Puput Mulan

Mieliśmy za sobą niemal 3 dni podróży. 5 godzin w samochodzie i cały dzień na lotnisku w Perth. Lot. Noc na lotnisku na Bali. Cały dzień obijania się w pędzących szaleńczo autobusach. Prom na Jawę. Noc na chodniku przed dworcem kolejowym. Kilka ulic dalej płonęły trzy samochody. W świetle płomieni dogasały lokalne zamieszki. Kolejowy strażnik zapewnił nas, że jesteśmy bezpieczni, nie miałam siły w to wątpić. O 5 rano odjeżdżał nasz pociąg, 150 km, 7 godzin jazdy, indonezyjska kolej. Miasto. Tam miał wyjechać po nas ktoś z ZOO.

IMG_8463

Byliśmy zmęczeni, brudni, zakurzeni, głodni. Trochę zdezorientowani. Musieliśmy szybko przestawić się z realiów kulturalnej, cywilizowanej, jesiennej Australii na rzecz równikowych tropików dzikiej Azji – komunikacyjnego i architektonicznego chaosu. Przeludnionego i zaśmieconego. Wyszliśmy z zapoconego przedziału na cuchnący peron. Nad miastem smog, przed nami tłum. Odjeżdżający, przyjeżdżający, żegnający, witający i jak wszędzie, gdzie można wywalczyć 1 m2 wolnej przestrzeni, handlujący, smażący i gotujący. Żadnej kartki „wellcome polish vets”. Czego się spodziewałam? Nie powinnam być zdziwiona, że się spóźnili albo zapomnieli. Może się rozmyślili? Może już nas nie chcą?

Zdjęłam plecak i zaczęłam poszukiwania numeru szefa. „Hello? Miss Anna?”, zapytał nieśmiało facet z logo zoo na ramieniu. Chwilę później siedzieliśmy na kremowych skórzanych siedzeniach samochodu, w chłodzie klimatyzacji. Za oknami tysiące Indonezyjczyków walczyło o życie, lawirując na skuterach, na zakorkowanych ulicach, a my sunęliśmy do M. Już bez wątpliwości, że największe marzenie, wyczekiwany od roku staż, rozpocznie się za kilka chwil.

P1150218

Na miejscu wzięła nas pod swoje skrzydła dr Susan, z góry przepraszając za swój angielski, który na szczęście był całkiem komunikatywny. Zakwaterowano nas w kwarantannie. W pokoju, nie w klatce. „Czy chcemy chwilę odpocząć, czy możemy już iść na obchód zoo?” Łał! To będzie intensywny staż, trzeba przyznać, że XY ZOO stwarza piękne pozory. „Prysznic! 20 minut na prysznic i będziemy gotowi!”. Pół godziny później zwiedzaliśmy jedną z największych atrakcji – Safari Farm, którą turyści podziwiają z bezpiecznej wysokości wagonów, ciągniętych przez traktor. My szliśmy pieszo. Antylopy eland niesympatycznie pochyliły łby. Susan pogroziła im pięścią. „Uważajcie na zebrę, bo ogier gryzie”, ostrzegła nas przed kolejną bramą. „Uważajcie na wielbłądy, bo to sezon rozrodczy i samcom odbija”, poradziła przy następnym wybiegu. „Tutaj to w ogóle uważajcie i nie patrzcie im w oczy”, oświadczyła przed ostatnią furtką. Bizony przyglądały się nam bez ruchu. Bizony. 800 kilogramów żywej masy. Oceniłam szybko wystrój i wielkość wybiegu – żadnych szans ucieczki. Pięknie, albo muszę przejść przyspieszony kurs na zaklinacza dzikich zwierząt, albo zginę marnie. Najwyraźniej w Indonezji BHP nie istnieje. Na razie tylko „jelonki” (stado jeleni timorskich, danieli i nieco przypadkowych gazeli dorkas) nie miały wobec nas złych zamiarów.

IMG_6612

Z mocno bijącym sercem dotarliśmy do wybiegu lam. Lamy również były niegroźne. „Tutaj mamy taki przypadek. Dziecko nie chodzi. Sprawdziliśmy krew matki – hipokalcemia. Dajemy wapń, ale dalej nie chodzi”. Zajrzeliśmy do zagrody. Matka podniosła się i zaczęła marudzić nerwowo. Na cienkiej warstwie trocin leżało jej wychudzone dziecko. Dyszało ciężko. Długie, cienkie nogi znaczyły ciemnoczerwone plamy odleżyn. Podniosło z trudem głowę i spojrzało na nas ogromnymi, granatowymi oczami.

Ciąg dalszy TUTAJIMG_6051

 

 

 

 

 

 

IMG_6005IMG_6003


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s