Dlaczego nie lubię Nowej Zelandii odc 1

Do tytułowego, długiego wątku zabieram się późno, bo już po wylocie z Nowej Zelandii.

Powodów jest wiele, po pierwsze- wraz z podróżą na południe kolekcjonowaliśmy coraz więcej doświadczeń i bulwersujących historii czy spostrzeżeń, wciąż pogłębiających naszą niechęć do tego kraju, po drugie gdy zwiedzam staram się patrzeć głównie na pozytywy i nie psuć sobie ładnych widoków i ciekawych wycieczek niekończącymi się dywagacjami na temat dewastacji przyrody i niszczenia lokalnych ekosystemów. W przypadku Nowej Zelandii, zwłaszcza Północnej Wyspy, było to relatywnie trudne. Nie chce tu siać wrogości, raczej smutną prawdę.

W czasie ostatnich 6 miesięcy byliśmy uczestnikami dwóch historii, do których wciąż nie mogę nabrać dystansu. Dziś przedstawię pierwszą.

P1070366
Park Narodowy Te Urewara chroni największy na Północnej Wypie kompleks pierwotnych lasów, porastających niewysokie góry, otaczające malownicze jezioro Waikaremoana. To tu przeszliśmy pierwszy, całodniowy szlak, dzięki któremu zakochaliśmy się (chwilowo i naiwnie) w Nowej Zelandii i pierwszy raz słyszeliśmy krzyki i chrapanie kiwi. Podobało nam się tak bardzo, że odwiedziliśmy ten park dwukrotnie. Ostatni raz opuszczałam go myśląc tylko i wyłącznie o zwyrodnialcu gospodarującym w okolicy wioski Rautahuna.

IMG_0801
Jeżdżenie własnym samochodem z jednej strony znacząco ogranicza kontakt z mieszkańcami danego regionu, z drugiej daje niesamowitą wolność. Dlatego też, za drugim razem, już po zakupie Kalinki, mogliśmy pozwolić sobie na chodzenie po niemal wszystkich szlakach i niespieszną podróż wzdłuż jedynej drogi przecinającej Te Urewara National Park. Gruntowej, rzadko urzywanej, przecinającej kilka niewielkich wiosek.
Koń nie jest w Nowej Zelandii dobrem luksusowym. Zwłaszcza na terenach rolniczych (a o inne w tym kraju ciężko) konie pasą się na większości przydomowych łąk. W Te Urewara nie jest inaczej, z tą różnicą, że tutejsze przydomowe łąki są zwykle małe, marne i intensywnie eksploatowane przez stada owiec. Tutejsze konie, które czystością krwi ani urodą zwykle nie grzeszą, jako zwierzęta o znikomej wartości rynkowej zostały więc zepchnięte na pasy chwastów i zieleni pomiędzy płotem a ulicą. Coby nie uciekły są zwykle spętane, albo przypalikowane. Długość „postronka” zależy od fantazji i przezorności właściciela, czasami starcza na zatoczenie cyrkowo-popisowo małego okręgu, czasami na spłoszone wybiegnięcie na środek jezdni. Zabezpieczenie nie jest idealne, jak i „pastwiska”. Nie wiem, ile koni ginie na drogach. Część ucieka. Po lasach i bocznych drogach włóczą się tabuny koni, zwykle w zdecydowanie lepszej kondycji nich ich przypalikowani na poboczu kuzyni. Jadąc tą drogą miałam wrażenie, że mieszkańcu Parku Narodowego Te Urewara zgodnie uznali, że koń to taka więsza koza i czego by nie zjadł, to sobie poradzi. Problem w tym, że sobie nie radzą.
A później, w centrum wioski Rautahuna trafiliśmy na tego źrebaka.

IMG_0781
Kilka kilometrów dalej na tego konia.

IMG_0797
Nigdy wcześniej nie widziałam bardziej wychudzonej szkapy.
Była zamknięta na niewielkim padoku, nie wiem i nie będę strzelać, o jakiej powierzchni. Zagroda była mała, zabłocona, nie miała żadnego zadaszenia, ani osłony przed deszczem czy silnym wiatrem, prawdopodobnie jedynym źródłem wody była kałuża na środku wybiegu. Raczej nie pozostawiało wątpliwości, że o karmieniu tego konia ktoś regularnie zapomina.

IMG_0799
Zrobiliśmy dużo zdjęć. Z dystansu, bo Tomek nie chciał, żebym właziła na teren jakiegoś sadystycznego debila. Zaznaczyliśmy sobie to miejsce dokładnie na mapie. Cyknęliśmy kilka fotek z aparatem Marchewki, który wyposażono w serię gadżetów Jamesa Bonda i GPS do nich należy.

IMG_0802
Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy po powrocie do „cywilizacji” było rozesłanie listów do organizacji zajmujących się dobrostanem zwierząt.
I tak naprawdę dopiero tu zaczyna się prawdziwa historia.
Nie jestem cudownym dzieckiem wujka Google i za wiele stowarzyszeń opieki nad dużymi zwierzętami nie znalazłam. Wysłałam więc listy do dwóch rzekomo prężnych i aktywnych organizacji pozarządowych- Safe i WSPA Animal Welfare&Preventing Animal Cruelty i oddziału ministerstwa rolnictwa do spraw dobrostanu zwierząt. List zawierał krótką informację kim jestem i jak na te konie wpadłam, krótki opis zwierząt, bardzo dokładny opis miejsca, wytłumaczenie jak tam dojechać(co nie jest trudne w wiosce złożonej z 3 dróg, zwłaszcza jeśli źrebak głodował na klepisku tuż pod drzwiami domu opieki dla ofiar przemocy w rodzinie, dane z GPS oraz bogatą dokumentację zdjęciową.
Po kilku dniach dostałam emaila od Compliance and Responce Branch, Animal Welfare Coordinator Ministry for Primary Industry  z podziękowaniami za moje zainteresowanie, oraz zapewnieniami, że na pewno się tym zajmą, oraz obietnicą, że poinformują mnie o skutkach tej interwencji. Pomyślałam, że to wspaniale.
Po kolejnych kilku dniach dostałam kolejny list, z prośbą o dokładniejsze opisanie miejsca, gdzie są trzymane konie, oraz wyjaśnienie, co mi się nie podoba w przedstawionym na zdjęciu źrebaku (???????!!!!!).

IMG_0785

IMG_0782

Fakt- zdjęcia nie były najlepsze. Nie pokazują, że maluch miał taki świad, że nie wiedział, czy ma się odwracać do płotu zadem, czy łbem, bo swędziało go wszystko, a od ciągłego tarcia powieki prawego oka były zapuchnięte i pokryte wysiękiem. Nie mogłam zrobić lepszych zdjęć, bo gdy zbliżyłam się do płotu uciekł, a gdy chciałam go skusić i poczęstować marchewką zwiał jeszcze dalej. Ewidentnie jednak widać, że jest wychodzony. W kolejnym liście podkreśliłam więc zaniedbanie i niedożywienie, zasugerowałam silną inwazję pasożytów układu pokarmowego oraz opisałam zachowanie źrebaka.

IMG_0783
Kwestia dokładniejszego wyjaśnienia miejsca życia koni była nieco problematyczna, bo co może być bardziej precyzyjne niż dane GPS, z dokładnością co do minuty i sekundy. Na szczęście w takich momentach do akcji wkracza Tomek. Tym razem znalazł pastwiska na nieocenionej Google Earth, zapisał, ozdobił każdą monstrualnym krzyżykiem w miejscu życia i dręczenia koni i tak przygotowanego maila odesłaliśmy Animal Welfare Responce Branch of Ministry…
Po tygodniu dostaliśmy uprzeją odpowiedź, że dziękują za pomoc i już zaczęli szukać wolontariuszy, którzy pojadą we wskazane miejsce by osobiście przekonać się, jak faktycznie wygląda ów wychudzony koń (źrebak został uznany za zdrowego i niegodnego uwagi) i ewentualnie podejmą dalsze środki działania.
Piszę tu już o dwóch tygodniach, odkąd wysłałam im wiadomość o skrajnie wychudzonym koniu. Nie byłam pewna, czy tu biedne zwierzę mogło jeszcze żyć.

Okazało się jednak, że żyło, bo po kolejnych kilku dostałam informację, że wolontariusze odwiedzili Te Urewara NP i powrócili z niego z przekonaniem, że koń faktycznie jest chudy.
(Ok 3 tygodnie po moim pierwszym liście).
Teraz oddział/organizacja stara się znaleźć wolontariuszy, którzy znaleźliby, odwiedzili i porozmawiali z właścicielem zwierzęcia, oraz, być może, jeśli to będzie konieczne, podjęli inne środki działania. O dalszych efektach ich pracy zostanę poinformowana.
Nigdy nie dostałam kolejnego listu.
Koń pewnie również nie doczekał kolejnej wizyty.
Ile mógł czekać i umierać z głodu?

IMG_0799


One thought on “Dlaczego nie lubię Nowej Zelandii odc 1

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s