Święta!

Święta święta.

Jako że święta to rodzinny czas, a w rodzinnym gronie najbezpieczniej rozmawiać o pogodzie wspomnę, że na Jawie też szaro, zimno i deszcz. Tyle, że moje zimno oscyluje w granicach 23 C, a w przerwach pomiędzy ulewami świeci tropikalne słońce. Kwitną egzotyczne pnącza i drzewa, trawa na wybiegach kotów rośnie, aż szumi, a ołowiane chmury wiszą nad szczytami wulkanów.

DSC_5562

Skłamałabym, gdybym napisała, że przygotowywaliśmy się do Bożego Narodzenia. Świąteczną palmę ubierałam 23 grudnia, jakimś ostatnim desperackim wysiłkiem woli, żeby jednak cokolwiek w naszej ascetycznej, kwarantannowej kwaterze świadczyło o tym, że nadszedł oficjalnie radosny czas zimowego przesilenia. Tomek zawczasu ukisił wiadro kapusty i wyprodukował 14 litrów jabłkowego wina (pierwszy raz w marchewkowej karierze pijalnego bez uprzedniego upicia się czymś „pijalniejszym”).

IMG_0178

Nie mieliśmy żadnych świątecznych planów. Jako robole w chińskim imperium tyramy w 6-dniowym tygodniu pracy, z obowiązkową pracą w dni świąteczne, grafik dyżurów rozwiązał więc problem co z tym świętem zrobić. Dostaliśmy co prawda zaproszenie od szefa szefów na wigilijną kolację, jednak (oprócz litrów Whisky) nie spodziewaliśmy się po niej wiele. Z czasem okazało się też, że Polonia z Maharani (2 lekarki i „freelancer”) też przyjeżdża. Myślałam więc, że grzecznie przesiedzimy sobie kilka godzin u szefa, a potem przyjedziemy do nas, żreć kiszoną kapustę i pić patriotycznego jabola z batuański jabłek. Jako że w naszej 6-osobowej słowiańskiej społeczności ilość intryg, konfliktów i interpersonalnych animozji przekracza tą z „Gry o tron” i „Mody na sukces” razem wziętych, prawdopodobieństwo przypadkowego zatrucia się arszenikiem było realnym zagrożeniem.

DSC_5899

Przede wszystkim jednak myślałam, że święta spędzę pijąc, paląc i płacząc (w dowolnej kolejności). Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że mi- takiej wyzwolonej ateistce i nowoczesnej powsinodze przytrafi się taki stan. Świąteczne załamanie nerwowe. Jest tyle powodów do sezonowej depresji. Listopad. Śmierć kochanego pacjenta. Złamane serce. 2 tygodnie bez słońca. Wiosna. Maj.  Ale święta???? Tymczasem proszę- zwinięta w kłębek na fotelu, ze łzami w oczach, butelką w ręku i miażdżącą świadomością beznadziei własnej egzystencji. Samotna jak nigdy. Na cholernej Jawie. Tratatatam. Cienie emigracji.

Różne rozwiązania przychodzą człowiekowi do głowy. Niektóre nawet konstruktywne🙂 I tak w subiektywnych mrokach mojego życia pojawiło się światełko…. a tam, reflektor!, nadziei (z tajemniczym uśmiechem :P) i może jednak nie ma co rozpaczać. Gra trwa.

DSC_5558

I tak w monsunowo-burzowej atmosferze przyszedł 24 grudnia.

Na dzień dobry dostałam prezent!!! (Na wszelki wypadek sama też kupiłam sobie prezent, żeby nie czuć się zawiedzioną) Giman zrobił dla mnie świąteczny wieniec!!!! Co więcej- wypsikał go leśnym odświeżaczem do mieszkań (albo toalet), żeby pachniał prawdziwą choinką!!!!❤ Tak uroczo!!! Giman jest kochany!!!!

DSC_5917-001

Potem był dyżur- od tygodnia niezmiennie pod znakiem 150 gadów. Wymyśliłam, że drugim prezentem jaki zrobię sobie na gwiazdkę będzie odesłanie „plastelinowych” żółwików na ekspozycję. Skorupy im znacznie stwardniały, niedobory witamin zostały wyrównane, otworzyły oczy, przestały się smarkać i srać piaskiem, wcinają jak małe kosiarki- niech w końcu opiekunowie zaczną je karmić, kąpać i wynosić codziennie na słońce (lampy UVB- w Batu towar dramatycznie deficytowy). Zdążyłam je pożegnać, napisać instrukcję obsługi i zawieźć do herpetarium….. a pół godziny później dostałam kolejne 13 gumowych żółwików, w świątecznym prezencie od dr Susan. Kochana kobieta.

DSC_5460nie mam zdjęcia małych żółwików, niech więc będą towarzyskie walabie

Dyżur był jednak przyjemny, nic nie zaczęło umierać,nic się nie pochorowało, alejki były tak zakorkowane zwiedzającymi, że i tak nie dało się po nich chodzić… Leon w przerwie podczas pozowania do zdjęć postanowił zapolować na jakieś 5 letnie dziecko i razem z Rorim mieliśmy 5 minut bardzo nieprofesjonalnego śmiechu (dzieciak przeżył, Leon też).

To był dobry dyżur, aż do 17, kiedy to miał się skończyć, ale przyjechała Karolina z kotem. Kot był ragdollem- czyli zwierzakiem tutaj bardzo egzotycznym. Miałyśmy ambitny plan go uratować. Nakarmić przez sondę, zbadać, podumać wspólnie i wymyślić jakiś błyskotliwy sposób wskrzeszenia zwłok… Wigilia była, może by przemówił ludzkim głosem i doradził, jaki antybiotyk teraz w niego wlewać.Niestety jedyne, co można było dla niego zrobić, to skrócić jego agonię.

I tak rozpoczęłyśmy naszą jawajską Wigilię. Szklanka ropnego wysięku w otrzewnej, przewlekłe zapalenie wszystkich narządów jamy brzusznej, obrzęk nerek. Taki obraz totalnej beznadziei powinien trochę tłumić poeutanazyjną frustrację, ale zawsze jest żal.

Spremedykowałyśmy się Tomka winem, wbiłyśmy w kiecki, pomalowałyśmy i pojechaliśmy świętować.

Czegoś takiego się nie spodziewałam. Myślałam- miła posiadówka w eleganckim mieszkaniu szefa. Dużo Whisky, dobre jedzenie bo żona szefa wspaniale gotuje, karaoke z lokalnymi talentami i głupie żarty ze stałą pochlej-ekipą.

To był „wielki splendor na Jawie”. Cały ogród udekorowany tak, jak być może Las Vegas wygląda w grudniu. Jedna wielka świąteczna iluminacja. Złote choinki, zielone choinki, srebrzyste choinki, gwiazdki i światełka na każdym drzewie, lampki na każdej rynnie, okiennicy, płocie czy dracenie. Wielki bałwan z mokrej waty. Z nosem z marchewki, oczami z pomarańczy i zdziwionymi brwiami z papryczek chilli.

Oczywiście nie wzięłam aparatu.

Jak na indonezyjskie standardy było naprawdę ładnie. Poza tym, było bardzo miło. Mimo wszystko mam tutaj coraz więcej znajomych, z którymi być może ciężko się pracuje, ale na pewno dobrze bawi.

Podsumowując, to była pierwsza Wigilia w moim życiu gdzie:

– większą część moich 12 potraw stanowiły drinki

– resztą dań były lody, owoce i szaszłyki z owoców morza

– wyszłam z niej głodna

– ale radośnie pijana

– wytańczyłam się do oporu

– wygrałam w kości 40USD

*

– I jak ci się podoba?- zapytał szef szefów, swoim uspokajającym, ciepłym głosem życzliwego Ojca Chrzestnego jawajskiej mafii.

– Bardzo. Myślałam, że będę strasznie tęsknić za domem, i to będą raczej smutne święta, a naprawdę dobrze się bawię!

– Widzisz, teraz tutaj też masz swój dom, i swoją rodzinę- oświadczył szef i dolał mi ginu. Miło, nawet jeśli to nie prawda.

Następnego dnia rano obudziłam się z tragicznym rozstrojem jelit i żołądka. Widać niedogrillowałam sobie jakiejś krewetki, albo nie wypiłam wystarczająco dużo wódki. Drugiego dnia świąt już nie miałam nawet siły udawać, że jestem w stanie pracować… i tak dogorywam sobie z rzadką możliwością przeżycia świąt z ujemnym bilansem kalorycznym🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s