kangurzątka, walabiątka

IMG_5147

Chyba każdy,kto kiedykolwiek marzył o byciu weterynarzem, marzył właśnie o takiej chwili! (może z wykluczeniem jednostek o zmyśle zdroworozsądkowo-biznesowym, nad przytulanie puchatych sierotek przedkładających stabilną sytuację finansową, własne miejsce zamieszkania i pogodną przyszłość).

Zwłaszcza, jeśli już zawiało go do Australii! Co można robić w Australii, jeśli nie ratować kangurzątka??? Albo misie koala?

Oczywiście można robić bardzo wiele rzeczy i nasza droga do Kimberley Wildlife Rescue była długa i kręta… Bardzo długa. Na dobrą sprawę udało nam się objechać 3/4 kontynentu dookoła, zanim tam dotarliśmy. Nie mogliśmy więc wybrać dłuższej trasy.

P1110514

Powodów naszej skandalicznej weterynaryjnej stagnacji było wiele. I nie były nimi lenistwo i pochodne (przynajmniej nie po pierwszych 2 miesiącach wakacji). Przeciwko nam były poważne siły wyższe, w postaci tropikalnego klimatu, stanu polskiej gosodarki i kursu złotego (a może stanu gospodarki Australii i kursu AUD) oraz krzywdzących przepisów wizowych. Tropikalnemu klimatowi powinniśmy być wdzięczni, bo to on zmusił nas do ratunkowego poszukiwania tanich biletów „w zimne kraje”. Okazuje się, że jednak jesteśmy dziećmi północy i jak „winter isn’t coming” to sami ją sobie znajdujemy. I tak spontanicznie i nieprzemyślanie polecieliśmy sobie do Perth, w którym akurat była zima. Tam okazało się, że w Australii wszystko jest cudowne i wspaniałe, oprócz cen, i trochę trzeba się nagimnstykować, żeby się finansowo nie pogrążyć, zwłaszcza, jeśli jesteśmy narodem wybranym i nie możemy ubiegać się o Working Holiday Visa, ani żaden inny papier dający nadzieję na legalną pracę (w teorii opisano sytuację, w której Polak znajduje szczodrego, szlachetnego sponsora, który przebija się przez stosy papierów, opłat i dokumentów, by załatwić mu wizę o pracę, oraz zorganizować pierwsze legalne stanowisko służbowe…. ale żadko zdarza się ona w praktyce). Tak więc pierwsze trzy miesiące w Australii przeżywaliśmy „przygody”, malowaliśmy płoty, naprawialiśmy dachy, pieliliśmy grządki i topornie autostopowaliśmy w kierunku zachodniego wybrzeża.

P1110480

W Nowej Zelandii nasza sytuacja nie zmieniła się wiele, było tak samo drogo, a my nie mieliśmy już w kieszeni długiej listy przyjaciół Toma, którzy chętnie nas przenocują i nakarmią za drobne prace ogrodowo-porządkowe. Na wyspach stało się jasne, że albo znajdziemy jakąś prawdziwą robotę za kasę, albo szumny projekt „weterynarz bez granic” zwinie skrzydła i wrócimy jako obywatele marnotrawni do ojczyzny, z jednym skromnym wolontariatem w Tajlandii na koncie. Motywacja była spora! I tak osiągnęliśmy zawodowe dno i przez ponad 2 miesiące tyraliśmy na polu szparagów. Po tym traumatycznym doświadczeniu desperacko chciałam wrócić do medycyny weterynaryjnej i pracy angażującej mózg, a nie tylko mięśnie grzbietu.

Tu okazało się, że mamy poważny ideologiczno-strategiczny problem, bo Tomasz „chce, ale nie chce”, bo wolontariat trzeba sobie gdzieś zaplanować, zorganizować i zaklepać, a on chce swoje życie przeżyć spontanicznie niczym cholerny plankton w wodach Pacyfiku- czyli dryfować gdzie go los poniesie, po drodze podejmując próby podtrzymania gatunku. To jest elementarne i podstawowe zarzewie wszystkich naszych konfliktów (dryfowanie, nie rekreacja), i będzie pewnie przyczyną ostatecznego rozpadu naszego dream teamu. Tak czy inaczej w Nowej Zelandii zajęłam się szukaniem możliwości wolontariatu dość późno, nie znalazłam nic ciekawego, Południowa Wyspa była czarująco urodziwa, jeździło się super, Julie, Kalinka, lodowce… moje ambicje zawodowe grzecznie ustąpiły i zaczęły szukać możliwości realizacji w Australii.

07.3 (1)Tongariro Crossing; Nowa Zelandia

I tu okazało się, że to też jest problem. Praktycznie wszystkie lecznice zajmujące się dzikimi zwierzętami odpisały mi, że niestety nie mogą mnie przyjąć ze względu na nową zmianę przepisów dotyczących ubezpieczenia zdrowia i nie przyjmują już do pomocy żadnych zamorskich studentów, lekarzy czy wolontariuszy. Uznałam, że skoro nie dane mi będzie leczyć kangurzątek, to chociaż chcę poleczyć psy i koty(ostatecznie, nie ma doskonalszej istoty niż kot). To samo- wszędzie jakieś nieszczęsne ubezpieczenia. Nieważne, że mam swoje własne i jestem gotowa podpisać wszelkiego rodzaju papiery, że nie pozwę ich do sądu jeśli krokodyl odgryzie mi rękę na dyżurze. I gdy już miałam popaść w depresję sfrustrowanej, wykształconej, bezrobotnej prawie 30letniej… odpisała mi Sarah. Z Kimberley Wildlife Rescue, czyli jednej z pierwszych organizacji, do których wysłałam swoją prośbę.

KVC_LOgo_PNG

Kimberley Rescue Centre znajduje się w Kununurze, czyli największym mieście prowincji Kimberley, leżącej w północnej części zachodniej Australii. Fakt, że Kununurra jest największym miastem nie znaczy wiele- liczy całe 7 tys mieszkańców, z których znaczny procent to Aborygeni (chciałam tu napisać po krótce co to oznacza, ale debatę na temat różnicy między rasizmem, prawdą, współczuciem, a pogarda zostawię na odrębny post), za to najbliższa konkurencja znajduje się 500 km na zachód, co już zmienia perspektywę. Dodajmy do tego, że obszar Kimberley jest mniej więcej równy terytorium Polski, miast jest kilkanaście (przy czym trzymam się tu australijskiej nomenklatury, czyli- jest bar=miasto), a cały teren to niewysokie, rdzawe góry i kamienista sawanna, poprzecinana głębokimi wąwozami. Trawy wyskości 2-3 metrów i baobaby. Jeden z najdzikszych i najmniej zmienionych ekosystemów Australii.

IMG_4911

Sarah wyjaśniła mi uprzejmie, że odpisuje z dużym opóźnieniem, bo mój mail zgubił się w stosach świątecznej korespondecji, niemniej mogę przyjechać kiedy chcę; po czym dodała usprawiedliwiająco, że nie chce mnie zawieźć, ale zwykle mają tylko kilku dzikich pacjentów tygodniowo. Odpisałam, że „tylko kilku” to wciąż bardzo dużo, bo ja nigdy wcześniej nie miałam żadnej możliwości pomagać np. kangurom (to był bardzo wyszukany przykład). Sarah odpisała, że kangury praktycznie im się nie zdarzają, bo skaliste, suche okolice to środowisko walabii i wallaroo (po polsku zwanymi kangurami gorskimi… co mi troche zepsulo stylistyke i logike wypowiedzi), ale trafia do nich dużo ptaków i gadów. Bardzo chciałabym znaleźć swoją drogę i swoje miejsce w wildlifie, więc naprawdę nie jestem wybredna. Poza tym… przemilczałam temat, że jeszcze niedawno walabie były dla mnie „małymi kangurami”. Poza tym, Kimberley Wildlife Rescue to zaplecze Kimberley Veterinary Centre, które na brak pacjentów nigdy nie narzeka. Ustaliliśmy, że przyjadę pod koniec marca.

IMG_4990

Tomasz marudził, a ja nie mogłam się doczekać.

Pierwszego dnia do ośrodka trafiła agama kołnierzasta i żółw zaatakowany przez krokodyla.

Drugiego dnia pomagaliśmy w wypuszczeniu na wolność dwóch walabi smukłych. Wszystkie większe torbacze, po osiągnięciu odpowiedniej niezależności dorastają w założonym na potrzebu lecznicy Wildlife Sanctuary, kilka kilometrów za miastem. Maluchy przebywają na zarośniętym wysoką trawą wybiegu, mają tam wiatę chroniącą przed deszczem, drzewa chroniące przed słońcem, miski z wodą i jedzeniem (specjalny kangurzy preparat, organoleptycznie- siano z granulatem), kolegów i dużo miejsca do ćwiczeń. Na tym etapie kontakt z maluchami ograniczany jest do minimum, bo odzwyczaić je od obecności człowieka. Ostatecznie nikt nie chce, żeby po wypuszczeniu na wolność błąkały się wzdłuż dróg, czy skakały po miejskich parkach prosząc o jedzenie. Obie aktywności zwykle kończą się tragicznie.

Wyrośniętych wychowanków wypuszcza się po prostu za płot wybiegu- Wildlife Sanctuary położone jest nad rozległymi łąkami, otaczającymi niewielkie jezioro. Zwierzaki zwykle pozostają w okolicy przez tydzień czy dwa, po czym nabierają pewności siebie i ruszają w busz. Nigdy nie sa wypuszczane samotnie, minimum w parach.

smugmug-corner-dale-mengel-05-agile-wallaby

walabia smukła www.photographycorner.com

Brodziliśmy w wysokich trawach, z siatkami w rękach i usiłowaliśmy wymanewrować za drzwi gotowe do życia na wolności walabie. Czas był najwyższy, bo wg Sary brykające szaleńczo łobuzy silnie stresowały młodsze walabiątka. W tym czasie na wspólnym wybiegu przebywało kilka euro i agile walabiee. Jeśli dotychczas miałam problemy z rozróżnieniem tych zwierząt teraz było to oczywiste. Nie chodziło nawet o budowę ciała i rysunek na pyszczku- wallaroo są krępe i masywne, walabie smukłe i zgrabne. Ich temperament! Agile skakały wzdłuz płotu jak opętane, dajac niepokojacy popis swoich możliwosci i ewidentnie dowodząc, ze nie trzeba wiele, by je zestresowac. W tym samym czasie wallaroo (kangury gorskie) przeżuwaly filozoficznie trawę, obserwujac bez ruchu cale widowisko, stateczne i spokojne, zdziwione, o co tyle nerwów. Były urocze!

Macropus_robustus2kangur gorski/wallaroo/euro en.wikipedia.org

Ostatecznie nadpobudliwe kangurzątka, po kilku honorowych rundach wzdłuż płotu znalazły swoją drogę w szeroki świat. My zapoznaliśmy się z orlicą Lu i wróciliśmy do kliniki. Ja, cały czas myśląc, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i mam niesamowitego farta, że już drugiego dnia wolontariatu robię „coś” z walabiątkami.

Na następnego kangura czekaliśmy 3 tygodnie. Trafił do kliniki w nocy i każdy, absolutnie każdy (a raczej każda, bo w lecznicy pracują tylko kobiety) wchodzący do szpitala pracownik reagował tak samo. Nawet ja! Rok w anglojęzycznych krajach i w chwili niekontrolowanego zauroczenia człowiek wydaje z siebie nieprzemyślany jęk „Oł maj gad” zapominając, że po pierwsze jest Polakiem, i powinien reagować po polsku, po drugie ateistą, i nie powinien odwoływać się do absolutu.

IMG_5143

To był prawdziwy kangur. Kangur rudy. I jak setki innych, często mniej szczęśliwych kangurzątek, stracił swoją mamę w wypadku drogowym. Australijskie pobocza usiane są trupami kangurów, książki o odchowywaniu sierotek pełne są wstrząsajacych zdjęć maluchów kulących się w torbie martwej matki, albo przytulających rozpaczliwie do leżących na drodze zwłok. Starsze kangurzątka potrafią przetrwać u boku matki nawet 3 dni.

W okolicy Kununurry nie ma rudych kangurów- otaczające miasto skaliste wzgórza nie są korzystnym środowiskiem dla tych torbaczy. Maluch został do nas przez kobietę, która znalazła go na poboczu ok. 200 km na zachód. Złapała, zawinęła w ręcznik i przywiozła do lecznicy.

IMG_4999

Kangurzątko nie odniosło żandych ran, pomijając gigantyczny stres, jaki musiał dla niego stanowić wypadek i utrata matki. Większość materiałów dotyczacych odchowywania kangurów dzieli ich dzieciństwo na 7 etapów, przy czym pierwszy to nagi, ślepy, kompletnie zależny i niezwykle trudny do odchowania zarodek, a siódmy, to kangurzątko gotowe do rozpoczęcia samodzielnego życia. Ten kangurek był już pokryty krótką, niesamwicie miękką sierścią i według jego ratowniczki- zaniepokojony wyskoczył z torby i nieco nieporadnie usiłował uciec. W lecznicy, przeniesiony do płóciennej imitacji torby skulił się w środku i tylko czasami nieśmiało wystawiał głowę na zewnątrz. Na tym etapie rozwoju (4) rokowanie jest zazwyczaj dobre- maluchy są dobrze rozwinięte, wymagają tylko niewielkiego dogrzewania, bo coraz lepiej radzą sobie z samodzielnym utrzymywaniem stałej temperatury ciała, zaczynają interesować się stałym pokarmem.

IMG_5153

Niestety (dla naszych lecznicowych potrzeb estetycznych) kangurzątko nie zabawiło u nas długo. Tego samego dnia zostało przewiezione do ośrodka zajmującego się niemal wyłącznie odchowywaniem osieroconych kangurów. Kimberley Wildlife Rescue nie ma do tego odpowiednich warunków, kangury rude potrzebują znacznie większych wybiegów niż tutejsze, ponadto wypuszczenie dorosłych zwierząt na wolność musiałoby się wiązać z ich sedacją i dłuższym transportem samochodowym. Są zwierzętami stadnymi i muszą dorastać w grupie, aby nauczyć się zasad kangurzego życia społecznego, a my poza własnym towarzystwem innego nie mogliśmy maluchowi zaoferować. Nie można ich również wpuszczać na wybieg z mniejszymi kuzynami, typu naszych nadpobudliwych walabii smuklych, bo być może nawet nieświadomie i niechcący- ich zabawy mogą wywołać u mniejszych zwierząt ogromny stres. Tak więc nasze stworzenie po dłuższej przerwie na spanie i jedzenie pojechało dalej, pozostawiając mi po sobie stosy zdjęć i świadomość, że karmienie kangurzątka z butelki wcale nie jest proste, nawet jeśli maluch jest ewidentnie głodny.

IMG_5151

IMG_5157

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s