Odcinek w którym wracamy do autostopowania, uciekamy przed policją, napadamy na stację benzynową, i poznajemy aborygeński gang narkotykowy, co Tomek uważa za przygodę, a ja niekoniecznie :)

(tekst zawiera wyrazy powszechnie uznane za wulgarne, oraz znaczną ilość gwiazdek, ponieważ nie jestem pewna jak wordpress zapatruje się na ich używanie)

– To dlaczego w końcu tu stoimy?
– Bo on się boi, że na drodze zatrzyma nas policja.
– Ale przecież nic złego teraz nie zrobił!
– Teraz nie, ale ogólnie jest jednym z większych dealerów narkotykowych w Port Headland, i teraz nie wie, co policja może do tej sprawy dołożyć.
– Aha…. ok…. czyli sterczymy w środku nocy, pośrodku buszu, z aborygeńskim dealerem narkotykowym, ukrywając się przed policją, prawdopodobnie poszukiwani za próbę napadu rabunkowego na stację benzynową????!!!!
– Ojtam….
– ZA-*E-BI-ŚCIE!!!!!!
– Jak tam Ci na tyle dziewczyno?-Max wypełzł z krzaków- Dzięki za zorganizowanie mi niezapomnianego wieczoru!

I tak wróciliśmy do autostopowania!

P1120850
Oczywiście nie zaczęło się od trzęsienia ziemi. Zanim wyimaginowany pościg zagnał nas w srebrzysty i romantyczny w świetle księżyca busz, przez dwa dni podróżowaliśmy spokojnie i kulturalnie. Większość tego czasu spędziliśmy w kojącej i odświeżającej separacji, ja jako dama do towarzystwa Christin- Żydówki polskiego pochodzenia, wychowanej w wierze katolickiej w Australii; Tomek w roli nowego kolegi jej podróżniczo-biznesowego partnera- Chińczyka urodzonego w Indiach, wychowanego w Kanadzie. My rozmawiałyśmy non stop: o Chinach, Australii, tango, partnerach do tańca, facetach w ogóle, modzie i urodzie, życiu w buszu, baobabach, prawach człowieka, religii, burzliwym życiu Christin i moich wielkich marzeniach, kosmetykach naturalnych, siłowni i bieganiu, niby-niepotrzebnych umiejętnościach, pielęgnacji włosów, wegetarianizmie i rafie koralowej. Większość czasu jechałyśmy przedpotopowym wanem bez klimy. Nazywał się Mr Ocean. Tomasz i Dawid… jechali. W męskim milczeniu😀 W tak zwanym międzyczasie, ponieważ Dawid był człowiekiem wielkomiejskim, nieprzywykłym do długodystansowego jeżdżenia przez busz, gdzie pożary, muchy, kangury i dzikie niebezpieczeństwa, więc przemieszczali się wolno, my przejechaliśmy się z parą alternatywnych, wielodzietnych pastorów, którzy pożegnali nas błogosławieństwem i modlitwą o nasze szczęśliwe małżeństwo, oraz parką australijskich włóczęgów, których spotkaliśmy 1,5 miesiąca wcześniej w Queensland. Świat jest mały! Dostaliśmy nawet kuszącą Tomasza propozycję wspólnego podróżowania aż do Perth, storpedowaną moimi, jak się okazało skrajnie rozbieżnymi poglądami na temat bezpieczeństwa na drodze.

Realia autostopowania w Australii:

 

IMG_5353baobaby…. (tak… kto by tam sprawdzał ISO)

IMG_5359pożary

IMG_5376egzotyczna kuchnia

IMG_5582zachody słońca

A potem spotkaliśmy Maxa, pół-Aborygena, pół-Chorwata. Nie zawsze się zdarza złapać wieczorem okazję na 500 km dalej, grzechem byłoby jej więc nie wykorzystać. Gadało się z kolesiem przyjemnie, moja paranoiczna intuicja nie biła na alarm, postanowiliśmy więc wyzbyć się naszych rasistowskich lęków i pocisnąć nocą aż pod sam Port Headland.
O 8.59 zajechaliśmy na feralną stację benzynową. Cicho, głucho, dookoła nikogo. W sklepie paliły się światła, ale nikt nie stał za kasą. Na drzwiach wisiała kartka w stylu i formacie tych „sorry, we’re closed”, nikt z nas nie pofatygował się sprawdzić, co faktycznie tam napisano. Max westchnął pesymistycznie, zabrał z paki kanister i oświadczył, że pójdzie szukać szczęścia na campingu za stacją. Może ktoś się podzieli, albo odsprzeda kilka litrów. Zostaliśmy w samochodzie, przy dyspozytorach.
– Czego ku*wa?!- zapytał nas łysy dziad z trzema podbródami i obleśnym wąsikiem- Tankujesz, do chu*a???
– Yyyy, no chcieliśmy- spłoszył się Marchewka- ale teraz nie wiem, bo właściciel samochodu poszedł na zaplecze. (ostatecznie nie po to jeździmy aotostopem, żeby płacić za wache do takich krów jak wielkie Toyoty)
– To ku*wa je*cie się! ja to pie*dolę i zamykam! a co ten ku*wa złamas, robi na tym pie*dolonym zapleczu?!
Popatrzyliśmy z Tomaszem po sobie. Koleś miał wybitnie zły dzień.
– I ku*wa spie*dalajcie!- wrzasnął i zgasił światło.
Max zamachał nam, żebyśmy zaparkowali z tyłu. Przemyślał widać sprawę i wyszło mu, że szpetny jak noc pół-Aborygen ma większą szansę na przyjaźń i pomoc białych podróżnych, jeśli będzie niósł kanister razem z dwójką blond-Polaków. Minęliśmy znak „zakaz wstępu bez rezerwacji” i zaparkowaliśmy pod płotem, informując Maxa, że trochę zwaliliśmy sprawę, bo jak zajechaliśmy było otwarte, ale typ właśnie zamknął i jest w nastroju nieuprzejmym.
– Ojej! To może poczekam tu aż wyjdzie z zaplecza i poproszę, czy nie mógłby mi jednak sprzedać trochę paliwa?- zapytał dobrotliwie Max.
– Yyyy, no nie wiemy, czy to jest dobry pomysł. Serio, typ jest dziwny.
– I tak muszę spróbować, bo to ostatnia stacja benzynowa na trasie, a na rezerwie nie dojadę do miasta- uznał Max, i poszedł w kierunku drzwi.
-Hej! przepraszam, że tak po godzinach, myślałem, że już jest zamknięte, ale czy mogę….- zaczął.
– Czego tu ku*wa, czarny sku*wysynie, ku*wa łazisz?- odpowiedział łysy sprzedawca.
– Nie będziesz mi tu ku*wa po*ebańcu wyzywać mojej matki od ku*w ty je*any lachociągu- momentalnie dostosował się Max.
Dyskusja przycichła bo panowie oddalili się w kierunku wozu sprzedawcy, by wrócić do słyszalnego przez nas poziomu, gdy razem z tabletem, komórką i latarką sprzedawca zaczął spychać Maxa w stronę naszej Toyoty. Sprzedawca kazał mu spie*dalać do swojej zasranej wioski ru*ać siostry i matkę. Max poradził mu wy*ebać się własną pięścią. Sprzedawca zasugerował mu wypie*dalać. Max pożyczył mu zbiorowego gwałtu przez stago psów. Sprzedawca opisał obelżywie matki, siostry i ciotki Maxa…Max…. stał pod samochodem, w świetle naszych reflektorów, oślepiającej latarki i brał udział w niechcianej sesji zdjęciowej z blachami rejestracyjnymi w roli głównej, szpecząc cicho i melodyjnie swoje litanie życzeń na temat nadurzyć seksualnych, które powinny spotkać jego interlokutora.
– Daj spokój Max, jedźmy. To idiota jest, szkoda się z nim kłócić- próbował interweniować Tomek.
– Jutro będziesz tu miał całą moją wioskę!- wrzasnął Max- jeszcze zobaczysz!
Sprzedawca odwołał się po raz kolejny do sku*wysyńskiej policji.
– Serio jedźmy, zostaw tego debila- spróbowałam.
Max powygrażał sobie jeszcze i wskoczył za kierownicę. Ruszyłby z gangsterskim piskiem opon, ale droga była szutrowa. Klął i miotał się za kierownicą. Dojechaliśmy do szosy… i zawróciliśmy z piskiem.
– Max, nie rób nic głupiego…- tym razem już się bałam.
– Zapomniałem kanistra- wyjaśnił mi Max.
– Czego tu ku*wa, jeszcze, ty pie*dlony sukinsynu….- przywitał nas sprzedwaca.
– Zostawiłem tu swój kanister- uciął Max.
– Wypie*dalaj stąd je*any złodzieju, policja już tu ku*wa napie*dala żeby ci za*ebać….
– Oddaj mi mój kanister i pojadę.
– Je* się chu*u, żadnego pie*dolonego kanistra tu ku*wa nie ma!
– Przestań nas wyzywać i oddaj mu ten kanister- nie wytrzymał Tomek, w swoim stylu językowego estety.
– Ty się w to ku*wa sukinsynu nie mieszaj bo też już masz ku*wa prze*ebane, debilu.
– Oddaj mu ten kanister.
– Który niby ku*wa?
– Pod drugim drzewem za trawnikiem.
Snop światła latarki odbił się od metalowego zbiornika. Sprzedawcy widać padło na oczy.
– Niczego tam ku*wa nie ma, a wy dwoje w tej chwili wypie*dalajcie, albo wam wpie*dolę.
– Najpierw ku*wa oddaj mi ten kanister.
– Wypie*dalajcie je*ani złodzieje, obaj, a ty czarny sku*wielu już masz przeje*ane, ty zresztą też…
Chłopaki trochę się zawachali.
Wysiadłam z zamochodu i trzasnęłam drzwiami.
– Zamknij się i słuchaj!- wrzasnęłam.
Chciałam się nie mieszać. Ale nie mogłam. Nikt mi nie będzie mojego niby-chłopaka, wyzywać przy mnie od złodziei. I nikt nie będzie na mnie ku*wić przez pół nocy.
Najchętniej spóściłabym mu wpie*dol, ale po pierwsze- to nie była moja klasa wagowa, po drugie- naprawdę nie chcę być notowana. To przeszkadza w podróżowaniu.
Wytłumaczyłam mu, że przyjechaliśmy, nikogo nie było w środku, a to, że paliły się światła o niczym nie świadczy, bo w każdym cywilizowanym europejskim kraju stacje benzynowe są oświetlone całą noc, a to, że Max poszedł szukać pomocy na campingu nie jest przestępstwem, więc jeśli ma zamiar dzwonić po policję to powodzenia, bo my możemy dużo opowiedzieć o jego kulturze osobistej, przemocy werbalnej i rasizmie.
W przerwach typ darł się, ku*wił i pluł, każdą „kur*ę i pie*dolenie” akcentując dźganiem paluchem powietrza tuż przed moimi oczami. Drugą ręką wymachiwał nade mną wielką latarką.
Nie wiem kiedy, ale Tomek znalazł się tuż przy mnie.
Myślałam, że typ mnie uderzy. Myślałam, że o ile nie złamie mi nosa, albo nie wybije zęba, albo Tomek nie odda mu za bardzo, to może i lepiej, bo wtedy faktycznie będę miała co zgłosić na policję. Sklnięcie turystki ma raczej małą szkodliwość społeczną a kolesiowi należały się ciężkie roboty w kamieniołomie.
– Więc możesz sobie dzwonić na policję- oświadczyłam na koniec i wróciłam do samochodu. W sumie moja przemowa nie odniosła żadnego skutku.
– Jedziemy po kanister- oświadczył Maks, i po raz kolejny wjechał na zaplecze. Sprzedawca pluł się i jazgotał. Chłopaki, osłaniając się nawzajem jak agenci na filmach kryminalnych, złapali cholerny kanister i wrzucili na pakę. Sprzedawca ku*wił i pie*dolił do słuchawki telefonu, oficjalnie- wzywając policję.
Z piskiem opon wyjechaliśmy na szosę. Totalnie pustą. Nie mieliśmy szans dojechać do Port Headland.
Po kilkuset metrach Maxowi przypomniało się, że ważność prawa jazdy skończyła mu się kilka dni temu, i zamienił się z Tomkiem miejscami; wolny czas przeznaczając na rozpamiętywanie debila i próby dodzwonienia się do znajomych, którzy mogliby nam podwieźć benzynę. Po kilku telefonach z dumą oświadczył, że jego przyjaciele już jadą. W tym momencie każdy jadący z naprzeciwka wóz był przyjacielem, albo policją. Jechaliśmy wypatrując za oślepiającymi swiatłami reflektorów srebrnego lakieru kolegów, albo kogutów policji. A potem Max się zestresował i kazał nam zjechać w busz.
Było pięknie. Jasno. Cicho. Niemal pełnia. Spokojne, srebrzyste równiny po horyzont. Stojące bez ruchu drzewa. Road trainy od czasu do czasu przejeżdżające w oddali z migotem bocznych świateł i rykiem silnika. Gwiazdy. Chłód.
Tylko ukrywanie się przed policją mi się nie podobało.
Na szczęście Max szybko się otrząsnął, pocieszył, że sporo policjantów też się u niego zaopatrywało i uznał, że możemy jechać dalej. Kilkanaście kilometrów później skończyło nam się paliwo.
– O! Góry Cyce! Ale nam się fajnie zaparkowało!
Faktycznie, pagórki po drugiej stronie wzgórza nie przypominały niczego innego, tylko cycki.
– Jest taki aborygeński przesąd, że jeśli czarna kobieta nie może zajść w ciążę, to musi tu przyjść podczas pełni księżyca, położyć się pomiędzy wzgórzami… poczekać, i na pewno zajdzie. Podobno zawsze działa!- poinformował nas Max- opowieść mówi, że to magia… ale ja tam myślę, że cała ta magia, to jakiś czający się za kamieniami Aborygen! haha!
– Proszę cię Max- pomyślałam- naprawdę nie opowiadaj mi w środku nocy na pustej drodze historii o aborygeńskiej magii prokreacji…
Max chyba magicznie usłyszał i zmienił temat na walające się po okolicy samorodki złota i złoty piasek, po czym zorientował się, że skoro akcja ratunkowa wyjechała z miasta godzinę temu, a my utknęliśmy 40 km od Port Headland, to znaczy, że musieli nas minąć i nie zauważyć. Zadzwonił. Wykorzystując nasze ostatnie grosze z karty.
– haha! Wiecie co znaczy „czarne 10 minut”?
Wiedziałam, ale nie byłam pewna, czy ma tylko jedno znaczenie. Tomasz nie wiedział.
– To znaczy parę godzin, albo dni! Mówili, że już jadą… ale dopiero teraz tankują.
Poddałam się i poszłam spać. Zaczęliśmy dzień o 6 rano i byłam już naprawdę wykończona.
W międzyczasie Max podjął wątek naszego bezpiecznego noclegu. Nie chcieliśmy nocować u niego w domu. Nie chcieliśmy wjeżdżać do miasta… a i o aborygeńskich domach i „kleptomanii” najmłodszych słyszeliśmy już dużo… W środku buszu nie mogliśmy zostać, bo nie mieliśmy wystarczającej ilości wody. I wtedy Max wpadł na pomysł przenocowania nas za darmo w w zajezdni swojego przyjaciela. „Guesthouse” przy samej drodze brzmiał wspaniale. Bezpiecznie. Wygodnie. Cudownie!
Odściecz przyjechała o 1 w nocy. Pierwsze pytanie „jak się masz”, drugie „czy chcesz się napić”. Nikt nie chciał się napić, bo ciągle pamiętaliśmy ryzyko policyjnej obławy. Żaden radiowóz na nas jednak nie czekał. Ani w krzakach, ani na przedmieściach…. ani w ogródku Maxa.

IMG_5297
Zjechaliśmy z głównej drogi w stronę „zajezdni”. Ciemno. Droga praktycznie nieoświetlona. Dobrze, że księżyc świeci. Minęliśmy dwie bramy z zakazem wjazdu. Zapytałam Maxa, czy uważa, że to na pewno dobry pomysł. Max oświadczył, że oczywiście, bo jest szychą w mieście i wszyscy muszą go lubić, a tu pracuje jego prawdziwy przyjaciel i nic nam się nie stanie. Przy okazji kazał Tomkowi zgasić światła i przyspieszyć, bo nikt nie powinien nas tu zobaczyć. Byliśmy na terenie sporej stadniny koni.
-Jak nas tu zerżną, zabiją i zakopią na padoku, to NIKT nas tu nie znajdzie- oświadczyłam ponuro Tomkowi.
Marchewka też był już półprzytomny ze zmęczenia.
Sytuacja była lekko patowa, bo spać przy głównej drodze, tuż pod sporym miastem, z dużą populacją Aborygenów, na otwartej przestrzeni, to też był głupi pomysł.
Max widać był człowiekiem o sporej empatii, bo odwrócił się do nas i po raz kolejny oświadczył, że możemy spać spokojnie i na pewno nic nam się tu nie stanie, a poza tym mamy zabierać się szybko ze samochodu, żeby nikt nas nie zobaczył.
Wyskoczyliśmy. Jakiś wysoki Aborygen pokazał nam robotniczy barak. Na łóżku leżał czysty, jeszcze pachnący koc. 2.30. Drzwi nie miały zamka. Popatrzyliśmy po sobie dosyć niepewnie. Mój „zdrowy rozsądek” trochę panikował. Konaliśmy ze zmęczenia. Byliśmy upiornie głodni. Ostatni posiłek- jabłko na lunch o 12 w południe. Nie mieliśmy siły, żeby myśleć i coś kombinować.
Zaplątałam sobie pasek aparatu dookoła nadgarstka i poszłam spać. Wydawało mi się, że słyszałam każdy dźwięk i każdy szelest. Tylko ptaki, gałęzie pobliskiego drzewa, parskające konie. Nikt nas nie niepokoił.
O 6 rano papugi rozwrzeszczały się na dobre. Wzięliśmy plecaki i powlekliśmy się w stronę szosy.
– Taka przygoda! – zachwycił się Tomek, gdy zawisłam na ostatnim płocie.
Chyba robię się za stara na autostopowanie.

IMG_5456


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s