Alpine i Mt Buffalo National Park, oraz mrówka niezgody

Należę do wyznawców niepoprawnej patriotycznie teorii, że z Polakami za granicą „trzeba ostrożnie”. Bo strach. Dyskomfort. Niepokój. Obciach na całą wieś. I nie jestem w tym przekonaniu wybitnie wyrodna. W czasie wyjazdów spotkaliśmy z Tomkiem całkiem sporo przedstawicieli sprytnej emigracji zarobkowej i większość z nich również podziela tą opinię, bądź potwierdza.

IMG_4432świt nad jeziorem Catani w Mt Buffalo NP

Nasze dotychczasowe doświadczenia obejmują opryskliwą wrogość rodaków*, których kilka razy zdarzyło nam się poprosić o pomoc (m.in gdy wegetowaliśmy ponad 20 godzin na bułgarsko-rumuśnkiej granicy, czekając na okazję w stronę kraju), lekkie do silnego poczucie zażenownia z powodu nadwiślańskiego daru do bycia najgłośniejszym, gdziekolwiek byśmy się na wakacjach nie pojawili i palące poczucie wstydu, gdy obserwuje się wszystkich „panów” i „elytę” co to przyleciała „Tajlandia last minyt super przecena”, a teraz żłopie blu kurakało z kokosa, klepie po tyłkach małe azjatyckie kelnerki i zmusza wszystkich użytkowników lokalu do wysłuchiwania ich miażdżącej krytyki półdzikiego kraju kurduplastych żółtków, wygłaszanej zwykle równie miażdżącą angielszczyzną**.

IMG_4346droga przez Alpine National Park

IMG_4359
*powyższa krytyka nie dotyczy polskich kierowców TIRów! Bez nich nasze poczatkowe wyjazdy do Turcji, Gruzji czy Armenii były by dużo trudniejsze. Na polskich kierowców TIRów praktycznie zawsze można liczyć!
** oczywiście nie wątpię, że po świecie podróżują również tysiące kulturalnych i wspaniałych turystów i podróżników, ale że ja nigdy na wyjazdach nie zajmuję się aktywnym szukaniem krajanów zwykle słyszę i widzę tylko tych, których nie sposób przeoczyć.

P1100817Alpine NP

Tymczasem dzięki zaradności Tomasza przyszło nam zwiedzać Australię z Olą i Dagmarą. Stuprocentowa polskość ekipy, jak i proporcja 3 baby na 1 Marchewke była co najmniej martwiąca (oczywiście nie dla Tomasza, który patrzy na świat z nieuzasadnionym żadną logiką optymizmem).

P1100864
Tymczasem nie było źle! Przeżyliśmy razem cały dzień.. i noc- która dziewczynom zleciała na rozstawianiu namiotu, a nam na obserwowaniu, słuchaniu i obstawianiu ile jeszcze im to zajmie (tak, mogliśmy im pomóc, ale ich wysiłki były zbyt fascynujące). Gadaliśmy. Żartowaliśmy. Co prawda Dagmara była wybitną przedstawicielką mojej ulubionej grupy turystek zawsze-najgłośniejszych-gdziekolwiek-by-się-nie-pojawiły(!!!!!!) i żeby mieć szanse zobaczyć cokolwiek dzikiego, żywego, a nie głuchego, należało maszerować co najmniej 500metrów przed nią, ale że Ola dla odmiany wędrowała po szlakach statecznie i spacerowo nie było to trudne.

P1100787razem z Dagmarą wypatrzyliśmy naszą pierwszą kolczatkę! Wniosek z tego taki, że kolczatka była głucha, albo śmiertelnie chora; bądź niepoprawnie pewna siebie i swoich kolców.

Ola, która spędziła za granicą ponad rok, co pozwoliło jej zapomnieć podstawy polskiej gramatyki, mówiła dla odmiany ze światowym, ziemniaczanym akcentem Dżoany Krupy, każdą wypowiedź okraszając tak rażąco bezmyślnym wyrazem twarzy, że w zestawieniu z jej zazwyczaj interesującymi opiniami, mimika stanowiła prawdziwy dysonans poznawczy; na szczęście w samochodzie nie trzeba utrzymywać kontaktu wzrokowego z rozmówcą i dzięki temu mogliśmy dyskutować bez estetycznych przeszkód. Ogólnie dziewczyny były spoko.

IMG_4394nikt się nie zgłosił na ochotnika, żeby spróbować i zabaczyć, jak działają🙂

Podobało nam się. Naprawdę uwierzyliśmy, że będzie ciekawie. „Ciekawie” jest dobrym przymiotnikiem. Poza tym- droga z Melbourne do Cairns to ładne kilka tysięcy kilometrów i „koleżanki oszczędnościowe” to znajomość czysto strategiczna i finansowo istotna. Warta nawet rozszerzenia zakresu tolerancji🙂 Tak też zrobiliśmy i nawet ja postanowiłam się zaprzyjaźnić. Pewnie dlatego nie wyszło🙂

IMG_4365
Już drugiego ranka polska sielanka zaczęła pękać. Nie minęły nawet 24 godziny. Trzeba było zwinąć namiot. Jeśli brać pod uwagę, że rozstawienie tej wymyślnej konstrukcji o dwóch pałąkach i 8 śledziach zabrało dziewczynom pół nocy, faktycznie mogło im być żal zwijać to  osiągnięcie już o świcie. Pondto okazało się, że suchy szampon do włosów nie działa tak, jak zapewniała reklama i włosy Oli ani nie są świeże i puszyste, ani nie układają się tak korzystnie, jak powinny. Zwyczajowo rozwijający się w bagażniku pierdolnik pochłonął suszoną żurawinę, zamieniając śniadanie Oli w koszmar. Biedactwo przeżuwało potępieńczo jogurt grcki, uzdatniony jedynie musli, migdałami i bananem! Bez żurawiny!!!

IMG_4369
Dojechaliśmy do Alpine National Park i, trochę wprowadzeni w błąd nietypową mapą, przespacerowaliśmy się po buszu kryjącym kolorowe skałki i drogę dojazdową do kopalni złota. W połowie szlaku pod męczącą i niespodziewanie wysoką górkę Ola dostała ataku lęku wysokości. Było to o tyle dziwne, że szliśmy przez las, bez większych widoków, drogą dla samochodów z napędem na 4 koła, ewidentnie użytkowaną, więc nie aż tak stromą. Dziewczyny wróciły, my wdrapaliśmy się na szczyt.

IMG_4345

Nadchodziła burza. Powietrze było ciężkie i lepkie od upału. Niesamowicie pachnące eukaliptusami. Stoki okolicznych gór parowały. Lub płonęły. Planowaliśmy pojechać do Snowy River National Park, ale w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, że niemal cały stoi w ogniu (regularne aktualizowanie danych na temat stanu pożarowego okolicy, którą chcemy odwiedzić latem w Wiktorii to absolutna podstawa), więc może rzekoma mgła na sąsiednich oddalonych stokach była dymem.

Po czym zaczęło padać. Ciepły, rzęsisty, letni deszcz. Spłukujący z milionów liści olejki eteryczne. Szliśmy przez szeleszczący salon aromaterapii. Szczęśliwi wróciliśmy do samochodu, a tam okazało się, że ani busz, ani deszcz nie jest fajny.

IMG_4412
Wieczorem, na prześlicznym, darmowym campingu dziewczyny nieco poprawiły czas rozbijania namiotu. Żurawina nie została odnaleziona.
Alpine National Park to gromny park narodowy chroniący pasmo fragment pasma Wielkich Gór Wododziałowych. Niewysokich, ale łagodnych. Australia to nie jest kontynent gór wysokich, wszystkie są stare, zjedzone milionami lat erozji, jak polskie Sudety. Kilka lat temu przez te tereny przetoczyły się ogromne pożary, spłonęło ponad 10 000 km2 lasów. Martwe, srebrzystobiałe pnie karłowatych snow gum tree (Eucalyptus pauciflora) tworzą niesamowity, surrealistyczny krajobraz.

IMG_4391

IMG_4377

IMG_4390

Mt Buffalo National Park nie był nawet na naszej liście miejsc do zobaczenia . Do utworzenia „planu podróży” zmusiła nas Dagmara. My żadko kiedy psujemy sobie wyjazdy organizacją trasy i ramami czasowymi. Skoro jednak musieliśmy taki twór rozpisać uznaliśmy chociaż, że nie będziemy się go trzymać🙂

mapmapka orientacyjna

O istnieniu Mt Buffalo dowiedzieliśmy się z turystycznej gazetki prenumerowanej przez Dawn, a pocztówki w jednej z informacji turystycznych utwierdziły nas w przekonaniu, że musimy tam pojechać! Dobry przewodniki to dobra rzecz (choć droga) ale pocztówki, albumy i lokalne gazetki są nieocenione!

IMG_4421

I tak trafiliśmy w górski labirynt granitowych skał i głazów! Tu też wypatrywaliśmy lirogonów, ale znowu się nie udało. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy za to kakadu krasnogłową (gang gang cackatoo jest dużo bardziej trafioną nazwą)! Zwichrzony czubek, wyłupiaste oczka, krótkie łapki😀 Cudowne paskudy!

P1100906pan gang gang

P1100919urocza małżonka

Po raz kolejny okazało się jednak, że najwyraźniej jesteśmy obdarzeni wybitnie niewybrednym gustem i gdy my łaziliśmy po „Rogu”, „Monolicie”, „Zamku”, „Katedrze”, „Grobie Mahometa” i wszelkich możliwych punktach widokowych dziewczynom wyraźnie się nudziło; a przynajmniej Oli. Ostatecznie wszystkie skałki były takie same, widoki podobne, papugi i jaszczurki zbyt szybkie, by je zobaczyć, szlaki za strome i za długie, lato zbyt gorące, a wiatr niewystarczająco chłodny. Kiedy jedziemy do Sydney?

IMG_4454

IMG_4471

P1100870

IMG_4449

IMG_4470

IMG_4494

P1100796

Kiedy jedziemy do Sydney? Bo ona chce do Sydney. W Sydney można jeździć na rowerze. Spacerować.Wyglądać. Są ładne parki. Jest natura. Jest co robić. Kiedy w końcu pojedziemy do Sydney???

(Byliśmy już w Sydney, choć nie złożyło się jakoś, by o tym pisać i… nie bardzo jest o czym pisać. Nie przepadamy za miastami, ale Perth zrobiło na mnie ogromne wrażenie, Melbourne to ładne i żywe miasto… a Sydney…. Sydney ma operę, słynny most i obleśnie brudne ibisy :P).

P1050626ibis z Sydney; brzyyydal

One muszą być w Sydney 18 lutego. Nie później niż 19.
Ok. Możemy. Wejdziemy sobie jutro na Mt Kościuszko [Kozjoszko] i możemy jechać do Sydney. Mamy w okolicy znajomych, są Góry Błękitne- też będziemy mieli co robić.
Byliśmy tacy ugodowi! Elastyczni! Rzekłabym nawet mili i przyjemni!
I wtedy…. stało się!

IMG_4478szlak przez grobowiec Mahometa

Była jasna, księżycowa noc. Delikatny szelest eukaliptusów przerywały głosy nocnych zwierząt. Za pobliskim płotem spokojnie spały krowy. Ciszę przerwał wrzask. Jeden. DRUGI! Trzeci! Namiot dziewczyn zakotłował się, materiał zatrzeszczał, zamek ustąpił z jękiem. Coś wytoczyło się w busz klnąc, sapiąc i wyjąc histerycznie. „Co się dzieje?”- zapytał Tomek, głosem tak zaskoczony, że aż wypranym z jakichkolwiek emocji. „MRÓWKA!!!!!” ryknęła Ola.

MRÓÓÓÓWKA!!!!AAAAAAA!!!!!!!

Parsknęliśmy nieempatycznym śmiechem.
Tej nocy Ola spała w samochodzie. Być może w odwecie całą noc trzaskała drzwiami z siłą spędzającą mi sen z powiek. Może i Złotko nie jest Kalinką, ale i tak to dobre autko; nad którym nie wolno się znęcać.

IMG_4457

Mrówka, metaforyczne mistrzostwo losu, przelała czarę goryczy. Ola obudziła się z przekonaniem, że nigdzie dłużej z nami nie podróżuje. My uznaliśmy, że nie będziemy tęsknić. Dagmara uznała, że „JEST-TA-KA-NIE-ZDE-CY-DO-WA-NA” i przez cały dzień dywagowała, czy jako „osoba co to lubi przyrodę, zwierzęta, chodzić i widoki, a na plaży nawet godziny nie usiedzi” woli podróżować z nami, czy Olą, której plan wyprawy obejmował Sydney, Brisban, leżenie na plaży w Byron Bay, leżenie na plażach Sunshine Coast i leżenie na plażach Golden Coast, a także „spróbowanie surfingu”. Nie wiem, czy temu trudnemu wyborowi towarzyszyły moralne rozterki, bo jakby nie patrzeć Daga obiecała Tomkowi, że pojedzie z nami aż do Cairns, oraz że nie zostawi Oli, co nagle stało się rzeczami nie do pogodzenia. Ostatecznie oferta towarzyska Oli okazała się bardziej interesująca.

IMG_4349
Zgraliśmy Dagmarze rewelacyjne mapy Nowej Zelandii do używania na komórkowym GPSie. Opowiedzieliśmy jak trafić na najciekawsze szlaki w miejscach, które chce odwiedzić. Nadrobiliśmy trochę niepotrzebnych kilometrów i odwieźliśmy je do wjazdu na autostradę.Wyładowały się, każda z dużym plecakiem na plecach, małym plecakiem na klacie, namiotem, siatami, śpiworami i lodówkami turystycznymi w obu rękach. Rozstaliśmy się w przyjaźni.

Kilka dni później zadzwoniliśmy, czy żyją i jak im się autostopuje. Napisały, że świetnie i każdy kierowca mówi im „wyglądałyście tak biednie i nieporadnie z tymi wszystkimi pakunkami, że aż żal”. Śpią na couchsurfingach, a że późno się zabrały za szukanie hostów, każdy list zaczynają od „EMEGRENCY”. Patent działa. Kwesti gustu, czy chce się w takim stylu podróżować.
Pod koniec lutego Dagmara wylatywała z Cairns, by w tydzień zwiedzić Nową Zelandię. Nawet nie wysłała nam SMSa na do widzenia.

P1100881


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s