Brunetki, blondynki…. i Abel Tasman National Park

Nocą 29 grudnia 2013 roku ostatecznie udało nam się porzucić Północną Wyspę i, na pokładzie skandalicznie drogiego, ale z perspektywy naszych dotychczasowych, głównie azjatyckich doświadczeń, całkiem luksusowego promy, popłynąć w kierunku nowego, lepszego etapu podróży! W którym to w końcu mieliśmy zostać porażeni, olśnieni i zachwyceni pięknem nowozelandzkiej ziemi, chodzić dnie i noce po półdzikich górskich szlakach, a nade wszystko- spotkać nowych towarzyszy wyprawy! Towarzyszki, uściślając.

IMG_2329ostatnie spojrzenie na Północną Wyspę… i cieśninę Cooka w ogóle, bo chwilę później zamknięto pokład widokowy

Nauczeni dotychczasowym doświadczeniem w temacie szukania kolegów do podróży przez Gumtree, ogłoszenie wrzuciliśmy z zaskakującym nawet nas wyprzedzeniem. Ja bez większych złudzeń na spotkanie kolejnego Smeagola Wspaniałego, jedynie z wątłą nadzieją, żeby tym razem odpisujący nam ludzie nie pytali mnie, czy potrzebują śpiwora, żeby spać w górach pod namiotem, albo żeby pierwszej nocy nikogo nie zaskoczyło, że ziemia z natury rzeczy jest twarda. Tomek zaś rozpoczął całodobowe marzenia o niemieckich (niezłomnie, tylko dlaczego?) francuskich lub maoryskich pięknościach, które drzwiami i oknami będą pchać się do Kalinki. Jako że ja pozostaje jedynie człowiekiem głęboko wątpiącym, bez szans na wsparcie żadnych pomniejszych bogów, a Tomasz do perfekcji opanował new age’ową technikę „manifestacji” własnych pragnień- casting wygrały dwie autorki jedynej sensownej korespondencji, czyli Julie (czyt. Żuli) i Bea.

IMG_2327
Żuli napisała, że ma 19 lat i właśnie rozpoczęła swoją samotną podróż po Oceanii. Oczywiście według Tomasza, nieuchronnie zbliżającego się do kryzysu wieku średniego 19 lat to wystarczająca kompetencja, żeby wpuścić kogoś na pokład i dziewczyna mogła sobie odpuścić dodatkową charakterystykę w postaci zapewnień, że lubi czytanie, pisanie, chodzenie po górach, jazdę na rowerze, taniec i  jogę. Kropkę nad „i” postawiła wiadomość z poczty głosowej, na podstawie której co prawda Marchewka nie ustalił gdzie i jak mamy się spotkać, ale odkrył, że Żuli mówi głosem pięknym i namiętnym. Nie pozostwało mi nic, jak dodać tylko, że z pewnością jest długowłosą, długonogą, czarnooką brunetką. Jakaż była moja radość, gdy o północy w Pickton spotkaliśmy się z czekającą na nas Żuli, która okazała się… długonogą, długwłosą, ciemnooką brunetką. To był doskonały początek znajomości.

IMG_2330Marlborough Sound i nasz pierwszy poranek na Wyspie Południowej. Norwesko… aż miło 🙂

Bea w żadnym liście nie wspomniała o cudzie swojej nastoletności, podbiła jednak serce Tomasza oświadczeniem, że od roku podróżuje samotnie po Australii, ma swój namiot, kuchenkę, śpiwór, karimatę, 2 plecaki, jedzenie, super-doświadczenie, chce chodzić po górach, pływać kajakami, eksplorować wildlife (tu warto zauważyć, że dotychczas oboje na „eksplorować” reagowaliśmy alergicznie), a nade wszystko jest iiiiiiizi na wszystko. Bea okazała się chudą niebieskooką blondynką.

IMG_2336jeszcze jeden plecak i w Kalince zabraknie miejsca na tlen

Marchewka promieniał. Żuli raz na jakiś czas wtrącała coś swoim namiętnym głosem z przeuroczym francuskim akcentem, Bea kipiała optymizmem(!) i radością(!) i cieszyła się (!) słońcem (!!!) i piękną przyrodą (!), i słońcem (!!!) i wakacjami (!) i nami (!!!). Wszystko z tym dziarskim(!), energetycznym (!!!!), zaraźliwym (hmmmm) OPTYMIZMEM (!!!) człowieka, który „kocha innych ludzi gajs” (!!!), a bez wątpienia wskazuje na pracę z małymi dziećmi, do których ewidentnie nie ma szacunku. I, jak się okazało, Bea pracuje, albo pracowała, w australijskiej szkole outdoorowej, z „dziećmi” w wieku lat 14. Co jest cudowne (!!!).

IMG_2334

Przez 15 minut Tomasz rozważał, czy przypadkiem bóg (albo new agowa manifestacja) nie zesłała mu apostoła nowego powołania. Praca w szkole outdoorowej. Całe dnie na dworzu. Szkolenia z zakresu wspinaczki po skałach, chodzenia na przelaj po lesie, używania sprzętu turystycznego i praca niemal non stop na dworzu, w małej, zgranej i cudownej(!) outdoor comunity. To było to!
Po 15 minutach okazało się, że jedynym znanymi sposobami Beacie sposobami rozpalania ognia są zapałki, lub zapalniczka, co dla Tomasza było informacją miażdżacą, i nawet jej wieczorny, pełen zachwytu pisk na widok iskier z krzesiwa magnezowego nie był w stanie pomóc. Nawet my wiemy, jakiego drewna szukać, i co nim pocierać, żeby rozpalić ogień w południowoaustralijskim buszu. Poza tym w czasie gdy ja powoli odpływałam w kierunku spokojnego kwiatu lotosu, unoszącego się niewzruszonych wodach jeziora zen, Marchewka jednak nie mógł poradzić sobie z „o wooooooow! znalazłaś zielonego chrzaszcza! oh woooow! słońce świeci! oh woooow gajs!”. Nie. Widać jednak Bea nie na darmo kończyła resocjalizację (albo socjalizację, albo coś innego związanego z opieką społeczną i miłością do ludzi, gajs (!)), i przechodziła outdoorowe szkolenia o socjotechnikach, szybko wychwyciła, że nie jesteśmy aż tak „o wooow!” jak 14letnie „dzieci”, i teraz komunikuje się z nami leniwym szeptami i seksownymi mruczeniami. Nie wiem, co było gorsze.Mogę jedynie dodać, że po obywatelce Niemiec, uwielbiającej (!) eksplorować (!) wildlife (!) spodziewałabym się umiejętności rozpoznawania zięby i kosa… nawet w Nowej Zelandii.

P1090133szczudłak, na dobry początek szlaku w Abel Tasman National Park

Po 15 minutach porannej rozmowy z Żuli wiedzieliśmy zaś, że w ciągu swoich pierwszych 5 dni w Nowej Zelandii wydała więcej kasy niż my przez ostatnie 3 miesiące, próbując przy okazji niemal wszystkich atrakcji, którymi my wyniośle gardzimy (bujanie się na linach w parkach rozrywki), oficjalnie gardzimy, a skrycie szkoda nam kasy (Hobbit), nie ruszają nas „aż tak bardzo”, a skrycie nas nie stać (skakanie na bungee), chcielibyśmy, ale jest naprawdę drogie (obserwowanie wielorybów i delfinów z pokładu statku). Po powrocie do domu Żuli ma zamiar studiować geografię, bo to ją interesuje, a potem pracować tam gdzie będzie chciała, robiąc to co chce. Poza tym, wyjechała w podróż na koniec świata sama, bo chce być wolna i robić to co chce. Aż przypomniało mi się, jak wspaniale jest miec 19 lat i ciągle wierzyć, że życie polega na robieniu tego, co się chce. Potem pomyślałam sobie, że może w Szwajcarii jest to możliwe w każdej kategorii wiekowej. A na koniec uświadomiłam sobie, że od roku praktycznie non stop robię tylko to, na co mam ochotę (pomijając zbieranie szparagów) więc może dziewczyna faktycznie ma racje.

P1090226pisklak przepióra (serio) kalifornijskiego, nie wiem jak przepióry mają się w Kaliforni, ale w Nowej Zelandii jest ich pełno

Żuli praktycznie wszędzie taszczy swoją wielką torbę na aparat i fotografuje wszystko co stanie jej na drodze. Wieczorami zaś, przy świetle latarki, lewą ręką i pod absurdalnym kątem, skrobie w swoim przepięknym i ogromnym dzienniczku pamiętniczku, okazjonalnie zalewając go winem. Pisze dzienniczki pamiętniczki na każdym wyjeździe. Codziennie. Nigdy nie dłużej, niż 3 tygodnie 🙂 (mój rekord to chyba 5 tygodni, ale nigdy nie udawało mi się pisać codziennie :P)
Poza tym, nie trzeba było jej tłumaczyć, dlaczego Legolas Bloom jest postacią komiczną.

A oprócz tego Żuli jest również tropicielką Śródziemia na nowozelandzkiej ziemi.
– Jeeeej, patrzcie jaki ten tunel ciemny. Możemy sobie wyobrazić, że w jego cieniach kryją się hordy orków i goblinów….
– ????????
– ….. a potem możemy sobie wyobrazić, że ratuje nas Aragorn!!!! 😀

P1090263dorosły przepiór kalifornijski. Pan przepiór, żeby nie było wątpliwości.

Pierwszy wspólny dzień spędziliśmy błądzac gdzieś po wybrzeżach Malbouroug Sound, i tylko szkaradne skrzynki na listy wskazują, że nie jesteśmy w Norwegii. Woda ma ten sam przepiękny kolor co fjordy, wyspy i półwyspy wcinają się w morze, szlaki wiją się nad stromą i malowniczą linią brzegową. Dziewczyny zdarzyły już zaliczyć „must see” z Lonely Planet w postaci Queen Charlotte Track, na którym w sezonie nocleg kosztuje od 30 NZD (w 6osobowym pokoju), a z całego szlaku najbardziej zapamiętały tłumy pieszych i rowerzystów. Campingi pewnie byłyby tańsze, ale trzeba je z odpowiednim wyprzedzeniem zarezerwować (czego oczywiście nie zrobiliśmy), a że my i tak nie przepadamy za spacerami w tłumach uznaliśmy, że lepiej zobaczyć Marlorough Sound w naszym stylu, czyli bocznymi ścieżkami. Tym sposobem dowiedzieliśmy się, że na północy Wyspy Południowej najpopularniejszymi „lasami” również są plantacje, tym świerków.

Poza tym padało.

IMG_2337

Drugiego dnia pojechaliśmy do Abel Tasman National Park, czyli kolejnej gwiazdki Lonely Planet. Abel Tasman to na nowozelandzkie warunki niewielki i bardzo łatwo dostępny park narodowy, chroniący najsłynniejsze na wyspach złote plaże nad lazurową wodą, oraz nadmorskie lasy. Przed czym je chroni- ciężko powiedzieć Na pewno nie przed nadmierną ingerencją człowieka i ruchem turystycznym. Ruch na wodach parku narodowego jest niewiarygodny. Silniki łodzi i motorówek ryczą non stop. Zatoki przecinają kajaki, jachty,łódki, pontony, promy i wszelkiej maści taksówki. Zamontowanie świateł ruchu drogowego w newralgicznych cieśninach jest kwestią czasu. Nigdy, nigdy nie byłam w tak głośnym parku narodowym. Trzeba jednak przyznać, że chyba na potrzeby amatorów fotografii- wszystkie turystyczne kajaki są żółte i przepięknie kontrastują z obłędnym błękitem wody.

IMG_2384

P1090218-001Park Narodowy, nie przystań

W Biblii turystów (albowiem Bea jest szczęśliwą posiadaczką, a odkąd nieomal przeoczyliśmy Cape Palliser przewodniki wróciły u nas do łask) dowiedzieliśmy się, że najciekawszy odcinek Great Costal Track znajduje się między Anchorage. a Bark Bay, i jeśli to się zobaczy, można odpuścić sobie resztę. To była pozytywna informacja, bo i w tym parku trzeba było za wczasu zarezerwować i płacić za chatki albo miejsca na campingu, a my standardowo tego nie zrobiliśmy, więc lepiej było zwiedzić go szybko i skutecznie 🙂

P1090150

IMG_2364oprócz miejsc wypoczynkowych dla turystów Abel Tasman NP chroni też tropikalny las deszczowy

Początek szlaku od Anchorage dzieliło 12,5 km, według czasówek na znakach 4 godziny marszu, do Bark Bay pozostawało kolejne 12,5 km i tym razem 3 h szlaku, w drodze powrotnej 3,5 bo bardziej pod górkę. Popatrzyliśmy, policzyliśmy, uwzględniliśmy „stały współczynnik czasu dla wielorybów”, którzy stanowią istotny procent tutejszych turystów i wyszło nam, że jeśli wyjdziemy o 9, to spoko damy radę (Tomek), albo, że może się uda (Bunik). W tym samym czasie, wśród seksownych westchnień i pomruków Bea wyartykuowała, że 8 godzin chodzenia to będzie „massive” dystans i musimy poważnie rozważyć, czy go pokonamy.

IMG_2368w wąskich, cienistych i wilgotnych dolinach rosną lasy deszczowe, z podszytem z paproci drzewiastych

IMG_2392na terenach suchych dominuje las głównie zlożony z manuki. Manuka jest dość rachitycznym drzewkiem, stanowi jednak ważną roślinę dla tutejszych pszczół, a jej kwiaty pachną jak stary ul, albo pszczeli wosk.

Nie było to uprzejme i koleżeńskie, ale porzuciłam dziewczyny na samym początku szlaku. Raz jestem w Nowej Zelandii i zgodnie z prognozami pogody miałam tylko jeden dzień na zobaczenie najsłynniejszego wybrzeża wysp, bo później tylko deszcz, grad, zimno i burze(sprawdziło się). Ostatecznie, ja też chcę robić w życiu to, na co mam ochotę. Poza tym, po niemal miesiącu koczowania wokół Taihape w ramach oczekiwania na przesyłkę z kraju (zaginioną wspólnymi siłami poczty polskiej i nowozelandzkiej) naprawędę czułam się jak zwierze wypuszczone z klatki. „Chodzenie” potrafi być wartościa samą w sobie. Chodzi o ruch, rytm, sprawność, dystans. Jak w bieganiu. Tylko trzeba więcej przejść, żeby to poczuć. A jeśli idzie się najpiękniejszym z wybrzeży- tym lepiej.

IMG_2403

Plaże faktycznie są złote. A przynajmniej żółto-pomarańczowe, bo nikt tu żadnych samorodków złota, albo chociaż opiłków pirytu nie rozrzuca. Nie jest to jednak piasek. Raczej drobny żwir. Jak kasza.

IMG_2402

Zdecydowanie najlepszą częścią dnia było przejście przez Torrent Bay. Szlaki są dwa, do wyboru- na czas przypływu i odpływu. My oczywiście na pływach, cyklach księżyca, morzach i oceanach znamy się tyle co nic, stanęliśmy więc nad zatoką, będącą jednocześnie ujściem rzeki, zamoczyliśmy nogi w wodzie, uznaliśmy, że ani nie za zimna, ani nie za głęboka, i poszliśmy przed siebie. Po to, by po kilkuset metrach utknąć w wodzie do pasa i wciąż opadającym dnie. Pływanie z laptopem w plecaku odpadało.

P1090152-001szlak i ja

Oczywiście nie byliśmy w swojej głupocie i ignorancji odosobnieni 🙂

P1090159-001

Tak więc zmoczyliśmy sobie gacie i „była przygoda’. Może nie najwyższych lotów, ale jednak.

Mniej więcej w momencie, gdy kończyliśmy przeprawę przez wody zatoki zaczął się odpływ. A kilka godzin później Torrent Bay wyglądała tak:

IMG_2413

IMG_2447

IMG_2452

A chwilę później znaleźliśmy się w… letniskowej wiosce, albo raczej kurorcie. Z ulicami, domami, ogródkami, grillami, i tablicami dla turystów, że są na terenie prywatnym i nie powinni schodzić ze szlaku (!?). Taki Park Narodowy. Po krzakach i plażach srały i biegały pieski szczęśliwych właścicieli okolicznych willi, oczywiście żaden ze zwierzaków nie miał kagańca.

IMG_2415

IMG_2420

Pomiędzy Torrent Bay, a Bark Bay, tuż przy zatoce o raczej złowróżbnej i niezachęcającej nazwie Sandfly Bar znajduje się, moim zdaniem, najpiękniejsze miejsce szlaku! (a tym samym dla mnie najpiękniejsze miejsce w całym Abel Tasman). Płynie tam rzeka herbaciana rzeka! Po kilku miesiącach podróży po Azji rzeki o dziwnych i zdecydowanie nie mających nic wspólnego z niebieskim kolorach przestają być atrakcją, ta jednak jest czysta, piękna i przejrzysta. Jak mocna herbata. A przechodzi się nad nią po malowniczym wiszącym moście.

IMG_2426

(zdjęć jest więcej, ale szybkość internetu w Westportowej bibliotece jest torturą)

Później już tylko piękne lasy, piękne plaże, a z biegiem czasu coraz mniej turystów na szlaku i motorówek na morzu.

IMG_2440

W Abel Tasman byliśmy 31 grudnia. Mieliśmy nawet plan zrobić sobie Sylwestrową imprezę na darmowym campingu pod lasem (zwłaszcza Tomasz miał taką nadzieję, procentowy skład załogi Kalinki gwarantuje atrakcyjność imprez). Ostatecznie był to pierwszy Sylwester chyba od czasów przedszkola, który przespaliśmy. Wszyscy.

Obudziliśmy się w 2014, i jak widać jest to w Nowej Zelandii ok Niekończącego się Deszczu.

IMG_2454

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s