Historia mojej emigracji (Projekt Klubu Polek Na Obczyźnie)

Dzisiejszy wpis związany będzie z moim nowym towarzyskim wyczynem, jakim było zapisanie się do „Klubu Polek na Obczyźnie„. Pomysł mi się podobał, wpadałam w „monsunowego doła” (lokalny odpowiednik „jesiennej depresji”) i potrzebowałam zwiększonej ilości „babskiej lektury” , a skoro zostałam życzliwie przyjęta- wypadałoby napisać coś w ramach aktualnego klubowego projektu.

Klub Polki na obczyznie

Temat: „Historia mojej emigracji”.

Przeczytałam i pomyślałam, że przecież to nie dla mnie. Bo jaka ze mnie emigrantka? I jeszcze gdzie? W Indonezji?! Kto przy zdrowych zmysłach emigrowałby do Indonezji?! (może z wyłączeniem tych, co wybraliby rajską Bali).

Mieszkam na Jawie jednak już 8 miesięcy. Mam swój pokój w kwarantannie. Rybki w akwarium. Białego tygryska. Coś na kształt wymarzonej pracy. Ekipę do imprez. Znajomych (choć nie przyjaciół). Ulubioną kawiarnię. Ulubioną restaurację. Ulubiony warzywniak na bazarze. Miałabym też pewnie ulubiony park, ulubiony las i ulubione drzewo- ale w okolicach Malang nie ma miejsca na takie marnotrastwo przestrzeni- tu są tylko pola ryżu i kukurydzy. Nie mam swojego ulubionego pola ryżu. Od maja siedzę jednak pod jednym i tym samym dachem, w tym samym kraju, więc jeśli to nie jest emigracja, to co? (Osobiście myślę, że to tylko „przystanek”, „etap”, „przygoda”… i mam nadzieję, że Jawa mnie nie pochłonie)

„Historia mojej emigracji” zaczęła się w lutym 2013 roku, kiedy Ewelina odwiozła nas na lotnisko, a Tomek niemal siłą zawlókł do samolotu. Przez kilka długich minut rozważałam filmową ucieczkę, bieg po pasie startowym i pełen skruchy powrót do lecznicy w Warszawie… ale zanim się zdecydowałam samolot wystartował, a my dwa dni później piliśmy jakieś niszczące drinki z wiaderek w Bangkoku.

Decyzję „rzucę wszystko i pojadę w świat” mało kto podejmuje z dnia na dzień. Ja od zawsze chciałam być „podróżnikiem”. Później- fotoreporterem „National Geographic”. Jeździć! Zwiedzać! Fotografować! Bajkał! Afryka! Mongolia! Amazonia! Wszędzie!!! Z biegiem czasu uruchomił mi się jakiś „zdroworozsądkowy” płat kory mózgowej, który wykluczył moje możliwości w odkrywaniu i opisywaniu świata w „żółtej ramce”. Nie było dramatu- postanowiłam zostać biologiem- i podróżować. Ornitologiem- i podróżować. Zostać doktorem i profesorem od migracji ptaków… Na którymś etapie rysowania mojej kolejnej świetlanej przyszłości ktoś skutecznie wystraszył mnie wizją pracy jako nauczycielka w gimnazjum… i poszłam na weterynarię. Dość spontanicznie. Nie żałowałam. To była miłość od pierwszych zajęć anatomii!!!

Poza uczeniem się pilnie😛 i pomaganiem, a potem pracowaniem w lecznicach, w czasie studiów podróżowałam. Na pierwszym roku odkryłam, że w autostopach wcale nie gwałcą i nie mordują. Od drugiego roku każde wakacje spędzałam autostopując po Europie i Azji. Na trzecim roku poznałam Tomka, poderwałam go na „szukam kogoś, do autostopowania po Litwie, Łotwie i Estonii”, pojechaliśmy (co prawda do Rumunii, Turcji i Gruzji) i tak już nam zostało. Zwiedzaliśmy sobie chaotycznie i entuzjastycznie, w tle cały czas marząc, że gdy tylko odbierzemy dyplomy pojedziemy w podróż życia! Długą. Daleką. Najlepiej dookoła świata.

IMG_9020my i nasze juczne osły w Armenii

Z czasem zaczęło też do mnie docierać, że nie chcę spędzić całego życia w Polsce. Chcę chociaż zobaczyć, jak jest gdzie indziej. (I upewnić się, że tam jest lepiej :)) Skądś przecież musiał się wziąć „amerykański sen”, i „zielona wyspa” i z pewnych powodów tylu Polaków wyjechało do „JuKej”. Poza tym zimno i pada, korupcja, ciemnogród, oszołomy, bezrobocie, Radio Maryja, wstyd na Europę z klauzulami sumienia. Każdy ma swoją litanię żali. Polska to piękny kraj, ale gdy o 6 latach studiów medycznych ukończonych z wyróżnieniem tyra się w lecznicy za kasę niewiele wyższą od godzinowych stawek bardziej rozgarniętych hostess, wciąż na umowę zlecenie, bo przecież pracodawcy też ciężko związać koniec z końcem- można zwątpić.

Aż zacytuję, bo nie mogę się oprzeć🙂 Kazik, oczywiście.

Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca
nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku Europy
gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to polski złoty
samochody to nie Ruscy kradną tylko robią to właśnie Polacy
policja znajduje jeden na sto, natomiast dużą część owoców pracy
pożera aparat administracyjno-urzędniczy
socjalizm totalitarny zmienił się w koncesyjno-etatystyczny

(Teraz, po 8 miesiącach w Indonezji NAPRAWDĘ TĘSKNIĘ ZA POLSKĄ!!!  Słońce i ciepło to nie wszystko :P)

Problemy z naszą podróżą dookoła świata były dwa. Kasa- nie jesteśmy dziećmi milionerów. Co prawda dotychczas podróżowaliśmy za grosze, bo żeby jeździć trzeba mieć czas i ochotę, a nie tysiące na kącie, ale wydawało mi się, że na końcu świata może być inaczej (Nie jest. Można tanio). Kariera- zawsze byłam dość ambitna i nagle świadomość, że wyjadę sobie szlajać się w tropikach z gołym dyplomem bez żadnego doświadczenia zawodowego, zaczęła mnie poważnie uwierać. W międzyczasie Tomek, wieczny student, studiowanie sobie przedłużył, więc plan wyjazdu odciągnął się o rok. Po czym Marchewka również uznał, że może warto by jakiś staż… praktykę…. i tak minął kolejny rok.

W tym czasie oboje byliśmy już poważnie uzależnieni. Tańczyliśmy tango.  Kilka godzin dziennie, w porywach 5-6 dni w tygodniu. To była miłość. Moje życie zaczynało się po 20. Moja playlista ograniczała się do tango. Dzwonek w komórce był tango. Piątek wieczór był najważniejszym wydarzeniem w tygodniu. Było mi wszystko jedno gdzie mieszkam, jaka jest pogoda, sytuacja polityczna, stopa bezrobocia czy inflacja- jeśli tylko mogłam tańczyć- było dobrze!

I z tego musiałam zrezygnować. Z tańca. Moich przyjaciół ze szkoły tango. Przyjaciół ze studiów. Ciepłej posadki w przyjemnej lecznicy… Dlatego chciałam uciekać z lotniska. Bo nagle zaczęłam się bać, że może nie warto? Rzucać wszystkiego dla jakiejśtam dżungli, plaży, Bangkoków, włóczenia się stopem i koczowania pod namiotem z chłopakiem, z którym więcej się kłócę niż rozmawiam.

Był strach🙂IMG_4223Tajlandia

Poleciałam. Tajlandia to piękny kraj. Idealny, by oswoić się z Południowo-Wschodnią Azją i wizją wiecznej podróży. Ciepło, słonecznie, cudowne widoki, uprzejmi ludzie, genialne jedzenie. Mieliśmy z Tomkiem umowę, że od czasu do czasu będziemy robić przerwy na weterynaryjne wolontariaty, żebym nie wariowała ze strachu, że „bezrobocie”, „zmarnowane studia”, „kariera” (z brakiem kariery już się prawie pogodziłam), dlatego przez miesiąc leczyliśmy i sterylizowaliśmy bezdomne psy i koty na tajskiej wyspie Lanta. Chcieliśmy później zwiedzić Laos i Kambodżę, ale pojechaliśmy do Malezji, z nadzieją na spotkanie kolegi, którego ostatecznie nigdy nie zobaczyliśmy; za to po miesiącu w Malezji postanowiliśmy uciec przed upałami i komarami i polecieliśmy do Australii– marzenie, którego nigdy nie śniłam zrealizować. Po Australii- Nowa Zelandia, gdzie spędziliśmy pół roku, co chyba też można nazwać emigracją. Nic to, że 2,5 miesiąca mieszkaliśmy w namiocie na polu szparagów, a szczytem mojej kiwi-kariery była obsługa szparagowej sadzarki. Mieliśmy przepiękny widok z „okna”, a co ważniejsze- dzięki szparagom zwiedziliśmy całą Południową Wyspę, oraz wschód i północ Australii własnym samochodem😛 To nie było niskobudżetowe, ale cudownie wygodne.

P1080558nasz domek na polu szparagów

Pomysł na Indonezję pojawił się w czasie naszego pierwszego pobytu w Australii. Woofowaliśmy (czyli pracowaliśmy za paszę dach nad głową… a nawet alkohol) na farmie pośrodku nigdzie, czyt. Nullarbor. Nocami przesiadywałam w „szkole” czyli baraku w ogródku i entuzjastycznie nadrabiałam towarzysko-fejsbukowe zaległości korzystając ze szkolnego internetu. Na Facebookowej grupie „weterynarzy, co to lubią podróżować” (lub podobnie) znalazłam ogłoszenie, że ZOO na Jawie chętnie przyjmie na staż zamorskich weterynarzy; zapewniają zakwaterowanie. Ah! Pod notatką widniało już 150 lajków i 1200 komentarzy, że ktoś koniecznie chce przyjechać.

Napisałam list motywacyjny najlepiej jak mogłam, załączyłam CV, pomyślałam, że byłoby wspaniale, gdyby się udało i że na pewno się nie uda, bo tylu mądrzejszych ludzi napisało… i wysłałam.

Dostałam się.

9 miesięcy później przyjechaliśmy. Było kilka dni entuzjazmu i euforii. Uczyliśmy się intensywnie, pracowaliśmy, pomagaliśmy, mieliśmy dużo pomysłów i po miesiącu stażu szef ZOO zapytał nas, czy zgodzilibyśmy się zostać dłużej😀

Zostaliśmy. To było jak sen na Jawie😀

IMG_9914

Sen nie trwał długo. Lokalni weterynarze, przeuprzejmi dla zamorskich stażystów momentalnie stali się „prze-nie-uprzejmi” dla długoterminowych konsultantów. Było sporo tarć i zespołowych animozji. Poza tym praca w ZOO nie jest tak różowa, jak mi się na początku wydawało. Bardzo obciąża psychicznie. Każdy jednak płaci cenę, za swoją pracę, w ZOO to stres, wyrzuty sumienia, nieprzespane noce i dysonanse moralne. Są też jednak dni dzikiej satysfakcji, albo chwile kiedy przytula się do ciebie stęskniony tygrys i to jest bezcenne.

Jawa to jedna z najbardziej zaludnionych wysp na Ziemi i chociażby z tego względu nie jest miejscem dla mnie. Lubię przestrzeń. Poza tym- nie lubię Południowo-Wschodniej Azji: smrodu i brudu miast, śmieci na każdym kroku, architektonicznego chaosu i obdrapanych, sypiących się budynków; wszechobecnego wrażenia prowizorki, tymczasowości i niechlujstwa. Nienawidzę ich przedmiotowego podejścia do zwierząt, pozwalającego na zamykanie ptaszków w maleńkich klatkach i traktowanie ich jak zasilane bananami pozytywki. Rabunkowego eksploatowania przyrody. Zachłyśnięcia konsumpcjonizmem. Kogo nie zapytasz o najciekawsze atrakcje Jakarty/Surabai/Malang- usłyszysz „centrum handlowe”. Są bardzo przyjacielscy, pomocni, sympatyczni, utalentowani- znam masę naprawdę pięknie śpiewających Indonezyjczyków, ale w większości bezrefleksyjni. Ciężko porozmawiać z nimi na poważniejsze tematy… Duchy… tak, wiele jest winą złych duchów.

DSC_4810

Samotnie mi tu i zadręczanie znajomych czatami, skypami i mailami nie zawsze pomaga. Poza tym- ile można dręczyć ludzi, których nie widziało się od niemal dwóch lat.

Nie wiem ile jeszcze pomieszkam na Jawie. Na pewno nie jest to miejsce, gdzie chciałabym spędzić resztę swojego życia (jeszcze nie wiem, gdzie jest to miejsce :P) Chciałabym jednak związać swoje życie z leczeniem dzikich zwierząt. I mam nadzieję, że uda mi się tą pasję połączyć z dalszym podróżowaniem.


6 thoughts on “Historia mojej emigracji (Projekt Klubu Polek Na Obczyźnie)

  1. Bądź dalej taka dzielna – Dziewczyno!!! To tylko Polki takie potrafią być!!! Uda Ci się…znajdziesz toi czego szukasz, choćby w nagrodę za to co już zrobiłaś, czego dokonałaś, co przeszłaś….Wytrwałości!! Pozdrawiam z Warszawy..

  2. Już prawie piąta rano, a ja siedzę i czytam… i nie mogę przestać. I tak rozumiem tę samotność, jak tylko ktoś, kto z tego samolotu chciał wyskoczyć.. 7 miesięcy temu. Lecąc do raju. Do Nowe Zelandii. Naprawdę rozumiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s