Bella, Brandon i morskie koniki

Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć z wrażeń po wyrywaniu zęba jaguara, gdy następnego ranka dr Susan zapytała mnie, czy chciałabym jej pomóc z tygrysami. Chaosie! Jak mogłabym nie chcieć? To był prawdziwy koci tydzień. Nie wiem, czy wypadałoby mi płakać z powodu biednych kotów, czy piszczeć z radości.

IMG_6706Bella

Tygrysy dr Susan są pierwszym spektakularnym sukcesem Batu Secret ZOO w dziedzinie rozrodu wielkich kotów. Są również nie mniej spektakularnym przykładem, do czego doprowadza karmienie kociaka krowim mlekiem. Krowa to nie tygrysica. Odkrycie i zaakceptowanie tej niewygodnej prawdy zajęło lokalnym weterynarzom 3 lata.
Krzywołape rodzeństwo, zgodnie z indonezyjską logiką ochrzczono: Bella, Brandon i Sugang. Sugang znaczy łagodny.
Odwiecznym problemem tych nieproporcjonalnych, acz wciąż urodziwych trzyletnich tygrysów sumatrzańskich jest chroniczne, jakże nietygrysie, zaparcie. Jako że borykają się z tym kłopotem od dzieciństwa, wszyscy pracownicy ZOO przyzwyczaili się go ignorować. Ignorancja to jedyna rzecz, która przychodzi jawajczykom z łatwością. Zwykle więc, po kilku długich dniach dawania szansy kocim ruchom perystaltycznym opiekun aplikuje tygrysowi czopek, albo wykonuje lewatywę. O ile podanie czopka kotu uwięzionemu w klatce ściskowej wydaje się być nieprzyzwoite i nieco niewiarygodne, o tyle lewatywa to już kompletny kosmos i okrucieństwo… do czasu gdy zobaczymy, jak ona w rzeczywistości wygląda. W Batu nazywa się tak psiknięcie pięcioma-dziesięcioma mililitrami wody w okolicę odbytu. Zabieg jest przereklamowany i zwykle nie działa.
Tym razem tygrysy zatkały się na dobre. Przez ostatnie dni oprócz czopków były na diecie popijanej laktulozą, jednak oprócz nowych walorów smakowych mój skromny wkład nie wniósł nic nowego do ich zatwardziałej egzystencji.
IMG_6702
Wszystko było na jak najlepszej drodze, by dr Susan uznała, że pacjenci nie chcą się leczyć, więc nie będzie się im narzucać, gdy Brandon zaczął sikać na biało. To był objaw bezprecedensowy. I nie można było go zignorować.
Plan diagnostyczny był dobry. Spremedykować, zbadać, zcewnikować, pobrać mocz, pobrać krew. Rano, zwarci, gotowi i zorganizowani jak nigdy, uzbrojeni w darty, czekaliśmy na list polecony z cewnikami. Cewnikowania również nikt tu wcześniej nie wykonywał. Przyjechały. Cewniki Foley’a grube jak palec. Dr Susan rzuciła mi zrozpaczone spojrzenie. Postęp robi wszystko, by nie przekroczyć progów Batu Secret ZOO.
Przeszukaliśmy skarby przysłane nam z Australii… Casting wygrała rurka z zestawu do pobierania płynu mózgowo-rdzeniowego.
Na pierwszy ogień poszła Bella. Nieco zaintrygowana moją koncepcją wykonania lewatywy („europejską”, a może nawet „światową” :P) dr Susan postanowiła przetestować ją na obu kotach. Płukanie kiszek nie jest dla nikogo przyjemnym zajęciem, możecie mi jednak wierzyć, że masowanie tygrysiego brzucha jest… niesamowite. Te kolory… i te pręgi😀 Najpiękniejsza praca na świecie!
IMG_6690
Gdy już pozachwycaliśmy się Bellą przyszedł czas na Brandona. Do samego końca myślałam, że „biały mocz” to jakieś złudzenie optyczne opiekunów, tymczasem „cewnik” wypełniła gęsta, biaława substancja przechodząca w mętne, jasne siki. Nie wyglądało to dobrze. Wyglądało zaskakująco, co jest określeniem znienawidzonym przez moje nie za długie doświadczenie zawodowe. Na dodatek kot nie chciał współpracować i moczu spłynęło nam do próbowki zaledwie kilka kropel. Bez szans, aby szpitalne laboratorium zechciało się tym zająć. Sperma? Problem z prostatą? Podjęli my z Tomkiem próbę badania rektalnego, z którego wyniknęło jedynie, że mamy za krótkie palce.
Rozstawiliśmy się z USG. Mogłam życzyć sobie powodzenia z próbami oceny prostaty młodego tygrysa, ale już zbadanie pęcherza moczowego nie jest wielką filozofią. Pęcherz Brandona do połowy wypełniony był hiperechogennym osadem.
Co się dzieje??? I jak wyglądają nerki? Tego już nie mogliśmy się dowiedzieć, ponieważ estetyka jest wartością nadrzędną i lepiej zwierzaka nie zbadać niż ogolić.
Sprzątnęłam swoje zabawki, zafundowaliśmy Brandonowi lewatywę życia i pognaliśmy do labolatorium sprawdzić, co nam się udało cewnikiem wyciągnąć. Nie było tego wiele. Większość płynu wciąż tkwiła w cieniutkiej rurce.
IMG_6836
Wykonaliśmy 4 preparaty. Pojedyncze plemniki, pojedyncze nabłonki, komórkowy gruz, nieliczne bakterie, żadnych kryształów, za to bardzo liczne kuleczki tłuszczu. Brandon miał lipidurię!
Dlaczego? Może i nieco krzywołapy i bez apetytu, nie wyglądał jednak na kota z ciężkim zespołem nerczycowym? Może to dopiero początek zapalenia kłębuszków nerkowych? Czym my to będziemy leczyć? I co może być przyczyną? Może ma jakąś bartonellozę, anaplazmę czy inną cholerę? A może ma amyloidozę nerek? Dr House w Indonezji. Amyloidoza. Toczeń rumieniowaty. Brandon umierał.
Zanim jednak postrada wszystkie swoje 7 żyć wypadałoby spróbować go leczyć. Opieszałość potrafi być głosem rozsądku. Dr Susan podała mu antybiotyk i kazała czekać na wyniki badań krwi.
P1130433
Następnego dnia rano rzuciłam się na szpitalne koperty. Tak! Niestety! Ma niewydolność nerek…. Nie… zaraz…. normy kreatyniny dla tygrysa są wyższe niż dla domowych kotów… Ku mojemu ciężkiemy zdziwieniu wszystkie parametry krwi były w normie. Najwyraźniej nie umierał. Teraz należało zająć się wypłukaniem całego bagniska nagromadzonego w jego pęcherzu. Brandon musiał zacząć pić, łykać lub pożerać jakieś ziółka. W Polsce- nic prostszego.
– Musimy znaleźć mu jakiś delikatny lek moczopędny, najlepiej ziołowy- zaczęłam.
Trójka indonezyjskich wetów popatrzyła na mnie zdziwiona.
– Np. coś z żurawiną- rzuciłam lekko.
Dziewczyny wlepiy we mnie nierozumiejące spojrzenia.
– Nooo, żurawiny? Takie małe czerwone jagody… z bagien…
Cisza.
ver8_CRANBERRY zurawina
– A czym tutaj kobiety leczą się jak mają zapalenie pęcherza?- spróbowałam.
– A dlaczego miałyby mieć zapalenie pęcherza?- zdziwiła się Dorty.
– Yyyyy, nooo, z wielu różnych powodów.
– Nieee, ja nie znam nikogo, kto by chorował na zapalenie pęcherza- stwierdziła Dorty.
– A znasz żurawinę?- trochę tak, jakby ona zaczęła mnie pytać o jakieś lecznicze krzaki z sumatrzańskiej dżungli.
– Da się tu kupić liście malin? Pokrzywę? Maliny?- nagle zdałam sobie sprawę, że moja od dawna nie używana „botanika lekarska” zdąrzyła się poważnie zakurzyć. Kawa i herbata w tym przypadku odpadały.
Usiadłam przed komputerem i zaczęłam analizować składy polskich preparatów stosowanych w leczeniu zapalenia pęcherza i wertować strony poświęcone medycynie naturalnej.
– Rumianek? Kwiaty lipy? Borówka brusznica?- skakałam między zdjęciami a Google-translator. – Czarny bez… („black without” podpowiedziało google i zakończyło naszą współpracę).
54
Lekarki, Marika i dwie dziewczyny z działu zaopatrzenia siedziały przy biurku i z radością obserwowały moje próby. Oglądały europejskie kwiatki.
– Phytophale…- wrzuciłam na taśmę nowy lek.- Karczoch… karczochy są drogie…. Orthosiphon…
Orthosiphon nie mówił mi kompletnie nic.
– Ejjj, dziewczyny… Google mówi, że Orthosiphon rośnie w południowo-wschodniej Azji, znacie to?- zapytałam niepewnie.
– Powiększ zdjęcie- rzuciła Dorty.
– Iiiiiii!!!!! KUMISKUCZIN!!!!!- pisnęły wszystkie z zachwytem i zaczęły się licytować której babka, ciotka czy kuzynka ma to pod płotem.
cats-whiskers-plant-orthosiphon-aristatus-marigot-bay-st-lucia+1152_12860234696-tpfil02aw-11152
Udało się. Skoro to tu rośnie, to jakiś zielarz znachor będzie tym handlować. Złapałyśmy z Dorty kaski i potoczyłyśmy się na targowisko.
– W ogóle wiesz jak śmiesznie… Orthocośtam to po angielsku „kocie wąsy”!
– To faktycznie śmieszne, bo „kumiskuczin” też znaczy kocie wąsy😀
Skoro tak- było to zielsko stworzone z myślą o Brandonie.
Dorty ominęła kilka względnie cywilizowanych aptek i zagłębiła się w porażający odorem parking targowiska.Pomiędzy straganami nie ma dużych kontenerów na śmieci, ani miejsca na składowanie hałd gnijących odpadków, zapach więc jest dużo łatwiejszy do zniesienia… zajęło mi jednak kilka dni i podejść, żeby przełamać się i odważyć kupić w tym przybytku jedzenie.
Tym razem ominęliśmy wszystkie lady z poćwiartowanymi kurczakami ich łapkami i macicami, stragany z zielskiem i wielkimi blokami tofu. Bazar zielarza wyglądał wyjątkowo niemagicznie. Same saszetki,tabletki, kapsułki. Żadnych słoi z powykręcanymi korzeniami, ani liści suszących sie pod sufitem.
IMG_6693
Dorty wytłumaczyła, o co nam chodzi. Sprzedawca rozgadał się entuzjastycznie i wręczył nam słoiczek. Kapsułki były ciemnoczerwone i w kształcie nerki. Sugestywne. Zawierały magnez, żelazo, witaminy z grupy B i „coś”.
– To nie zadziała. Nie o to mi chodzi.- stwierdziłam.- A co to jest, to „coś”?
– To jest konik morski- skrzywiła się Dorty.
– ???? Że co?
– Sprzedawca mówi, że konik morski jest świetny na pęcherz.. i nerki😛
Podziękowałyśmy za konika i poczekaliśmy aż zielarze z innych straganów zbiegną się ze swoimi preparatami. Nie musiałyśmy już nigdzie chodzić. Wieści na bazarze niosą się szybko.
Naprzeglądałyśmy się kolorowych kapsułek, tabletek i saszetek… kupiłyśmy kilka tych, których składu absolutnie nie mogłyśmy rozszyfrować, ale jako że opis nie był po chińsku istniała nadzieja, że Google je rozszyfruje i zawóciłyśmy do ZOO. Nikt nie miał „kumiskuczin”, za to koniki morskie przewijały się regularnie.
Po drodze postanowiłyśmy sprawdzić na wszelki wypadek zaopatrzenie tradycyjnych aptek.
Dorty wytłumaczyła. Farmaceutka wyjęła spod lady ciemnozielone kapsułki.
– Dorty!!!! – ucieszyłam się-To jest na bazie „kumiskuczin”!
– Noooo…. zawiera kumiskuczin… a nawet KONIKA MORSKIEGO!
konik-morski3


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s