Gin dziecko Marchewki

Wbrew tytułowi poniższy tekst nie będzie o fermentacyjno-destylacyjnych sukcesach Tomka.

Będzie o cielaku. Nieegzotycznie.

Cielaku teksańskiego longhorna.

texas_longhorn___frank___by_amatuer_pics_by_me-d38fpry

Już robi się ciekawie.

Historia Gina zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu, w nocy z 3 na 4 lipca.

Ciężko powiedzieć kiedy dokładnie urodził się Gin. Opiekun nie był w stanie powiedzieć nic konkretnego poza „czuwałem i obserwowałem całą długą noc, wszystko było dobrze”. Mówił jednak na tyle przekonująco, że żadna z weterynarzy „władnych” (czyt. dr Prista- szefowa terenu, i dr Susan Wszechmogąca) nie raczyła pofatygować się i sprawdzić jak „wszystko dobrze” wygląda w ciężkich realiach indonezyjskości. Dopiero my, wścibscy i nadgorliwi (+ „chciałam cyknąć zdjęcie malutkiego cielaczka”), gdy już zorientowaliśmy się, że 3 dniowej wycieczki do Singapuru nie przeżyło dwóch naszych pacjentów, a trzeciego należy uśpić, pomaszerowaliśmy do longhornowej obórki.

IMG_7313(to zdjęcie już po myciu, suszeniu i podścieleniu)

Maluch leżał na boku, drżąc na mokrym, zasranym betonie. Matka stała zamknięta w boksie obok! Opiekunów nie było, pewnie jedli lunch. Albo modlili się. Ewentualnie pili herbatę.

P1140598mama Gina

Cielak nie miał siły wstać. Był odwodniony. Miał 40,5 stopni gorączki. Okolica pępka była spuchnięta i bolesna, pozostałość sznura pępowinowego sinobordowa i sącząca się. Był naprawdę malutki. Ledwie 24 kg. Wszystko było „dobrze”.

Jak??? JAK TAK MOŻNA!!!!!???

Dużo razy obiecywałam już sobie, że nie będę się dziwić ludzką głupotą i raz na zawsze zaklasyfikuję ją jako bezdenną… I staram się nie wymagać dużo od batuańskich opiekunów, bo przecież to z pola ryżowego wyrosłe proste chłopaki, co oni tam mają wiedzieć o opiece nad lwami morskimi. Ale czy trzeba mieć mgr’a, żeby rozumieć, że noworodka nie można zostawiać samego, na obsranym betonie??? Od kiedy jakieś absolutne minimum empatii jest skojarzone z wykształceniem wyższym?

IMG_7315

Zrobiliśmy dym. Gruby. Nawet dr Susan po pierwszych próbach zbagatelizowania sprawy i odwleczenia działań aż do czasu sekcji wsiadła na motor i pojechała po siarę.

Umyliśmy i wysuszyliśmy malucha. Zdezynfekowaliśmy pępek. Na dzień dobry dostał kroplówę z glukozą w żyłę, leki przeciwgorączkowe i antybiotyk w chudy zadek.

Przeanalizowaliśmy marne szanse podstawienia cielaka do wymienia. Dzieciak ledwie stał na nogach. Ok. 18 godzin postu robi swoje. Matka każdy krok w kierunku jej boksu witała defensywnym pochyleniem łba z imponującymi rogami. Jak przystało na zwierzaka z ZOO była dzika. Kopytny to kopytny, nasi opiekunowie z takim samym dystansem traktują oryksy i żyrafy jak bydło i mini osiołki. Oczywiście istniała szansa zagonienia jej w kąt i unieruchomienia linami i bambusami, ale ostateczny i kluczowy problem tkwił w strzykach. Już na kilka tygodni przed porodem były obrzęknięte, teraz ich rozmiar praktycznie uniemożliwiał cielakowi ssanie.

IMG_5945tata Gina- Rebel

Postanowiliśmy, że podkarmimy malucha z butelki, niech wypije choć teraz trochę siary, a w międzyczasie chłopaki zrobią rodeo, unieruchomią matkę, a Tomek sprawdzi, czy to mastitis, czy nie i co w związku z tym dalej robić.

Mały nie chciał pić. Próbowaliśmy. Cielak przelewał się przez ręce, wywracał oczami i wydawał się być bardziej zainteresowany umieraniem w spokoju niż ostatnią wieczerzą. Nie mieliśmy czasu na cudowanie i próby perswazji, 18 godzin bez siary i tak było sytuacją beznadziejną- ku przerażeniu dr Pristy zsondowaliśmy małego. Wbrew obawom zebranych cielak przeżył.

Kolejną dobrą wiadomością był fakt, że jego matka nie ma mastitis.

IMG_7309poskrom z bambusa

To była ostatnia dobra wiadomość, bo próby podstawienia malucha do matki spełzły na niczym.

Przenieśliśmy dzieciaka do kwarantanny. Po krótkotrwałym, „pokroplówkowym” ożywieniu cielak wrócił do umierania. Leżał zwinięty na słomie. Bez sił. Tomek zawyrokował, że nie ma szans, ale że w Batu leczy się „do końca” (zawsze „do końca”, niemal nigdy „od początku”) leczyliśmy. Postanowiliśmy karmić go początkowo co 4 godziny, co za każdym razem kończyło się sondowaniem.

Kolejny dzień wyglądał tak samo. Kroplówka. Sondowanie. Antybiotyk. Sondowanie. Antypiretyk. Sondowanie. Plusy- wciąż żył. Minusy- co to za życie? Nawet nie miał siły utrzymać się na własnych nogach.

IMG_7320tzn praca zaspołowa

6 lipca okazał się być przełomowym dniem. Maluch zaczął chodzić. Chwiejnie, mizernie, i tylko krótko po zbawiennej dawce glukozy.. wykazywał jednak jakąś wolę życia. Ja pełna nowych nadziei, Tomek niezmiennie przekonany, że i tak zdechnie, znów zaczęliśmy uczyć małego pić z butelki… niby próbowaliśmy przed każdym sondowaniem, teraz jednak miałam większy zapał. Na zapale się skończyło.

Był to w naszej pracy szczęśliwy czas, gdy mieliśmy do swojej dyspozycji stado tajskich studentów. Nie byli wyzyskiwani😛 cieszyli się, że są potrzebni🙂 Studenci oczywiście od początku kibicowali, pałętali się, przeszkadzali, robili zdjęcia, podgrzewali kroplówki, a czasem nawet trzymali sondę (albo cielaka), teraz jednak dostali poważniejsze zadanie. Skoro nam nie wyszło- niech oni nauczą cielaka pić ze smoczka!😀 Studenci oczywiście byli zachwyceni! (niewiele trzeba, żeby zachwycić studenta :P)

IMG_7317

Tomek w tym czasie uczył opiekunów longhornów doić krowy (co więcej- doić je bez pomocy 6 chłopa i 5 bambusowych drągów :P- i tak niemożliwe stało się możliwe), a ja rozpisywałam 10 (może 20) przykazań pomocy porodowej u kopytnych i szykowałam się do pierwszego w swoim życiu szkolenia pracowników.

Oni głaskali, przytulali, kusili, męczyli, miętolili i tarmosili cielaka. My co 4 godziny dręczyliśmy go sondowaniem. Następnego dnia, kilka godzin przed wyjazdem „naszych ukochanych studentów”- udało im się!!!! Pił! Z absurdalnej, 250-ml buteleczki dla niemowląt!

Cielak był wyraźnie uszczęśliwiony swoim przełomowym odkryciem. My też. Opiekunowie i dr Prista też. Taka radość. Bez większych problemów karmiliśmy malucha przez resztę dnia. Nie gorączkował już. Pępek wyglądał dużo lepiej, a dzieciak miał wyraźnie więcej energii.

IMG_7388

Następnego dnia postanowiliśmy spróbować i oddać cielaka rodzicielce .Matka cały czas go szukała. To bardzo dobra krowa. Szkoda, że bezimienna.

Odnieśliśmy malucha. Krowa przywitała go troskliwie i łagodnie. Wylizała od raciczek po uszy. Odczekaliśmy trochę, aż się sobą nacieszą. Po jakimś czasie chłopaki wywiązali delikatnie krowę przy ścianie… coby nikt nie zginął, i razem z Tomkiem zaczęli uczyć cielaka, do czego służą strzyki. To było bardzo głupie dziecko. Naprawdę. Widać lekcja, że mleko leci ze smoczka, wykorzystała cały jego potencjał intelektualny. Dobrze, że miał bardzo cierpliwą i doświadczoną matkę. Inna by tego nie zniosła. Ostatecznie nauczyciele skapitulowali, uznając optymistycznie, że mały się nauczy, tylko potrzebuje więcej czasu. Póki co trzeba go jednak karmić z butelki.

IMG_7389

W nocy okazało się, że proste „nakarmić cielaczka z butelki” wymaga przedarcia się przez dwa boksy z zaspanymi longhornami oraz wymanewrowanie matki Gina na zewnątrz… ale czym byłaby praca weterynarza bez okazjonalnego włażenia gdzieś przez okno, albo pacjenta, który chce nas okaleczyć🙂 Kim byłby Tomek bez swoich bohaterskich „ty wejdź na tą ścianę działową, a ja ją przegonię!”.

O świcie cielak nie raczył już nic wypić od swoich opiekunów, a kilka godzin później rzęził, miał gorączkę i totalnie nie chciał jeść. Po swojej jednodniowej wycieczce do rodziny wrócił do kwarantanny z zapaleniem płuc i kwasicą. Dr Tomek zaordynował mu dwa nowe antybiotyki, intensywną terapię wspomagającą i wróciliśmy do sondowania. Cielaka prowadził dr Tomek; dla mnie leczenie bydła jest niestety tematem egzotycznym. Wstyd i hańba. (Czemu na studiach jakoś nie wpadłam na to, że przeżuwacze to nie tylko HFy ale i impale??? o mhorach nie wspominając.)

scf_dama_gazelle@large

to są mhorry 

4b45f5f75e5b6_Gazellei jeszcze raz bo to przecudowne gazele

Przez kolejne dni bujaliśmy się z młodym w rytm- je- nie je-kroplówka-je- nie je-sonda- je- nie je- kroplówka… Tomek cały czas przekonany, że cielak i tak zdechnie. W tle tygrysica Bella zapadła na ropomacicze, a operacja owariohisterektomii zaprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego.

Cielak był jednak słodkim stworzeniem.

Z czasem postanowił żyć. I zaczął pić samodzielnie.

Oczywiście jego paskudny charakter przesłodkiego sadysty nie pozwolił mu stać się nagle normalnym, bezproblemowym cielaczkiem. On pił tylko od Marchewki. TYLKO.

IMG_7393

Może było w tym nieco winy Tomka. Mały zawsze grymasił. Nawet jeśli był głodny… każde karmienie wymagało absurdalnie długiej gry wstępnej. Trzeba było ciołka wymasować. Przegonić dookoła boksu. Wlać mu na siłę trochę mleka do ryja. Młody pociamkał. Pociamkał. Pomyślał- widać było ten ból neuronów, gdy stał bez ruchu, na szeroko rozstawionych nogach, z opuszczonym łbem i oczami wlepionymi tępo w wiaderko z mlekiem. Po myśleniu zwykle sikał (to intelektualne ciśnienie)…. Po czym trzeba było powtórzyć rytuał z ciamkaniem…. I gdy karmiący stał na skraju obłędu i miał zamiar kląć, wrzeszczeć, ciskać butelkami w ścianę i rwać włosy z głowy… mały zaczynał pić…. i to nie był koniec. Nie byłby sobą gdyby wypijał grzecznie całe mleko. Młody robił „rundki”. 200 ml… i rundka dookoła karmiącego. 150 ml… i rundka. 100 ml … i rundka… im mniej głodny, tym więcej rundek. To był upiorny bachor.

IMG_7387Tu Marchewka prezentuje mleko, czy aby na pewno z dobrego udoju i od krowy na odpowiednio słonecznym stoku wypasanej

Błąd Tomka polegał na tym, że początkowo upierał się, że „tylko on” i „to jego dziecko”- zawsze chciał karmić sam. Sam i tylko sam. Bo on to zrobi najlepiej (co poniekąd było prawdą). Skończyło się na tym, że cielak pił tylko od Tomka. A jeśli Marchewka  brał dzień wolny- głodował, albo pił 3 razy mniej.

Nikt za to nie miał wątpliwości, kto powinien longhorna ochrzcić. W końcu to było „jego dziecko” (nic mi do dzieci Marchewki😛 ja bym wolała bystrzejsze, ale to jego sprawa). Tomek nazwał cielaka Gin, ponieważ Gordon’s London Dry był w tamtych czasach naszą jedyną radością. I rękojmą zdrowia psychicznego.

IMG_8060

Tomek opiekował się Ginem 2,5 miesiąca. Karmił go, poił, ganiał po wybiegu, sprzątał, tresował, nosił, torturował… Z czasem cielak przestał się wygłupiać i zaczął pić jak na swoje możliwości normalnie. Stało się to mniej więcej w okresie, gdy powinien już zacząć przyjmować paszę treściwą. Oczywiście Gin nie byłby sobą gdyby ogarnął coś „normalnie” i „na czas”, więc biedny „tata Marchewka” miał kolejne zmartwienie. Cielak nie chciał jeść. Mieszał mu Tomek kukurydzę z owsem i granulatem (a znaleźć owies na Jawie to wyczyn!) w sobie tylko znanych, ale precyzyjnie przekalkulowanych proporcjach… Nie. Gin wpierdzielał żwir. Maniakalnie zażerał się żwirem. Tomek mu jabłuszko… Gin gruz z kąta wybiegu. Tomek mu owies ze świeżym siankiem… Gin kurz, piach i kamienie… Markur zza płotu dostawał ślinotoku na sam widok cielakowego menu… Gin miał to gdzieś; choć trzeba przyznać, że starał się z markurem zaprzyjaźnić i były to próby tak słodkie jak patologiczne.

IMG_8075

Markur funkcjonował w kwarantannie pod pseudonimem killer-goat. Został skazany na dożywocie na zapleczu ZOO za seryjne morderstwa swoich partnerek. Markur miał wszystko gdzieś. Nienawidził markurzyc. Nienawidził świata. Nienawidził ludzi, no chyba, że mieli w ręku marchewkę, albo jabłko, albo granulat, albo owies. Nienawidził wszystkiego. Gin go uwielbiał! Był jedynym kopytnym w okolicy! Miał takie duże (zielone od farby zdartej z płotu) rogi. Był fantastyczny. Gin zawsze kładł się tak, by być jak najbliżej markura. Gdy markur coś jadł-  Gin też jadł. Gdy widział, że markur zjada coś, czym częstuje Tomek- Gin nagle również nabierał apetytu. Potrzebował dzieciak stada… i Marchewka mu nie wystarczał, choć bawili się razem niesamowicie.

IMG_8083

Mimo ekscentrycznych gustów żywieniowych Gina na zapleczu kwarantanny nastał czas szczęścia i spokoju. Po ciężkim dzieciństwie Gina zostały tylko ślady na jego racicach.

IMG_8070

Tomek dla zasady marudził, że mu się nie chce…, żeby 20 minut później nie zachwycać si jaki to Gin jest grzeczny, tresowany, grzecznie pije, apetyt ma, sierść taką mięciutką, coraz więcej czarnych włosów na czole (Gin zaczął zmieniać kolor z rudego po matce na czarny po ojcu). Gin łaził za nim jak pies i bawił jak szczeniak. Wszystko było cudownie i wspaniale… aż przyjechał kierownik M i ogłosił, że dosyć tych bzdur- trzeba małego przenieść z powrotem na longhornowy wybieg; niech się uczy bycia longhornem i życia w stadzie..

IMG_8063

Gin przemaszerował grzecznie przez pół ZOO na symbolicznym postronku, z butelką mleka przed nosem w ramach dodatkowej motywacji. Początkowo został zakwaterowany na prywatnym okólniku; coby oswoił się z towarzystwem i światem. Tam też okazało się, że jest wyższy od Dinny, która urodziła się w lutym (a dopiero w sierpniu Tomek uznał, że mała stara się cały czas pić mleko, bo żłoby na wybiegu są zbyt wysokie, by mogła z nich jeść).

Drugiego dnia po przeniesieniu na wybieg Gin zaczął wymiotować.

Na szczęście sondowanie rozwiązało sprawę.

Dziś Gin chodzi po wybiegu z resztą longhornów i chyba dobrze sobie radzi. Pamięta Tomka🙂 Przybiega do płotu na jego widok.

IMG_8066


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s