rozsiadłam się wygodnie i starając się nie myśleć o tym, że za chwilę faktycznie stracę majątek, że może naprawdę mam kamicę, i co mogę usłyszeć od lekarza, w ramach komentarza, że od 6 miesięcy jeżdżę po świecie z zapaleniem pęcherza, odpłynęłam w świat marzeń o sylwetce modelki i zakupach z nielimitowanym budżetem na buty i sukienki.
Czekałam może 15 minut.

P1060830
Do gabinetu zaprosiła mnie pielęgniarka. Przeprowadziła bardzo, bardzo dokładny wywiad. Dokładny, że hej. Przy okazji trzy razy pytając się, czy nie jestem w ciąży, albo nie podejrzewam choroby wenerycznej. Trzy razy odparłam, że nie, nie i po trzykroć nie. Pielęgniarka, chyba młodsza ode mni, uniosła pytająco brwi. „Mam stałego partnera”- zasłoniłam się ostatecznie „półprawdą”- „od kilku lat”- dodałam mało precyzyjnie. „Wie pani, z mężczyznami to nigdy nic nie wiadomo”-poinformowała mnie rzeczowo pielęgniarka, ale temat krętków, dzieci i rzęsistków został zakończony. Sprawdziła mi temperaturę, tętno, ciśnienie, spojówki, CRT, po czym wręczyła kubeczek i odesłała do toalety. Zapytałam kiedy będę mogła odebrać wyniki, a ona, naprawdę zdziwiona, odparła, że przecież zaraz wszystko sprawdzą.

P1060809
Lekarz przyjął mnie po kolejnych 10 minutach. Tym razem już naprawdę się bałam. Gdyby mi, lekarzowi weterynarii na dyżurze właściciel pacjenta oświadczył, że kot sika krwią od pół roku, a on do tego czasu leczył go mchem i żurawiną, to chyba bym delikwenta… to byłabym profesjonalna i opanowana, ale w myślach skazałabym go na ognie piekielne. Lekarz był miły, spokojny i opanowany. O żadnych ogniach piekielnych ani smokach nie było mowy. Na wstępie oświadczył mi, że wykluczyli ciążę i „najpopularniejsze choroby weneryczne” (sic! chyba jednak robię fatalne pierwsze wrażenie), a w moczu nie znaleziono żadnych kryształów. Po czym oświadczył, że jako lek wet. pewnie zdaję sobie z tego sprawę, że powinnam wykonać antybiogram i najlepiej zrobić dodatkowo USG (niby nic, a jakie miłe, że lekarz od człowiekowatych nie neguje naszej wiedzy o podstawach diagnostyki), ale szybciej i dla mnie wygodniej będzie przeleczyć to zakażenie, a jeśli objawy powrócą dopiero inwestować w dokładne badania. Nie miałam dodatkowych pytań. Szybko, konkretnie, uprzejmie.
Byłoby pięknie, gdyby nie te idiotyczne testy na ciąże i rzerzączki.

P1070096

Recepcjonistka spisywała moje dane z karty ubezpieczeniowej, a ja tym razem dokładnie studiowałam cennik usług…. Rachunek oscylował w granicach 100 NZD. „50 NZD poproszę”-zaszczebiotała recepcjonistka oddając mi wszystkie dokumenty, opis wizyty i rachunek. „Słucham?” „50 NZD”-powtórzyła wolno i wyraźnie kobieta. „Ale dlaczego?”- zapytałam idiotycznie. „Bo taka jest standardowa cena pierwszej wizyty, tu jest zaznaczone na cenniku….”-zmieszała się recepcjonistka. „Tak, wiem, ale cała reszta badań? Analiza moczu, testy, recepta? To też jest w cenniku.” „Tak, ale za to pobieramy opłaty tylko, jeśli pacjent przychodzi tylko w tym celu. Jeśli to jest integralna część wizyty, to płaci się tylko za wizytę.” (??????? co to za podejście!?) Niesamowite. Z ulgą wyciągnęłam kartę płatniczą. Oczywiście nie zadziałała. Moja karta działa tylko w bankomatach. Oczywiście nie miałam przy sobie kasy- kasę trzyma pan i władca Marchewka. Zażenowana spytałam, gdzie jest najbliższy bankomat i czy mogę zostawić jej paszport i wrócić z pieniędzmi za chwilę. Kobieta była zdziwiona, dlaczego miałaby chcieć ode mnie moje dokumenty? Przecież wrócę i zapłacę. I nie muszę się spieszyć, pracują do 20.

Rachunek od ręki uregulował William.

Całość trwała 45 minut. Na do widzenia recepcjonistka przeprosiła mnie, że wszystko TAK DŁUGO trwało i musiałam TYLE czekać, ale mają wiosenną epidemię grypy i przeziębień i stąd te kolejki.

45 minut. Długo?!

P1070190

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s