Andy’s Chasm

Najlepszym sposobem, żeby dobrze poznać kraj, jest zaprzyjaźnić się z tubylcem.

P1120474Pack Saddle

Droga do Kununurry daje dobry przedsmak tego, co oferuje Kimberley. Góry, rdzawoczerwone skały, baobaby, rzeki. Sawanna. Przestrzeń. Upał. Wysokie trawy. Miasto położone jest w przepięknej okolicy. W spiętrzonych wodach rzeki odbija się Śpiący Budda, z innej perspektywy zwany Górą Słonia, którego nogi (a może paznokcie) Aborygeni zdobili rysunkami z ochry i białej gliny. Dziobak czy krokodyl to poważna zagadka interpretacyjna. Żółwie nie pozostawiają wątpliwości.

IMG_4944dziobak czy krokodyl?

IMG_4946

Można przepłynąć się rzeką turystycznym rejsem, przespacerować po Hidden Valley, fantastycznym szlaku tuż na obrzerzach miasta. Popływać Valentine Springs, podpłynąć pod Black Rock Waterfall, odwiedzić kilka punktów widokowych… i tyle. Piękne, dzikie miejsca w zasięgu ręki, a dalej tylko plantacje mango, drzew sandałowych i busz. Tam trzeba mieć przewodnika.

IMG_5113Middle Spring

Planując staż w Kununurze oczywiście wzięliśmy pod uwagę kwestię zakwaterowania i, po zorientowaniu się w cenach pokoi do wynajęcia, postanowiliśmy przenieść tą, poniekąd istotną sprawę do rubryki „jakoś to będzie”. Nigdy nie zostawiam nic na pastwę ślepego losu, więc „jakoś to będzie” opierało się na solidnych fundamentach dwóch alternatywnych rozwiązań, czyli couchsurfinga, lub naszego czaru i uroku osobistego, dzięki któremu pozwolą nam spać w awiarni, na zapleczu, w szpitalu, albo trawniku przed lecznicą. Nie mogło się nie udać! Prawdą jest, iż głupi zawsze ma szczęście (Pałlo Koeljo).

IMG_4987droga do Harris Hole

Znalezienie przyjaznego/samotnego/szalonego/masochistycznego couchsurfinga było zadaniem kluczowym, zabraliśmy się więc za niego w Darwin, na kilka dni przed przyjazdem do Kununurry. Moja czarująca i przeuprzejma prośba o kanapę krótko opisywała chwalebną misję ratowania kangurów z jaką przybywamy do serca Kimberley i uspokajała, że nie mamy zamiaru okupować czyjegoś mieszkania przez cały miesiąc stażu. Odpisać zdążył nam tylko Richard. Dodając, że jeśli się polubimy, możemy zostać cały miesiąc, a pewnie tak będzie, bo on też pracuje ze zwierzakami.

– Cudownie- pisnęłam.

– Chyba cię powaliło- warknął Tomasz. Marchewka uważał, że mieszkanie przez miesiąc u obcego człowieka, to paranoja.

Zostaliśmy u Richarda ponad miesiąc. Ostatecznie, po kilku dniach, przestaliśmy być dla siebie obcymi ludźmi.

P1120005Richard i ja

Spośród wszystkich cech, które charakteryzować mogą ponad 60letniego mężczyznę, który chce nas dobrowolnie gościć pod swoim dachem przez kilka tygodni Richard wybrał szaleństwo. Łazi po drzewach, wspina się na wodospady, skoczy do wody z każdej skały, byle wyższa, wlezie wszędzie, przejedzie wszystko. Marlboro Man, 200% Australijczyka z dzikiego zachodu. Kowboyski kapelusz, krótkie spodenki i wystające, obdrapane kolana. Do tego Richard jest pracownikiem technicznym Departamentu Ochrony Przyrody i ostatnie lata spędził na łapaniu,mierzeniu i liczeniu ssaków, gadów i płazów Kimberley, w przerwach koordynując kontrolowane, ochronne wypalanie traw. Wiedział więc wszystko! Co, gdzie, kiedy, jak i w jakiej liczebności występuje, żeruje czy migruje. Gdzie spotkać myszowory, jak wypatrzyć desurusa, po czym rozróżnić gatunki rzekotek i dlaczego Verticordiae nazywają się tak a nie inaczej? Wykladowca idealny!

Do tego Richard, tak jak my, nie potrafi siedzieć w jednym miejscu! Każdy weekend był wycieczką!

Naszą pierwszą wyprawą był Andy’s Chasm.

P1050335

To nie jest moje ulubione miejsce w Kimberley, ale przejście tego wąwozu było jednym z najbardziej niesamowitych przygód w moim życiu… I osiągnięć… Chociaż tak naprawdę, to nie udało by mi się go przejść, gdyby przez pierwsze dwa wodospady nie przeciągnął mnie pewien kununurski budowlaniec.

Andy’s Chasm to wyzwanie! I lokalna tajemnica. Wielu mieszkańców miasta nigdy tam nie było, jeszcze więcej nie byłoby w stanie go pokonać. Ci, którzy wiedzą, co dokładnie kryje się za instrukcją „dojedź do X, a potem podążaj za wodą”, robią poważną selekcję wśród chętnych, by wisieć na linie w strumieniach wodospadu. Powody są dwa- gdyby ostatecznie piękno tego miejsca odkryli ludzie władni, by tworzyć parki narodowe, z pewnością stałby się miejscem chronionym- czyli zamkniętym dla swobodnych, niepublicznych wycieczek, lub zniszczony jakimś bezpiecznym szlakiem z barierkami i łańcuchami. Gdyby ktoś ze zwiedzających się zabił- co wydaje mi się dużo bardziej pawdopodobne- również zostałby zamknięty. A tak, jest piękną tajemnicą.

P1050358

Fakt, że w takie miejsce można wybierać się bez przeszkolonego przewodnika, kasku, kursu wspinaczki, pierwszej pomocy, karty pływackiej i testamentu świadczy tylko o tym, że Australia to naprawdę dziki kraj. W cywilizowanej Europie takie wycieczki nie są możliwe.

Umówiliśmy się o 8 rano, standardowo pod Wielki Baobabem.

– Oh jej, to ty też jedziesz?- zdziwiła się nowa, młoda, smukła policjantka Tess- Myślałam, że tylko podwozisz tych nowych (czyli nas).

Richardowi zrobiło się smutno.

Tess poddała się zanim jeszcze dotarliśmy do Andy’s Chasm. Razem z jej koleżanką-policjantką Rachel.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Początkowo szlak nie jest trudny. Przy czym „szlak” w Kimberley oznacza „iść w odpowiednim kierunku”. Jeśli wśród traw i kamieni widać, że chwasty są trochę przedeptane i ktoś, kiedyś tu był, to turystyczna autostrada. Za to uniwersalna wskazówka „idź za wodą” jest o tyle prosta, co zwodnicza, bo w porze suchej wody nie ma nigdzie, a po deszczach jest wszędzie… więc nie zgadniesz, gdzie się wspinać. Nie ma znaków. Ani tablic z czasami przejść😀

P1050359

Ostatecznie dochodzi się do wąskiej szczeliny pomiędzy rdzawymi skałami, zdejmuje buty (choć mądrzej jest wziąć je ze sobą) i wchodzi do wody. Płynie, a potężne ściany zwężają zielonkawy, wodny korytarz, aż okazuje się, że nie można dalej płynąć żabką i trzeba przeciskać się między skałami stylem dowolnym. Pierwszy skalny basen zamyka malutki wodospad. Malutki jest, ale ściany wokół tak gładkie, że nie ma na czym stanąć, ani czego się złapać, żeby się podciągnąć. Ostatecznie udało się Tomkowi i Jeffowi. Tomasz popędził dalej, Jeff wciągnął kolegę. Kolega wciągnął Richarda. A potem wszyscy na zmianę wciągnęli dwie tubylcze laski i mnie. Na tym etapie straciliśmy Bena, kolejnego policjanta, który widać był zbyt ciężki i jeszcze jedną dziewczynę.

P1050371to inne miejsce, niz w opisie

Płynęliśmy, szliśmy i wspinaliśmy się dalej. Kolejny wodospad był wyższy, i wyposażony w linę pomocniczą. Tu kazało się, że nie takie liny zbawienne, jak filmy o Tarzanie pokazują. Woda huczy. Podpływam. Zalewa mi oczy. Łapię linę. Jest śliska. Usiłuję się podciągnąć. Woda zalewa mi oczy, nos i uszy. Nic nie widać. Szumi. Wodospad napierdziela po głowie. Puszczam. Prąd wpycha mnie pod wodę. Chwila przerwy. Kolejna próba. To samo. Dookoła gładkie ściany, dno za głęboko, nie bardzo jest jak odpocząć, bo trzeba cały czas pływać. A na powierzchni olbrzymie, spłukane tu deszczem ropuch agi. Zmęczone. Złapane w pułapkę. Każdą chwilę przerwy wykorzystującą by wpełznąć na czyjeś ramię albo głowę i chwilę odpocząć. Obleśne, że strach. Jeff z Richardem zrobili sobie krótką bitwę na ropuchy. Po czym wspięli się piętro wyżej. Ostatecznie, ślepa, głucha, opita ropuchową wodą i zdresperowana wciągnęłam się ponad cholerny strumień wody, na tyle wysoko, by Collin złapał mnie za rękę i uratował🙂

P1050373

Dalej było jeszcze piękniej! Nie było ropuch. Tylko rzekotki nadobne, małe skalne żabki i malutki nietoperz. I czerwone skały.

462Litoria Splendida museum.wa.gov.au

A potem dopłynęliśmy do ostatniego wodospadu. I pomyślałam sobie, że to koniec! Za wysoki, żeby ktoś mnie wciągnął. Za wysoki, żebym sama się wciągnęła. Kamienie pod spodem… jak się zwalę, to koniec… nawet lepiej, żeby to był koniec, bo moje standardowe ubezpieczenie nie uwzględnia kosztów helikopterowych akcji ratunkowych dla ofiar sportów ekstramalnych. Ostatecznie- nawet jeśli wejdę, to nie ma bata, żebym zeszła. Pomarudziłam, pomarudziłam… obiecali mi, że będziemy wracać na około, górą…. i weszłam. Z asekuracją, bo wbrew szyderstwom Tomka- bardzo się cieszyłam, że Collin cały ten czas niósł ze sobą zwój porządnej liny.

P1050363

P1050366

Kilkadziesiąt metrów dalej otwierał się szeroki świat. Słońce, kłujący spinifeks i palące skały!

Poszliśmy na spacer do kolejnego wodospadu. Przepłynęliśmy kolejne dwa, nie mniej piękne, choć zdecydowanie mniej hardkorowe wąwozu… I było CUDOWNIE!!!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec wszyscy zgodnie orzekli, że konają z głodu i zmęczenia, więc czas wracać. Ku mojej radości- przez Andy’s Chasm, bo to najkrótsza droga. Jeeej… czekanie było straszne. Zejście jest dużo prostsze.

TAKA PRZYGODA!

P1050343

Następnego dnia rano okazało się, że kubek kawy jest za ciężki, żeby podnieść go jedna ręką, a mycie zębów męczące😀


One thought on “Andy’s Chasm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s