Daintree National Park i okolice Cairns, czyli poszukiwania kazuara

W dzisiejszym odcinku: tropikalne lasy Queensland, pierwsza impreza od 8 miesięcy (8 miesięcy i 16 dni :P), poszukiwanie kazuara, nastoletnie Niemki, szafirowe motyle… i miliardy komarów.

IMG_4748

Cairns to ostatni bastion australijskiej cywilizacji na północy Queensland. Poważny ośrodek turystyczny i nie mniej poważne (a może i bardziej) zagłębie plantacji trzciny cukrowej. To tu kilkadziesiąt kilometrów od złotych plaż znajdują się najpiękniejsze fragmenty najbogatszego i najbardziej spektakularnego ekosystemu na naszej planecie- Wielkiej Rafy Koralowej. Kilkanaście kilometrów wgłąb lądu rozciąga się pas nietkniętych lasów deszczowych, sieć parków narodowych uznanych przez UNESCO za Światowe Dziedzictwo Przyrody, dom kazuarów, krokodyli różańcowych i nadrzewnych kangurów. Wąski pas wybrzeża zajmują urocze jasne plaże, i pozbawione jakiegokolwiek wdzięku pola trzciny cukrowej. To tu lokalny geniusz i pasjonat „ekologicznego” rolnictwa postanowił zwalczać chrząszcze zżerające jego uprawy przy pomocy ropuchy agi. Wpuszczenie tego monstrualnego płaza w australijskie tropiki było bodaj najdurniejszym i najbardziej brzemiennym w skutki „wzbogaceniem” fauny kontynentu, wciąż bezkarnie pustoszącmy przyrodę w swoim pokracznym, niezmordowanym marszu na zachód kraju.

MapQld

mapka pogladowa

To, co w Queensland najbardziej ciekawe zaczyna się za Townsville.

(to subiektywna opinia dzikusów, którzy nawet nie wysiedli z samochodu pędząc przez Sunshine coast, spłoszeni zjeżonym wieżowcami „skajlajnem” nadmorskich miasteczek. Po kilku miesiącach w parterowej, rozwleczonej Australii piętrzące się przy głównej drodze (bo nie dalej) bloki ze szkła i metalu mogą człowieka spłoszyć. Ameryka! Panie, USA! Gdzie my w naszych Red-Crossowych outfitach będziemy się na Miami Beach wybierać?! Palmy, baseny, neony, bleah!)

Townsville z niczego znamiennego nie słynie, nie ma tam żadnego pomnika gigantycznego homara, banana, słodkiego ziemniaka czy wielkiego mango, nie ma opery z Sydney, street artu z Melbourne ani dzwonnicy z Perth. W Townsville mieszka Steve, i dlatego jest to jedno z moich ulubionych miasteczek Australii.

IMG_4667

Townsville

Trzeba uczciwie napisać, że jak wszyscy niskobudżetowi podróżnicy korzystaliśmy już z dobrodziejstw couchsurfinga wiele razy, z wdzięcznością i radością, było to jednak surfowanie „bezideowe i pasożytnicze”. W końcu główną ideą portalu jest poznawanie nowych ludzi i kultury ich krajów, zawieranie egzotycznych znajomości, przeżywanie szalonych imprez (i romansów), gotowanie wspólnych obiadków, prowadzenie wielogodzinnych rozmów, słowem dzielenie się swoim czasem, uwagą i przyjaźnią. My tymczasem zwykle… szukaliśmy mety, żeby doczekać do lotu „gdzieś dalej”, zwiedzić błyskawicznie jakąś metropolię, wyprać ciuchy, zarwać noc na necie… wyspać się w łóżku. Od „poznawania nowych ludzi i kultury ich kraju” mieliśmy autostop. Dzień w dzień, od rana do wieczora, do zmęczenia i znudzenia. Uwielbiam autostopowanie, ale po dłuższym czasie bywa męczące. Gdy więc stawaliśmy w drzwiach couchsurfingowego wybawienia przede wszystkim chcieliśmy odpocząć. Mieć czas dla siebie. Wyszorować się na zapas. Odespać wszystkie bezsenne bo za zimne/za gorące/ zbyt komarowe noce. Odpisać na mejle. Poczytać głupoty na Pudelku (hmmm… to ja, nie Marchewka), dowiedzieć się z Facebooka, co słychać u znajomych… Oczywiście odpłynięcie w świat internetowego nałogu 5 minut po przywitaniu się z hostem to niedopuszczalne chamstwo, a my staramy się zawsze być mili i sympatyczni (co w couchsurfingowym świecie wzajemnej adoracji i podejrzanego entuzjazmu nie jest trudne). Byliśmy więc mili i sympatyczni- ale nasze couch-surfingowe motywacje pozostawiały wiele do życzenia.

IMG_4671

Tym razem było inaczej. Własny samochód to pułapka. Jechaliśmy do Townsville czekając na nasze nowe couchsurfingowe doświadczenie jak na pierwszy śnieg zimą (my lubimy śnieg). Non stop sami. Non stop razem. Znudzeni sobą do granic przyzwoitości. Co prawda w jednym z mijanych parków narodowych Tomasz dokonał niewiarygodnego i fascynującego go odkrycia, że jego poznana jak własna kieszeń, nudna, hardkorowa i absolutnie niekobieca blondi potrafi bardzo kobieco piszczeć histerycznie na widok pająka. Fakt, że pająk był wielkości dłoni (z nogami) i pełzł w górę mojej łydki nie był okolicznością łagodzącą.

IMG_4658

 

P1110152

 

IMG_4650

Drogi czytelniku! Od kilku dni się nie wyspałeś, bo namiot nocą zamienia się w saunę, a każda próba otworzenia drzwi i wpuszczenia świeższego powietrza kończy się szturmem wściekle głodnych komarów. Nie masz już żadnych czystych ciuchów, bo ciśnienie wody w zbiornikach na darmowych campingach nawet mycie rąk zamienia w koszmar „ćwiczenia cierpliwości”. Upał cię zabija. Monotonia ostatnich dni wykańcza. Jesteś zmęczony, znudzony i sfrustrowany… i nagle, tuż obok Twojej trasy znajdujesz na mapie skrawek zieleni- malutki park narodowy z zachwycającą linią brzegową upstrzoną plamkami wysp.

IMG_4633

Wybierasz szlak na „koralową plażę”. Wchodzisz w suchy, słoneczny tropikalny las. Płoszysz kilka papug. Jest wspaniale. Kilkaset metrów dalej, na bonusowym odcinku do punktu widokowego ścieżka staje się kręta, wąska i zarośnięta. Zdejmujesz z włosów pierwszą pajęczynę. Omijasz kolejną. Z przerażeniem i wstrętem zatrzymujesz się kilka centymetrów przed gigantycznym pająkiem wiszącym na wysokości Twojej twarzy. Zbliżenie na nogogłaszczki. Jesteś w horrorze. Twój opętany kolega woła z zachwytem, że pająk w pajęczynie obok jest kolorowy i kolczasty. Cholerę Cię to obchodzi. Może nawet być w kucyki pony. Stałaś w miejscu całe 45 sec. więc otacza cię już chmara komarów, stopy zaczynają gryźć mrówki. Odganiasz je chaotycznie. Twoja nerwica puka do drzwi taranem. Idziesz dalej. Kolejny obrzydliwie wielki pająk. Przechodzisz pod siecią, i ręką trafiasz w inną pajęczynę. Tomasz z zachwytem odkrywa, że to była niezwykła pajęczyna złożona z małych kwadracików. Las dookoła roi się od pająków. Świat to pająki i komary. Punkt widokowy powinien być już gdzieś blisko. Bierzesz do ręki kij i zaczynasz nim wymachiwać wściekle, w nadziei zniszczenia wszystkich zwykłych i niezwykłych pajęczyn tego świata. Idziesz coraz szybciej. Kij działa. Kontynuujesz swój slalom pomiędzy pajęczynami,  ich szczątkami i uciekającymi właścicielami. I wtedy czujesz, lepkie mocne nici oklejające twoją skórę. I hitynowe odnóża startujące do sprintu w górę Twojej nogi! Patrzysz w dół w ułamku sekundy gotowy strzepnąć gada i zerwać tą pieprzoną pajęczynę… Patrzysz… I jeszcze zanim wizja zbiegła się z analizą i zrozumieniem, generując falę obezwładniającego Cię obrzydzenia, adrenalina zaciska Ci gardło i zamienia w przerażone zwierzę. Piszczysz histerycznie. Strącasz desperacko tego pierdolonego pająka. Zdzierasz pieprzone pajęczyny. Odganiach #^&*##% komary. Twój pseudoukochany zwija się ześmiechu. Przez ułamek sekundy zastanawiasz się, czy nie zdzielić go kijem. Komary wracają. Wiesz, że jeszcze chwila, jeszcze jeden pająk, pajęczyna czy pijawka i się popłaczesz.

Zabierasz swój kijek i biegniesz na parking.

Czy to jest śmieszne?

Nie widziałam punktu widokowego. Widziałam za to koralową plażę😀

IMG_4655

IMG_4651

Dlatego też couchsurfing w Townsville był dla nas jak wybawienie. Dlatego też wybrałam Steva, 50paro letniego siwego faceta z sympatycznym zdjęciem profilowym i masą pozytywnych referencji, których oczywiście nie chciało mi się przeczytać. To był błąd. Wnikliwy, a rozumny czytelnik bez trudu wywioskowałby z nich, że w przybytku Steva można znaleźć wszystko, tylko nie spokój, a jego dom to bardziej bezpłatny, wielogwiazdkowy hotel przy plaży, niż prywatne mieszkanie. To jest duch couchsurfingowy!

Wieczór, kiedy dotoczyliśmy się do oazy higieny i towarzystkich atrakcji był dniem, kiedy turystyczny przybytek Steva niemal całkiem zmieniał obsadę. Praktycznie wszyscy przyjechali na jeden dzień. Wszyscy zostaliśmy dłużej niż dwa. Emily,wiecznie uśmiechnięta Angielka, wyglądająca jak mała Azjatka, Nina- płomiennowłosa, szalona Czeszka i jej przystojny Brazylijczyk, tak przystojny, że kto by pamiętał imię, Barbara, Słowenka cudownie śpiewająca kontraltem, z doskonale wychowanym chłopakiem Erenato, Wendy- Australijko-Walijka, która właśnie przypłynęła do Townsville jachtem kolegi i my. W tak cudownie multikulturowym i couchsurfingowo entuzjastycznym otoczeniu… Tomasz się speszył i spłoszył, a ja chorobliwie rozpromieniłam. I nawet jeśli głównym motywem naszego pierwszego dnia było poszukiwanie najtańszego warsztatu samochodowego, by zmarnować 250 AUD na nową przednią szybę w samochodzie.. to był cudowny czas. Spacerowaliśmy po parku pełnym czarnych kakadu, wypiliśmy litry fantastycznej kawy na tarasie pod palmami. I rozmawialiśmy. I rozmawialiśmy. I rozmawialiśmy. Nie aż tak łatwo znaleźć kogoś, nadającego na tej samej fali. Zwłaszcza z wielogodzinnym repertuarem dobrych historii z outbacku. Nie ważne, że są sprośne. Nieprzyzwoite. I niestosowne. Są z outbacku. W jakiś pokrętny sposób opowiadają o początkach australijskiego imperium wydobywczego. I życiu poszukiwaczy złóż cennych minerałów w buszu. Bezcenne.

P1110217

Wieczorem całym stadem wybraliśmy się na happy-hours do miejskiej browarni. Happy hours trwały do 2 nad ranem. Przynajmniej moje happy hours. Weszliśmy w klimatyzowany, ogłuszająco głośny półmrok fancy lokalu. Tomasz musiał założyć buty, by wejść. Kultura, pomyślałam😀 Powietrze pachniało piwem i uderzającą mieszaniną perfum. Mój chaosie! Ostatni raz w fancy lokalu byłam w Tajlandii! Rok temu! Na ostatniej imprezie 8 miesięcy temu, i być może nigdy nie zapomnę gospodyń domowych wyginających się na beczkach i stołach do „I’m sexy and I know it” ale…. to nie była prawdziwa impreza. A tutaj…. Jeeeejjjj!!!!

Tomasz ewakuował się 20 minut później, twierdząc, że nie potrafi się w tym harmidrze odnaleźć. Może nie podobało mu się, że musi nosić buty. Może nie chciał się ze mną bawić. Grunt, że Tomasz wiernie chołdując ostrołęckiej, wąsatej zasadzie, by nigdy nie dawać kobiecie portfela i kluczy do samochodu zostawił mnie samą, bez dolara przy duszy, z połową gruszkowego cyderka w łapce. Rozejrzałam się po okolicy nieco przerażona. Barbara uspokoiła mnie, że jej portfel, to mój portfel i rozliczymy się rano. Towarzystwo zaczęło się tasować, mieszać, wykruszać i dryfować. Barbara zniknęła gdzieś strofując Erenato. I wtedy okazało się, że w Australii wystarczy mieć bardzo długie włosy i śmieszny akcent, a bycie z Poland nie Holand to wisienka na torcie.

P1110219

– Zagrasz ze mną w billard jeśli postawie Ci piwo?- zapytał Ozzi nieznajomy😀 Zagrałabym dla samej przyjemności grania, billard jest kolejną w moim życiu aktywnością, której kompletnie nie umiem, a lubię.Absolutnie uczciwie poinformowałam go, że moje umiejętności trafienia w bilę delikatnie mówiąc nie porywają, a posłanie jej w porządanym kierunku raczej mi się nie zdarza. Aczkolwiek moje umiejętności rosną po spożyciu (czym byłby świat bez reklamy). Szczerość popłaca i moje wyznanie spotkało się z szalenie entuzjastycznym przyjęciem.

– Heeej! Ktoś z Was grał kiedyś z Polką w billard? POLAND, nie Holand!  To patrz!

Nie było na co patrzeć, ale po trzech piwach musiałam zacząć grać za colę light, bo dobre wychowanie nakazuje, by będąc „w gościach” wracać do domu mniej wiecej w pionie i o własnych siłach… nie to co u siebie (mama byłaby ze mnie dumna. Australijczycy byli wstrząśnięci i zmieszani).

To jest podróż mojego życia i uwielbiam ją taką, jaka jest, ale… jak mi tego brakowało. Nie wiem, czy to tylko moje czarnowidztwo i malkontenctwo, ale chyba łatwo o bezcennej, oczyszczającej mocy imprez zapomnieć. Zwłaszcza, gdy już się skończyło studia i wkroczyło w „poważne, dorosłe życie”. Tymczasem… tańczyć „salsę” w klubie i „niewiadomoco” na ulicy, zrobić słowiańskie konsylium przy barze i bawić się w detektor wódki w drinkach z wódką (:D), szukać cudzych klapków w kwiatowej rabatce, zrobić bitwę na kostki lodu pod sklepem monopolowym, zjeść wegetariańskiego kebaba o 1 w nocy i śpiewać „yellow submarine” wracając do domu przez park! Życie! Młodość! 28 lat to jednak nie koniec świata!!!

P1110210

Tomasz obudził mnie o 6 rano, bezlitośnie. Tomasz chmurny, być może podświadomie zazdrosny (pewnie bardziej o udaną imprezę niż moje salsowo-bilardowe sukcesy), ja euforyczna i lekko skacowana. Za namową Barbary i Erenato postanowiliśmy zaczać od wodospadu Wallaman. Wodospad jest „niemal po drodze” czyli 50 km w jedną stronę od szosy. Zdecydowanie jednak warto go zobaczyć! Zwłaszcza, jeśli w ramach mrożącej krew w żyłach opowieści otrzymujemy historię dzikiej, długiej i trudnej wędrówki przez tropikalną knieję do mglistych stóp wodospadu.

– I szliśmy, i szliśmy i zrobiło się tak ciemno w tym lesie! I ja chciałam wracać, ale Erenato chciał iść dalej, więc szliśmy. I ja miałam na nogach te cholerne klapki i te cholerne chwasty drapały mi nogi i nie widzieliśmy nic tylko ten cholerny las, żadnego wodospadu. A potem zobaczyliśmy węża! I ja mówię Erenato „Erenato! Ja nie chcę iść dalej, ja nie znam tego węża!”

– Co gdyby wąż powiedział „Hello! I’m Bob”- wtrącił Steve.

IMG_4726

268 metrow wysokości

P1110251

My nie widzieliśmy żadnego węża! Las wcale nie był wyjątkowo ciemny. Nie było mroków i przygód! Świat po raz kolejny usiłował nauczyć mnie, że tropików nie miesza się z alkoholem… ale i tak było pięknie! Poza tym- to właśnie tu zobaczyliśmy pierwszy znak „Uwaga kazuary”. I to był znak, który chwilowo zmienił nasze życie! Zaczęliśmy szukać kazuarów!

IMG_4718

Znaleźliśmy jednak tylko atrakcyjne bydełko, które choć raz nie uciekało w panice na widok łowcy-Bunika z morderczym Eosem w ręku. Drought Masters! Garby, falujące paleary, klapiące uszy, wielkie oczy, giętkie ogony. Biegnące stado jest fascynującym widokiem!

IMG_4699

IMG_4713

IMG_4706

Pobyt w Townsville przyniósł także kilka konstruktywnych zmian w naszym pomyśle na dalszą podróż. Po pierwsze- ostatecznie straciliśmy serce do Złotej Kijanki i postanowiliśmy ją sprzedać. Nie będzie nam się niedobra po szosach rozbijać i szarpać nasz budżet zmianami szyb. Postanowiliśmy się jej pozbyć. Po drugie- zintensyfikowaliśmy poszukiwania współtowarzyszy podróży do Darwin. Plan był całkiem sprzeczny. Każdy zmyślny podróżnik ma jednak zawsze „plan B”.

Szczęście uśmiechnęło się dla nas szeroko, promiennie i złośliwie, dlatego też mniej więcej w tym samym czasie odpisały nam chętne na wycieczkę do Darwin młode Niemki i laska zainteresowana kupnem Złotej. Tomasz zdążył się już otrząsnąć z towarzyskiego kryzysu i na nowej fali entuzjazmu uznał, że SMSowa wymiana wyraźnie świadczy o tym, że nasze nowe koleżanki są wspaniałe, sympatyczne, wysportowane i przygodowe, oraz, że na pewno sprzedamy samochód.

IMG_4749

Młode Niemki okazały się być kolejnym, zesłanym przez niedobry los, 19letnim pokuszeniem i testem naszego pseudo-związku; a może lekcją, że nie każda 19 latka to śmiertelne zagrożenie starzejącej się kobiety. Zresztą, ich małoletni czar i wdzięk nie miały większego znaczenia. Primo-bardzo potrzebowaliśmy koleżanek oszczędnościowych. Secundo- były super. Może to kolejny przejaw mojej niedojrzałości emocjonalnej, ale widać 19latki to nie tylko Tomka, ale i moja ulubiona grupa wiekowa. W końcu, po miesiącu poszukiwań mieliśmy w samochodzie ludzi, z którymi można było inteligentnie porozmawiać. Zorganizowane, rozsądne, asertywne, z pomysłem na swoją podróż i siebie. Podróżniczki, dla których wystarczającym powodem by po maturze pojechać do Australii był fakt, że ich ulubiona książka w podstawówce była o krainie kangurów.

Pojechaliśmy razem do Dainty Tree National Park położonego na północ od Cairns. Szukać kazuara.

Casuarius_casuarius_-Artis_Zoo,_Netherlands-8a

 

commons.wikimedia.org 

Cassowary-420x0

Kazuar, to wielki (1,8m) leśny „struś”, z niebieską szyją i czerwonym grzebieniem na szyi- tak wygląda samiec. Samica, jak można się domyślić- jest tylko brzydkim strusiem. Kto oglądał przygodowe filmy przyrodnicze ten wie, że kazuar to niebezpieczny stwór gotowy rozpruć ciekawskiemu turyście modny top i powłoki przuszne swoim wielkim pazurem. Może i to prawda, ale o wypadek ciężko, bo w lasach więcej jest chyba znaków „uwaga kazuary” niż samych ptaków. I jest to problem ogromny. Dużo większy, niż sam fakt, że kolejne niezwykłe zwierze balansuje na granicy zagłady. Kazuary to bądź co bądź bardzo duży i istotny dla ekosystemy roślinożerca. Jak wiele ptaków służy niektórym roślinom jako rozsiewacz nasion. Zje coś nad rzeką, przebiegnie się, wysra na wzgórzu- i już sukces rośliny gotowy- zdobywa nowe miejsce wegetacji. Problem w tym, że z biegiem czasu część roślin uzależniła się od kazuarowych soków trawiennych i teraz, aby wykiełkować, nasionko musi przejść przez jego kiszki. Niska liczebność kazuarów pociąga więc za sobą zmiany całego lasu. Aktualnie liczebnosc dzikich kazuarow szacuje sie na mniej niz 1000 osobnikow.

6_1360934812

https://hipokrates2012.wordpress.com

Nie widzieliśmy kazuara. Widzieliśmy za to przepiękny, bagienny las niesamowitych palm😀 Dający trochę nierealne wrażenie patrzenia na świat z rybiej, podwodnej perspektywy. Z okrągłymi liśćmi lilii wodnych nad głową.

IMG_4768

IMG_4779

IMG_4782

Zaś cały dzień, gdziekolwiek byśmy nie poszli, wysoko nad nami szybowały wdzięcznie Papillo ullyses. Przepiękne, czarno-szafirowe motyle.

403-photo-e00af2f2fd07153084de8b1be6ce4973

www.skyrail.com.au 

Idylliczne piękno tego tropikalnego dnia psuła tylko niedecyzyjność panny Anji, potencjalnie chętnej do kupna Złotka. Anja była nieustannie „za a nawet przeciw” i potrzebowała czasu, którego my nie mieliśmy, musieliśmy bowiem zdecydować, czy wieziemy małe Niemki do Darwin, gdzie mają zacząć pracę, czy nie. Anja czekała, Tomasz czekał, ja się denerwowałam, małe Niemki czuły niekomfortowo. Tomasz grał na czas. I zwlekał.

Małe Niemki były przemyślnymi podróżniczkami, i również miały plan B. Późnym wieczorem uznały więc, że jadę ze swoimi „Plan-B-Włochami”.

15 minut później Anja oświadczyła, że nie chce naszego samochodu.

Znów zostaliśmy sami.

IMG_4752

Mieliśmy więcej czasu na szukanie kazuarów. I nadrzewnych kangurów. Nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. To było optymistyczne spojrzenie na świat.

Tak naprawdę było mi okropnie. Znów zagraliśmy źle. Znów dałam się namówić na idiotyczne plany, w który od poczatku nie wierzyłam. I nie słuchałam swojej intuicji, która najprawdopodobniej jest jedynym znanym mi głosem rozsądku!Pierwszy raz od dluższego czasu spotkaliśmy fajne osoby i straciliśmy je na własne życzenie! AAAAARGH!!!!! Głupia! Głupia! Głupią! Palące poczucie wstydu, żalu i wyrzutów sumienia, gorsze niż komary i pijawki.

Następnego ranka pożegnaliśmy małe, chlipiące ze wzruszenia Niemki, dla których widać porzucenie nas było również łamiącą serce decyzją😛 I ruszyliśmy szukać nadrzewne kangury! Dwa dni później dołączyła do nas Anna Maria.

IMG_4762

 


One thought on “Daintree National Park i okolice Cairns, czyli poszukiwania kazuara

  1. Pingback: Irak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s