Australia odc. 1! w którym wystąpili:australijska babcia, hinduski dealer, polskie dziewczyny i Wilson Promontory National Park.

Kolejną podróż przez Australię rozpoczęliśmy w miasteczku otoczonym przez płonący busz, z którego uratowała nas szalona babcia-harcerka.

IMG_4244tu busz się oczywiście nie pali, jedynie „stanowi zagrożenie”

Oczywiście żadne nowozelandzkie linie lotnicze nie wyrzuciły nas karnie z samolotu prosto w płomienie. Wylądowaliśmy grzecznie i zwyczajnie w Melbourne, a do strefy wysokiego zagrożenia pożarowego dotoczyliśmy się sami, dzięki zaskakująco sprawnemu autostopowaniu i skrajnej głupocie, która akurat tego dnia podpowiedziała nam trafnie, że nie warto sprawdzać, czy nasz couchsurfingowy gospodarz wysłał jakąś nową wiadomość. Już na miejscu okazało się, że wysłał. Phoenix się ewakuował, a my- co by utrzymać liczbę potencjalnych ofiar pożogi na odpowiednio dramatycznym poziomie- przyjechaliśmy. W tej mizernej sytuacji i jeszcze gorszej kondycji- głodnych, zmęczonych, zapoconych i potarganych (potarganie to akurat w moim przypadku constans)- znalazła nas Dawn i stado jej emertowanych przyjaciółek na „babskim popołudniu z wyjściem na miasto”.

IMG_4234

I tak na kilka dni zamieszkaliśmy z Dawn, Madonną, Grace i Hunny-Bunny (shih-tzsu), Prince i Laylą (koty), 5 nierozłączkami, stadem mnożących się nieprzyzwoicie i bezwstydnie kanaków, parką amadyn wspaniałych i kilkoma innymi australijskimi łuszczakami. Piliśmy kawę przy kuchennym stole (pod czujnym okiem tysięcy kogutków), jedliśmy rodzinne kolacje, jeździliśmy wypatrywać lirogonów i dziobaka, oglądaliśmy komedie romantyczne, a przede wszystkim słuchaliśmy niekończących się monolgów Dawn!Poza tym Tomasz, jak to Tomasz- naprawiał „sprzęty” (i tym razem nie był to odkurzacz :D) i samochody, a ja, również chcąc się jakoś zrewanżować, oddawałam się bodaj najpodlejszym i najbardziej uniwersalnym czynnościom zawodowym pt „pazurki i gruczołki”; poza tym- nauczyłam się robić pierogi! (Pochylmy czoła nad tym przełomowym osiągnięciem w moim życiu i doskonałą złośliwością losu! Widać musiałam polecieć na drugi koniec świata, by dorosnąć do roli perfekcyjnej kury domowej. Nie ciekniesz przeznaczeniu, kobieto! (Pałlo Koeljo i Sapkowski) I nie ratuje mnie nawet fakt, że to były monstrualne „pierogasy”, niczym nie przypominające pierożków mojej mamy).

IMG_4253
Zanim jeszcze rozwinęłam skrzydła kury domowej- Dawn wręczyła nam kluczyki do swojego Mitsubischi (z troską dopytując się, czy Tomaszowi nie będzie przeszkadzać różowe futerko na kierownicy i siedzeniach) i z jej błogosławieństwem ruszyliśmy szukać następcy Kalinki. Jest to przydługa historia i powinnam kiedyś, na jej podstawie, sklecić pomocny i wartościowy tekst o tym jak kupić samochód w Wiktorii- bo jest to zadanie dużo bardziej skomplikowane niż w Nowej Zelandii. Już sam fakt, że w Australii można kupić „samochód razem z mandatami” przeraża.Dlatego też trochę z tchórzotwa, a trochę dla porównania, pojechaliśmy do „miasteczka samochodowych dealerów” zobaczyć dostępne dla nas oferty. Wyjechaliśmy z niego nowym samochodem. Nie napiszę, że był drugim autem, na który zwróciliśmy uwagę… zwróciłam, bo był ładny i kosztował 6 tys, czyli równe dwa razy tyle, co nasz cenowy limit. Utargowaliśmy się do 3200AUD, po czym Tomasz pojechał ze śliczną żoną hinduskiego handlarza do banku, a ja zostałam jako zastaw i pomoc w wypełnianiu papierów. Handlarz cały ten czas płakał, że nigdy nie sprzedał tak tanio samochodu i nie wie, jak to się stało. Żona zapewniała Tomka, że nigdy wcześniej nie widziała, żeby jej mąż tak bardzo zszedł z ceny i nie wie, jak to zrobiliśmy. My przez pierwsze kilka dni zastanawialiśmy się, co się zaraz rozwali, wybuchnie albo odpadnie, bo przecież coś musiało być przyczyną tej chojności… Po czym Tomasz, gdy już poleżał sobie pod samochodem, powisiał nad silnikiem, wykręcił i sprawdził wszystko co umiał, przeprowadził prywatne śledztwo i jakoś znalazł numer warsztatu, gdzie ostatnio wóz serwisowano. Zadzwonił i okazało się, że mamy superzadbane autko i wygraliśmy los jak na loterii.

IMG_4236
Oficjalnie nazywa się Kia Rio i jest piaskowo-złota. Jest tak ładna, że przez kilka pierwszych tygodni nie mogłam uwierzyć, że jest nasza. Tak nowa, zadbana i luksusowa… I chyba przez ten krępująco wysoki starnadr- nie potrafimy jej nazwać. To nie jest swojska baba Kalinka, którą można wjechać wszędzie, bo i tak obdrapana z niej dziewucha. To jest nasza złota śliczna Kia, Rakija, Riozalka, MaRiolka, ORiolka, Maggtka, Migotka, Kijanka,Kijaszek, Kozjoszka, Koza, Złotko, Sreberko,Złosiszcze, Złotówa, DuKiati, Pszczoła, Brzęczka, Trzmielinka, Pszczolinka, Bezimienna, Makiawelka, Dywagacja, Dyskurs….. Sendi (z pozdrowieniami dla studentów SGGW). Problem był poważny. Ostatecznie wyszłam z propozycją „Skakunka”, bo skacze przy zmianie biegów (a był to jeszcze mroczny czas gdy miałam zakaz siadania za kierownicą) i Tomasz się obraził… po czym wymyślił, że ochrzcimy ją „Pusia”… i to był nokaut. Chwilowo (27.02) złotko funkcjonuje jako Złoty Bączek (bo jak wyprzedzają nas road trainy to miota nią jak owadem), sive Złota Brzęczka (bo nie brzmi, tylko brzęczy; brzęczka to nie tylko onomatopeja, ale i ptak podmokłych chaszczy).

IMG_4261Ogród Botaniczny w Melbourne

Gdy już zobaczyliśmy dziobaka, pojechaliśmy z Dawn na wycieczkę w busz i na farmę pstrągów (jak się okazało… wiele lat po zaliczeniu tego „fascynującego” przedmiotu- hodowla ryb może być ciekawa), poprzesadzaliśmy kwiatki, powiesiliśmy kilka nowych obrazów, zwiedziliśmy kościół zza płotu (prawdopodobnie młodszy ode mnie, ale nie o to chodziło) i zjedliśmy wzruszającą pożegnalną kolację- czas był najwyższy ruszyć dalej! Paliło już nas! Nosiło! I gęsty dym, zasnuwając od kilku dni całą okolicę, nie miał z tym nic wspólnego. Strasznie chcieliśmy zacząć zwiedzać!

IMG_4324Wilson Promontory National Park (jak i kolejne zdjęcia)

Oczywiście skoro zainwestowaliśmy w nasz złoty luksus na kółkach, potrzebowaliśmy kogoś, by eksploatować to dobrodziejstwo taniej. Co prawda benzyna jest chyba jedyną rzeczą w Australii, którą można uznać za niedrogą, ale efekt psują gigantyczne odległości. Dlatego też, już będąc w Nowej Zelandii zaradny Tomasz przygruchał sobie Dagmarę. Początki ich przyjaźni zbiegły się z „kolejnym ostatecznym końcem” naszej znajomości, więc w trosce o dobro Marchewki,a dzięki oszałamiającej niefrasobliwości w kwestii chrony danych osobowych Dagmary, jeszcze przed wylotem do Oz skrupulatnie sprawdziłam jej fejsbookowy profil. Fejsbuczek prawdę ci powie. Dagmara miała na tyle przyzwoitości, by nie być czarnooką modelką z paryskiego (albo chociaż toruńskiego) wybiegu, ale przy marchewkowym żenująco bezkrytycznym entuzjazmie wobec każdej nowopoznanej laski nie miało to większego znaczenia. Poza tym lubiła salsę, krejzi focie, klubowe imprezy i Paula Koeljo.

IMG_4305
Dagmara jako absolwentka marketingu i zarzadania oraz menagerowania zasobami ludzkimi szybko znalazła nam 4 dziewczynę do kompletu, która niemal do ostatniej minuty pozostawała dla nas wielką tajemnicą, bo nie uznała za stosowne zadzwonić i pogadać. Poza tym zoganizowała cały wyjazd. Błyskotliwie.

IMG_4268
Zgodnie z filozofią Hitchcocka i wielkich gwiazd- laski pojawiły się w naszej podróży wraz z trzęsieniem ziemi, a potem napięcie już tylko rosło… (jak można się domyślić- nie długo).
Dnia 0 mieliśmy wyruszyć o świcie w kierunku Wilson Promontory National Park, po drodze zabierając dziewczęta, bo akurat tak się korzystnie złożyło, że mieszkały przy naszej trasie. O 8 rano (czyli godzinę po planowanym wyjeździe) całkiem niespodziewanie okazało się, że tajemnicza Ola wcale nie mieszka pomiędzy naszą, a Dagmary wioską, tylko w samym centrum Melbourne. Dagmara, znająca adres Oli od 3 dni, a przebywająca w stanie Wiktoria od dni 4 wytłumaczyła tą pomyłkę swoim „świętym przekonaniem, że X leży niedaleko”. Jak wiadomo „świętości” nie należy konfrontować z mapą i rzeczywistością. Ta drobna pomyłka nie przeszkodziła jej jednak obiecać Oli, że i tak po nią przyjedziemy. Tomasz lekko zszokowany, wciąż jednak pełen obleśnego entuzjazmu i optymizmu wyraził możliwość, że „jeśli nie da się inaczej, to może faktycznie będziemy musieli po Olę pojechać, choć oczywiście wolelibyśmy tego uniknąć”. Oczywiście nie było innej opcji i tylko my mogliśmy uratować Olę i wywieźć ją poza mury obronne Melbourne. Bagatela dodatkowe 110 km przez miasto.
(Dawn prychnęła znacząco. Zarysowałam swój „racjonalny punkt widzenia”. Dawn udzieliła mi ociekającego jadem wsparcia. Tomek skapitulował.)

IMG_4294Melbourne

W Melbourne spędziłam tylko jeden dzień i nie mogę powiedzieć, że przez te klika godzin je poznałam. Oczywiście Melbourne to nie Warszawa- nie ma nawet jednej linii metra😛, a popołudniowe korki nawet w połowie nie dorównujom tym ze stolicy(choć i tak są bardzo zniechęcające), wciąż jednak jest cywilizowanym miastem, duzym na tyle, by mieć komunikację miejską.Jak można śmiało i niepatriotycznie założyć- prawdopodobnie tutejsze autobusy, tramwaje i kolej podmiejska działają lepiej niż w Polsce, bo praktycznie wszystko działa tu lepiej. Mimo to, nikt nie wmówi mi, że w Warszawie nie sposób w ciągu kilku godzin przedostać się z Mokotowa do… Podkowy Leśnej czy Janek; a skoro tak, to tym bardziej można tego dokonać na trasie Melbourne-Liladale. Dawn poparła mnie w całej rozciągłości insynuując intelektalne braki naszej nowej znajomej. Tomasz zebrał się w sobie i oświadczył Oli, że jeśli nie wydostanie się z Melbourne, to nie jedzie wcale. 15 minut później Ola z biletem w łapce siedziała już w podmiejskim pociągu mknącym do Liladale. Okazało się, że można.

IMG_4296Melbourne

Odebraliśmy Dagmarę, wyekwipowaną w leciutki plecak, ogromny namiot, potężną siatę z żarciem i podróżną lodówkę. Tomasz oświadczył grobowym głosem, że jest wściekły, a Dagmara olała to stwierdzenie z tak miażdżącym brakiem jakiejkolwiek uwag, o wyrażeniu skruchy nie wspominając… że chyba muszę zacząć stosować tą strategię. Tomek jeszcze kilka razy usiłował przypomnieć jej, że jest zły i groźny, ale że oświadczenia te nie spotkały się z jakimkolwiek zainteresowaniem więc nie pozostało mu nic innego tylko sobie odpuścić🙂
Ola okazała się być dziewczęciem o mocnym makijażu, potężnych okularach i wściekle rudych włosach. Kolor kity nastrajał mnie jak najbardziej pozytywnie, choć ogromna torba na ramię i kilka innych siatek, tobołów i pakunków już mniej. Ola studiowała psychologię. Razem ze dobytkiem szczelnie wypełniła ostatnie wolne przestrzenie bagażnika i tylnego siedzenia. Złota Bączek przysiadł, jęknął i ostatecznie potoczyliśmy się na południe.

IMG_4315

Kluczowe pytanie „czego słuchacie” z rozwinięciem „ok, a czego w takim razie nie słuchacie” (zwykle ludzie twierdzą, że słuchają „wszystkiego”, dopóki nie poczęstujemy ich naszą pozytywną składanką gitar i wrzasków) nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Jeśli mamy jeździć razem musimy podróżować w milczeniu (i nawet moja kompromitująca słabość do Shakiry nie była w stanie tego zmienić). Tu jednak okazało się, że studentka psychologii na pokładzie może się przydać! I tak przeprowadziliśmy niesamowicie intelektualną dyskusję na temat roli artysty i sztuki w społeczeństwie (i okazało się, że jestem strasznym artystycznym radykałem), a później wpłynęliśmy na szerokie, modne i nieznane dla mnie wody „problematyki gender”. I tu z kolei wyszło, że moja pełna afirmacja z bycia kobietą, połączna z miłością do szpilek, tango, perfum i doskonale ukrywanym zainteresowaniem modą jest anachronizmem. Gender, to problem! Z którym próbujemy się zmierzyć dopiero teraz, ponieważ przez wszystkie minione, ciemne wielki naszej ery nie mieliśmy wyboru i musieliśmy odgrywać role, w które wtłoczyło nas społeczeństwo! Dopiero teraz mamy wybór!😀 Nikt już nie będzie nam narzucać gender! Zwłaszcza rodzice i matka natura! :DDDDD I w całym tym absurdzie- oni mają rację! Bo przecież posiadanie zestawu 26 XY i penisa wcale nie determinuje bycia „prawdziwym mężczyzną”😀

IMG_4321
Do Wilson Promontory National Park dojechaliśmy późnym popołudniem. Temperatura wciąż utrzymywała się na poziomie „skwierczące +38st”C. Ruszyliśmy szybko przejść choć kilka szlaków przed zmierzchem. My widzieliśmy papugi, śmieszne kraby i delfiny- dziewczyny zobaczyły tylko ogromne granitowe skały. Szybko okazało się, że dziewczyny potrafią wypatrzeć jedyniete elementy natury, które wielkością i ruchliwością zbliżone są do głazów narzutowych. To smutne odkrycie zabiło ulubioną marchewkową strategię podrywu na „ostrołęckiego obserwatora przyrody”- co to wypatrzy dla ciebie kangura, wywęszy zdechłego wombata albo znajdzie w krzakach patyczaka (Tomek ma prawdziwy dar do znajdywania patyczaków). W przypadku lasek wypatrzenie króliczka możliwe byłoby dopiero po trafieniu biedaka kamieniem. Bez względu na to, czy z delinami i papugami, czy bez- Wilson Promontory NP to park pięknych plaż i interesujących widoków, więc wszyscy byli szczęśliwi… lub udawali!

IMG_4327

IMG_4336

IMG_4323

A później przyszła nasza pierwsza wspólna noc na dzikim parkingu! I pierwsza dla dziweczyn noc w namiocie! Rozstawiały go bite 1,5 godziny!!! 2osobowe iglo😀 I wcale nie uznały tego za zabawne😀

IMG_4312


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s