Dlaczego uwielbiam Australię

Uwielbiam Australię. Oz i Gruzja to moje największe podróżnicze miłości (ciężko o bardziej kontrastowe zestawienie, ale tak wyszło).

61135_160187214007095_8321036_nto jest zdjęcie, które niewiele mówi o pięknie Gruzji (trzeba by w tym celu stworzyć poważny album) za to dużo o kraju i ludziach, jako takich. Poza tym, byłam wtedy piękna i młoda… a przynajmniej młoda😀

Nie napiszę, że lecą do Melbourne czuliśmy się tak, jakbyśmy wracali do domu, bo niestety jakiekolwiek szanse na zostanie obywatelem Australi są dla mnie tak samo dalekie, jak szczęśliwe małżeństwo z przystojnym surferem. Szczerze mówiąc nie czuliśmy się wcale. W Christchurch mieszkaliśmy u Pawła i Łukasza, a spotkanie Polaków na końcu świata ma swoją cenę. Nawet jeśli są ze Śląska i nie lubią Warszawy. Po kilku zarwanych nocach, zjawiskowym spływie rzeką na materacu do spania i pożegnalnej imprezie stać nas było jedynie na dogorywanie w samolocie.

P1100697

Obejrzeliśmy więc najlepszy film instruktarzowy, pokazujący jak się zachować w razie podniebnej awarii jaki w życiu widziałam (tak! chwalę Nową Zealandię😀 też mnie to dziwi), popatrzyliśmy na ośnieżone szczyty gór z lotu ptaka, a potem już tylko spaliśmy, w najdziwniejszych, ale niezmiennie niewygodnych konfiguracjach. Przespaliśmy nawet kawę, którą mieliśmy w cenie biletu, a przegapianie „damowej” kawy nigdy nam się nie zdarza.

P1100707
Cieszyliśmy się jednak strasznie. Australia ma tą cudowną właściwość, że przylatując tu, ma się pewność, że wszystko będzie dobrze i wszystko się uda, bo zwyczajnie nie może być inaczej. W końcu życie jest piękne. Nie wiem skąd taki nienaturalny optymizm, może z nadmiaru słońca i upałów (choć tutejsze słońce odpowiada również za najwyższą na świecie zachorowalność na raka skóry).

IMG_8701
Wylądowaliśmy. Przejrzeli nam paszporty, wbili kolejne pieczątki, biosecurity zapytało, czy namiot i całą resztę sprzętu mamy tak czystą jak buty, odpowiedzieliśmy, że tak, i pierwszy raz odkąd jesteśmy na antypdach nie sprawdzali nam bagażu.
Plan zakładał, że przylatujemy do Melbourne, jedziemy zostawić graty u couchsurfingowego gospodarza i zaczynamy szukanie samochodu. Z couchsurfingiem mamy tu co prawda średnie doświadczenia- zwykle kogoś się uda znaleźć, i zawsze jest fajnie, ale szuka się dosyć ciężko. Tym razem, na jakąś setkę listów odpowiedział tylko Phoenix. Oczywiście gdy w Christchurch mieliśmy stały dostęp do neta nie spisaliśmy jego adresu, bo to byłoby zbyt proste. Na lotnisku w Melbourne z jakiś tajemniczych powodów nie mogliśmy się połączyć z siecią. Wiedzieliśmy jednak, że mamy jechać do Warburton. Warburton brzmi trochę jak Tim Burton, co uznaliśmy za dobry znak. Myśleliśmy, że to jakaś dzielnica Melbourne, ale gdy w końcu raczyliśmy sprawdzić na mapie, okazało się, że to mała wiocha w buszu, jakieś 70 km od centrum miasta, a 100km od lotniska. Rzekłabym, trochę nie w Melbourne. Nie mieliśmy jednak gdzie spać w mieście, a Tomasz uważa niepłacenie za noclegi za główne i jedyne przykazanie tej wyprawy, więc pojechaliśmy.

IMG_8256to oczywiście nie są przedmieścia Melbourne, tylko zdjęcie archiwalne

Wyszliśmy z przyjemnie klimatyzowanego lotniska i weszliśmy do piekarnika. Termometry wskazywało 38 stopni.
Powlekliśmy się do drogi wjazdowej na autostradę i wyciągnęliśmy kciuki. Tak naprawdę nie było źle. Można nawet zaryzykować, że było przyjemnie. Cieplutko! Tak sucho, że człowiek w ogóle się nie poci. Jedynie uczucie, że wysychają nam gałki oczne jest nieco niekomfortowe. Poza tym jednak było całkiem fajnie! Myślę, że jestem reinkarnacją wyjątkowo dobrej jaszczurki.
Rzuciliśmy plecaki na ziemię, bo 25 i 30 kg na nieprzyzwyczajonych plecach to ciężar niszczący (tak! Tomek postanowił, że musimy zabrać z Nowe Zelandii flaszkę koncentratu do mycia szyb, radio samochodowe, stare buty z którymi nie może się rozstać i pół kilo proszku do prania. MUSIMY kupić samochód). Czekaliśmy jakieś 15 minut i złapaliśmy australijskich Japończyków! Przejechaliśmy z nimi pół drogi do Warburton a przy okazji dostaliśmy niezły wykład, jak kupować samochód w Wiktorii.
Następnego stopa również złapaliśmy zaskakująco sprawnie. I dobrze, bo zaczynałam umierać.A przynajmniej zapadać w śpiączkę. Tak dramatycznie chciało mi się spać i pić, że zasypiałam na stojąco. Fakt, że ostatnią rzeczą jaką piłam była wódka jakieś 10 godzin temu, nie pomagał. Wódka nie była w ilościach kacodajnych, raczej symbolicznych, ale widać gryzła się z 38-stopniowym upałem.

P1040106
Wysiesliśmy w Liladale i pomaszreowaliśmy prosto do supermarketu. Wody!!! Tomek poszedł kupić coś kupić, ja półleżałam w strategicznym miejscu przy wielkiej lodówce z lodami, w poważnej misji pilnowania plecaków i usiłowałam termoregulować. Umierałam. Naprawdę miałam watę, zamiast mózgu.
– Hej, źle się czujesz? Przegrzałaś się?- zapytała kasjerka z działu monopolowego.
– Nie wiem, być może.
– Chodź! Popatrzymy na wasze plecaki, nikt ci ich nie ukradnie, a ty sobie tu odpocznij.
I zaprowadziła mnie do wielkiej alkoholowej chłodni!(W Australii alkohol to podstawa i zwykłe lodówki na zimne piwo nie wystarzą. Tu sklepy mają alko-chłodnie)
– Tylko się nie spiesz. Usiądź sobie- podsunęła mi kratę piwa- i siedź, aż poczujesz się lepiej.
(….)
Siedziałam i wraz z zimnem wracało do mnie życie. Powoli i nieśmiało.
– Hej! – chwilę później zagadał szczęśliwy konsument po 50- Nie zapytam co tu robisz, bo wiem! Jesteś pewnie najsprytniejszym człowiekiem w Liladale!
Gdy stanie i chodzenie znów stało się dostępną dla mnie aktywnością odkryłam, że Australia to nie Nowa Zelandia i tu za 15 dolców można sobie kupić 5 litrów wina, a nie tylko 3 jak na wyspach😀 Musimy kupić samochód.

P1040237
Wychodząc trafiliśmy na wybitnie malowniczy, belgijsko- niemiecki duet. Chłopaki chcieli nas koniecznie podwieźć, a że jechali w przeciwnym kierunku, usiłowali nas przekonać, że i tak będzie nam z nimi fajnie🙂
Kolejny stop, z żoną samochodowego mechanika, który jeszcze o tym nie wie, ale może nam sprawdzić samochód, który wybierzemy🙂
Wyladowaliśmy w Warburton-Timburton… a tam pustki! Połowa kawiarni i większość sklepów pozamykana. Fakt, że niedziela, ale wszystcy mówią, że to przez upały i pożary. W okolicy płonie busz, zamknięto już kilka okolicznych dróg i część miasta się ewakuowała. Powlekliśmy się szukać kawiarni z internetem. Nie było lekko. Plecaki trzeszczały, kręgosłupy trzeszczały, moja śpiączka wracała.
– Nie, nie mamy WiFi, a czyj adres chcieliście sprawdzić? Może znam, to małe miasto.
– Phoenixa, nie znam nazwiska, ale pracuje w kawiarni, i dziwnie się ubiera.
– Tak! Kojarzę go i dziwnie się ubiera, ale nie wiem gdzie mieszka. Ally!!!! Chodź tu! Ally, Ty znasz mamę Phoenixa? Wiesz gdzie oni mieszkają?
– Znam z widzenia jego mamę, ale nie pamiętam adresu, niestety. Tom! Tom, kojarzysz Phoenixa, wiesz gdzie on mieszka?
– Kojarzę, dziwnie się ubiera, ale nie wiem gdzie oni mieszka.
(….)
– Naprawdę strasznie nam przykro, ale nie wiemy, gdzie oni mieszkają. Tam pod górkę, jeśli jest otwarta, jest kawiarnia z internetem.
***
– Hej, mamy mega wielką prośbę, możemy nachwilę skorzystać z internetu? Musimy tylko sprawdzić mejla od znajomego?
– Jasne, nie ma sprawy. Tu macie hasło! Usiądźcie sobie pod klimą, żeby było chłodniej.

P1040082
Usiedliśmy. Przeczytaliśmy. Listów było 4. W pierwszym adres i numer telefonu. W drugim wiadomość, że w okół płoną góry i lasy i jego rodzice postanowili się ewakuować. W kolejnych dwóch przeprosiny.
Popatrzyliśmy na siebie poważnie. Kolokwialnie rzecz ujmując byliśmy w dupie. Pierwszy raz w życiu, w płonącej dupie.
Skoro już mieliśmy numer zadzwoniliśmy do Phoenixa zapytać, kiedy wraca. Phoenix między niekończącymi się przeprosinami stwierdził, że jak pożar wygaśnie. Pożary w Australi zwykle nie są jednodniowe. Są za to dosyć nieprzewidywalne.
Nie było dobrze. I okropnie chciało nam się spać. Zdroworozsądkowo uznaliśmy więc, że rozwiąrzemy ten problem, który możemy- czyli prześpimy się. Powlekliśmy się nad rzekę, przytuliliśmy do plecaków i odpłynęliśmy.

P1040520
Obudziliśmy się o 16, tragicznie głodni. Pierwszy i jedyny sklep w „centrum” Warburton zaopatrzony był specyficznie i z naszego punktu widzenia niepraktycznie.
– Cześć! Jak leci? Czego szukacie?- uśmiechnął się sprzedawca.
– Yyyyy… ryżu, sosu pomidorowego…
– Hmmm, z takich rzeczy mam makaron. Ale 700 metrów dalej jest supermarket i tam wszystko znajdziecie i będzie dużo taniej. Nie kupujcie u mnie, ja mam bardzo wysokie ceny.
– ????? Dziękuję… to bardzo… nietypowe, reklamować konkurencję.
– Oh wiecie! Też kiedyś jeździłem z plecakiem, wiem jak to jest! Powodzenia!
Poszliśmy. Kupiliśmy ryż, puszkę fasolki i gruszkę. Po czym uznaliśmy, że już nie jesteśmy głodni, za to trzeba obejrzeć oferty samochodowe i jakoś zacząć szukać zastępcy Kalinki.
Szukanie WiFi późnym popołudniem, w niedzielę, w malutkim miasteczku na wpół wyludnionym z powodu zagrożenia pożarem jest aktywnością raczej beznadziejną. Udało nam się jedynie 3 razy powiedzieć „oh miłego popołudnia” baristom zamykającym interes. Spotkaliśmy za to kilku miłych ludzi, którzy byli zachwyceni, że oto Polacy przybyli do Warburton! A na koniec trafiliśmy na zlot czarownic!

IMG_9064-001
– Oh! Dobry wieczór, jak się macie guys! A skąd jesteście i co was tu sprowadza??? Co robicie i jak skąd przyjechaliście?- powiedziały czarownice. Wszystkie wystrojone. Wszystkie po 60.
– Oh… dobry wieczór. Przylecieliśmy z Polski, a w zasadzie z Nowej Zelandii, znaczy przyautostopowaliśmy z Melbourne… i szukamu WiFi.
– Oh… ah… wiecie guys, kto by tu miał internet w niedzielne popołudnie. A po co wam ten internet? Będzie ciężko… może jutro… Mój syn na pewno ma internet, bo ja nie używam… ja mam w komórce jeśli to coś pilnego.. Ja to nie lubię używać techniki, gubię się w tym- powiedziały czarownice.
– Nie, to nic pilnego. Chcemy kupić samochód i musimy przejrzeć ogłoszenia. Poza tym mieliśmy tu nocować u kolegi, ale on wyjechał z powodu pożarów i chcemy zobaczyć w którym kierunku powinniśmy teraz jechać.
– Oh… ah.. to nie macie gdzie spać? Nie, nie martwcie się tak o ten pożar mój mąż/kolega mojego syna/ wój córki sąsiada jest strażakiem, mówią, że jeszcze wszystko jest pod kontrolą i daleko. Nie macie gdzie spać… oh… wiecie, tu nad rzeką będzie spokojnie… i dalej jest kamping, może nawet z internetem… i jutro możecie wszystko sprawdzić- powiedziały czarownice.
– Możecie przenocować u mnie!- oświadczyła bodaj najstarsza czarownica. Reszta zaszumiała szeptami.- Serio guys, mam duży dom, mieszkam w nic sama. Jeśli nie przeszkadzają wam 3 małe psy możecie u mnie zostać! I chyba mam internet, ale nie wiem, bo nie lubię techniki.
– Możecie przyjechać do mnie na internet- oświadczyła druga czarownica.- Ja na pewno mam internet. I mieszkam kilka domów dalej.
– Oh…jej… jeśli to nie problem- odparliśmy nieśmiało, choć takich ofert nigdy się nieśmiałością nie spławia.
– Nieee, no co wy! Ja jestem skautem! Wiecie, kto to skauci? Lubię przygody. Skąd wy jesteście, z Polski!!! To takie ekscytujące!
(….)
Kilka minut później jechaliśmy złotym Mitschubishi, wpatrując się w kosamte różowe i wrzosowe obicia przednich siedzeń.
– Naprawdę bardzo dziękujemy! Jeszcze te pożary! Nigdy nie widzieliśmy płonącego buszu, ale zdecydowanie nie chcielibyśmy w nim spłonąć.
– Nie ma sprawy! A o płonięcie w buszu się nie martwcie. Busz płonie w tak wysokiej temperaturze, że ludzie próbując oddychać spalają sobie płuca. I to jest przyczyna śmierci. Zanim naprawdę się zapalisz już od dawna nie żyjesz. Więc nie martwcie się- oświadczyła uspokajająco Dawn.

P1040994
I tak zamieszkaliśmy z 68letnią hacerką, Madonną, Grace i Honny-Bunny(shitz-su), Aby i Księciem (australian dachowiec), oraz pięcioma nierozłączkami, kilkoma amadynami, hordą kanarków i zeberek nieustannie mnożących się w imponujących wolierach w ogrodzie, oraz kilkoma przepiórkami.
Jest dobrze. I wesoło.
Oczywiście nic się nie dzieje bez przyczyny, a my nie dajemy losowi powodów, żeby zsyłał nam dobrą karmę. Dawn ma więcej energii niż my razem wzięci i strzela słowami z prędkością karabinu maszynowego. Rozmowa z nią to dla mnie jazda trzymanki, bo oprócz bicia rekordów prędkości mówienia, pomiędzy aktorskimi ahami, ohami, miliardem dygresji i wątków pobocznych, Dawn zmienia tematy tak szybko, że czasami zaskakuje sama siebie. Nie wszystko jest jednak zabawną anegdotką z sąsiedztwa.
– Bo wiesz, ja się wychowałam w Nowej Południowej Walii, moi rodzice mieli farmę z bydłem mlecznym.To był wtedy mój dom, ale to była nuda. Oh! Mówię Ci,oprócz jazdy konnej nic ciekawego. No ale teraz 30 lat mieszkam tutaj i to jest mój dom. Męża też miała tam. Mąż jak mąż, Ha!sama wiesz… a nie, nie wiesz! Jeszcze!! Haha!!! przyciśnij Tomek kiedyś😀 No ale mój mąż pojechał na wojnę w Wietnamie, i nie wrócił taki sam. Znaczy zdrowy wrócił. Szczęście miał, ale nie dało się z nim już później dogadać. No i się rozstaliśmy. Ja zostałam z 3 dzieci, poza tym pracowałam zawsze w harcerstwie i w domach dziecka, cały czas z dziećmi. Ha! Śmiesznie! A potem nagle mnie olśniło, że mam 50parę lat i nigdy nigdzie nie wyjechałam! A świat jest taki duży! Podróżowanie takie fajne! I tak pomyślałam, że zmarnowałam swoje życie, bo żyłam w tym schemacie wiesz- dom-mąż-dzieci-rodzina i nawet nie pomyślałam, że można inaczej. No! Znaczy nie mogę mówić, że zmarnowałam życie mo mam 3 fajne dzieciaki! Ha! Koszmarne czasami, ale zwykle dobre! Haha! No więc później zaczęłam jeździć z harcerzami i byliśmy na Alasce i w Nowej Zelandii i było SUPER! Ale o tym Ci później opowiem. Za to parę lat temu tu w moim kościele zza płota spotkałam takiego mężczyznę. Młodszy był ode mnie o parę lat, bo ciężko żeby był starszy. I tak zaczęliśmy sobie pić razem kawę (znaczy on pił herbatę, bleh! Ha ha!), chodzić na spacery, i do kina i było tak fajnie. Wiesz, tak jak na randki! Widzisz, to haha! 65 lat i randki…Super było! I on zawsze był taki depresyjny trochę i smutny. I raz powiedział, że już nie może i że się powiesi. Więc ja mu powiedziałam, że chyba go całkiem porąbało i niech przestanie o takich głupotach myśleć! No i on się powiesił. Kilka dni później… Wiesz jaka ja jestem na niego zła???? Wiesz jak to ciężko znaleźć sobie kogoś na randki jak się ma 68 lat? Tyle wolnego czasu mi po nim zostało…. A tak serio, to nie mogę się po tym pozbierać. Naprawdę…Nie rozumiem, dlaczego… Dlatego cieszę się, że przyjechaliście, guys! Zawsze to ktoś w domu, chociaż i tak mam 3 psy i 2 koty haha! No a poza tym to mi dało kopa, żeby żyć intensywniej i zaczęłam czytać o sztuce!

KingParrot6szkarłatka królewska, pan szkarłatek precyzyjniej (devwijewardane.blogspot.com)

Wieczorem poszliśmy na spacer nad rzekę i było cudownie. Ciepło. Aromatycznie. Eukaliptusy pachniały i szeleściły, Tomasz perorował, że w Australii wszystko jest piękniejsze i wspanialsze, każdy las, każda rzeczka, każda kukabura („do tych pól malowanych zbożeem rozmaitem, wysrebrzanych pszenicą, pozłacanych żytem”), nie to, co w Nowej Zelandii. Polemizowałabym, zwłaszcza w temacie naturalnych lasów, ale nie chciało mi się psuć romantycznego spaceru. Drzewa obsiadły szkarłatki królewskie- czyli papugi.. Wysoko nadnami przelatywały czarne kakadu. Kakadu żółtoczube walczyły z łupinami jadalnych kasztanów. I naprawdę było pięknie.

P1100719
Następnego dnia rano dostaliśmy kluczyki do samochodu Dawn i życzenia powodzenia, w szukaniu wozu dla nas.


2 thoughts on “Dlaczego uwielbiam Australię

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s