Dlaczego nie lubię Nowej Zelandii odc2

Szlarnik rdzawoboczny to niewielki, kolorowy ptaszek zamieszkujący Nową Zelandię.

Silvereyewww.birdsinbackyards.net

Urodziwy i uroczy. Rodzimy, co jest w obecnych czasach cechą cenną i niezwykłą, bo aktualnie najliczniejszymi ptakami na wyspach są kosy, wróble i zięby. Szczygły, dzwońce i pokrzywnice też mają się bardzo dobrze (może nawet lepiej niż w Polsce). Wpuścić do tej bandy trochę sikorek i możnaby się poczuć całkiem jak w domu. Już to jest smutne i przerażające. Nowozelandzkie ptaki ewoluowały tysiące lat w przekonaniu, że świat to raczej bezpieczne miejsce, gdzie nie ma czego się bać spacerując po ziemi i nie ma co się mnożyć na potęgę, w strachu, że 90% naszych dzieci zeżre jakiś drapieżny ssak. Po czym „krainę długiej białej chmury” odkryli Maorysi, a potem Europejczycy, zaczęli „eksploatację” ogniem, siekierami i strzelbami, „wzbogacili” ekosystem o szczury, psy, koty, gronostaje, łasice, tchórzofretki i europejskie, bardziej zaradne i ekspansywne gatunki ptaków i teraz pomiędzy morzem Tasmana, a Pacyfikiem zieleni się kolejna Irlandia. Mała Europa. Z kilkoma ocalałymi ptakami dziwakami i tak skazanymi na wyginięcie.

flight silvereye
Szlarnik rdzawoboczny jakoś sobie jednak radzi. Być może dlatego, że on również zjawił się tu dość późno- w czasach gdy gospodarowali tu już Maorysi- czyli palili lasy i wybijali ptaki moa. Maorysi, trzeba im przyznać, nazwali chyba wszystko, co na wyspach rośnie, lata i biega. Szlarnika ochrzcili tauhou czyli obcy/nieznajomy Szlarnik nie jest najtrafniejszym imieniem, po angielsku nazywają go „silver eye” czyli srebrne oczko. Ładniej.

p-10596-odthttp://www.teara.govt.nz/

Nasza „przygoda” ze szlarnikiem zaczęła się na parkingu w Parku Narodowym Westland, przy wejściu na szlak do lodowca Fox, a skończyła w miasteczku Lodowiec Fox.
Jedliśmy śniadanie na krawężniku parkingu, a pomiędzy samochodami miotało się srebrne oczko. Bardzo nieudolnie i kaleko, więc go złapaliśmy. Niestety niewiele wiem o chorobach i leczeniu ptaków, ale złamanie kości przedramienia zdiagnozować potrafi każdy. Poza tym maluch był w całkiem niezłej kondycji, czysty, energiczny, chudy ale wciąż ładnie umięśniony. Usiłował nawet walczyć o swoją kaleką wolność. Napoiliśmy go nieco, spakowaliśmy do przyciętego na wymiar pudełka po płatkach śniadaniowych z wentylacją wykonaną pilnikiem do paznokci i pojechaliśmy z powrotem do miasteczka Lodowiec Fox. Lodowiec sam w sobie musiał poczekać.
Miasteczko Fox istnieje jedynie dzięki turystom, składa się więc z samych atrakcji. Jedną z nich jest Wildlife Sanctuary,gdzie można zobaczyć żywe kiwi. Gabinetu weterynaryjnego w tej osadzie brak. Pojechaliśmy więc do Wildlife Sanctuary, dedukując sobie, że skoro mają dzikie ptaki w klatkach to: 1- prawdopodobnie znają się na ich opiece; 2- prawdopodobnie zajmują się również ratowaniem rannych ptaków z okolicy, 3- jeśli nic z powyższego- pewnie mają jakąś wolierę z małymi kolorowymi ptaszkami nowozelandzkich lasów i nasz szlarnik będzie mógł tam sobie doczekać spokojnej starości, bo pewnie z tak połamanym skrzydłem i tak ciężko byłoby mu marzyć o powrocie na wolność.

Przyszliśmy, podeszliśmy do kasy, wytłumaczyliśmy dziewczynce ubranej w stylowy mundurek w kolorach ziemi kim jesteśmy, co, gdzie i kiedy znaleźliśmy, oraz co mu dolega. Dziewczynka oświadczyła, że oni się totalnie takimi rzeczami nie zajmują i mamy pojechać do siedziby Departamentu Ochrony Środowiska.

9421923412_b86ca5edac_bflickr.com

Siedziba Departamentu Ochrony Środowiska standardowo była również główną informacją turystyczną o parku narodowym  Wesyland, górskich warunkach pogodowych i atrakcjach najbliższej okolicy. Głównym zajęciemich pracowników jest uśmiechanie się, rozdawanie setek darmowych mapek wioski i stawianie krzyżyków w strategicznych punktach w stylu bar, kawiarnia z WiFi i supermarket. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce. Tym razem koło dziewczynki w zgaszonych zieleniach uniformu Departamentu Ochrony Środowiska kręcił się rosły i brodaty „ranger” w ciężkich i sugestywnie ubłoconych butach do górskich wędrówek. Wytłumaczyliśmy kim jesteśmy, co i gdzie znaleźliśmy, co mu dolega i skąd nas tu przysłano.
Dziewczę puściło spłoszone spojrzenie w kierunku brodatego strażnika.

2854893912_ea6bc1502e_oflickr.com

Strażnik podszedł, uśmiechną się sympatycznie i wysłuchał jeszcze raz tej samej historii. Wziął ode mnie kartonik z ptakiem.
– Żyje?- zapytał treściwie, i potrząsnął pudełkiem jak grzechotką. Szlarnik zaszamotał się rozpaczliwie- Żyje.- wywnioskował strażnik i spróbował zajrzeć do środka.- A skąd wiecie, że to „srebrne oczko”
– Yyyyy, no ciężko go z czymkolwiek innym pomylić.
– No tak, haha, racja. Dużo tego tam po parkingach lata. One, rudziki, tomtity. Wpada to co chwilę pod samochody, albo samo rozbija o szyby i później łamie. Naprawdę, pełno jest takich.
– …… aaaaaaaha, czyli zrobią coś z nim państwo, czy nie?- jak się okazało, odpowiedź na to pytanie nie była oczywista.
– Nie no jasnę- oświadczył strażnik i sugestywnie wgniótł obcas buciora w posadzkę….
……..
– Nie no serio, weterynarz jest 3 godziny drogi stąd to co mamy z nim zrobić?- dodał, widząc moje spojrzenie.
– Wsadzić w klatkę i karmić. Ja mu unieruchomię to skrzydło, też jestem weterynarzem. Później przy okazji odesłać do jakiegoś ośrodka rehabilitacji dla dzikich zwierząt, ewentualnie do ZOO, Wildlife Centre albo innej pokazowej ptaszarni.
– Eeeeeee tam. To tylko silver eye. Z nimi to…. (obcas zapiszczał na podłodze).
………
Miałam ochotę go zaatakować i ciężko okaleczyć.
– No dobra, wezmę go- skapitulował strażnik.- Zaniosę go do oddziału do spraw opieki nas zwierzętami.
Odetchnęłam.
-Oni tam mają lepsze buty- zarechotał strażnik i puścił mi oko.

To jest prawdziwa historia. Byliśmy tam w trójkę. Julie, Tomek i ja. Żałujemy, że nie mieliśmy dyktafonu.

silvereye-closep_1

Nie wiem, czy potrzebne są jeszcze jakieś pytania retoryczne, ale:
– Jak pracownik Departamentu Ochrony Środowiska może zachowywać się w ten sposób?
– Jak można powiedzieć ewidentnie zaangażowanej i „eko” turystce, że rannego ptaka,którego znalazła na terenie parku narodowego zadepcze się butem?
– Jak można dokonywać eutanacji butem?!
– Jeśli pracownicy Departamentu Ochrony Środowiska miażdżą obcasami ptaki rodzimych gatunków, na wyspach zdominowanych przez ptaki europejskie, to co i jak chronią?
– Jak w tej „logice” wygląda praca Ptasiego Azylu przy Warszawskim ZOO, który co roku ratuje setki „zwykłych i nieważnych” ptaków, czy innych ośrodków rehabilitacji ptaków w całej Polsce?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s