Odc. kolejny, w którym znów chodzimy po wulkanach, a Tomasz zostaje nowozelandzkim Robin Hoodem i karmi głodnego Niemca

Nigdy nie udawaliśmy, że mamy na tą podróż plan, czy pomysł. Oboje cenimy sobie spontaniczność i lubimy dać się ponieść zrządzeniom losu. Zwykle okazują się dla nas korzystne, a zawsze ciekawe.Problem w tym, że nasza miłość do życia chwilą, albo strach przed planowaniem, ma zdecydowanie odmienne natężenie i gdy Tomasz, moim skromnym zdaniem, chwieje się na krawędzi skrajnej patologii ja pozostaję szalonym głosem rozsądku. Niemym głosem rozsądku, bo jakże nowoczesne i dojrzałe założenie „wspólnego konta w banku” w praktyce pozbawiło mnie dostępu do własnych środków finansowych. W końcu to Marchewka nosi w tym duecie spodnie, a ja jestem tylko marną kobietą, która przepuściłaby wszystko na szminki, szpilki i truskawki. Zanim więc zmusiłam Tomasza do zakupu biletu promowego na południową wyspę w rozsądnej (bynajmniej nie przystępnej) cenie były tylko przeprawy po 28 grudnia.Tym sposobem utknęliśmy na Północnej Wyspie, na której nie ma już nic, co chciałabym zobaczyć (poza ostatnią wypłatą, Adim i Jędrą).

IMG_1793

Absurdalnie drogie atrakcje w stylu jaskiń Waitomo wciąż utrzymujemy w sferze niedostępnych luskusów).
Zabijamy więc czas. W sytuacji, gdy najchętniej pozabijalibyśmy siebie nawzajem nie jest to proste zadanie. Zwłaszcza, że po 10 miesiącach wspólnej podróży i dwóch bardzo długich miesiącach na polu szparagów nasze preferencje nie mają ze sobą już nic wspólnego. I tak, ja z radością mogłabym mieszkać w nudnym Matamata, z bezcennymi atrakcjami w postaci kąpieli w wannie, stałego dostępu do internetu, wielkiego łóżka, truskawek w ogrodzie a nade wszystko- domowej fabryce kartek okolicznościowych; i nawet pomoc w prowadzeniu warsztatów plastycznych dla dzieci nie wydawała mi się wygórowaną ceną za ten chwilowy luksus.

IMG_1730-001

Tomasz chciał „coś robić”. „Coś” pozostawało niesprecyzowane i niewyartykułowane, ponieważ szparagowa orka załamała między nami  komunikację. Być może „coś” obejmowało polowania na piękne Maoryski albo podrywanie młodych Niemek. Bezwzględnie jednak „coś” nie mogło być realizowane w Matamata. Wyjechaliśmy więc. A po dwóch dniach błąkania się wśród gejzerów, gorących błot, rzek i jezior uznaliśmy, że tylko góry mogą nas uratować. Ostatecznie, jeśli człowiek nie wie, co ze sobą zrobić, chodzenie po górach w magiczny sposób ten problem rozwiązuje.

IMG_1796
Zanim jednak po raz kolejny weszliśmy na szlaki Tangariro National Park, najpierw wróciliśmy do starego, dobrego zwyczaju grzebania w śmieciach. William byłby z nas dumny.
Podjechaliśmy na supermarketowy parking ciemną nocą. Zaparkowaliśmy w pobliżu. Przemknęliśmy w cieniu. Cicho i szybko, jak bezdomne koty. Odsunęliśmy pierwszą klapę. Grzebnęłam na ślepo ręką, delikatnie, na wpadek , gdyby miała złapać coś wybitnie obrzydliwego i…. wyciągnęłam pęczek szparagów. Bóg jednak istnieje. Muszę zacząć doceniać jego poczucie humoru. W tym czasie Tomasz skonkludował, że „za cholerę nic nie widzi” i cicho i kocio wrócił do samochodu po latarkę. Nigdy, nigdy jeszcze nam się nie zdarzyło pamiętać o latarce. Nie wiem skąd w nas przekonanie, że nocą w kontenerze na śmieci będzie jasno. Marchewka wrócił, przechylił się przez krawędź śmietnika (ponieważ Tomasz to nie Smeagol, i nigdy nie włazi do cuchnących kontenerów), grzebnął i jęknął przeciągle z zachwytu. Po czym wskoczył do środka.
Wychodząc był innym człowiekiem. Dźwigał wór. Po dokładnej i wybrednej selekcji pozostało w nim- 6 kg boczku w miodzie, 24 kg szynki w postaci 4 świńskich wędzonych udźców (z chowu wolno wybiegowego, jeśli dobrostan prosiaczków kiedykolwiek miał dla Tomasza znaczenie), kilka pomniejszych wędlin, 2 kg jogurtu i kilka litrów śmietany; całość mięsa hermetycznie zapakowana, wciąż zimna i nieprzeterminowana. Marchewka był wstrząśnięty i zmieszany. Jak on to wszystko zje? Przecież jest ciepło. Musi się spieszyć.

IMG_1897
Sugestia, że część można z powrotem wrzucić do śmietnika spotkała się z mrożącym krew w żyłach milczeniem.
Wyładowaliśmy więc Klinkę padliną spożywczą i ruszyliśmy w noc. Tej nocy Tomasz przerodził się w Robin Hooda.
Problem, kogo tym dobrem obdarować los rozwiązał natychmiastowo. O świcie podjechaliśmy do wioski Whakapapa parkując przy wiacie z kranami i toaletami. Niewiarygodnie spragnieni, bo oczywiście znów nie udało nam się ogarnąć kwestii zapasu pitnej wody. Na podłodze, pod napisem „zakaz nocowania” spał w śpiworku niewysoki chłopak. Pomyśleliśmy, że super! podzielimy się z nim świńskimi nogami. Potem jednak oceniliśmy jego rozrzucone po całej wiacie superprofesjonalne ciuchy oklejone nazwami sponsorów,  monstrualny rower i zwątpiliśmy.

IMG_1812
Na szczęście dla wszystkich Marchewka nieustannie krążył po okolicy, i gdy zobaczył, że wymizerowany kolarz gotuje sobie chińską zupkę, zaprosił go na śniadanie.
I tak został dobrym chrześcijaninem, czy miłosiernym samarytaninem i nakarmił głodnego Niemca. Los bywa zabawny. A Tomasz pójdzie prosto do nieba i będzie się nudził całą wieczność 🙂
Podeszliśmy do sprawy uczciwie, i najpierw go ostrzegliśmy.
– Musisz najpierw wiedzieć, że to mięso wzięliśmy sprzed sklepu, a nie ze sklepu- oświadczył poważnie Marchewka.
– Jak to sprzed sklepu?
– Yyyyy, no że…. tak jakby… nie z wewnątrz…
– Ze śmietnika- ucięłam brutalnie.
– Ale jesteście pewni, że jedzenie tego jest bezpieczne?
– Tak, znaleźliśmy ją dziś w nocy, była hermetycznie zapakowana, data ważności jest ok, wygląda ok, jeszcze jest zimna. No chyba, że ogólnie przeszkadza Ci, skąd jest, to rozumiemy,
– Nie no, spoko. Tylko nie rozumiem, jak wy ją znaleźliście.
(Rzuciliśmy krótki wykład o dumpsterdivingu)
– I to działa?
– W wielu miejscach.
– Wiecie 😀 Zmieniliście moje życie!
Sven był tak chudy, jak Hannawald w czasach, gdy jeszcze oglądałam skoki narciarskie. I naprawdę głodny. Sam, odkąd wyjechał z kraju, żywi się niemal wyłącznie makaronem i zupkami w proszku, bo są lekkie i tanie, a na swoją rowerową przyczepkę niewiele może wrzucić.

IMG_1808Mt Dum już bez śniegu, nudna, bura i ponura

Podróżuje od 8 miesięcy. Ciągle na rowerze, choć w outbacku zdarzyło mu się kilka razy z rowerem autostopować (nawet kilka tys km). Widać w outbacku wszystko może się zdarzyć. I ciągle sam. Sven wychodzi z założenia, że łatwiej jest znieść samotność, niż wszystkie kompromisy jakich wymaga jazda z kimś o innym charakterze, kondycji, priorytetach, zainteresowaniach, ramach czasowych i strategiach finansowych. Poza tym, jeżdżąc samemu jest się bardziej otwartym na otoczenie (to akurat święta prawda). Sven niespecjalnie więc darzy sympatią tłumy niemieckich czy fransuckich turystów przemierzających zgrajami Oceanię i rozmawiających jedynie w ojczystym języku. Miał bardzo zdecydowane i bezkompromisowe poglądy. Przynajmniej był wyrazisty. I interesujący.

IMG_1801

Trafiliśmy też na Svena w momencie, kiedy los ewidentnie przestał mu sprzyjać; albo dotychczasowa dobra karma postanowiła zunifikować się z makaronową monodietą. W ciągu kilku dni zepsuł mu się hamulec w tylnym kole, amortyzator w przednim, pękła rama przyczepky, jak i kask, oraz zepsuło czerwone światełko. Czym przy takiej kolarskiej apokalipsie jest mój popękany monitor w notebooku? A przy tym Sven widać osiągnął już podróżnicze „oświecenie”  i żadna katastrofa nie mogła go wybić z równowagi.

Naprawdę, mam wrażenie, że samotni, długodystansowi podróżnicy wędrują z ogromnym spokojem. Chyba każda niskobudżetowa podróż brutalnie udowadnia człowiekowi, jak niewiele może zaplanować, przewidzieć i zorganizować, jak jest zależny od pogody, przyrody, innych ludzi i wytrzymałości własnego ciała. Jak ważne są tak prozaiczne rzeczy jak dobre buty czy plecak. I jak mocno trzeba o nie dbać, w momencie, gdy wymiana na inny model zabierze nam masę czasu czy pieniędzy. I że trzeba sobie poradzić, gdy coś się posypie. I denerwowanie się z tej okazji nie ma absolutnie najmniejszego sensu. Trzeba sobie radzić. I iść dalej.I trzymać swój spokój i równowagę, bo tak naprawdę tylko to mamy. Bo przecież, nawet jeśli spotykamy po drodze ciekawych ludzi, zawsze jesteśmy sami. I samotni.

Ciągle nie mogę się tego nauczyć.

IMG_1836

Tego dnia, chyba pierwszy raz od wyjazdu, jedliśmy „śniadanie” ponad 3 godziny. W tym chłopcy praktycznie non stop pochłaniali szynkę. Powinniśmy uznać to za święta, bo do Wigilii już chyba tyle żarcia nie znajdziemy 🙂 A potem poszliśmy w góry. Lower Tama Lake, ani tym bardziej Upper Tama Lake do najpiękniejszych nie należą, ale nie były złe. Poza tym, chodzenie po górach jest wartością  samą w sobie 🙂

IMG_1821Lower Tama Lake

IMG_1832

IMG_1823

IMG_1831Upper Tama Lake

IMG_1847

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s