Leon

„Leon, historia zwycięstwa”😛

Czasami się udaje! I to są „chwile, dla których warto”.

Nawet nie chwile. Każda zabawa, karmienie, ważenie, spojrzenie… ciepło wielkich łap gdy wdrapuje się na kolana, żeby się przytulić; widok gdy usiłuje upolować kocyk, albo zagryźć ręcznik. Sama świadomość, że ciągle jest, rośnie, żyje, i na swój pokracznie-dziecięco-okrutny sposób nas lubi… Najwspanialsza część zawodu😀

IMG_9509-001

Udało się to może niekoniecznie trafione określenie. 2 tygodnie intensywnego leczenia, 3,5 tygodnia antybiotykoterapii i diety. Zarwane noce nad książkami i notatkami. Codzienne pobudki o 5 rano, żeby dać kotu leki. Dziesiątki tabletek, zastrzyków i kroplówek. Wizyty 9 razy dziennie. Stres, wkurw, frustracja i autodestrukcja. No i „udało się”.

Losy Leona i jego rodzeństwa opisywałam już dwa razy (tu i tu). Nie chcę i nie będę próbować streszczać tragicznej śmierci dwóch tygrysiątek jednak jednym z najistotniejszych aspektów tej historii jest fakt, że diagnostyka laboratoryjna w Indonezji nie istnieje, lub awersja dr Susan do jakichkolwiek leków i procedur weterynaryjnych bardziej zaawansowanych niż iniekcja Betamoxu uniemożliwia jej stosowanie.

IMG_8900

Sekcje zwłok wykazały, że oba kocięta zmarły na sepsę. Przewlekłe, krwotoczne zapalenie jelit, oraz barwione metodą Grama preparaty odciskowe płuc i nerek sugerowały zakażenie G- pałeczkami. Podejrzewałam enterotoksyczny szczep E. Coli… ale nigdy nie dowiem się, co było prawdziwą przyczyną.

Antybiotykoterapię kociaków rozpoczęliśmy po nagłej śmierci Lily. Koty dostały, lek który dostawały jakieś 3 tygodnie wcześniej, gdy padło podejrzenie, że opiekunowie z nocnej zmiany zachłysnęli je mlekiem. Po 3 dniach stan Lenona uległ zdecydowanemu pogorszeniu, a mi udało się przekonać pozostałych lekarzy, by zmienić antybiotyk, z powodu możliwej lekooporności. Lenon nie miał biegunki, brzuch nie był bolesny. Miał zapalenie płuc. Po długiej dyskusji stanęło na nowym preparacie. Dwa razy dziennie, doustnie. Trzeba uczciwie przyznać, że to nie był głupi wybór i miał szansę zadziałać.

IMG_8883

Nie zadziałał. Po 4 dniach Lenon zmarł z wstrząsającą objętością (ok 200 ml) ropy w opłucnej. Nawet gdyby pozwolono mi go odbarczyć obrzęk nerek i totalne zatarcie ich struktury nie dawało mu żadnych szans. Jelita- w przewlekłym stanie zapalnym.

Prześwietliliśmy klatkę piersiową Leona. Zgodnie z moimi oczekiwaniami- rysunek oskrzeli był zaostrzony, a tylne płaty płuc lekko zacienione. Trzeba było działać. Jeszcze nie miał gorączki. Jeszcze nie miał biegunki. Jeszcze była szansa.

IMG_9876

Ku mojemu „zaskoczeniu” (granice debilizmu i absurdu na Jawie nie istnieją) dowiedziałam się, że nie można zmienić Leonowi antybiotyku, bo dostaje nowy dopiero 4 dni, i trzeba odczekać jeszcze co najmniej trzy, żeby go odstawić. „Czy nie słyszałam, że antybiotykoterapia musi być prowadzona min. 7 dni i przerwanie jej jest nie-lege artis i grozi powstaniem lekooporności???”

…. to jeden z tych momentów kiedy przypomina mi się, że kolega od krav magi tłumaczył mi, jak szybko wydłubać komuś oczy palcem….

Wzięłam bardzo głęboki oddech i spokojnie spróbowałam wytłumaczyć dr Susan, że szklanka ropy w opłucnej jest dowodem lekooporności, jednak czym jest śmierć i logika wobec łaciny w ustach indoenzyjczyka… lege artis.

IMG_9478

Na szczęście zaczynał się mój tydzień karmienia Leona i nic (bo przecież nie wyrzuty sumienia, ani ciche przyzwolenie szefa) na prowadzenie małej lekowej dywersji. Susan łaskawie zostawiła mi wolną rękę w leczeniu wspomagającym, dlatego dodatkowo Leon dostawał:

– kroplówki podskórne- żeby płukać zagrożone (jak jednoznacznie dowiedli Lenon i Lily) nerki

– cymetydynę- dla ochrony śluzówki przewodu pokarmowego, z nadzieją, że spowolni to, lub uniemożliwi dostawanie się bakterii do krwi

– kaolin- też osłonowo

– bromheksynę w nebulizatorze- żeby wspomagać oczyszczanie się górnych dróg oddechowych i odkasływanie wydzieliny

– probiotyk- wiadomo

Oczywiście po rozłożeniu w czasie podania antybiotyku/probiotyku i kaoliny z uwzględnieniem karmień co 5 godzin- mój dyżur mógłby się ograniczać do siedzenia z tygrysem.

IMG_9903

Miało być pięknie…

Nie było. Po pierwsze- Leon bardzo przeżył utratę ostatniego z rodzeństwa. Lenon był reanimowany tuż przy kojcu tygrysków. Leon zbyt mały by wyskoczyć, wystarczająco duży, by wspiąć się wyjrzeć na zewnątrz obserwował agonię brata drąc się opętańczo przez ponad godzinę. Popołudnie przesiedział smutny i przestraszny, bez apetytu i chęci do zabawy. W nocy płakał rozpaczliwie. Chodziłam do niego kilka razy uspokoić go i głaskać go, aż zaśnie. Był przerażony.

Następnego dnia dr Prista przyniosła mu pluszowego jaguara. To było urocze… i zaskakująco skuteczne.

IMG_9498

Nie zmieniło to jednak faktu, że Leon stracił apetyt. Smutny, samotny, przestraszony- myślałam pierwszego dnia. Drugiego dnia usiłowałam pocieszać się, że nie ma gorączki i osłuchowo „nie jest gorzej”, podświadomie jednak czułam, że zaczyna przegrywać i za kilka dni dołączy do Lily i Leona. Trzeciego dnia Leon dostał żółtozielonej biegunki.

Miał ją przez 2 tygodnie.

IMG_9497

W połowie tygodnia dr Prista przyszła mnie uprzejmie poinformować, że dr Susan wyraża już zgodę na zmianę antybiotyku i czy chcę, żeby pomogła mi gdzieś kupić to czego potrzebuję. Po raz kolejny zmieniłyśmy leki. Tym razem licząc na cud synergistycznego działania dwóch preparatów. Zastrzyki 4 razy na dobę, kroplówki 2 razy na dobę + węgiel… może węgiel pomoże, a przynajmniej zwiąże część toksyn.

Ku mojemu zdziwieniu tym razem wszyscy się zgodzili…

A ku mojej rozpaczy węgiel jeśli coś zmienił, to tylko kolor sraczki. Działanie antybiotyków… miał biegunkę… ale żył, więc może jednak działały.

IMG_9493

Tak naprawdę Leon żył całkiem nieźle. Po kilku dniach otrząsnął się ze smutku i wrócił do swojego ulubionego, łobuzerskiego stylu bycia. Kwarantanna ledwo wyrabiała z praniem zasranych kocyków i ręczników. Leona szalał. Trzeba było go myć po 10 razy dziennie- to też była nowa zabawa. Biegał, ślizgał, zagryzał kapcie, zdobywał „wielki płaskowyż materacy”, potykał o własne łapy, maltretował jaguara, polował na stopy… jego jednopokojowy świat białej, ascetycznej izolatki był jednym wielkim placem zabaw. Wszystko było zabawą. A jeśli dawało się ugryźć… ooooh, to fantastyczną zabawą.

IMG_9484

Leczenie też musiało być zabawą. W tym czasie Leon ważył jakieś 6,5-7 kg… i to wcale nie znaczyło, że był „takimtam większym dachowcem”. Był małym tygrysem. Niewiarygodnie silnym. I strasznie upartym. Póki co można z nim jeszcze „zrobić coś na siłę”… ale nie warto. Zwłaszcza o 5 rano, gdy jesteśmy półprzytomni i nie mamy nikogo do pomocy… Tym bardziej, jeśli lubimy pacjenta i mamy jakieś marne nadzieje, że ratując mu życie nie zamienimy go jednocześnie w naszego dozgonnego wroga. 8 zastrzyków i 2 kroplówki dziennie to nic przyjemnego, okazało się jednak, że dobrze podane mijały niezauważalnie. Dobrze podane= podane w zabawie. Wyszło na to, że Leon, jeśli zaaferowany łapaniem rąk albo mordowaniem pluszaka, zniesie wszystko. Gdy chciałam go złapać, unieruchomić i podać mu zastrzyk- zaczynał się drzeć i płakać na sam widok igły ,a iniekcja… zamieniała się w torturę, o której słyszała cała kwarantanna. Jeśli ten sam zastrzyk zaaplikować mu w czasie zabawy… nawet go nie rejestrował. Kroplówki podawałam mu w biegu. Leon zwiedzał izolatkę, okazjonalnie coś gryząc- ja łaziłam za nim z kroplówką w ręku, starając się, żeby nie zaplątał się, ani tym bardziej nie wpadł na pomysł bawienia się wlewnikiem. Działało. Jeśli Leon czegoś faktycznie nienawidził, to antybiotyku w syropie (ale jego temperament nie dawał żadnych nadziei na to, że jakiś venflon utrzyma się dłużej niż kilka godzin). Tabletki za to łykał jak pies. Żadnych kocich problemów z tym tematem związanych.

Wszystko było pięknie… a z kota się lało.

IMG_9496

Po tygodniu zrobiliśmy kontrolne RTG płuc. Nie było ani lepiej, ani gorzej.

Zaczęliśmy kombinować z dietą. Zmniejszyliśmy ilość i gęstość mleka, za to znów zaczęliśmy go karmić co 3 godziny. Nic. Mleko rozrabialiśmy w elektrolitach… oczywiście nic. Zaczęliśmy go głodzić- pojąc tylko elektrolitami…. pół dnia- nic. 1 dzień- nic. 2 dni- nic. 3 dni- Leon pozapadany, wychudzony, strasznie głodny- nic. Cały czas sraczka. Dla odmiany pomarańczowa, bo takiż kolor Oralitu. Wróciliśmy do mleka KMR bo ma lepszy skład niż Royal Canin dla kociąt (przynajmniej z punktu widzenia tygrysiąt), podając je w bardzo dużym rozcieńczeniu… po 4 dniach głodzenia i bardzo niedoborowej diety… biegunka ustała. Na całe 24 godziny.

IMG_9894

Bujaliśmy się tak trzy tygodnie. Z węglem/bez węgla. Z kaolinem.. i bez. Nie ma w Indonezji Smecty; nie ma siemienia lnianego czy proszków z kory dębu… próbowałyśmy naparu liści guawy- bez skutku.

W międzyczasie Leon schudły, wyliniał i zbrzydł. Ale bawił się dalej. Trochę urósł. Nauczył się wyłazić z kojca. Opanował wspinanie się na materace, które z marszu zamienił w swoją kuwetę na wysokościach. W nocy spał pod jednym kocykiem z opiekunem… w dzień bezczelnie sikał na łóżko. Kochany🙂

IMG_9506

Spędziłam masę czasu czytając, co, jak i dlaczego. Szukając w kale ameb czy kryptosporidium. Męcząc połowę znanych mi lekarzy weterynarii. Doprowadzając do szału Tomka. I dyskutując z Pristą.

Ostatecznie wykorzystałyśmy wszystkie nasze pomysły. Nie było sensu dłużej katować Leona restrykcyjną dietą. Zwiększyliśmy więc na nowo gęstość mleka, dr Prista dodatkowo wprowadziła do karmienia mięso i… przeszło.

IMG_9911

Czy samo mu przeszło, czy wyzdrowiał, czy został wyleczony? Myślę, że bez tego leczenia skończyłby tak, jak pozostałe kociaki.

Kilka dni temu Leon zamieszkał w kwarantannie, bo zdaniem dr Susan jest już na tyle dużym tygrysem, że należy mu się enrichment w postaci wielu bodźców uczących go świata. Pierwszego dnia z „radości” z nowych bodźców Leon dostał gorączki, która cudownie przeszła, gdy kazałam zasłonić frontową ścianę jego klatki dyktą i „dać mu święty spokój”. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że „nowe bodźce” w postaci dzikich, nieszczepionych kotów włóczących się nocą po kwarantannie nie sprzeda nieszczepionemu Leonkowi panleukopenii. Dr Susan i jej genialne pomysły.

Miejmy jednak nadzieję, że Leon już swoje przechorował i to koniec jego problemów.

IMG_9935


One thought on “Leon

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s