Marek- mara niezgody

To stworzenie wywołało wojnę. Uwierzycie?

IMG_9401

Mała mara. 261 g niezgody. Lepsza niż Helena Trojańska (o Helenie z „Trylogii” nie wspominając).

Ostatnie kilka dłuuugich miesięcy w XY ZOO stopniowo, lecz jednoznacznie, uświadamiały mi, że bez względu na to, jakie będą objawy, okoliczności, stan zwierzęcia, pogoda, moja diagnoza oraz sugerowany plan leczenia- decyzja dr Susan będzie 100% przeciwieństwem mojej opinii. Miałam jednak nadzieję, a przynajmniej mój chłodny umysł twardo stąpającej po ziemi racjonalistki (żarcik), łudził się, że każdy absurd ma swoje granice. Nie w Indonezji. Nie na Jawie.

Załóżmy, że obserwacja czy badanie kliniczne pacjenta (o ile dr Susan kiedykolwiek takie wykonała) faktycznie daje pewne możliwości subiektywnej oceny. Czy jest bardziej apatyczny, czy bardziej żywy, czy słabszy, czy lepszy czy gorszy.

IMG_9397

 

Są jednak stany/objawy/zachowania bezwzględne. Sądzę, że „chodzi/nie chodzi” do takich należy. Okazało się jednak, że i w tym przypadku dr Susan widzi inaczej. Inaczej w tym przypadku znaczy słuszniej.

Dobrze, że jest kierownik M. Inaczej poważnie zastanawiałabym się nad psychoterapią wspomaganą leczeniem farmakologicznym.

Małą marę wypatrzyliśmy na porannym obchodzie, czyli w czasie, gdy dr Susan nigdy nie ma, bo jako samozwańcza królowa ZOO pojawia się w pracy kiedy chce, jak chce i na ile chce (czyli najchętniej- wybiórczo- byle zatruwać nam życie). Chcieliśmy skontrolować blisko dwutygodniowe bliźniaki, czy aby na pewno milczenie opiekunów znaczy, że wszystko jest dobrze, a nie „zeżarły je nocą dzikie koty, ale…. jakie mary, żadnych mar nie było”.

IMG_9168

Bliźniaki miały się dobrze, za to w głębokiej słomie pod daszkiem leżało malutkie, słabiutkie marzątko. Matki nie było widać w okolicy. Poczekaliśmy, postaliśmy… poszliśmy podręczyć mój mały, przepełniony gadzi szpital, w którym dla pacjentów brakuje terrariów, akwariów, łóżek i miejsca na półkach, a chore węże czekają na przyjęcie do szpitala niczym Polacy na niełasce NFZetu… Wróciliśmy po godzinie, by stwierdzić, że marzątko ma wyrodną matkę.

Maluszek był bardzo słaby. Przykurcz mięśni zginaczy palców (a może palców i nadgarstków…) przednich łapek uniemożliwiał mu prawidłowe chodzenie. Tylne nóżki również były koślawe. Nasze próby postawienia go i zademonstrowania jak potrafi dreptać, kończyły się na kilku nieudolnych skokach i utracie równowagi. Kierownik M chciał zabrać dzieciaka od razu, ale jako karny i praworządny podwładny dr Susan (bleeeh) uznałam, że najpierw trzeba ją poinformować.

Poinformowaliśmy. Dr Susan podziękowała jadowicie uprzejmie i oświadczyła, że skontroluje sprawę.

Nie sadzę, aby pofatygowała się tak daleko na swoich tłustych nogach. Pół dni pracowałam blisko wybiegu mar i nigdy obmierzły łeb Susan nie oszpecił mi pola widzenia.

IMG_9169

O 13 wszyscy zeszliśmy się na szkolenie dotyczące słoniowego pedicure.

Susan oświadczyła, że opiekunowie widzieli, jak matka karmi małą marę, a ona sama widziała, jak mała mara biega po wybiegu i w ogóle jest super i zdrowa a my się nie znamy.

Poszliśmy znów sprawdzić marę. Leżała tam gdzie rano, słabsza, bardziej odwodniona, apatyczna. Jeśli Susan widziała coś biegającego, to najwidoczniej noworodek pomylił jej się z dwutygodniowym podrostkiem.

O 15 kierownik M poinformował służbowo dr S, że idzie sprawdzić marę i jeśli jej stan się nie poprawił to ją zabiera. Decyzja była już zaaprobowana przez szefa ZOO.

Ku zaskoczeniu „wszystkich”… mała mara nadal nie biegała.

IMG_9409

Zabraliśmy marę, zakwaterowaliśmy ją w pudełku po kroplówkach. Dostała kroplówę, porcję witamin i minerałów by zdrowo rosnąć i być silną. Kierownik M dokonał inauguracyjnego karmienia, a potem tonem niezakładającym sprzeciwu zasugerował, że moglibyśmy małą marę nazwać Marzenka, albo Marek. I czy w ogóle możemy zacząć nazywać zwierzaki po polsku (było nazwać Leona Ludwikiem). Ponieważ mam raczej konserwatywne podejście do kwestii gender u gryzoni- mara nazywa się Marek.

IMG_9398

Pocieszyliśmy się, poćwierkaliśmy nad Mareczkiem, który wydoił swoją porcję (6 ml) duszkiem… a potem trzeba było zorganizować dla malucha nocne karmienie, bo miłość miłością, ale wstawać co 3 godziny przez całą noc już mi się nie uśmiechało. Wystarczy, że od 2 tygodni wstaję 2 razy w ciągu nocy żeby dźgnąć Leona antybiotykiem. Można by pomyśleć, że nic prostszego- do karmienia tygrysa codziennie przychodzi dwóch keeperów (zapytacie się, po cholerę dwóch opiekunów do karmienia jednego małego tygrysa, na dodatek na ostrej diecie? Nie wiem, nie ja im płacę za nadgodziny), mogą też przy okazji nakarmić Marka. 5 minut roboty. Okazało się, że nie. Mara jest z terenu Susan, tygrys jest z terenu Pristy i ona nie może kazać swoim opiekunom opiekować się obcym zwierzęciem, bo to nie jest ich obowiązek. Taka krzywda by im się za to stała. Pomarliby z przemęczenia. Pogadałam, poprosiłam, potłumaczyłam… jak na moje skromne możliwości wobec jawajczyków lubię Pristę i w porywach nieźle nam się współpracuje, poza tym uczę ją operować, więc mogłaby choć raz mi się zrewanżować jakąś przysługą… ostatecznie Prista wymamrotała, że nie może zrobić nic przeciw Susan, bo będzie miała problem. OK.

IMG_9405

Telefon. Susan. Susan odbiera od nas średnio co piętnasty telefon, żeby później móc się wkurzać, że o niczym jej nie informujemy. Najpierw dostałam opierdol, że zabrałam marę bez jej poinformowania (???) i opiekunowie w pocie czoła przekopywali wybieg w poszukiwania maleństwa, potem, że się nie znam, bo mała mara biega i skacze (jak, na takich koślawych łapach???), a na koniec, że skoro chcę ją sobie odchować ręcznie, to moja sprawa. I się rozłączyła.

Tej nocy karmiliśmy marę na zmianę= Tomek, kierownik M i ja.

Następnego dnia po interwencji prawdziwego (a przynajmniej oficjalnego) szefa ZOO opiekun do karmienia mary się znalazł.

Za to nasza i tak trudna współpraca z Susan osiągnęła poziom komedio-dramatu.

Kierownik M przeniósł chore tamaryny do kwarantanny, a tamaryny z kwarantannowego „breeding centre” na ekspozycję… dr Susan przeniosła je z powrotem.

Wsadziliśmy gibona uratowanego z Maharani do klatki po prawej. Susan przeniosła ją do klatki po lewej.

I tak w kółko…

Poruszyliśmy temat problematyczności współpracy z dr Susan słownie, listownie i telefonicznie z szefem, szefem szefów i przyjacielem szefa szefów… którzy obiecali mniej lub bardziej pokojowe pertraktacje, oraz poradzili podejmować próby dialogu (cholerna dyplomacja).

W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że w podobny sposób dr Susan wykończyła kilku lekarzy weterynarii z Singapuru, Australii i „Europy”, oraz kierowników z Anglii, Australii i skądś tam jeszcze.

Susan wydaje się pewnie, że nas też wykończy.

Susan widać nie wie, co to znaczy Polska😛

roz5224137

* przypis edukacyjny

Mara patagońska (Dolichotis patagonum)- coś pomiędzy królikiem, świnką morską, a dikdikiem mieszkający na stepach (pampie) Argentyny. Gryzoń. Dość duży- do 45 cm w kłębie. Porusza się inochodem. Aktywny w dzień. Monogamiczny. Żyjący w stadach, mieszkają w samodzielnie wykopanych norach.

Patagonian-mara-community-protecting-dens-from-burrowing-owls

 

 

 

 


One thought on “Marek- mara niezgody

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s