Szparag to pieniądz

Praca, trzeba jej to przyznać, spadła nam jak manna z nieba… albo klątwa i przekleństwo 🙂
Nie przyznano nam wizy dla pracowników sezonowych, nie dano nam nawet złudzeń, że w przeciągu najbliższych tygodni dostaniemy do takowej prawo,a tabuny turystów z working holiday visa gasiły nadzieje na znalezienie pracy na czarno. Co prawda pojechaliśmy na farmę, której właściciele zgodzili się zatrudnić Tomasza na podstawie rozmowy telefonicznej. Zrobiliśmy to, co wychodzi nam najlepiej- czyli dobre wrażenie 🙂 Szef zaszczycił nas długą rozmową, miażdżącym dłoń uściskiem i wymianą prywatnych telefonów, zapewniając, że skontaktuje się z nami w przeciągu tygodnia… ale nie takie rzeczy już nam Kiwi obiecywali. „Skontaktujemy się z Państwem w przyszłym tygodniu” to chyba najpowszechniejsze kłamstwo na Północnej Wyspie. Może poza „How are you?” „Fine! Thank you!”. (Choć może faktycznie tu wszyscy są „fine” i „good” i „perfect” 🙂 W końcu to nie Polska. I nie chodzi mi o mróz, błoto pośniegowe, brak słońca, bezrobocie albo żenujące pensje na śmieciowych umowach, fatalny stan służby zdrowia, dziurawe drogi, głupich polityków i jeszcze głupsze media… 🙂 To po prostu inna mentalność :))

IMG_1477owieczki, wiosna i prawdopodobnie jedna z najpiękniejszych dróg „do roboty” na świecie

Był początek października, miesiąc w którym w Nowej Zelandii rozkwita wiosna. Zazieleniły się drzewa, zakwitły jabłonie, w popołudniowym słońcu bzyczały pszczoły, a po nierealnie zielonych pastwiskach brykały radośnie jagniątka, wciąż mając przed sobą kilka miesięcy idyllicznego życia, zanim poćwiartuje je i przemieli przemysł spożywczy. My zaś wciąż nie mieliśmy pracy. Pieniądze topniały. Straciliśmy oszczędnościowego Williama i Daniela Wspaniałego. Lokalne śmietniki uniemożliwiały freeganizm. Samotni. Bezrobotni. Bez alkoholu! (desperackie próby oszczędzania). Na końcu świata.
Co mogliśmy zrobić? W tej beznadziejnej sytuacji z wiosną w tle? Wg Marchewki- tylko jedno- jeździć dalej, dobrze się bawić, i poczekać, aż nasza dobra karma znów się wykaże. Możnaby sądzić, że ten idiotyczny plan wyrósł z marzeń o szybkim spotkaniu z młodymi Niemkami i wspólnej z nimi podróży… ale nie, Tomasz po prostu tak ma. A po krótkim, acz intensywnym praniu mózgu w australijskiej hippi-komunie, nazywa to „manifestacją”. Najgorsze w tej new agowej magii jest to- że zawsze działa.

IMG_1463raz na 100 lat (ok, raz na rok) Tomaszowi zdarza się zerwać dla mnie kwiatki… i tym razem zerwał tak cuchnące czosnkiem chwasty, że musiały wylecieć za drzwi 🙂

I nawet gdy germańskie dziewczęta opuściły nas równie szybko, jak się pojawiły; pozostawiając tylko wspomnienia, kołdrę z lumpa i brudne gacie szczelnie zapakowane w foliową siateczkę (hmmmmm??????!!!!!) optymizm Marchewki nie tracił na sile… Zresztą- świat był piękny, niebo bezchmurne, słońce gorące; a my pędziliśmy bocznymi drogami w kierunku „naszego” tunelu świecących robaków na imprezę urodzinowo-pożegnalną! Solenizantem był Tomek,a żegnać mieliśmy wszyscy, bo Daniel dostał pracę na Południowej Wyspie, a William nie był pewien gdzie i z kim chce dalej jechać. Tak jak i my z resztą.
Póki co jednak Daniel pojechał do swoją „koleżankę”, której chciał pokazać „świecące robaki” a my, wymyślając hasła reklamowe naszego nowego pomysłu na biznes („it glow when you blow”- pamiątkowe prezerwatywy świecące jak jaskiniowe robaki) usiłowaliśmy upolować indyka.

1185162_10201774129025597_943355545_n

Od czasu samobójcy z Northlandu żadne ptaszysko nie rzuciło się nam (lub innym kierowcom) pod koła, a 5 litrów wina z kartonu imprezy nie czyni (tzn czyni… ale chcielśmy być kulturalni). Tym razem postanowiliśmy więc kolacji nieco pomóc. Bez większych sukcesów. Ale z niezłym ubawem. I gdy ostatnia nagonka, zasadzka i atak z samochodu skończył się zdobyciem kilku honorowych sterówek, pozwalając wierzyć, że następnym razem Tomaszowi w rękach zostanie co najmniej kuper, a może i noga- dostaliśmy SMSa.
„Jeśli dalej chcecie pracować, możecie zacząć jutro”.
???????!!!!!!!
Ooooooo jaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!
Przeczytaliśmy tego SMSa z 6 razy, na głos i po cichu, upewniliśmy się za pomocą „anbeliwejbyl” William dictionary, że dobrze rozumiemy… iiiiiiiiiii!!!!!!!!!! Byliśmy URATOWANI!!!!
Oczywiście życie jest kwestią dramatycznych wyborów 🙂 i nie można mieć wszystkiego. Tzn nie mogliśmy mieć imprezy w ……. z 5 litrami wina, i zacząć pracy kolejnego dnia, o 7 rano, 250 km dalej.

IMG_1475
Zostawiliśmy Williama i 15 jego rozpirzonych i sypiących się tobołków w McDonaldzie, opatuliliśmy go śpiworkiem, postawiliśmy „kakałko’ i poinformowaliśmy Daniela, gdzie ma nasze szpetne dziecko odebrać, bo akurat tego dnia Smeagolowa komórka postanowiła nie działać. I rozsatliśmy się po raz kolejny… być może ostatni.
Przekimaliśmy się w krzakach na brzegu rzeki i punktualnie, przed 7 zajechaliśmy na szparagową farmę. Simon, The Boss, już czekał. Dostaliśmy własne pola, nożyki i koszyki, a także bodaj 20 minutowy wykład na temat pracy, którą można streścić do- „zapieprzasz po polu i ścinasz wszystko wyższe lub równe 23 cm”. Nie mieliśmy dodatkowych pytań (poza ile to jest 23 cm, ale Simon do końca nie wiedział). Dostaliśmy też karteczki do oznaczania naszych skrzynek, głoszących, że od dziś któreś z nas nazywa się Nathaniel, i ruszyliśmy. Przez kolejne 4 godziny pochylaliśmy się nad każdym szparaczkiem mierząc go i zastanawiając się, czy to już jest 23 cm czy jeszcze nie, a jeśli 22,5 to czy można go ściąć, czy może nie, a jeśli nie, to czy do jutra nie zakwitnie i się nie zmarnuje? Poza tym przyjemnie grzało słoneczko, wiał chłodny wiaterek, a nad nami darły się najprawdziwsze skowronki! Przyjeżdżając tu myślałam, że to będzie bolesny etap „zła koniecznego”, tymczasem było całkiem spoko. Tomasz promieniał! Uznał, że jest lekko, miło i przyjemnie i w ogóle super, praca bez żadnej większej odpowiedzialności (to stwierdzenie mogłoby być dobrym punktem wyjścia dla wywdu na temat chorobliwego lęku mężczyzn XXI wieku przed braniem na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności…. ale to innym razem). Naszą euforię zepsuło jedynie odkrycie, że dotychczasowe 3 skrzynki szparagów (uwierzcie- 3 skrzynki w 4 godziny to żenujący wynik) spakowaliśmy totalnie nie tak jak trzeba. Chwilę później przyjechał szef, zapytać, czy „mamy fun” i w ogóle jak leci.
– I przywiozłem wam wodę, i drugie śniadanie- oświadczył- bo pomyślałem, że pewnie nie wpadliście na to, żeby coś wziąć (nie, nie wpadliśmy). Tylko jutro pamiętajcie. I zakładajcie coś na głowę, przed słońcem…. O… widzę, że już odkryliście, jak się powinno pakować skrzynki!
– Yyyyy, no właśnie bardzo przepraszamy za poprzednie, ale myśleliśmy, że robimy to tak jak trzeba i…. widać źle zrozumieliśmy, możemy je po pracy przepakować poprawnie!
– Nie, nie, jest OK! Tym się nie przejmujcie. Nic się nie stało, już to poprawiłem. Jeśli coś robicie źle, to znaczy tylko, że niewłaściwie wam to wytłumaczyłem!
Popatrzyliśmy na siebie w ciężkim szoku.
– Ah, no i naprawdę wolno Wam to idzie, a my zawsze płacimy za zebrane skrzynki… więc myślę, że przez pierwsze 2-3 dni będę Wam płacił za godzinę, a jak już się nauczycie szybko zbierać to za skrzynki- tak będzie Wam się bardziej opłacało.
?????
Trafiliśmy na jakąś inną planetę.
– Ah, i jak będziecie mieli jakiś problem, albo wątpliwości- zawsze pytajcie się mnie. Bo to jA JESTEM TU OD ROZWIĄZYWANIA PROBLEMÓW.- oświadczył szef, być może cytując jakiś amerykański poradnik dla super-szefów, i odjechał.
????
Kto, gdzie i kiedy widział, żeby tak traktować fizycznego robola???
Wymieniliśmy pozbawione jakiegokolwiek zrozumienia spojrzenia.
I tak zaczęła się absolutnie najgorsza praca w moim życiu.

IMG_1472pole jakie jest, każdy widzi. To zielone, to pszenica, to paskudne, to szparagi, pomiędzy- czosnek. Żeby nikt nie miał wątpliwości- Simon stosuje chemię, a nie płodozmian 😉

Tego dnia pracowaliśmy 10 godzin. Cały czas zbieraliśmy. Szczerze mówiąc moglibyśmy i zbierać dłużej, bo my w ciągu tych 10 h wciąż nawet nie zbliżyliśmy się do końca naszych pól. Po południu zaczęło padać i szef kazał wszystkim kończyć, cobyśmy się nie poprzeziębiali. Pomyśleliśmy, że luzik, jeśli tu nie pracuje się w deszczu, to fajnie.
To był jedyny ładny dzień w ciągu pierwszych dwóch tygodni. Później okazało się, że wiosna w „Dolinie Muminków” gustuje tylko w ekstremach na wzór huraganów, piaskowych tornad, burz, ulew, oberwań chmur i błotnych lawin. A, że powyższe klęski żywiołowe nie przeszkadzały szparagom rosnąć, dla Simona The Bossa nie stanowiły zwolnienia nas z pracy. Jak zresztą doczytaliśmy na danej nam do podpisania umowie- na naszej farmie pojęcie dnia wolnego dla „aparagus harvesterów” nie istniało.
Żeby jakkolwiek przybliżyć czytelnikom mój dramacik napiszę, że moim deszczowym maratonem było chodzenie w chlupiących butach przez 5 dni z rzędu(i ciuchach, które z racji ilości sztuk kilku zmieniały się rotacyjnie z ociekających na mokre, lub z mokrych na wilgotne). Po tym czasie wcale nie wyschły- zwolniłam się wcześniej z pracy i pojechałam do miasta kupić coś innego. Od tego czasu mogłam zmieniać buty totalnie mokre na mokre, co stanowiło diametralną różnicę i nieco hamowało procesy gnilne skarpet.

IMG_1486buty

Naszą nędzę dopełniało zakwaterowanie. O ile po pracy w lodowatym deszczu chłopaki z Vanuatu pędzili do swoich domków, salonów z wielkimi telewizorami lub zali bilardwej, my mieszaliśmy na campingu 20 km dalej, zlokalizowanym na brzegu rzeki wijącej się pomiędzy pionowymi urwiskami popielatych skał. Zapewniał on „zaciszne, niekrępujące i komfortowe miejsce wypoczynku w przystępnej cenie”. Komfort jest pojęciem względnym i chyba pierwszy raz w czasie tej podróży spotkałam się z sutuacją, gdy moje wymagania były wyższe niż proponowane mi warunki. Tu komfort zapewniała umywalka z zimną wodą, toalety nigdy nie niepokojone obecnością papieru toaletowego i kuchnia. Prysznic został skradziony- jak zapewnił nas właściciel. Kuchnię stanowił absolutnie nieszczelny, cieknący barak wyposażony w kran i lodówkę, ozdobiony małoestetycznymi plakatami o wodnych chwastach niszczących nowozelandzkie jeziora. Ciągnące się wzdłuż ścian blaty ze sklejki można było uznać za stoły. Na całym campingu nie było ani jednego krzesła. Nie podlegająca wątpliwości niekrępująca atmosfera tego miejsca manifestowała się głównie w całoweekendowych imprezach małolatów z okolicznych wsi, o których nie wiedzieli nawet właściciele tego przybydku. Co prawda były to typowe Kiwi-party (tzn zamierały przed 23, gdy ostatni walczący poddawali się, by zapaść w nierówny sen, z głową na zimnej poduszce muszli klozetowej) i poza hałdami cudzych śmieci rosnącymi wokół Kalinki nic nam nie przeszkadzało, ale nigdy nie odważyliśmy się zostawić tam naszego dobytku. Cenę tego luksusu lekko negocjowaliśmy.
– Hmmmmm, dla was… 20 NZD od osoby.- Uznał Patric.
-???? No chyba za tydzień?- żachnęłam się.
– Tak oczywiście, że za tydzień.
– To chyba OK.
– No to OK.
…- Powinniśmy się dłużej targować- mruknął Tomasz kilka minut później. I miał rację.

IMG_1482urocza „rzeczka” i nasz camping… częściowo zatopiony. Rekordem „wiosennych deszczy” było 600 mm w ciągu kilku porannych godzin; które my oczywiście spędziliśmy na polu . Mimo wszystko najbardziej uciążliwym skutkiem ubocznym ulew były lawiny schodzące ze wszystkich otaczających drogę dojazdową stoków i konieczność wyjeżdżania do pracy przed 5, żeby w razie czego mieć czas na odkopanie szosy 🙂

IMG_1480nie najszczęśliwiej wybudowany domek 😉

Problem prysznica rozwiązał Simon, pozwalając nam korzystać z łazienek w „wiosce Vanuatu”- ale tylko pod warunkiem, że Tomasz będzie „cały czas ze mną”, co Marchewka przyjął z radością, a ja z rozpaczą. Jako, że wg Simona wszelkie moje kontakty, rozmowy i uśmiechy, a także spacery i odwiedziny w obozie pacyficznych dzikich plemion obwarowane były ryzykiem gwałtu zbiorowego- wolałam się jednak do tych zasad stosować. Kto tam Vanatuańczyków zna? Osobiście o Vanuatu wiedziałam tylko, że to wyspy na Oceanie Spokojnym (co siłą rzeczy nie jest precyzyjnym okeśleniem położenia). Na co im tam wychowanie i religia pozwala?
Daliśmy sobie jednak z Simonowymi fobiami spokój już na drugi dzień. Moje pierwsze pojawienie się w łazience wywołało taki popłoch, wstyd i lawinę przeprosin, że każdą następną kąpiel anonsowałam wszystkim mijanym chłopakom, żeby nikt się znów nie przestraszył albo nie oślepł ze zgrozy. Z czasem trochę się oswoili, ale po 2 miesiącach pracy i tak wchodząc do łazienki mam ją całą dla siebie. Wszyscy wychodzą.
Nie wiem skąd Simon bierze swoje historie o ‚niebezpiecznym, dzikim kraju Vanuatu”

P1080444chłopaki zawijają w sreberka

To jednak nie poznawanie kultur i obalanie mitów było treścią naszego życia. Sensem, celem i treścią były- szparagi!

Drugiego dnia pracowaliśmy 11 godzin. I również nie udało nam się skończyć naszych dwóch pól. Pole szparagów, dla ludzi, którzy dotychczas warzywa te widzieli tylko w sklepach, wygląda jak podzielony na równe grządki ugór, na którym niemal nic nie rośnie. Gdyby owe grządki rozwinąć- wyjdzie nam z tego +/-11-12 km speceru. Gdyby się uważnie przyjrzeć zauważymy, że z suchej i zszarzałych patyków wyrastają zielonkawe pędy. I to się zbiera. Szparag- to pieniądz.

IMG_1473piękno szparagów… nie jest oczywiste 😛

Dla mnie, po kilku pierwszych godzinach pracy szparagi zaczęły dzielić się na te „do ścięcia” i „nie do ścięcia”. Tomasz, z wrodzonym sobie entuzjazmem, trwał w zachwycie nad każdym szparagiem przez czas absolutnie niewyobrażalny dla każdego, kto kiedyś to cholerstwo zbierał. To nie jest tak, że ja nagle oślepłam i straciłam całą wrażliwość i zdolność widzenia kolorów. Też podobały mi się jasnozielone szparagi rosnące szybko w słoneczne dni, i niebieskawe szparagi wybujałe ciepłą nocą. Wiedziałam w którym miejscu rosły ciemnoróżowe dziwaki, albo szparagi z białymi plamkami na fioletowych łuskach. Szparagi są ładne… tylko na boga! Nie w deszczu, nie w upale, nie przez minimum 6 godzin dziennie codziennie!!! Tymczasem dla Tomasza każdy szparag był małym cudem przyrody. „Oh, jaki nietypowy pokraka! Popatrz, szparagi syjamskie! Haha, szparago-widłak! Szarag tasiemiec!….’ Nie muszę dodawać, że był tym zachwycie totalnie odosobniony.

IMG_1474cały dzień ten sam widok. kurz, rżysko i cholerne pędy

Dodatkowo Marchewka postanowił pracować dokładnie, co w jego realiach znaczy-perfekcyjnie. I w czasie gdy ja, jak i Jędra i Sam z grządek obok przyjęliśmy zdroworozsądkową metodę ‚fuck it!” Tomek pochylał się nad każdym szparagiem, wyrywał chwasty, ścinał brzydale i pakował najcudowniejsze kratki na świecie.
Nie podlega dyskusji, że nasze rozbieżności światopoglądowe musiały stać się zarzewiem poważnych konfliktów.

P1080515nasz widok z sypialni 🙂 I kolejny fenomenalny zachód słońca 😉

Tymczasem moja ignorancja, niechlujstwo i olewactwo było jedynie desperacką walką o przetrwanie (i strategią powszechnie przyjętą jako jedyna słuszna niemal przez wszystkich pracowników). I okazało się, że nie takie zbieranie szparagów cudowne, jak się na początku wydawało. Po kilku dniach wszyscy zaczęli marudzić na ból kręgosłupa. Oprócz mnie- raz w życiu moje metr 60 w obcasach okazało się atutem. Za to miałam nogi, brzuch i biodra fioletowe od siniaków nabijanych przez mój koszyk. Pełny „koszyk” waży jakieś 6 kg, a nikt nie pomyślał o wykładaniu brzegów i kantów gąbką albo innym materiałem amortyzującym. Okazało się z resztą, że innowacje techniczne nie są nikomu potrzebne, bo tylko ja jestem księżniczką wyspecjalizowaną do wykrywania ziarenek grochu i inni takich problemów nie mieli. Ostatecznie, siniaki były niuansem kosmetycznym i tak ginącym pod 5 warstwami przemoczonych swetrów. Ja nie mogłam chodzić. Po dwóch dniach okazało się, że moje super-rozciągnięte jogo-mięśnie skróciły się do jakiś kalekich rozmiarów i pierwszy raz w życiu nie mogę się schylić do ziemi! Ba! W ogóle nie mogłam się schylić. Ani na dobrą sprawę kucnąć. O bieganiu nie wspominając. Ani nawet szybkim chodzeniu. Rozsznurowanie butów było na tyle skomplikowaną i bolesną procedurą, że poważnie rozważałam nie ściąganie ich na noc. To była totalna masakra.

P1080499i tak kilka godzin dziennie codziennie

Wbrew obiegowym opiniom lansowanym przez całą rodzinę szefa i wszystkich okolicznych Kiwi, którzy we wczesnej młodości przeżyli epizod zbierani szparagów- ta praca nie zapewnia dobrej kondycji. Ta praca jedynie rujnuje kręgosłup (i skórę dłoni). Zużywa. To nie jest zmęczenie takie jak po siłowni, albo długim szlaku- podszyte endorfinami i świadomością, że następnym razem będziemy silniejsi, a nasze uda smuklejsze. To jest orka, po której człowiek wraca zmęczony jak zwierze. I wie, że jutro będzie gorzej. I nie ma siły myśleć. Ani czytać. Ani spać. Ja wieczorami leżałam w zagraconej całym naszym mokrym i cuchnącym majdanem Kalince, i umierałam.

IMG_1503szparagi we mgle

W zasadzie nie wiem, jak przeżyłam pierwsze dwa tygodnie. Siłą idiotycznego uporu i desperacji, że nie chcę wracać do Polski, napędzanego przekonaniem, że mam jeszcze tylko miesiąc wizy, a potem wrócę do cudownej Australii. Przerażającą konkluzją, że jeśli się zwolnię, to znaczy, że nie nadaję się nawet na pracownika sezonowego… (a wtedy trzeba wrócić jako wet marnotrawny do Warszawy- prawdziwa klęska i upadek ;P).Trochę dzięki mieszaninie katolicko-katastroficznych przekonań, że życie to nie raj na ziemi i skoro w tym roku dane mi było bujać się po świecie i bawić 9 beztroskich miesięcy, to oto nadszedł czas piekła i pokuty. Odpracowania dobrej karmy. I wszystkich darów losu. Moja sprawiedliwość. I wyrównanie rachunków z absolutem. Nie będzie to wychowawcza wypowiedź, ale niebagatelną rolę w moim ocaleniu odegrała butelka rumu, kupiona jeszcze przed pierwszą wypłatą. Gdyby nie wieczorna Cola z rumem, kawa z rumem, herbata z rumem, a w porywach cytryna z rumem, owsianka z rumem i rum z rumem moje morale mogłyby osiąść na dnie oceanu rozpaczy.

IMG_1514świt na polu szparagów

Co najdziwniejsze, tak naprawdę to wcale nie zmęczenie wykańcza człowieka. Najgorsze są- własne myśli! (zwłaszcza jeśli odtwarzacz mp3 utopiliśmy uprzednio w piwie, i niczym nie możemy ich zagłuszyć). Pewnie już ktoś kiedyś prowadził podobne, sadystyczne eksperymenty, jestem jednak przekonana, że gdyby skazać grupę ludzi na wykonywanie absolutnie nudnej i bezsensownej pracy przez odpowiednio długi czas, można by część z nich doprowadzić do samobójczej śmierci lub szaleństwa. Na polu szparagów jest podobnie. Aktywność mózgu ograniczona jest do trzymania równowagi, oddychania, oraz rejestrowania roślin wybujałych ponad 23 cm. Miliardy neuronów wegetują bezrobotne. Karmione tlenem i glukozą. Spolaryzowane błony komórkowe czekają na sygnał. Błony presynaptyczne trzeszczące pod naporem neuroprzekaźników…. I mózg zaczyna generować… sny na jawie, prać brudy z podświadomości, wypuszczać wszystkie lęki na spacer… I tak ja, niegdyś lekarz weterynarii, niegdyś nie brzydka i tango tańcząca marnuję swój czas, zdrowie i resztki urody na kurzenie się na polu i zbieranie jakiś cholernych szparagów w czasie, gdy moi znajomi i przyjaciele robią karierę, zdobywają coraz lepszą pracę, kupują mieszkania, żenią lub wychodzą za mąż, płodzą dzieci i adoptują koty… a ja???? Wszystko przepadło! Wszystko zmarnowane! Samotna, stara panna, która teraz na dodatek spali sobie nos i dostanie zmarszczek od słońca i już kompletnie nikt mnie nigdy nie pokocha! Buuuhuhuhuhu!!! Teraz to już tylko bieda i nędza forever! Śmierć w przytułku dla bezdomnych! Całe życie bez cienia nadziei na pracę! Na dobry tusz do rzęs! I fajne buty…. Żadnej zawodowej satysfakcji…. I już nikt mnie nigdy nie pokocha, bo wszyscy fajni są już zajęci… buhuhuhuhuhu!!!! Przysięgam, odpowiednia ilość słońca, albo deszczu i szparagów, i takie myśli stają się absolutnie wiarygodne. Początkowo myślałam też, że to tylko mój urojony problem człowieka nienormalnego, ale gdy po kilku dniach Tomasz całkowicie poważnie zapytał mnie grobowym głosem „czy myślę, że człowiek na tym świecie w ogóle może być szczęśliwy?” wiedziałam, że nie. Sam i Jędra cierpieli podobnie. Jędra zrezygnował po 3 tygodniach.

P1080442a w okół tak obrzydliwie pięknie i niewinnie

Depresyjne i autodestrukcyjne myśli (hmmmm…. jeśli skręcę kostkę na tym kamieniu, to jutro nie będę musiała zbierać szparagów… może warto?) to nie jest jedyna pułapka czyhająca na bezbronny umysł śmiertelnie nudzącego się zbieracza. Z czasem, gdy już istota szara znży się snuciem czarnych wizji upadlającej przyszłości, do człowieka przychodzi muzyka. Czasami udaje się lekko nakierować „co nam w duszy gra” i wtedy bez iPhonów i mp3 zbieramy w strugach deszczu szparagi zasłuchani w „Rain when I die” Alice in Chaince. Czasami błądząc wśród kiedyś słyszanych dźwięków dokonujemy całkiem zaskakujących odkryć, bo jakim cudem pamiętam jeszcze całe słowa „Legendy ludowej” Kazika i skąd u mnie w głowie tyle piosenek Turnaua? Czasami jakiś refren zostnie z nami na dłużej… jednak nie, nie jesteśmy mistrzami Zen i buddyjskimi mnichami kontrolującymi swoje umysły. Nieeee, mój mózg jest organem autonomicznym. Wrednym. I złośliwym. Więc gdy mam już totalnie dość, i nienawidzę każdej sekundy spędzanej nad rządkami szparagów przychodzi do mnie kto???…. Beata Kozidrak!!!!!!
Albo Arka Noego! Albo pieśni sakralne! Najwyraźniej Bóg istnieje i postanowił mnie ukarać jeszcze przed sądem ostatecznym.

P1080456
W tym miejscu należy gorąco podziękować Tomaszowi, za deszczowe dni, kiedy pozwalał mi szybciej zejść z pola i grzać się w Kalince, gdy on dzielnie walczył z naszymi szparagami. Zaprawdę czasami bywa moim bohaterem 🙂
Po dwóch tygodniach poddałam się i oddałam swoje pole, a szef poniekąd zmusił nas do dwudniowego urlopu.
Po raz kolejny odwiedziliśmy Urząd Imigracyjny w Palmerston North składając kolejny wniosek o wizę i zawierając przy okazji bodaj najbardziej kuriozalny związek partnerski w kategorii tych ‚pasożytniczych i niereprodukcyjnych” tworów społecznych.
Nowozelandzki rząd tym razem przyznał nam prawo do spędzenia na wyspach kolejnych trzech pracowitych miesięcy.
Simon The Boss zaproponował, że moglibyśmy przeprowadzić się z naszego obleśnego campingu na brzeg pola szparagów, z sześciogwiazdkowym widokiem na rzekę w dolinie.

IMG_1495nasz widok z kuchnio-jadalni (czyli namiotu)

IMG_1509szparagowy kompleks wypoczynkowy; uważny obserwator wywnioskuje tu, że powodzi nam się nieziemsko, skoro pijamy nawet tak absurdalne twory jak Cola Zero

Przestało padać.
Zrobiło się ciepło.
Pracowaliśmy przy obsadzaniu nowych pól szparagów.
I przez kilka tygodni byliśmy tu naprawdę szczęśliwi! Zmęczeni, spaleni słońcem, wiecznie zakurzeni, ale bogaci i szczęśliwi!
A potem wróciliśmy do zbierania…. i wróciliśmy do szparagowego piekła.

P1080438

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s