Góry. Chmury. Śnieg, deszcz, lód… Tatry.

Blisko 4 miesiące niepisania, to niemal blogowa śmierć. Tymczasem rzeczywistość jest dużo mniej dramatyczna, o ile za dramat nie uznać boleśnie prozaicznej przyczyny tej pisarskiej abstynencji.
Nie mam czasu. Taki banał.
Niestety jako jeszcze młoda, jeszcze ambitna i wciąż (na nowo) aspirująca do bycia kuną sukcesu/gazelą biznesu czy pandą zwycięzcą, pracując na 1,3 etatu, robiąc specjalizację, pisząc dorywczo artykuły i nałogowo tańcząc tango… nie jestem w stanie zorganizować się tak, żeby w ciągu 24 godzin zrobić wszystko co bym chciała i co powinnam, przy jednoczesnych próbach wyspania się raz na kilka dni. Z czegoś trzeba było zrezygnować (przecież nie z tango!), a że pisanie (przynajmniej w moim przypadku) jest bardzo czasochłonne- żeby coś napisać, trzeba to przemyśleć, a przecież nie mam czasu myśleć :P- blog stał się oczywistą ofiarą mojej bardzo wątpliwej kariery (żeby nie napisać rozpaczliwego szamotania się przy dnie piramidy społecznej IV, a może już V RP).

DSC_8325

Kolejnym, choć mniej istotnym powodem był brak wyjazdów, a przecież blog to głównie wyjazdowy. Nawet ku mojemu zdziwieniu brak wyjazdów przez ponad pół roku nie był najmniejszym problemem. Na tym polega magia pracy, którą kochasz (przez większą część czasu… tą część, gdy nie trafia cię szlag z powodów przeróżnych). Wstajesz co dzień o świcie, dygasz  w niedziele i święta na dyżury, i w zasadzie to czujesz się jak na wakacjach, bo przecież robicie tam TAKIE FAJNE rzeczy!!! Pracuję z lwami, binturongami i gepardami! Naprawdę nie potrzebowałam więcej wrażeń.
Aż któregoś pięknego dnia uświadomiłam sobie, że wakacje się skończyły, a moją  najdalszą wyprawą było dotoczenie się rowerem do Lasu Łagiewnickiego, że od ponad 8 miesięcy jestem non stop w pracy i non stop w mieście. I jeszcze jeden dzień wśród ludzi i bloków i oszaleję… I już żadne tango nie jest w stanie mi pomóc, bo potrzebuję przestrzeni, dziczy, nieba po horyzont, szlaku, wiatru, plecaka, nieznanego… I koniec.
Pojechałam w październiku. Praktycznie do samego końca wahając się: góry, czy tango? Prognozy pogody takie fatalne. Tatry czy Bieszczady?

DSC_8312Dualistyczna koncepcja urlopu w kontekście niespójnych prognoz pogody/autoportret rozdwojenia jaźni.

Padło na Tatry.
Kulturalnie- autobusem, po schroniskach- bo śpiwór cienki, a zimno :)… i namiotu dźwigać też mi się nie chciało.
Sama.
Jechałam autobusem i myślałam, że właśnie zataczam jakąś życiową woltę. 9 lat temu, co prawda w sierpniu, a nie w październiku, i w Bieszczady, a nie w Tatry, też jechałam sama. Pierwszy samotny wyjazd. Taka młoda😛 Taka przestraszona. Z przytłaczającą mieszaniną strachu, nadziei i desperacji w głowie. Z obrzydliwie niewygodnym, makabrycznie ciężkim i idiotycznie spakowanym plecakiem.
A teraz… sama z wyboru, a nie z konieczności. Z małym, zgrabnym, lekkim, wygodnym i (niemal) idealnie spakowanym plecakiem. Szczęśliwa. Euforycznie szczęśliwa i nie mogąca się doczekać wyjścia na szlak. Pani i władca świata! Mój los, moje życie, moje niezniszczalne buty na nogach i ukochany aparat na szyi! Bez planu, ale z mapą. Z dobrą książką i dobrą playlistą. Żelaznym zapasem zupek w proszku. Tatry, here I come!

DSC_8464

Oczywiście nie jechałam tak totalnie bez celu (o ile odpoczynek/ styranie się na szlaku- uznać za czynności bezcelowe). Miałam sobie przemyśleć kilka ważnych spraw. A dobrze mi się myśli chodząc. W górach to zwykle nie działa. W górach po kilku godzinach zwykle jedynym wnioskiem, do którego potrafię dojść jest konstatacja, że świat jest tak bardzo piękny, a wszystkie moje problemy tak strasznie śmieszne i niegodne jakiegokolwiek czasu i uwagi, bo przecież wszystko co ważne zamyka się w tym by iść, nie zgubić się, nie połamać nóg, znaleźć na czas bezpieczną metę, i iść… iść… iść. Tym razem oczywiście nie było inaczej i zamiast wymyślić jakieś błyskotliwe rozwiązania moich wielkich dylematów, przyszło mi jedynie odkurzyć sobie w głowie kilka banalnych prawd ostatecznych:
– życie jest tak bardzo skomplikowane, jak myślisz, że jest (Paulo Koeljo)
– piwo jest dobre o każdej porze dnia i nocy i w roli każdego posiłku
– życie jest piękne
– świat jest piękny
– w górach byłoby wszystko co kocham, gdyby w schroniskach organizowano milongi ;P
A teraz zdjęcia. Jako, że idąc do Morskiego Oka (a tam wszystko się zaczęło) przesłuchałam ten kawałek bodaj paręnaście razy, niech będzie soundtrackiem… dzięki temu wartość estetyczna notki wyraźnie wzrośnie😉

A teraz Tatry. Góry. Niezawodne źródło zachwytu, radości, pokory i nieuleczalnej tęsknoty za Niewiadomo-Czym.

DSC_8407

(Po dłuższych i nieudanych próbach wymyślenia najciekawszej kolejności… prezentacja chronologiczna, z pominięciem dni obrzydliwie deszczowych i tych z paprochem na matrycy).

DSC_8324

DSC_8333

DSC_8383

DSC_8390

DSC_8404

DSC_8406

DSC_8411

DSC_8415

DSC_8436

Tu kara za bycie leniem… tak to jest, jak się nie chce dźwigać tele, a potem usiłuje pstrykać zwierzaki obiektywem szerokokątnym:/

DSC_8446

DSC_8462

DSC_8464DSC_8474

DSC_8450

DSC_8476

DSC_8484

DSC_8486

DSC_8493

DSC_8490

DSC_8497


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s